Rozdział siedemdziesiąty szósty: Pojedynek feniksa i syreny

Harry przyszedł na brzeg jeziora, przekonany że przebił się przez osłony, jakby były pajęczymi sieciami, ale nie pamiętając tego za dobrze w tej chwili. Skupiony był przede wszystkim na tym, co miał przed sobą, jeziorze w którym aż kotłowało się od syren. Widział pośród nich ciemniejsze, zwinniejsze kształty, prawdopodobnie selkie, których jeszcze nigdy nie widział w tym miejscu. Syreny pływały z uniesionymi głowami, a ich twarze były wydłużone kiedy śpiewały, ale w żaden sposób nie odbierało im to piękna, czy uroku. To mroczne stworzenia, wszystko w nich było stworzone, żeby kusić i mamić. Harry nie sądził, żeby na świecie istniało cokolwiek zdolnego do sprawienia, żeby syreny stały się jakkolwiek mniej piękne.

Najpierw muszę je uciszyć i poluzować ich uchwyt na uczniach i profesorach, uznał Harry, mrużąc na nie oczy. Inaczej Falco może rozkazać komuś zaatakować mnie, albo przetrzymać wszystkich jako zakładników, a naprawdę tego teraz nie potrzebuję, kiedy jeszcze próbuję powstrzymać go przed rozesłaniem syren po całej Brytanii.

Najpierw spróbował prostego zaklęcia uciszającego. Nic się nie stało. Harry kiwnął głową. Tak mu się wydawało, że to nie wypali – gdyby to było takie proste, to większość czarodziejów uciekałaby syrenom, zamiast padać ich ofiarą – ale i tak chciał się upewnić.

Czuł, jak kosmyki przymuszenia zaczynają muskać mu umysł, starając się spleść wokół niego sieć. Jego wola przebiła się przez nie, rozszarpała je i zawlekła na bok, ale stopniowo coraz więcej syren zwracało na niego uwagę, uznając go za kogoś niebezpiecznego, przez co skupiały na nim swoją muzykę.

Muszę odpowiedzieć bronią na ich broń.

Harry otworzył usta i wezwał pieśń feniksa.

Wezbrała mu w gardle, jakby czekała na taką właśnie okazję, niczym przyczajony w krzakach feniks, niewidzialny póki ktoś nie zwrócił na niego uwagi. Harry poczuł, jak pierwsze nuty opuszczają mu gardło, niczym odbijające się kamyczki, zwiastujące osunięcie się ziemi. Wyczekiwał zakończenia wstępu i nadciągnięcia samego osuwiska, nieco oszołomiony faktem, że to on wydawał z siebie takie dźwięki.

Syreny stopniowo zbliżały się do brzegu. Ich przywódczyni, o błękitnych oczach, długich, puszystych blond lokach, na których spoczywała korona z poskręcanych gałęzi i pereł, oparła się o brzeg, założyła ręce i nachyliła, żeby przycisnąć Harry'ego swoim głosem. Po skórze spłynęła mu chłodna woda. Czuł pokusę odprężenia się, poddania się temu. Syrena wychwyciła z jego głowy pragnienie wczasów, jakby jego myśli były strunami harfy, na których mogła grać do woli. Wystarczyło, żeby po prostu się podda, a otrzyma wszelkie przyjemności. Przecież lubił pływać, prawda? Mógłby popłynąć w tej piosence i nikt już więcej nie będzie zawracał mu głowy.

Harry uśmiechnął się, choć nieco ponuro. Może i dałby się złapać w tę pułapkę, gdyby nie był aż tak przyzwyczajony do tego, że ktoś przerywał mu chwile odpoczynku i radości.

Cisnął w syrenę pieśnią feniksa niczym włócznią, zmuszając do wycofania się. Opanowała się dopiero, kiedy wykonała ruch, jakby chciała schować się pod wodę. Zarzuciła głową i syknęła, a Harry zauważył mignięcie ostrych, zakrzywionych kłów, kryjących się za normalnie wyglądającymi zębami. Na jej bladym policzku pojawił się delikatny, czerwony ślad, jakby się sparzyła.

W tej samej chwili wokół Harry'ego pojawiły się błękitne płomienie, owijając się wokół ramion, karku i torsu. Śpiewał poprzez nie, rozprzestrzeniając swój głos niczym siatkę nad powierzchnią jeziora.

Feniks był śpiewakiem Światła, a syreny śpiewaczkami Mroku. W dodatku były stworzeniami wodnymi, podczas gdy on był stworzeniem – a przynajmniej nosił w sobie ślad po stworzeniu – ognia. Byli naturalnymi wrogami.

Ale jednocześnie nie chciał ich zabijać. Wolał zniszczyć ich przymuszenie i zmusić do ucieczki. Zdawał sobie jednak sprawę, że zdwoją próby ataku, jak tylko Harry przerwie śpiew, albo się zmęczy. Dzięki obrazowi z zaklęcia Dracona wiedział, że zgodziły się pomóc Falco. To oznaczało, że nie mógł po prostu wyrwać ich spod jego kontroli, jak to było w przypadku Voldemorta. Same tego chciały, tego źródła darmowego pożywienia, które obiecał im Falco.

Będzie musiał pójść z nimi na kompromis.

Jednocześnie zwalczając Falco i upewniając się, że syreny nie zaatakują ludzi z Tamizy, czy dowolnego innego zbiornika wodnego, do których wysłał ich Falco.

Harry wyszczerzył się, choć wydawało mu się, że ta mina wyrażałaby jego obecne emocje wyłącznie, gdyby był cały zakrwawiony, a z ust sterczały mu kawałki martwej ryby.

Nie takich wyzwań się już podejmowałem, nie? pomyślał, po czym zrobił krok przed siebie, wbijając wzrok w królową syren. Kiedy się poruszyła, zobaczył rozciągające się od niej kosmyki, przezroczyste, jakby szklane tunele, które ciągnęły inne syreny za uszy. Kiedy Harry przymrużył lekko oczy, zobaczył że więcej kosmyków wybiega na północ, południe i wschód.

Jest ich królową. Jest z nimi związana. Może zdołam wpłynąć na wszystkie, jeśli tylko wpłynę odpowiednio na nią.

Harry wycelował pieśń feniksa wprost do środka tej sieci. Zobaczył jak szklane tunele zaczynają lśnić na złoto, jakby podświetlane wschodem słońca, a potem jego muzyka wyskoczyła z niego i pomknęła do odległych miejsc, w których pływały inne syreny.

O czym powinienem zaśpiewać, żeby je przekonać?

Harry podniósł głowę i zaczął śpiewać o wolności.


Falco westchnął, kiedy usłyszał głos Harry'ego. Ten dzieciak naprawdę się uparł, żeby pokrzyżować mu wszystkie plany, co?

Ale już nie był tak zły, jak kiedyś. Był na to zbyt zmęczony.

Polowanie pośród ścieżek Mroku i Światła, podobnie jak zaganianie dzikiego Mroku w kozi róg i żądanie od niego nauk, było ciężką i niekończącą się pracą. Radził sobie jak mógł, bo walczył o najświętszą ze wszystkich spraw, równowagę brytyjskiego świata czarodziejów.

Ale po tych lekcjach pozostawały mu na ciele znamiona, które już nigdy nie znikną. Niemal wyglądał śmierci, która niewątpliwie nastąpi, kiedy stawi Harry'emu czoła, a Harry zadeklaruje się wobec Światła, żeby go zrównoważyć.

Odnowienie równowagi i powstrzymanie Harry'ego przed pozostawaniem niezadeklarowanym, albo vatesem, było ważniejsze od jego śmierci. Musiał stale myśleć o tym celu, bo tylko dzięki temu był w stanie kroczyć wyboistymi, błotnistymi ścieżkami, które dzieliły go od tej ostatecznej, pełnej chwały chwili. Miał tylko nadzieję, że jej dożyje.

Odwiedził Toma i poznał jego techniki kontrolowania syren, podobnie jak kilka innych taktyk, do których odwołałby się Mroczny Pan. Jego wyrafinowanie doznawało ogromnych szkód, ilekroć widział leżącego na ziemi Toma, jakby kompletnie nie pojmował się powagą sytuacji, czy swojej pozycji na świecie. Jasne, Harry wyciął mu dziurę w magicznym rdzeniu, ale przecież istniały sposoby na ominięcie tego problemu i Falco nie miał wątpliwości, że Tom je w końcu odkryje.

Wzniósł rękę ku niebu. Poczuł, jak Mrok skupia na nim całą swą uwagę. Aż do zachodu słońca i związanej z nim chwili równowagi, Mrok wciąż miał kontrolę nad tą porą roku, wciąż był nieco potężniejszy od Światła. W dodatku opłacało się zwrócić uwagę, kiedy tak potężny czarodziej wykonywał gest, który wyglądał na początek rytuału deklaracji. Falco czuł, kiedy Mrok cierpliwie krążył wokół niego w czasie zastawiania pułapki, ale teraz unosił się zaraz za zasięgiem wzroku, czasem przyglądając się syrenom, a czasem Falco.

– Poddaję się – rozpoczął. – Poddaję swoją potęgę, magię, duszę, serce, umysł i ciało. Akceptuję, że od teraz zacznę przedkładać dzikość nad porządkiem, przymuszenie nad wolną wolą, wojnę nad pokojem, samotność nad współpracą i zwodniczość nad szczerością. – Nabrał głęboko tchu. – Deklaruję się wobec Mroku i od teraz będę nazywał się Mrocznym Panem.

Magia skropliła mu się w piersi, nabierając kształtu pojedynczej strzały, którą cisnął w niebo. Zawróciła gdzieś ponad nim, pozostawiając za sobą ciemnozieloną smugę, jakby musnęła przy tym jego moc. Dziki Mrok złapał wtedy za strzałę, wycelował nią, podpalając czarnymi płomieniami i posłał z powrotem, ryczącą, w kierunku Falco. Falco opadł na ziemię, kiedy został nią trafiony, ale upewnił się, że wsparł się tylko na jednym kolanie. Mimo wszystkich oczekiwań, że jego potęga zostanie należycie doceniona, dzikiemu Mrokowi tak na dobrą sprawę nie zależało na tym, żeby służący mu czarodzieje się przed nim płaszczyli.

Falco wziął głęboki oddech i zaczął odliczać dni w głowie. Nie oczekiwał czegokolwiek poza przegraną, ale i tak zaatakuje, oczywiście, dopiero kiedy będzie miał największe szanse na wygraną. To miało być zaledwie preludium, pokazanie jak poważnie do tego podchodził i mógł zachowywać się jak Mroczny Pan na wypadek, gdyby Harry kiedykolwiek miał co do tego wątpliwości.

Czterdzieści dni. Oczywiście, że zaatakuje w noc Walpurgi, kiedy moc dzikiego Mroku będzie krążyła po świecie w pełnej potędze.

Poczuł, jak w ramiona wbijają mu się pazury, kiedy dziki Mrok osiadał na nim, więc obejrzał się i zobaczył, że przybrał on kształt ciemnego ptaka, wyglądającego praktycznie jak kos, gdyby pominąć błękitne umaszczenie na skrzydłach. Stworzenie zawiesiło jedną z nóg na swoim dziobie i posłało mu wyjątkowo wredne spojrzenie ze swojego paciorkowego oka.

Falco wyprostował się i rozpoczął przygotowania do następnego ataku. Przyjrzał się uważnie taktyce Toma, jak i historii mrocznej magii, żeby nauczyć się, jak właściwie się do tego zabrać, ale przecież miał też i własne pomysły. W Departamencie Tajemnic Harry uderzył w niego falą wspomnień, na którą Falco w ogóle nie był przygotowany.

Był jednak w stanie zaabsorbować te wspomnienia, wyciągnąć z nich wnioski i stworzyć z nich bronie.

Złapał za pierwsze ostrze, trzymając je mocno w dłoni i wyglądając daleko przed siebie, w kierunku jeziora, przy którym Harry mocował się z syrenami.


Rufus zamrugał, czując się, jakby właśnie się obudził z głębokiego snu.

To było wyjątkowo interesujące wrażenie. Siedział w gabinecie, rozmawiając ze Starszym Juniperem o kolejnych ustępstwach, jakie Wizengamot byłby gotów poczynić w kwestii magicznych stworzeń, kiedy nagle przed oczami pojawił mu się obraz wody. Nie był w stanie ocenić, czy to była rzeka, czy też morze, ale to zdawało się nie mieć znaczenia. Powinien wyjść z gabinetu, żeby się przekonać. A potem powinien w nią wskoczyć. Nie musiał przejmować się utonięciem. W wodzie czekały dłonie gotowe, żeby go złapać. Już je niemal widział, unoszące się nad powierzchnią, ale tak blade i lśniące, że przypominały odbicia słońca.

A potem przymuszenie osłabło i teraz słyszał tylko muzykę, wznoszącą się i krążącą pieśń, od której serce zabiło mu szybciej i oczy przeszkliły od łez. Rufus potrząsnął głową i odwrócił się od Junipera. Starszy nigdy nie zapomniałby o okazaniu takiej słabości. Rufus będzie musiał ustalić, co właściwie ją wywołało.

Szybko jednak zauważył, że Starszy również miał problemy z zapanowaniem nad emocjami, na tyle, na ile można było wywnioskować z jego zachrypniętego odkaszlnięcia i potarcia twarzy. Oczywiście, szybko doszedł do siebie. Juniper był politykiem, zdołał otrzymać się na stanowisku mimo wielu zmian w Ministerstwie – zbyt potężny, żeby go nieodpowiednio rozdrażnić, za słaby, żeby ktokolwiek zaczął uważać go za zagrożenie.

– Psiakrew, cholera, co to miało być? – zadeklarował właśnie głośnym i ponurym głosem, którym ewidentnie starał się zagłuszyć własny żal.

Rufus w odpowiedzi stuknął różdżką w zaczarowane okno. Obrazy zaczęły przeskakiwać między kilkoma różnymi miejscami Londynu, w których nie działo się nic szczególnego. A potem zawisł nad Tamizą, której szare wody wzburzały się od pływających w nich magicznych stworzeń, pływających wolno wokół mugolskiego mostu. Rufus zobaczył mignięcia żółtych włosów, a biorąc pod uwagę to, czego przed chwilą doświadczył, szybko domyślił się, że musiały to być syreny.

Ponad nimi, gdzieś w powietrzu, równie widoczny mugolskiemu Londynowi, co kiedyś smok, wisiał wizerunek młodego człowieka otoczonego błękitnymi płomieniami i śpiewającego głosem feniksa.

– Harry vates – powiedział Rufus. Powinienem był się domyślić.

– Czy on musi zawsze się tak ze wszystkim obnosić? – zapytał oburzony Juniper, nachylając się nad ramieniem Rufusa, żeby wyjrzeć gniewnie przez okno. – Inne ministerstwa zaczną dochodzić do wniosku, że urządzamy cholerny festiwal dla mugoli. Chodźcie, zobaczcie sobie smoka! Przekonajcie się, że feniksy naprawdę istnieją! – Żachnął się, wyraźnie zdegustowany.

– Nie sądzę, żeby takie były jego intencje – powiedział Rufus, siadając z lekkim westchnieniem i czekając na koniec pokazu. – Znowu ratuje świat, Starszy, a to cokolwiek głośne przedsięwzięcie.


Harry rozmawiał z syrenami.

Upewniał się, że każda jedna nuta dawała wizje otwartych wód, niezwiedzonych przez mugoli oceanów, głazów, na których syreny mogłyby wygrzewać się do woli, nigdy nie martwiąc się pojawiającymi się na horyzoncie statkami, powietrza, które niosłoby ich głosy, żeby oczarowywać ryby, delfiny, a które nigdy nie wystawiłoby ich na zagrożenie ze strony marynarzy. Przez jego głos przelewał się błękit, zieleń i srebrzysto–biała piana. Czy syreny naprawdę powinny spędzać życie na pływaniu w tych zatłoczonych, skażonych wodach? Wody wokół Brytanii były pełne śmieci, ludzi i statków. Tymczasem zaraz za horyzontem istniał ocean, całe połacie wody, których nikt nigdy nie zobaczy poza syrenami, a w których Harry mógłby upewnić się, że miałyby pełną wolność.

Syrena odpowiedziała powoli, ponieważ skrzepła magia przeciskała się jej przez usta. Zawarły układ. Pomogą staremu czarodziejowi, oczarują mugoli i czarodziejów, zmuszając do wejścia do wody. Działały zgodnie ze swoimi najgłębszymi instynktami. Były stworzeniami przymuszenia. Nie mogły poradzić na to, jakie się urodziły. Wizja Harry'ego była atrakcyjna, ale jeśli nie będą miały ludzi, których będą mogły przymuszać, to zaprzepaszczą podstawę swojego istnienia.

Harry zmienił swoją pieśń, przez co nabrała ostrych, bezlitosnych krańców. Pokazał królowej syren, że służyła Voldemortowi w ten sam sposób, w jaki teraz służyła Falco, a w międzyczasie pływała sobie beztrosko i nikogo nie krzywdząc wokół wybrzeży Brytanii, bo nie miała żadnego pana, który mógłby nią pokierować. Czy naprawdę działała zgodnie z własnymi potrzebami, czy naprawdę przymuszała tylko tych, których chciała przymusić? Harry wiedział, że syreny są zdolne do osiągnięcia znacznie więcej i wcale nie musiały polegać na ludziach. Ale skoro tego chciała, skoro naprawdę chciała odwrócić się od tego wszystkiego, bo wierzyła w jakieś niepoważne zapewnienia, że to czarodzieje byli podstawą jej gatunku, to jasne, proszę bardzo, niech tak robi dalej.

Magia swobodniej wypływała z ust królowej syren. Oczywiście, że nie chciała służyć innym. Ale tak właśnie funkcjonowały syreny.

I nigdy nie wzięły pod uwagę żadnej alternatywy?

Harry wzniósł pieśń feniksa tak wysoko, jak tylko był w stanie, pamiętając ostatni taniec Fawkesa, tak wspaniały i piękny, że sama myśl o spętaniu go wydawałaby się absurdalna. Feniksy same wybierały, z kim chciały się związać, komu służyć, o ile w ogóle tego chciały, w dodatku zawsze pozostawiały sobie prawo do opuszczenia kompana, który okazał się ich niegodny. Czarodzieje szanowali je za to, za tę wolność. Dlatego właśnie nigdy nie zaczną szanować syren.

Przecież to jakiś absurd, odpowiedział głos królowej, wypełniając umysł Harry'ego obrazami wzburzonej, mrocznej wody. Oczywiście, że powinni szanować syreny. Syreny są w stanie ich zabić, nie to, co feniksy.

Ale nawet feniksy są do tego zdolne, odpowiedział Harry, wyrzucając z siebie skomplikowane trele, które powinny owijać się wokół ostrego dzioba i lśnić przy szkarłatnych pazurach. Czarodzieje wiedzieli, że feniksy mogą okazać się potencjalnym zagrożeniem. Ale i tak je kochali. Nigdy nie pokochają w ten sposób syren.

Nie potrzebujemy ludzkiej miłości, zaśpiewała królowa.

Harry uśmiechnął się i splótł odpowiedź z serii pauz i wysokich nut, które przeskakiwały między sobą, wznosząc się i opadając niczym fale i myśli, podążając za jej myśleniem. Czyli jednak nie potrzebowały ludzkiej miłości, tak? Tak samo jak nie potrzebowały ludzkiego szacunku, czy ludzkich ofiar. Mogłyby odpłynąć w dal, wolne od tego wszystkiego. Ich życia mogłyby splatać się z ludzkimi wyłącznie, kiedy same by tego chciały. Bo póki co po prostu przechodziły z jednego pana do drugiego. Sztuczka Voldemorta, który zniszczył ich sieć, była tylko tym, sztuczką. Momentalnie zostały zniewolone z powrotem.

Czy chciałyby dowiedzieć się, jak to jest, nie być niewolnikiem?

Głosy odpowiedziały mu zewsząd, z każdej zatoki, odnogi, jeziora, oceanu i rzeki, które miały jakieś połączenie z morzem. Tak.

Harry zignorował pieczenie, które zaczęło zalewać mu gardło od nadwyrężania głosu. Poradzi sobie z tym. Splecie dla nich wizję wolności tak urzekającej, że nigdy nawet nie zechcą wrócić na żadne wybrzeże, co najwyżej w celu przysiądnięcia na głazie, żeby przeczesać sobie włosy. Powinny mieć władzę nad swoim istnieniem, oddzieloną od czegokolwiek, co człowiek byłby w stanie dla nich zrobić. Harry nie będzie w stanie określić każdego szczegółu, bo był tylko człowiekiem, ale pokaże im ślady, ogólniki, z nadzieją, że za nimi podążą.

I wtedy zachwiał się, bo wspomnienie uderzyło w niego niczym nóż. Nagle nie widział żadnego jeziora, nie czuł trawy pod nogami. Nagle nie był w stanie zobaczyć niczego, poza tym dniem, kiedy Lily powiedziała mu, że nigdy nie będzie mógł mieć kochanka, czy rodziny, bo musiał chronić Connora. Czuł się, jakby miał siedem lat, a uzasadnienie tego stwierdzenia odbijało mu się echem w każdym kącie umysłu, rezonując w treningu, szepcząc w kręgach, których nie był w stanie przełamać.

Harry zarzucił głosem przeciw tym więzom. Nie zrobiło to żadnej różnicy. Wspomnienie zacisnęło się na nim, ograniczyło niczym sieć. Poczuł, że zaczyna się kurczyć, żeby do niego dostosować. Inne wspomnienia minęły go przelotnie, niknąc, ilekroć starał się za jakieś złapać. Draco, Regulus, Snape, wszyscy zanikali, zanikali, zanikali, a Harry nie miał pojęcia czemu.


Falco ostrożnie splótł swoją sieć.

Jej sercem, pająkiem, jeśli ktoś wolałby to określenie, było wspomnienie Harry'ego, kiedy dowiedział się, że nigdy nie będzie mu wolno posiadać rodziny, czy kochanka. To już samo w sobie było potężne. Ale w żaden sposób by mu się nie przydało, gdyby odniósł się tylko do niego. Harry po prostu przeżyłby to ponownie, a Falco mógłby liczyć wyłącznie na chwilowe odwrócenie uwagi.

Kotwice sieci wciąż przebywały w zakamarkach umysłu Harry'ego, z których czasami dochodziły go tęskne myśli powrotu do czasów dzieciństwa. Falco znalazł w nim zazdrość wobec dziewczyny przechodzącej trening wojenny, za prostotę, z jaką podchodziła do swojej egzystencji, jak i zdolność momentalnego odsuwania od siebie emocji. Znalazł chwilę sprzed kilku miesięcy, kiedy Harry spróbował odsunąć od siebie wszystkie negatywne emocje, wrzucając je do basenów oklumencyjnych, oraz do czego doszło, kiedy ta próba zakończyła się porażką; prócz ulgi pojawiła się też pogarda do samego siebie, której nie był w stanie opanować. Znalazł sen sprzed ponad roku, wywołany rzuconą przez Toma klątwą, w którym Harry znalazł się w świecie, gdzie istniał tylko po to, by zawierać sojusze dla swojego brata i był w nim niezwykle szczęśliwy, tak niezwykle, że skrupulatnie zapieczętował to wrażenie w sobie, nigdy nie odsłaniając się nim przed sojusznikami. W niewielkich i rozrzuconych częściach siebie, Harry wciąż chciał wrócić do tego, kim kiedyś był. Gdyby nic się nie zmieniło, jego życie byłoby wypełnione znacznie mniejszą ilością cierpienia, w dodatku nie miałby na sobie tych wszystkich obowiązków, za które nie wiedział nawet, jak się zabrać.

Ta pułapka była idealna, ponieważ polegała na tym, czego Harry pragnął. Wystarczyło, że Falco zastawił wnyki, a umysł Harry'ego był gotów dokończyć robotę.

Odsunął się, przyglądając wszystkiemu z zapartym tchem. Ostatecznie to właśnie może być moment, kiedy Harry się zadeklaruje. Przycisnąć go odpowiednio mocno, a Harry może wezwać Światło, żeby za pomocą jego mocy wydostać się z pułapki.


– Co to ma być? – zapytał nagle wyzywająco Juniper.

Rufus, który na chwilę odwrócił uwagę od zmagań na niebie, żeby zerknąć na robotę papierkową, obejrzał się i wstał.

– Nie wiem – powiedział. Głos drżał mu i chwiał się z napięcia. W tej chwili nie był w stanie nawet się tym przejmować, ani zastanawiać, jak zareaguje na to Juniper.

Coś się stało. Coś było nie tak.

Mglisty obraz Harry'ego pośród płomieni feniksa zaczął zanikać. Teraz widać było wyłącznie zarys, bo wszystko zdawało się być przykryte wyraźnym obrazem białego pająka, przykucniętego na czarno–białej sieci. Z sieci zaczęła rozlegać się para głosów, które Rufus słyszał równie wyraźnie, co wcześniej pieśń feniksa, a przed nią, najwyraźniej, pieśń syren, choć tej już nie pamiętał jako takiej, po prostu wrażenie po niej.

Harry, ty nigdy nie będziesz miał dzieci.

Dlaczego nie, mamo?

Ponieważ dzieci zajmują czas. Zajmują praktycznie cały twój czas, kiedy są małe, a są małe przez kilka lat. Czy pamiętasz, jak byłeś mały przez ostatnich kilka lat?

No trochę pamiętam.

Rufus zadrżał. Rozpoznał głos Lily Potter i Harry'ego, choć ten drugi, oczywiście, brzmiał znacznie młodziej niż teraz. Nie był pewien, czym przejmował się bardziej – że tego rodzaju scena była odgrywana przed całym Londynem w ramach chronienia wszystkich przed atakiem syren, czy też że miał pierwszy rząd przed czymś, co powinno pozostać prywatne, a zostało wywleczone na scenę w miejscu publicznym, niczym obdarte ze skóry zwłoki.

I musiałbyś poświęcić im cały swój czas, a także swojej wybrance, albo partnerowi.

Nie miałbym w ogóle czasu dla Connora!

Oczywiście, że nie. A to nie byłoby sprawiedliwe wobec twojej wybranki albo partnera, prawda? Tak samo jak nie byłoby to sprawiedliwe wobec twojego taty, gdybym musiała służyć komuś, w taki sposób, w jaki ty służysz Connorowi.

Juniper dotknął jego ramienia. Rufus, czując jak robi mu się niedobrze, obejrzał się na niego i zobaczył, że Starszy w ogóle nie odrywa wzroku od nieba.

– Co to ma być?

Rufus zamrugał i wrócił spojrzeniem do nieprzyjemnego morza obrazów, z całej siły starając się zignorować głosy.


Harry'ego zalało pragnienie odprężenia się, pozwolenia wspomnieniu na ogarnięcie go. Mógłby wrócić do swojego jajka i wreszcie byłoby po wszystkim. Nikt poza Falco nie dowiedziałby się, że to jego własna słabość zmusiła go do poddania się, a nie przytłaczająca potęga Mrocznego Pana. Miał po swojej stronie magię dzikiego Mroku, dzięki której jego sieć, narzędzie przymuszenia, była znacznie grubsza i gęściej zapleciona. Nikt by się nie dowiedział, do czego tak naprawdę doszło. Harry mógłby zatracić się w tych wspomnieniach i nie znać niczego poza nimi.

Wciąż pragnął spokojnego życia. Wciąż wydawało mu się, że to wszystko powinno być nieco prostsze, zwłaszcza kiedy wracał wykończony po całym dniu popełniania błędów, których nikt normalny nigdy by nie popełnił. Kusiło go, żeby poddać się i ustąpić przed treningiem.

Powiedział Draconowi, że niektóre z jego instynktów do poświęcania się nigdy nie znikną. Taka była prawda. Były w nim zbyt głęboko zakorzenione. Zawsze będzie nosił na sobie blizny, nigdy się tak do końca nie zaleczy.

Ale to właśnie te instynkty go teraz uratowały, lśniąc po bokach jego umysłu niczym odłamki złamanej kości, albo skorupki jaja i przecinając swoimi ostrymi krańcami nici sieci na swojej drodze.

Och, jasne, wygodnie byłoby się poddać, ale przecież wygoda nigdy nie była jego priorytetem, ani czymś, czego by tak naprawdę potrzebował.

No i jasne, byłby szczęśliwy, bo dla niego świat w ogóle by się nie zmienił, ale co z Draconem, Snape'em, Regulusem, Connorem, Peterem i wszystkimi, którzy go poznali i pokochali za to, kim był? Byliby zdewastowani. Nie mógł zrobić im czegoś takiego.

Co by się stało z syrenami, co z wizją wolności, którą im obiecał? Co by się stało z innymi magicznymi stworzeniami? Harry przecież nie mógł ich opuścić. Prawdziwy vates nigdy by tego nie zrobił. Dla dobra innych będzie musiał żyć dalej z taką dozą wolności, jaką sam sobie wybrał.

Owinął się, przecinając przez nici sieci, która zaczęła opadać swobodnie wokół niego. Ulotna myśl szepnęła mu, kiedy przyglądał się wszystkiemu, co właśnie opuszczało mu umysł. Wyglądała jak zagubiona, jedwabna nić.

Gdybym tylko znalazł jakiś sposób na osiągnięcie tego wszystkiego bez odczuwania przy okazji emocji...

Ale upomniał się, że nie, potrzebował swoich emocji, bo Draco potrzebował tego od niego. W dodatku tylko jego uczucia zdawały się docierać do Snape'a, kiedy zawodziły już wszystkie racjonalne argumenty. Harry syknął i potrząsnął z irytacją głową. Tak, zmienił się, dorósł już na tyle, że nie był w stanie wrócić do bycia dzieckiem, ale i tak był zaskoczony tym, jak bardzo się zmienił.

Ponownie spojrzał na syreny i zobaczył, że ich królowa unosiła się w miejscu, wbijając w niego niepewne spojrzenie.

Dokończ, co zacząłeś.

Harry przekierował swój gniew na pieśń feniksa, przetwarzając to, co zaczęło się jako furia na własne zniewolenie, w furię na samą myśl o zniewoleniu wobec jakiegokolwiek gatunku, czy pana. Syreny powinny pływać wolne, pośród fal, do których ludzie nigdy nie dotrą. Powinny nurkować tak głęboko, jak tylko są w stanie, zbadać tajemnice dna oceanu, których nikt poza nimi nie zobaczy. Kto wie, co tam znajdą? Harry, ograniczony i uwięziony w swoim ludzkim ciele, nigdy się tego nie dowie. Ale syreny mogłyby.

I wtedy głos królowej syren zawrócił i pomknął wraz z jego pieśnią, niczym ryba w ławicy, trzymająca się boku drugiej. Coraz więcej z nich zawracało, a Harry czuł, jak syreny w Londynie i wszędzie indziej kierują się w stronę prądu, który zaprowadzi je wgłąb morza. Zawracały, zawracały i nurkowały. Wrócą do domu. Żaden człowiek nie zdoła ich przed tym powstrzymać i już nigdy więcej nie będzie im rozkazywał.

Że niby ja? Czemu bym miał? zapytał Harry poprzez medium pieśni feniksa.

Królowa syren wyśmiała go. Wszyscy czarodzieje noszą w sobie pragnienie kontrolowania innych, powiedziała, po czym zniknęła pod wodą, zanim Harry zdążył jej powiedzieć, że wcale tak nie miał. Kiedy otworzył oczy, ławica zniknęła z rozpościerającego się przed nim jeziora, płynąc ukrytymi tunelami w jego dnie i bokach, zbyt wąskich, by jakikolwiek człowiek zdołał za nimi podążyć, ale którymi prędzej czy później wpłyną do oceanu.

Gardło Harry'ego tak bardzo bolało, że prawdopodobnie nie będzie w stanie odzywać się jeszcze przez wiele godzin, a umysł był ociężały i pełen chaosu, niczym wzburzona kupa śmieci. Chciał opaść z sił. Zamiast tego obrócił się w kierunku Zakazanego Lasu i ukrytego w nim Falco, ponieważ tego właśnie po nim oczekiwano.


Falco wyczuł chwilę, w której jego pułapka zawiodła i westchnął, bo choć znacznie lepiej rozumiał wspomnienia dzieciństwa Harry'ego, niż kiedy za pierwszym razem stawił czoła swojemu wrogowi, to zdecydowanie nie pojmował wspomnień z okresu dorastania Harry'ego. Oczywiście, że Harry zmienił się od siódmego roku życia, a ulotne pragnienia powrotu do tego, czym kiedyś był, nigdy nie okazałyby się na tyle silne, żeby przeważyć nad tymi wszystkimi zmianami, załatać wszystkie troski i sprowadzić go z powrotem.

Odczekał, aż Harry znalazł się na tyle blisko, żeby go zobaczyć, po czym zmienił się w bielika. Harry odchylił głowę, odprowadzając go wzrokiem, kiedy się wzbijał. Rzucił w niego kilkoma zaklęciami, ale tarcze Falco, oczywiście, nie ustąpiły i wszystko odbiły z powrotem. Falco był potężniejszy od Harry'ego. Dziwne, że ktoś tak mały i słaby, jeśli chodzi o przeciętne moce Panów i Pań, jest w stanie wywołać tyle zamieszania.

Harry przyglądał mu się bezpośrednim, bezkompromisowym, przeszywającym, jastrzębim spojrzeniem.

Falco ponownie westchnął i pokręcił głową, zwracając się ku odległemu horyzontowi. Stawi czoła Harry'emu w czasie Walpurgi i prawdopodobnie przypłaci to śmiercią.

Ale teraz u jego boku leciał Mrok, rezerwuar niekończącej się mocy, wyglądający jak czarny sokół. Śpiewał mu słodko i szeptał obietnice, które zaraz ulegną zmianie. Falco uznał, że równie dobrze może ich wysłuchać.


Płomienna pieśń roziskrzyła się nad światem tak olśniewająco, że Rufus musiał zasłonić oczy i nawet zapragnął zasłonić uszy. Taka głośna, taka lśniąca, tak obstawiająca po stronie wolności, że przez chwilę chciał wyskoczyć przez okno – mimo że było nieprawdziwe, zaczarowane tak, że mógł oglądać przez nie dowolne widoki – i znaleźć własną ścieżkę ku morzu.

Podniósł głowę, kiedy pieśń ucichła i zobaczył Tamizę kompletnie pozbawioną jakichkolwiek syren. Na moście zatrzymali się mugole, wskazując to na rzekę, to na niebo. Rufus pokręcił głową. Obliviatorzy będą mieli dziś naprawdę wiele pracy.

– Czyli tak to wygląda, kiedy Harry ratuje świat.

Rufus zerknął na Junipera. Starszy zajął z powrotem swój fotel i splótł dłonie na brzuchu. Wciąż marszczył brwi w kierunku miejsca na niebie, gdzie wcześniej pojawił się obraz i wspomnienie Harry'ego.

– Owszem, tak też bywa – powiedział Rufus. – Przyznaję, to było znacznie bardziej publiczne przedstawienie, niż zazwyczaj. Zapewniam, kiedy udał się do Departamentu Tajemnic, nie widzieli go żadni mugole.

– Jeszcze nigdy nie widziałem tego z tak bliska – powiedział spokojnie Juniper, jakby omawiali jakiś nieszkodliwy, magiczny fenomen. – Naprawdę... nie tego się spodziewałem. Ale jeśli moje podejrzenia są słuszne, to młody Harry właśnie uratował nas przed przymuszeniem syren i to nie tylko Londyn, ale i resztę Brytanii.

Rufus kiwnął głową.

– Też mi się tak wydaje, Starszy. Gdyby przebywał akurat w Londynie, ten obraz prawdopodobnie nie byłby konieczny. Po prostu zaśpiewałby z brzegu Tamizy, co pewnie by wystarczyło.

Juniper przymknął lekko oczy.

– Wygląda na to, że przydałoby się zorganizować jakiś festyn na cześć naszego młodego bohatera o feniksowym głosie.

Rufus powstrzymał się przed chichotem. Jeśli Juniper miał zamiar wykorzystać Harry'ego z powodów politycznych, to szybko odkryje, jak bardzo Harry był pod tym względem niesubordynowany.

Ale czarodziejskiemu światu chyba przydałoby się przypomnienie, jak wiele zawdzięczali Harry'emu. Negatywne artykuły znowu zaczynały się pojawiać, bo dziennikarze stopniowo odzyskiwali równowagę po szoku, którego doznali po odkryciu, co czarodzieje zrobili skrzatom domowym. Większość oskarżała Harry'ego o sztuczki i granie pod publiczkę, bez jakichś faktycznych gestów dobrej woli. Dionizos Hornblower uznał w tym tygodniu, że Harry jest zbyt potężny i te kopie „Vox Populi" sprzedawały się zatrważająco dobrze.

– Proszę powiedzieć, co właściwie ma pan na myśli – powiedział Starszemu.


Harry odprowadzał groźnym spojrzeniem Falco, kiedy starszy czarodziej odlatywał w dal. Był poniekąd rozczarowany, że nie zdołają załatwić tego tu i teraz, ale nie sądził, żeby tak naprawdę był w stanie temu podołać. Zmagania z syrenami i wspomnienie nadesłane przez Falco zabrały mu więcej sił, niż się tego spodziewał. Mięśnie mu drżały i bolały, a gardło piekło tak okrutnie, jakby ktoś przyłożył mu obręcze z rozgrzanego żelaza. Magiczne wycieńczenie rozmywało mu granice pola widzenia.

Oczywiście i tak podskoczył i obrócił się szybko, kiedy ktoś dotknął jego ramienia.

Draco spojrzał na niego z niepokojem, po czym złapał go i przyciągnął mocno do siebie. Harry zebrał się w sobie, szykując na ochrzan. Osłony, które rozstawił wokół Wielkiej Sali, prawdopodobnie opadły, kiedy zebrał wszystkie siły do walki, ale przecież w ogóle je tam po sobie zostawił. Draco nie lubił być od niego oddzielany.

– Nic ci nie jest? – wyszeptał Draco.

Harry niepewnie – kiedy nadejdzie ochrzan? – przytaknął w kierunku jego ramienia. Kiedy Draco odsunął się i spojrzał na niego wyczekująco, Harry dotknął gardła i pokręcił głową. Draco uśmiechnął się. Harry poczuł w sobie impuls odsunięcia się o krok. Co się stało z Draco, który już zacząłby się na mnie wydzierać?

– Nie dziwię się, włożyłeś w tę pieśń naprawdę sporo wysiłku – mruknął, po czym pocałował Harry'ego w czoło. Obejrzał się, kiedy w Zakazanym Lesie rozległy się kroki, jakby ktoś do niego wchodził, po czym obrócił z powrotem do Harry'ego. – Jeszcze nigdy nie słyszałem tak pięknej muzyki – wyszeptał.

Harry uśmiechnął się nerwowo.

Draco zacisnął wokół niego ramiona, podrywając głowę jak antylopa węsząca podmuch wiatru – czy też jak lis.

– Nie martw się – powiedział. – Jeszcze będzie okazja do porozmawiania o tym, co chciałeś mi pokazać, jeśli wystarczająco się zmienię przed równonocą. – Pogłaskał Harry'ego po karku. – To były wczasy, prawda?

Harry ponownie przytaknął.

– Dobrze. – Draco potarł policzkiem policzek Harry'ego, po czym obrócił go, żeby mógł stawić czoła nadciągającym profesorom. – Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy w ostatnim tygodniu, naprawdę sobie na nie zasłużyliśmy.

Kiedy Draco tak stał obok niego, brzmiąc w ten sposób, Harry niemal był w stanie uwierzyć, że do tego wyjazdu naprawdę dojdzie.

Ukojony wiedzą, że ktoś był gotów walczyć u jego boku, Harry oparł głowę o ramię Dracona, czekając na tłumy, którym nie wystarczy wyjaśnienie, że na tym właśnie polegała rola vatesa.