Dodatek: Kraj samej ciemności
– Severusie.
– Severusie.
– Severusie!
Odkąd Mroczny Pan kazał mu zacząć myśleć o sobie w ten sposób, Snape miał wrażenie, że słyszy to imię dosłownie zewsząd. Albus nazywał go tak, ilekroć chciał, żeby Snape omówił z nim nowe strategie przeciw Mrocznemu Panu. McGonagall nazywała go tak, ilekroć chciała go przestrzec przed znęcaniem się nad jej drogocennymi Gryfonami – co więcej, oczekiwała po nim, że też zacznie zwracać się do niej po imieniu. Moody, którego Albus zatrudnił w tym roku jako nauczyciela obrony przed mroczną magią, burczał to ironicznie, pozdrawiając go na korytarzu.
Tymczasem do Snape'a – Severusa – coraz bardziej docierało, jak bardzo nimi wszystkimi gardził.
Śmierć Harry'ego załamała ich wszystkich na sposoby w jakie nie powinna, jeśli wziąć pod uwagę, że rzekomy podmiot przepowiedni, gnojek Potterów, który wyglądał zupełnie jak swój ojciec, wciąż żył. Oczy Albusa coraz częściej zasnuwała mgła, jakby przeczuwał nadchodzący koniec swojego życia i był w sumie poniekąd z tego rad. Z głosu McGonagall zniknęło sporo surowości. Moody nauczał ponuro, jakby spodziewał się, że jego uczniowie w najlepszym przypadku przeżyją, zamiast zatryumfować.
A James Potter pojawiał się na spotkaniach Zakonu Feniksa, jakby ktoś związał go za kostki i kazał granianowi przeciągnąć po polu błota.
Snape miał większy ubaw w czasie tych spotkań, niż byłby w stanie się do tego przyznać. Musiał, oczywiście, podawać podczas nich fałszywe taktyki śmierciożerców, upewniając się, że żadne nie będą ze sobą sprzeczne; musiał tańczyć wokół ciągłych prób Albusa, który usiłował otworzyć go na świat, żeby zaprzyjaźnił się wreszcie z pozostałymi; musiał pamiętać, że zaraz po opuszczeniu tych spotkań przyjdzie mu wrócić do świata, w którym czuł się wyjątkowo niekomfortowo, świata Hogwartu, w którym uczył dzieci swoich wrogów bezużytecznych informacji. Ale przez przez ulotną godzinę, czy dwie – ostatnimi czasy Zakon Feniksa nie zbierał się w żadnym ustalonym miejscu i nie śmiał pozostawać dłużej w żadnej kryjówce – mógł przyglądać się swojemu najgorszemu wrogowi ze świadomością, że pomógł w zabiciu jego syna i obecnie pracował nad odnalezieniem lokacji drugiego, a Potter nie miał o tym żadnego pojęcia.
Tego dnia po wejściu do pokoju zorientował się, że znajdował się tam tylko Potter. Snape upewnił się, że jego kroki były ciche niczym dym, kiedy podszedł do niego i stanął za jego plecami, zanim ten zdążył go usłyszeć, czy się obrócić.
– Syr… – zaczął Potter, obracając głowę. Często zdawał się zapominać, że Black też już nie żył. Podskoczył w ogromnym zaskoczeniu, a jego grdyka podskoczyła, kiedy przełykał ślinę. – Severus – powiedział wreszcie.
– James – powiedział Snape. Po raz pierwszy zrobił z własnej woli to, do czego Albus już od dawna go zachęcał, zwracając się do członka Zakonu Feniksa po imieniu. Potter spiął się, zaciskając dłonie na podłokietnikach swojego fotela. Snape zajął miejsce po przeciwnej stronie pokoju, przez cały czas przyglądając mu się ostrożnie i zauważając kąt nachylenia jego głowy, czy też ukryte za okularami orzechowe oczy, które zdawały się otwierać coraz szerzej w miarę jego rosnącej paniki, o której świadczył przyśpieszający oddech.
– Czego chcesz?
To był zaledwie szept, ale Snape tak go usłyszał. Nie okazał po sobie, jak bardzo go to zadowoliło.
– Chcę dokładnie tego co ty, Jamesie – powiedział. – Pokonania Mrocznego Pana i możliwości zachowywania się zgodnie z moim sumieniem i poglądami. – Tylko pierwsza część tego zdania była nieprawdziwa.
– Kłamiesz – powiedział niemal bezgłośnie Potter.
Snape był nawet w stanie powstrzymać nawet swoją pierwszą, zaskoczoną reakcję. Nikt nie znał szczegółów jego szpiegostwa; większość nawet nie zdawała sobie sprawy, że pojawił się na cmentarzu w czasie powstania Voldemorta, ani że regularnie wracał pod skrzydła swojego Lorda. Potter po prostu ciskał oskarżeniami w nadziei, że trafi w czułe miejsce, bo nie wiedział w co tak naprawdę celować, żeby przerazić Snape'a, albo wyjawić go jako podwójnego agenta.
– O czym? – zapytał obojętnie.
– Że chcesz pokonać Sam Wiesz Kogo. – Potter wstał i ruszył ku niemu. – Po prostu wiem, że z przyjemnością zobaczysz, jak przejmuje władzę nad światem, bo dzięki temu zyskasz okazję do torturowania mojej żony i syna.
Potter, jak zwykle, postrzegał wielką wojnę ideałów, zazdrości i zemsty wyłącznie w odniesieniu do siebie. Snape nie dopuścił do tego, żeby drgnął mu choćby mięsień, albo żeby obojętna mina spełzła mu z twarzy.
– Skoro potrzebujesz sobie wmawiać coś takiego, byle tylko być w stanie współpracować ze swoim szkolnym wrogiem, to niech ci będzie, Potter – powiedział, odwracając wzrok.
– Petrificus Totalus!
Zaklęcie przywiązało go do fotela, oczywiście. Potter nie wiedział jednak, że Snape miał dość panowania nad bezróżdżkową magią, by w sytuacjach intensywnej furii móc zniszczyć takie ograniczenia i zaatakować. A ta sytuacja bardzo szybko zaczęła zasługiwać na zareagowanie intensywną furią.
Pozwolił Potterowi na podejście bliżej, obserwował podskakującą w jego dłoni różdżkę. Chciał zniszczyć tego człowieka, nie po prostu go zranić.
– Severusie – zakpił Potter. – Wiem, że kłamiesz, Severusie. Ty też wiesz, że kłamiesz. Twoje serce jest równie czarne co zawsze, nie mam pojęcia czemu Albus ci ufa. Pozostajesz częścią Zakonu wyłącznie po to, żeby donosić o naszych aktywnościach… – Nabrał głęboko tchu i wydusił z siebie imię. – Voldemortowi. Przecież już od pierwszego roku wiedziałeś więcej o mrocznych sztukach, niż my wszyscy razem wzięci, pamiętasz? Zawsze zastanawiałem się, gdzie się tego nauczyłeś. Ale chyba już wiem. Mieszkałeś w kraju samej ciemności. Albus powiedział mi nieco o twoim dzieciństwie, kiedy go o to zapytałem. Żeby nie było wątpliwości, nie uważam, żeby to, co ucierpiałeś przez swoją matkę, było jakimkolwiek wytłumaczeniem tego, w jaki sposób traktowałeś moje dzieci. Właściwie twój sposób nauczania wywołuje we mnie wątpliwości, czy kiedykolwiek wyrwałeś się spod jej wpływów.
Snape poczuł, jak zaraz za oczami wzbiera w nim białe światło. Wybuchnęło w bezgłośnym ryknięciu, od którego zagrzechotały okna domu spotkań, choć Snape nie sądził, żeby zdołało się przez nie przebić. Zakon za każdym razem zabezpieczał wszystko, co można by zobaczyć z zewnątrz na wypadek szpiegów, albo wścibskich mugoli.
Kiedy znów był w stanie widzieć, ciężar zniknął z jego kończyn, a Potter leżał na ziemi, oszołomiony i ledwo dyszący.
Severus nie tracił czasu. Potter tylko zgadywał, ale mógł zainspirować swoimi wątpliwościami innych członków Zakonu, a jeśli nikt nie będzie mu ufał, to Severus nie będzie w stanie pozostać podwójnym agentem. W dodatku jeszcze było to, co powiedział o jego matce.
Nikt nie komentował Eileen Prince przy Severusie, a co dopiero patrząc mu prosto w oczy. Za jego plecami też nie powinien, więc obiecał sobie po cichu, że Albus też odczuje jego wściekłość, jak tylko będzie w stanie bezpiecznie ją wyrazić.
Przyklęknął przy Potterze i wyciągnął z kieszeni niewielką fiolkę srebrnego eliksiru. Stworzył go, ale jeszcze nie miał okazji do przeprowadzenia dokładnych testów. Głównie dlatego, że zwykle nie użyłby czegoś takiego nawet na najgorszym wrogu, bo mogłoby to wywołać mniej bólu od tego, czym Severus chciałby go poczęstować.
Teraz jednak nie miało to znaczenia. A może po prostu wierzył, jak to czasem było w zwyczaju Mistrzów Eliksirów, czy dowolnych innych artystów, że i tak zdoła osiągnąć cel, o którym myślał, kiedy jeszcze go warzył. Wlał go ostrożnie Potterowi do gardła, po czym masował mu mięśnie szyi, póki wszystko zostało połknięte.
Następnie odsunął się i zaczekał, aż te orzechowe oczy zatrzepotały i wreszcie skupiły się na nim.
– Co się stało? – mruknął Potter.
– Zapomnisz o tym, co tu się tak naprawdę stało – powiedział Severus głosem spokojnym i stanowczym. – Będziesz pamiętał, że wszedłem, nazwałem cię Jamesem i odbyliśmy uprzejmą rozmowę. Zszokowało cię to i oskarżyłeś mnie o bycie podwójnym agentem, ale zapewniłem cię, że tak nie jest i mi uwierzyłeś. Pamiętasz to wszystko?
– Tak – powiedział niemal bezgłośnie Potter. – Tak, pamiętam. – Wyciągnął rękę i Severus złapał za nią i pomógł mu wstać. Potter momentalnie odsunął się od niego i kiwnął głową, jakby w zakłopotaniu. – Przepraszam, że cię oskarżyłem… Severusie.
– Nie przejmuj się tym, James – powiedział Severus, po czym zajął z powrotem swoje miejsce i zaczekali na pojawienie się pozostałych. Czuł, jak srebrny eliksir rozprzestrzenia się po żyłach Pottera niczym ciekły Imperius. Wystarczyło wyszeptać rozkaz i Potter będzie musiał zrobić wszystko, czego Severus sobie zażyczy. Dawało to bardziej efekt zaklęcia pamięci, niż Imperiusa, bo Severus będzie musiał za każdym razem tworzyć mu nowe wspomnienia, żeby udowodnić, że robił to wszystko z własnej woli, ale podziałało. Kiedy reszta Zakonu wreszcie się pojawiła, Severus i James śmiali się razem, a Albus uśmiechnął się szeroko, jakby wierzył, że jego niedorzeczne zagrywki wreszcie coś zdziałały.
Severus uśmiechnął się do niego, nie okazując po sobie furii, która w nim spoczywała i usiłowała przegryźć swoje łańcuchy.
Albusie. Ty głupcze. Nie masz pojęcia, co we mnie przebudziłeś. Ale niebawem się przekonasz. Jak ja cię nienawidzę, stary draniu.
Snape wstał, ziewając, kiedy strzępki snu opadały z niego niczym pióra. Tym razem nie obudził się z poczuciem narastającej nienawiści, pamiętał tylko echo starej nienawiści wobec Dumbledore'a. Czuł się usatysfakcjonowany, jakby osiągnął w tym śnie coś, co go bardzo zadowoliło.
Wzruszył ramionami i sprawdził swoje eliksiry. Ten fioletowy był już niemal gotowy; stopniowo pogarszał jego efekt, przez co czasem dymił i przelewał się, jakby usiłował buntować przeciw tak koszmarnie bolesnej śmierci, jaką by komuś przyniósł. Srebrny eliksir, który pomoże w leczeniu rozległych ran oklumencyjnych, jak te od których Harry cierpiał po ataku Toma Riddle'a podczas swojego drugiego roku pobytu w Hogwarcie, o ile Snape'owi kiedykolwiek uda się go udoskonalić, lśnił w kociołku obok.
Obrócił się, żeby stawić czoła nadchodzącym lekcjom i bandzie bałwanów, których musiał nauczać. Większość z nich nie miała nawet ułamka kompetencji Dracona, Harry'ego, czy Granger. Ale czuł się pod tym względem jakiś taki mniej zrezygnowany, jakby z własnej woli zdecydował się na takie życie.
Czuł się, przynajmniej przez chwilę, jakby kroczył po świecie samego poranka.
