OSTRZEŻENIE: Cliffhanger.
Rozdział siedemdziesiąty piąty: Rosnąc w siłę
Harry zamrugał i ostrożnie zamknął za sobą drzwi sypialni. To nie tak, że jeszcze nigdy wcześniej nie widział Dracona rozwalonego na brzuchu na ich łóżku, otoczonego zewsząd zwojami i książkami. Już kiedyś tak bywało, kiedy wciąż usiłował zwizualizować swój animagiczny kształt, a potem ponownie, kiedy wydawało mu się, że zdoła osiągnąć przemianę w kilka tygodniu po odkryciu go. No i jeszcze czasami, ilekroć chciał napisać praktycznie idealne wypracowanie z eliksirów, czy astronomii, przez co gubił się w labiryntach słów, których nawet Hermiona mogłaby mu pozazdrościć.
Teraz jednak wokół Dracona unosiło się kilka map, które przestawiał od czasu do czasu machnięciem różdżki. Leżał na brzuchu przed ogromną książką, czytając słowa u góry kolumny i powoli przechodząc w dół, upewniając się, że skończył z jednym zestawem pojęć przed przejściem do kolejnego. Czasami podrywał wzrok i ponownie machał różdżką, przez co jedna z map opadała do niego. Draco oznaczał ją ostrożnie, po czym odsyłał z powrotem do unoszącego się kręgu.
Harry podszedł bliżej, ale Draco podskoczył dopiero, kiedy Harry usiadł na łóżku. Naprawdę zaczynał powątpiewać w to, czy Draco w ogóle widział cokolwiek poza kręgiem papieru.
– Co robisz? – zapytał z zaciekawieniem. Od spotkania z Opalline'ami i Gloryflowerami minął zaledwie dzień. Nie spodziewał się, że Draco tak od razu rzuci się w wir pracy związanej z… w sumie nie wiadomo czym, no bo…
To do niego niepodobne. Chyba że naprawdę zmienił zdanie co do swojego lenistwa i odwlekania wszystkiego na ostatnią chwilę.
Draco uśmiechnął się do niego. Harry przeskanował go na wszelkie ślady ironii i nie znalazł żadnej.
– Calibrid przypomniała mi, że muszę zrobić sobie miejsce w twoim sojuszu, Harry, i to nie tylko jako twój kochanek – mruknął. – Mroczni czystokrwiści nie widzą powodu, żeby zwracać na mnie więcej uwagi, niż zwróciliby na ciebie; w końcu większość już cię znają i rozumieją, jak wiele mogą zyskać na takim sojuszu. W żaden sposób nie zachęcę do siebie niezadeklarowanych czarodziejów, a świetliści czystokrwiści będą podchodzili do mnie z dystansem przez wzgląd na reputację mojej rodziny. Masz też znacznie większe szanse na zawieranie sojuszy z magicznymi stworzeniami, niż sam kiedykolwiek bym miał, a Jing–Xi jest praktycznie twoim kontaktem z innymi Panami i Paniami. Dlatego zacząłem się zastanawiać, z jakiego rodzaju sojusznikami mógłbym się skontaktować i zainicjować dyplomację, żebym zaczął być postrzegany jako niezbędny…
– Już i tak jesteś dla mnie niezbędny, Draco – powiedział Harry. – Proszę cię. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę? – Bolała go sama myśl, że Draco mógłby zacząć uważać, że Harry miałby nie chcieć go jako partnera, bo jego koneksje nie były idealne.
– Och, wiem. – Draco odchylił się, pogłaskał Harry'ego po kolanie, po czym pocałował prawą dłoń, która wisiała tuż obok jego twarzy. – I gdyby chodziło wyłącznie o twoją, czy moją opinię, to pewnie by mi to wystarczyło. Ale nie może już chodzić wyłącznie o to, Harry. Potrzebuję jakichś własnych sojuszników i pozycji politycznej. Potrzebuję też wywrócić do góry nogami to, w jaki sposób postrzega mnie większość twoich sojuszników, jako jakiegoś rozpieszczonego i otyłego pieska kanapowego, któremu pozwala się na bieganie wokół, gryzienie wszystkich po kostkach i załatwianie się na dywanie.
Harry zakrztusił się.
– Calibrid nie ujęła tego w ten sposób – zauważył.
– Nie, nie ujęła. – Twarz Dracona była uprzejmie obojętna. – Ale tak właśnie zacząłem o tym myśleć. A w tej chwili moja opinia ma dla mnie największe znaczenie. Chcę być kimś ponad to. I znalazłem na to sposób. – Jedna z map podleciała do niego, więc rozłożył ją tak, żeby Harry mógł ją zobaczyć. – Rozpoznajesz?
Harry przyjrzał się jej ostrożnie. Wyglądało to na nieznane mu wybrzeże, usiane społecznościami czarodziejów o nieznanych mu nazwach. Już miał tak odpowiedzieć, kiedy rozpoznał jedną z miejscowości, nawet jeśli wyglądała na znacznie mniejszą, niż na zwykłych mapach. To prawdopodobnie oznaczało, że ta pokazywała wyłącznie magiczne części miast, zamiast w całości z mugolskimi.
– Ameryka – powiedział. – Nowy Jork i część otaczającego go wybrzeża.
– Bardzo dobrze – mruknął Draco. – Wciąż niczego nie słyszeliśmy ze strony magicznych społeczności zamieszkujących Amerykę. Części wydaje się, oczywiście, że to europejska wojna i myślą pewnie, że nic im się nie stanie nawet w razie wygranej Voldemorta. A może nawet, że ich mugole ich ochronią. – Draco prychnął. – Choć sam w to nie wierzę – przecież mieszkają pośród nich. – Machnął różdżką i mapa wróciła do swojego tańca pośród innych. – Ale jeśli faktycznie mają takie tendencje, to może nawet łatwiej będzie ich zmanipulować.
– Chcesz rozciągnąć działania przymierza na drugi koniec oceanu? – zapytał ponuro Harry.
Draco spojrzał na niego.
– To raczej nie zadziała – powiedział Harry, przymuszony pod tym wzrokiem do szczerości. – Nawet sąsiadujące z nami magiczne społeczeństwa wydają się niespecjalnie zainteresowane tą wojną. Wydaje im się, że pokonam Voldemorta, a jeśli mi się nie uda, to nie chcą, żeby to na nich w pierwszej kolejności zwrócił uwagę. Jak niby mamy ściągnąć na siebie uwagę Amerykanów, skoro dzieli nas cały ocean?
– Wszystkie oceany zaczną wydawać się równie mizerne w chwili, w której Voldemort zacznie magiczną hodowlę latających stworzeń – powiedział Draco. – Albo znajdzie sposób na aportację międzykontynentalną. Czy też, skoro już o tym mowa, przejmie kontrolę nad siecią fiuu. Wyglądam znacznie dalej. Jestem pewien, że uda mi się znaleźć ludzi w Ameryce, którzy będą podobnie do tego podchodzili. Poza tym, Harry, zapominasz chyba o znacznie większym odłamie swojej pracy. Nie jesteś tu po prostu, żeby walczyć z Voldemortem. Jesteś vatesem. A w Ameryce też są magiczne stworzenia spętane tak, żeby nie wchodziły w interakcje z mugolami. Właściwie to jest ich tam pewnie nawet więcej, bo mugole z Europy tak szybko zalały ten kontynent, że czarodzieje i czarownice nie mieli czasu na ustanowienie sanktuariów. Musieli przede wszystkim oprzeć się na sieciach i jedyne, co im pozostawało w wielu przypadkach, to ukrycie wszystkiego na widoku. Wiedzieli, że mugole zabiliby je choćby dla sportu.
– I wciąż są spętane – podsumował Harry.
– Tymczasem zalewająca wszystko fala rozbudowujących się mugoli wcale nie maleje – mruknął Draco oschle. Machnął różdżką i podpłynęła do niego inna mapa. Tym razem Harry zauważył przelotnie kilka jezior i półwysep, który osobliwie przypominał dłoń. – Mieli koszmarne problemy ze słodkowodnymi wężami morskimi, zamieszkującymi okolice Michigan. Obecnie mieszkają praktycznie pod mugolami, bo nigdzie indziej nie było na nie miejsca.
– A jeśli moja obecność zniszczy te sieci…
– To może się paskudnie skończyć – dokończył Draco. – Zbyt wiele magicznych stworzeń mieszka w sąsiedztwie mugoli, zamiast w jakichś odległych górach, albo lasach, jak to ma miejsce w Europie. Och, część ukryto, ale niewystarczająco wiele. A amerykańscy czarodzieje i czarownicy żyją w takim… złudnym przekonaniu, że mają wszystko znacznie lepiej pozałatwiane, niż dowolne inne społeczności, które przecież zostały założone na długo przed nimi. Właśnie przez to wolą zabijać magiczne stworzenia, które nawet przypadkiem wymkną się spod swoich sieci, bo uważają, że wtedy mugole w ogóle ich nie zobaczą i nie będą musieli nikogo obliviatować.
Harry syknął przez zęby, a obok niego pojawił się cień czarnego kota.
– Tak myślałem, że to cię zirytuje. – Draco brzmiał na rozbawionego. – Ich ministerstwo też ma własne sposoby na załatwianie wszystkiego, ale okręca to wokół osobliwej obsesji na punkcie nieformalności, co jest ciekawe, bo to podejście w jakiś sposób sprawia, że stali się kompletnie zauroczeni ideą formalnych rytuałów. Będą udawali wzgardę, kiedy się z nimi skontaktuję, ale prywatnie strasznie zadowoli ich, że kontaktuje się z nimi ktoś ze starej, czystokrwistej rodziny, a jeszcze bardziej zaimponuje im fakt, że mam tak wysoką pozycję w przymierzu. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby przyjęli zamiast mnie, na przykład, taką Calibrid Opalline, bo nie uznaliby jej za równie ważną. Twój partner wywrze na nich większe wrażenie.
– To… naprawdę wspaniałe, Draco – powiedział nieco bezsilnie Harry. W ogóle nie przyszło mu do głowy wyciąganie ręki do Amerykanów. Miał tak wiele na głowie, że skupił się przede wszystkim na bezpośredniej przyszłości i stawianiu czoła konkretnym zagrożeniom, przed którymi Jing–Xi była w stanie go przestrzec. Możliwe jednak, że faktycznie nastał już czas, by Przymierze Słońca i Cienia nie tylko przeżywało, ale zaczęło się rozwijać i to nie tylko w ramach pomocy i wyzwalania brytyjskich magicznych stworzeń. – Ale nie wiem, czy kiedykolwiek przygotujesz się na tyle, żeby móc zrobić to wszystko za jednym zamachem.
– Och, tego to nigdy nie zdołam zrobić. – Draco wskazał na ogromną książkę, na której się położył. – Czytam historię magicznych społeczności w Ameryce, a przyjdzie mi jeszcze wiele się nauczyć. Przed pierwszym skontaktowaniem się chcę mieć pewność, że będą tańczyli jak im zagram. Może z brytyjskimi czarodziejami by mi się to udało już teraz, ale przecież jestem na tyle rozsądny, żeby zorientować się, że mam luki w wiedzy. Pozostaje mi je wypełnić. – Uśmiechnął się.
Wyglądał na tak zadowolonego z siebie, że Harry nie był w stanie się powstrzymać; nachylił się, żeby go pocałować, a Draco zareagował na to z wyraźnym zainteresowaniem. Kiedy jednak wokół nich zaskrzypiały i zaszeleściły pergaminy, Harry odsunął się.
– Przerywam ci badania – powiedział niewinnie. – Domyślam się, że wolałbyś je najpierw dokończyć.
Draco jęknął i wyciągnął ręce, kiedy Harry odsuwał się od niego, przez co pacnął tylko bezsilnie dłońmi o pościel.
– Harry, minął już tydzień…
– Nie potrwa to już długo – powiedział Harry, puszczając do niego oczko. – Równonoc wiosenna już za kilka dni, pamiętasz?
Draco podniósł się na łokciach i spojrzał na niego statecznie. Harry odpowiedział tym samym. Wiedział, że Draco wyczytał w jego oczach nieme wyzwanie. Póki co wyglądało na to, że Draco naprawdę chce dotrzymać obietnicy wspięcia się na wyżyny swojego potencjału i dołożenia starań, by na nim pozostać, ale ostatecznie Calibrid ukłuła go w ten sposób zaledwie wczoraj. Nigdzie nie było powiedziane, że Draco zdoła zachować tę intensywność aż do równonocy.
– Spędzisz ten dzień z kimś, z kogo będziesz mógł być dumny, Harry – powiedział Draco, kiedy wymiana spojrzeń trwała już tak długo, żeby wprowadzić obojga w lekkie zakłopotanie.
Harry pochylił głowę i wycofał się.
Draco rozejrzał się po łóżku. Papiery i pergaminy, które wcześniej badał, zostały bezpiecznie zepchnięte na bok. Ogromna „Historia czarodziejów w Ameryce", dzięki której zaczął się uczyć o, cóż, historii czarodziejów w Ameryce, leżała na nocnym stoliku, niemal go wywracając. Nawet kufry zostały odsunięte pod ściany, a Draco łagodnie, choć stanowczo wyrzucił Argutusa za drzwi, kiedy wąż omenu spróbował wrócić do pokoju.
Zamknął oczy.
Wiedział już, co było nad wyraz upokarzające, czemu do tej pory mu się nie udawało. W jak wielu książkach znalazł już jakieś wspomnienie o woli i jej istocie? Mógł sobie chcieć ile tylko dusza zapragnie, ale nigdy tego nie osiągnie bez skupionej woli, bez wycelowanego pragnienia.
Teraz miał zamiar to osiągnąć. Poddał się temu płynnemu pragnieniu. Przebywał teraz w jednym miejscu. Wizja, ku której chciał sięgnąć, leżała po drugiej stronie. Będzie musiał podejść do niej sam i to za pomocą niczego innego jak własnej woli.
Książki radziły zabieranie się za to stopniowo, ale Draco już tego próbował i nic z tego nie wyszło. Nie potrafił odczuwać determinacji jednego dnia i następnego nieco ją zwiększyć. Musiało dojść do tego od razu, za jednym zamachem, inaczej nic z tego nie będzie.
Draco nachylił się nad tym zadaniem.
Było ciężko. Czuł się, jakby wlókł się przed siebie z ogromnym głazem uczepionym do pleców. Miał pochyloną głowę, pot spływał mu po karku, a z pokoju wspólnego Slytherinu dobiegały rozpraszające dźwięki. Gdyby tylko się skupił, usłyszałby pewnie nawet kroki wędrującej mu pod drzwiami Syrinx, gdzie postawił ją na straży. Bez trudu mógł wyobrazić sobie, jak Harry wpada do pokoju, przerywając mu koncentrację.
Wyobrażał sobie opadnięcie na łóżko i powiedzenie sobie, że to zadanie go przerasta. Przecież nawet Harry'emu nie powiedział o tym na wypadek, gdyby mu się jednak nie udało. Nikt by się nie dowiedział, nikt by nie był nim rozczarowany.
Poza sobą samym.
Draco nigdy nie miał zamiaru pozostawiać takiego wrażenia na magicznym społeczeństwie jako takim, ale właśnie tak go odebrali i teraz tylko on mógł to naprawić. Rozprzestrzenianie plotek o swoich magicznych zdolnościach nic by już nie dało. Obiecywanie poprawy i niczego nie robienie w tym kierunku, też mu nie pomoże. Opowiedzenie Harry'emu o wszystkim, co chciałby osiągnąć i otrzymanie za to pochwał, tylko odciągnęłoby go od zrobienia czegokolwiek, bo przecież był w stanie pławić się w nawet jednej pochwale Harry'ego przez wiele tygodni.
Między innymi dlatego się za to zabierał, czyż nie? Jeśli to opanuje, to będzie miał do zaoferowania przymierzu Harry'ego coś unikalnego. Och, jasne, kilku innych pomocników Harry'ego też było w stanie to zrobić, ale ich główna przewaga, czy też jej brak, polegała na tym, że byli z tego znani. Draco mógłby się z tym ukryć, głównie dlatego, że nikt by się tego po nim nie spodziewał. Możliwe, że pewnego dnia uratuje im to życie, albo będzie w stanie przeprowadzić misję zwiadowczą. Voldemort będzie się chronił przed tymi z tą zdolnością, o których wie, a nie przed Draconem.
To przeciągnęło go przez jeden z bardziej pokręconych zakrętów na ścieżce. Obraz tego, co chciał osiągnąć, przysunął się nieco bliżej.
Pozostawała jeszcze mina, jaka pojawi się na twarzy Harry'ego, kiedy zorientuje się, że Draco już to opanował. Draco wyobrażał sobie obejmującą go parę ramion, parę ogromnych, zielonych oczu wpatrujących się w niego z aprobatą i radością. Być może Harry nawet zrezygnowałby z tej przerwy w seksie, która miała zakończyć się dopiero na wiosenną równonoc, i uda się z Draconem do łóżka w celu innym, niż tylko spanie.
Obraz był coraz bliżej, już błyszczał. Draco jednak miał wrażenie, że najcięższy element był dopiero przed nim. Nawet myśli o aprobacie Harry'ego, czy wspomożeniu własnej reputacji, nie przeniosą go przez ten kraj pełen głazów; skorzystał z nich, żeby się tu w ogóle wspiąć.
Dyszał. Jego koncentracja zachwiała się na moment i niemal roztrzaskała. Skoczył jednak w bok i uchwycił się liny, której akurat potrzebował.
Chciał zrobić to też dla swojego własnego dobra. Jeśli stanie się czymś więcej, niż mu się zawsze wydawało, jeśli ludzie widzieli w nim wspaniałego człowieka, którym nie miał pojęcia, że w ogóle miał szansę się stać, to chciał zyskać dostęp do tego potencjału. Ale potencjału nie osiągało się poprzez próby i porażki. Być może inni czarodzieje mogli tak do tego podchodzić, ale nie Malfoy. Nie czarodziej taki jak on, który był silniejszy i lepszy od czegokolwiek, co inni mogli teraz o nim myśleć.
Nie Draco.
Przebił się przez ostatnią prostą, jaka dzieliła go od obrazu. Niespodziewanie wszystko zrobiło się prostsze. Głaz, który nosił do tej pory, rozpadł się i rozsypał wokół niego. Jego ciało pochyliło się i zaczęło nabierać sił, a potem nagle przebił się na drugą stronę, kotłując, kiedy jego mentalny wizerunek zderzył się z obrazem i zaczął wokół niego owijać.
Draco zawył, kiedy kości zaczęły mu się przemieszczać, a twarz wydłużać, ciało kurczyć, a skóra marszczyć tylko po to, żeby po chwili wywrócić się na lewą stronę. Ta chwila skoncentrowanej agonii naprawdę bolała i wydawało mu się, że właśnie wtedy powinien zrezygnować z tego pomysłu. Wszystkie książki jednak zapewniały, że kiedy już rozpocznie się fizyczna przemiana, to wszystko pójdzie łatwiej. To koncentracja była najtrudniejsza i zajmowała najwięcej czasu.
Otworzył oczy, obolały, jakby ktoś złapał go za kołnierz i przywalił nim kilka razy o ścianę, ale też świadom osiągnięcia czegoś nadzwyczajnego. Wstał i ruszył przed siebie. Przez chwilę ludzka wiedza i zwierzęce instynkty walczyły ze sobą, ale w końcu instynkty wygrały i Draco odkrył, że poruszanie się na czterech łapach było wyjątkowo proste.
Spojrzał na lustro, które pozostawił oparte pod ścianą. Przez chwilę kręcił się i przyglądał swojemu odbiciu, bo nie był w stanie uwierzyć, że jakiekolwiek zwierzę może być tak przystojne.
Był białym lisem, zupełnie jak widział to w swojej wizji. Miał kremowe futro, które nie błyszczałoby nienaturalnie w świetle księżyca, ale i tak miało pewną szansę wtopienia się śniegu. Miał zgrabne, lekkie i szybkie łapy, szare oczy i właściwie żadnych znaków szczególnych na ciele poza czarnym paskiem przy krawędzi pyska, który wieńczył się równie ciemnym nosem.
Jego nos! Jak tylko Draco zaczął zwracać uwagę na cokolwiek poza wyglądem, momentalnie zalały go zapachy. Mógł podnosić i kłaść po sobie uszy, a i tak słyszał przez ściany dźwięki, które niezwykle zawstydziłyby współmieszkańców jego domu. Ogon merdał powoli, jakby żył własnym życiem. Kiedy Draco zwrócił na niego uwagę, jego ruchy zrobiły się ciężkie, powolne i niezręczne, ale momentalnie nabrały naturalności i prędkości, jak tylko wycofał się i zaczął przyglądać im kątem oka i umysłu.
Udało mu się. Osiągnął animagiczną przemianę przed wszystkimi. I udało mu się to wyłącznie dzięki sile swojej woli.
Dumny z siebie, Draco sięgnął ponownie ku niej, żeby transformować się z powrotem i odkrył, że przyszło mu to znacznie łatwiej. Przecież wiedział, jak być czarodziejem, nic innego nie robił większość swojego życia, więc kształt kończyn i mniej wyczulonych zmysłów momentalnie wskoczył na miejsce. Draco zachwiał się mocno, kiedy ubrania niemal z niego pospadały, po czym zamrugał w kierunku lustra.
Spróbował ponownie zmienić się w lisa.
Tym razem oznaczało to krótkie zmaganie się pod górkę, ale poszło znacznie szybciej. Draco ponownie obrócił się, żeby podziwiać kolor swojego futra.
Drzwi do sypialni otworzyły się. Rozległ się zirytowany głos Harry'ego:
– Draco, dlaczego Argutus i Syrinx zostali wyrzuceni na zew…
Draco obrócił się i potruchtał w jego kierunku. Usłyszał, jak głos zamiera Harry'emu w gardle. W ogóle nie był w stanie zobaczyć jego miny, kiedy spojrzał w górę – nie tylko był znacznie dalej od twarzy Harry'ego, niż zazwyczaj, ale lisie oczy zupełnie inaczej postrzegały świat – ale też nie musiał. Zarumienienie na jego policzkach, jak i otaczający go zapach informował, jak bardzo Harry to aprobował.
Draco wskoczył zręcznie Harry'emu na ręce, ułożył się wygodnie i zaczekał na pochwałę.
Connor uznał, że ma już tego serdecznie dość.
„Tym" był przyglądający mu się bez przerwy Draco. Jasne, robił to głównie podczas obrony przed mroczną magią, ponieważ tylko w czasie tych zajęć Draco siedział zaraz za nim i mógł to robić bez przeszkód, ale czasem obracał się do niego też w czasie posiłków, albo kiedy mijali się w korytarzu. Kiedy Connor przyszedł odwiedzić Harry'ego w pokoju wspólnym Slytherinu, Draco siedział w fotelu obok i nawet nie starał się włączyć do rozmowy, po prostu mamrotał „tak" lub „nie" i przyglądał się Connorowi.
Złapał Dracona za ramię, kiedy ten opuszczał obronę przed mroczną magią, po czym odwrócił go i przycisnął do ściany. Draco uśmiechnął się do niego krzywo, po czym zerknął na rękę Connora.
– Przykro mi cię poinformować, Potter, ale jestem już zajęty.
Connor puścił go, jakby nagle ogarnął go smoczy ogień, po czym dotarło do niego, że właśnie tego chciał od niego Draco. Prychnął więc tylko i posłał mu zniesmaczone spojrzenie.
– Obserwowałeś mnie – powiedział. – Chcę się dowiedzieć czemu.
Draco zawahał się, polizał usta i zaczął wyglądać na zakłopotanego. Zainteresowanie Connora wzrosło, kiedy nie padła żadna cięta, ślizgońska odpowiedź, a cisza tylko się przeciągała. Wyglądało na to, że to jednak nie żadne gierki, czy próby wprowadzenia przyszłego szwagra w zakłopotanie. Tu chodziło o coś znacznie poważniejszego, z czym Draco jeszcze nie do końca się pogodził. Connor wolał takie sytuacje. Miał przy nich większe szanse na wprowadzenie Dracona w zakłopotanie.
– Usiłowałem zobaczyć w tobie przeszłego i przyszłego Connora – powiedział Draco, co tylko jeszcze bardziej zaskoczyło Connora.
– Co masz przez to na myśli?
– Chodzi mi o... Harry dał mi tę myślodsiewnię na święta – powiedział Draco. – Pełną wspomnień, których nie miałem szans z nim podzielić, głównie tych z dzieciństwa. Tak strasznie często się w nich przewijasz. Jest cię tam naprawdę wiele, byłeś wtedy najważniejszym dla niego człowiekiem. Chciałem się dowiedzieć, jaki byłeś wtedy. – Wykonał ogólny gest w kierunku piersi Connora. – I chciałem się dowiedzieć, jak możesz być teraz... taki. Zmieniłeś się od tamtego czasu i nie wiem nawet, jak ci się to udało.
– No pewnie, że nie – powiedział Connor, odstępując od Dracona i odprężając się. Czy to nie wspaniałe, że chciał dowiedzieć się tego właśnie od niego? Przecież ostatnio Draco praktycznie nieustannie rozgłaszał swoje pragnienie zmiany. Connor musiał diametralnie zmienić swoją perspektywę i zachowanie przy Harrym, więc prawdopodobnie był w tej chwili najlepiej przygotowany na udzielenie porady pod tym względem. – Nawet Harry tego nie wie. Kiedy zaczął się znowu na mnie oglądać, skończyłem z większością.
– No to powiedz – powiedział Draco.
Connor wzruszył ramionami, po czym przymknął oczy, zmuszając się do poruszenia wspomnień, które już nie miały w sobie dawnego jadu i stały częścią rzeczywistości.
– Kiedy... Syriusz się zabił, a ja usłyszałem prawdę o przepowiedni i zobaczyłem, jak Harry wyzwala dementorów, zorientowałem się, jak wiele ze wszystkiego w co wierzyłem, zostało zbudowane na kłamstwach. Harry pomógł mi nieco z żałobą, podobnie jak James i Remus, ale opiekowali się tak mną już większość mojego życia. Chciałem przemyśleć to na własną rękę. Dlatego udawałem, że wyleczyłem się bardziej, niż naprawdę. Harry był tak zamotany swoimi próbami pogodzenia się z tatą, a potem użeraniem się z początkami swojego sojuszu, a potem jeszcze ze Snape'em, że nie zwrócił uwagi. Tata pewnie by zauważył, gdyby nie był taki skupiony na odebraniu Snape'owi Harry'ego, a Remus wciąż obchodził żałobę po Syriuszu. Dzięki temu mogłem w spokoju zastanowić się nad tym, co by to dla mnie oznaczało, gdybym przestał uważać się za Chłopca, Który Przeżył. I zobaczyłem przed sobą dwie drogi. Jedna kończyła się rozgoryczeniem na Harry'ego, zazdrością że przejął ode mnie tytuł, który od zawsze miał należeć się mnie. A druga kończyła się pogodzeniem z własną przeciętnością i pomaganiem mu, bez wchodzenia mu w drogę. I tę właśnie obrałem. Naprawdę ciężko pracowałem nad przyzwyczajeniem się do tego, kim się przez to stałem. Każdego dnia powtarzałem sobie, że to Harry był Chłopcem, Który Przeżył. Zmusiłem się do zwrócenia uwagi, w jaki sposób tata i mama – znaczy, James i Lily – Connor osunął się tak głęboko we własną historię, że na chwilę się zapomniał – tak naprawdę się przy nim zachowywali, bez wychodzenia z założenia, że przecież musieli traktować nas tak samo. Ilekroć wzbijałem się w powietrze, upominałem się, że Harry'emu wychodzi to lepiej. Zobaczyłem przy okazji wszystko, czego nigdy nie będzie miał, wszystko co mi przychodzi bez trudu, a czego on nigdy nie opanuje. Zwykle nawet nie zauważa, kiedy ktoś go kocha. Ja nie mam z tym problemu. Ma ogromny problem z postawieniem granic i bronieniem własnych praw. Ja nie. Zamartwia się o każdy popełniony błąd. Ja nie. Kocham Harry'ego, ale nie ma sił, żebym kiedykolwiek chciał zamienić się z nim miejscami.
Zastanawiał się przez chwilę, czy nie powiedzieć Draconowi o zauważaniu, które dręczyło go już od jakiegoś czasu i że to prawdopodobnie była wina Harry'ego, nie Parvati. Ale nie był w stanie się do tego zmusić. Przede wszystkim dlatego, że wciąż miał nadzieję, że zauważanie po prostu sobie zniknie i nie będzie musiał się z nim tak naprawdę zmierzyć. Poza tym Draconowi tak naprawdę na nim nie zależało i nie chciałby tego wysłuchać. Connor nie miał co do tego żadnych złudzeń. Draconowi zależało na nim w odniesieniu do Harry'ego, a jeśli zdoła zrozumieć Connora nieco lepiej i jakoś zacznie się z nim dogadywać, to Harry byłby z niego naprawdę dumny. Jedyne, czym Draco Malfoy tak naprawdę się przejmował, to ustawianiem siebie w samym środku wszechświata i uznawanie się za jedyny możliwy punkt odniesienia.
W dodatku Connor nie był pewien, jak właściwie opisać zauważanie tak, żeby to nie zabrzmiało głupio. No to zauważył, że Lavender Brown była naprawdę miła wobec Gryfonów z piątego roku, że Dean zawsze patrzył bezmyślnie przed siebie tuż przed rozpoczęciem rysowania, że Neville'owi udało się utrzymać przy życiu niewielką roślinkę, którą hodował na parapecie, a która nie powinna być w stanie rozwijać się w tym klimacie. No to co? To brzmiało głupio.
– Dzięki, Connor.
Otworzył oczy i zamrugał. Draco zwykle nie zwracał się do niego po imieniu. Teraz jednak to zrobił i nawet kiwnął głową, po czym ruszył sztywno przed siebie, jakby ta nowa wiedza utrudniała mu poruszanie się.
Connor potrząsnął z rozbawieniem głową i ruszył na trening swojej przemiany animagicznej. Zeszłej nocy udało mu się dotrzeć do połowy drogi, prowadzącej do obrazu dzika, nim nie opadł z sił. Peter powiedział mu, że to nic nie szkodzi. Ma tylko przeć przed siebie, prędzej czy później dotrze na miejsce. A dzik był naprawdę świetnym kształtem. Bezpośredni, silny, sprytniejszy niż się wielu ludziom wydawało, zdolny do niszczenia barier, które oddzielały go od innych.
W drodze do wieży Gryffindoru Connor zauważył trzy ukradkowe uśmieszki, jeden rozwijający się romans i źródła dwóch kłótni, do których dopiero dojdzie. W rezultacie opadł ciężko na łóżko zaraz po powrocie do wieży i skrzywił się w kierunku sufitu, zamiast od razu zabrać się za naukę.
Głupie zauważanie.
Harry obudził się rano w równonoc wiosenną, czując się zarówno pewny siebie, jak i pełny nadziei. Wydawało mu się, naprawdę mu się wydawało, że Draco zmienił się na tyle, żeby to, co Harry miał zaplanowane na pierwszy dzień wiosny, faktycznie miało szansę wypalić.
W przeciągu ostatniego tygodnia uporał się z większością korespondencji i całą pracą domową, dzięki czemu miał pewność, że zniknięcie na parę dni nikogo nie skrzywdzi. A chciał zniknąć na parę dni. Chciał pokazać Draconowi, co sobie zaplanował, czego chciał...
Chciał udać się na wczasy, do cholery.
Od dłuższego czasu zmagał się z tą myślą. Początkowo wydawała mu się niezwykle samolubna, potem stawiał przeciw niej argumenty, że przecież dopiero co była Wigilia, a wielkimi krokami nadchodziła Wielkanoc. Ale pierwsze święta zrujnowały wieści o horkruksach i tym, do czego będzie musiało dojść w ramach unieszkodliwienia ich, a Harry nie miał żadnej pewności, że nie dojdzie do czegoś przed Wielkanocą. Dlatego miał zamiar zabrać Dracona ze sobą na parę dni, zaczynając od równonocy, która równoważyła Światło i Mrok, kiedy to Mrok ustępował przed Światłem. Harry stanowczo odmawiał martwienia się o cokolwiek, co mogłoby wydarzyć się w tym czasie.
Zszedł na śniadanie, nucąc cicho i z uśmiechem powitał sowę, która przyleciała do niego z Hogsmeade. Draco się spóźniał, ale Harry spodziewał się tego. To był dzień równonocy, Draco pewnie spróbuje czegoś naprawdę dramatycznego. Harry jadł, trzymając na oku drzwi do Wielkiej Sali.
Chwilę potem pojawił się w nich Draco. Od razu ruszył w kierunku Harry'ego, krokiem znacznie pewniejszym, niż tamtego dnia, kiedy dostał ochrzan od Calibrid. Harry pozwolił sobie odchylić i podziwiać go przez moment. Draco wyglądał znacznie lepiej, ilekroć zapominał o stawaniu w obronie swoich nadąsanych pragnień i zamiast tego wpływał na percepcję ludzi wokół siebie.
Jeśli chce dyskutować z Wielką Ujednoliconą Teorią, to powinien napisać własną, pomyślał Harry, wstając. Zamiast ciągle marudzić z nadzieją, że ktoś go wreszcie wysłucha.
Draco powitał go pocałunkiem i mruknięciem polecił mu usiąść z powrotem. Następnie wyciągnął zamaszyście różdżkę.
– Chcę ci pokazać nowe zaklęcie, Harry – powiedział. – Myślałem nad nim kilka dni, ale wyszło mi dopiero zeszłej nocy.
Harry usiadł i wiedział, że ma na twarzy głupi uśmiech, ale miał to gdzieś. Najważniejsze w tej chwili było, że Draco stworzył nowe zaklęcie. Uwielbiał, kiedy Draco popisywał się swoją mocą i wolą, oraz wszystkim, co są w stanie wspólnie stworzyć. W najgorszym wypadku takie eksperymenty i tak wypchną Dracona spod cienia Harry'ego, oferując mu wolność i niezależność.
Draco wyciągnął przed siebie różdżkę i zamknął oczy. Chwilę później z jej czubka zaczęło się wylewać żółte światło, tworząc krąg, który niebawem zawisnął w powietrzu. Harry nachylił się, nie rozpoznając zawartego w nim obrazu. Wyglądał na skaliste wybrzeże, typowe dla Islandii, Szkocji, czy Nortumbrii.
Draco musiał rzucić jakieś zaklęcie niewerbalne, ponieważ obraz zaczął się chwiać na boki, jakby ktoś czegoś szukał, mimo że Harry wciąż nie usłyszał żadnej inkantacji. Wreszcie wszystko skupiło się na postaci, która majestatycznie kroczyła w kierunku krawędzi wody.
Harry syknął pod nosem.
– Falco! – wyszeptał.
– Tak – powiedział Draco. Głos aż drżał mu z wysiłku. – Zaklęcie... wyszukuje jednego z twoich najgorszych wrogów i ci go pokazuje. Myślałem o... Voldemorcie, ale uznałem, że to może być... zbyt ryzykowne.
– Nie dziwię się – mruknął Harry, skupiając się na Falco. Klęknął przy głazach i poklepał dłonią powierzchnię wody, wbijając wzrok w miejscu, które zdawało się płytkie jak kałuża.
Nagle to miejsce zafalowało i spod powierzchni wysunęła się smukła głowa, której długie, żółte włosy, zalewały ramiona. Harry ponownie syknął. To była syrena, jeden z morskich gatunków, które Voldemort wyzwolił z sieci w Grecji i przez jakiś czas pozwalał polować u wybrzeży Brytanii. Scrimgeour ostrzegł Harry'ego, że Falco zdawał się spędzać coraz więcej czasu na wybrzeżach, ale Harry nie spodziewał się, że doszedł tak daleko i przekonał do siebie syreny.
Falco powiedział coś, czego zaklęcie nie wyłapało. Syrena kiwnęła głową i szybko schowała ją z powrotem pod wodą. Falco wstał, wciąż nie odrywając zmęczonego wzroku od oceanu.
Aportował się. Obraz zaklęcia zniknął na moment, po czym pojawił się, kiedy Falco wylądował na łące. Harry wyprostował się. Znał tę polanę. Znajdowała się w Zakazanym Lesie, niedaleko Hogwartu.
Falco rozłożył ręce, w których teraz trzymał mnóstwo drewnianych, bardzo dobrze znanych Harry'emu krążków, bo dwa lata temu Voldemort skorzystał z nich w czasie swojego ataku na jesienną równonoc. Zaczął rozkładać krążki wokół siebie. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że miał zamiar wykorzystać je w dokładnie ten sam sposób, rozkazując syrenom zaatakowanie rzek i zatok, jak to kiedyś zrobił Voldemort – może nawet pośle je Tamizą do samego Londynu.
– Draco – odezwał się Harry. – Czy to zaklęcie pokazuje, co się właśnie dzieje?
– Tak miało być – powiedział niepewnie Draco.
Harry wstał od stołu, dysząc ciężko i zaciskając mocno dłoń. Srebrna ręka drgnęła i zagięła się lekko, ale wciąż nie była na tyle dostosowana do ciała, by w pełni się go posłuchać.
– Słuchaj, Draco – powiedział. – Absolutnie zasłużyłeś na to, co chciałem ci dać na równonoc, ale wygląda na to, że najpierw będę musiał dać Falco nauczkę.
– Harry...
Falco na obrazie wzniósł rękę.
Chwilę potem przymuszający głos syren rozległ się z hogwarckiego jeziora, przebijając przez szkolne osłony, jak gdyby nigdy nic, owijając wokół uszu wszystkich mieszkańców i zmuszając ich do obrócenia się w kierunku wrót zamku i ruszeniu ku nim z przeszklonymi oczami.
Harry skrzywił się i ruszył biegiem, splatając za sobą osłony, które przynajmniej na jakiś czas powstrzymają innych uczniów przed wyjściem; znajdowali się pod przymuszeniem, więc nie będą w stanie myśleć racjonalnie nad rozwaleniem ich jak należy.
Wczasów mi się zachciało.
