Rozdział siedemdziesiąty siódmy: Ranni w pieśni i ukoronowani kwiatami

Draco był wrogo nastawiony wobec całego świata, kiedy tak stał tam z Harrym w swoich ramionach. No, a przynajmniej potencjalnie wrogo nastawiony. Jako zagrożenie liczyli się dla niego wszyscy, którzy spróbowaliby mu teraz odebrać Harry'ego, zmusić go do wygłoszenia jakiejś przemowy, albo odpowiadania na pytania.

Słyszał pieśń syren mniej jako muzykę, a bardziej jako prosty pociąg do otwartego nieba, otwartej ziemi i otwartej wody, przynajmniej póki Harry nie odpowiedział własną pieśnią. Wtedy zaczął słuchać jak rozmowa przeskakuje między nimi, a na nici srebrnych argumentów odpowiada złoty rozsądek pieśni feniksa. Nie był pewien, czy naprawdę powinien być w stanie tak dobrze śledzić tę wymianę, ale możliwe, że pieśni owijały się tak ciasno wokół siebie, że po prostu pociągnęły go w kierunku właściwych wniosków. Harry przekonywał syreny do odpuszczenia sobie, aż w końcu same tego zachciały, a przynajmniej wyraziły zainteresowanie obrazami, które wystarczająco by je oczarowały.

A potem usłyszał głosy, głosy Harry'ego i jego matki, nakładające się na wcześniejszą rozmowę, jakby stali przy jeziorze w miejscu, gdzie wcześniej śpiewały syreny.

Harry nigdy... nie podzielił się z nim tym wspomnieniem. A może to zrobił i Draco jakoś to z siebie wyparł. Tak czy inaczej, przeżył szok, jakby słyszał to po raz pierwszy. Z całą pewnością wyjaśniało to pewne kwestie, nad którymi Draco często się zastanawiał, włącznie z tą, czemu Harry tak stanowczo odmawiał zaakceptowania kochanka u swojego boku.

Wkurzało go, że tak wielu ludzi usłyszało tak prywatną scenę z życia Harry'ego, podobnie jak to, że kiedy rozejrzał się po Wielkiej Sali, zobaczył na jak wielu twarzach pojawiło się współczucie.

Tak bardzo chciał dostać się do Harry'ego pierwszy, że prześcignął wszystkich, wybiegając na dwór jak tylko opadły osłony. I teraz, kiedy Harry oparł głowę na jego ramieniu i przelotnie poddał się poczuciu bliskości, Draco uważał, że to wszystko było tego warte.

Chwilę później McGonagall wyłoniła się spomiędzy drzew i Harry musiał się wyprostować i odsunąć lekko od Dracona. Draconowi przyszło zadowolić się delikatnym głaskaniem go po ramieniu, kiedy dyrektorka zadawała mu zaniepokojone pytania o obecność syren i bezpieczeństwo szkoły.

Harry napisał odpowiedź w powietrzu tymi samymi, płomiennymi literami, z których korzystał, kiedy nie odzywał się do Dracona przez dwa dni.

Syreny przybyły na rozkaz Falco. Został Mrocznym Panem i korzystał z tej samej techniki, co Voldemort kilka lat temu. Przepędziłem je, ale Falco zdołał uciec, zanim zdążyłem z nim cokolwiek zrobić.

Wszystko obnażone do nagiej kości, pomyślał Draco, prosto i schludnie. Nie był zaskoczony, kiedy dyrektorka zmarszczyła brwi.

– A co z głosami, które słyszeliśmy, Harry? – zapytała. – Twoim i... – Obejrzała się przez ramię na zaciekawionych uczniów i profesorów, którzy zaczęli pojawiać się za nią. – Twojej matki.

Harry pobladł tak gwałtownie, że Draco złapał go za ramię w obawie, że zaraz zemdleje. Do głowy przyszła mu ponura myśl, że Harry prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, że słyszeli to inni ludzie. Wolałby z nikim się tym nie dzielić, a teraz jego prywatność została rozesłana do wszystkich.

Na tę myśl Draco zaczął marzyć o odnalezieniu Falco i opętaniu go, a następnie zmuszeniu do obdarcia się ze skóry. Przecież to powinno być możliwe. Opętaniem można nawet zmusić do popełnienia samobójstwa. Czyli to też powinno się udać.

Harry jednak po raz kolejny nie dał się pokonać dowolnej ulotnej słabości, jaką musiał teraz czuć.

Falco wykorzystał to wspomnienie jako broń przeciw mnie, pani dyrektor. Rozesłanie tego do wszystkich nie było moją intencją.

– Czyli spróbował cię rozproszyć, żeby zyskać przewagę w walce? – zapytała McGonagall, patrząc na niego z sympatią.

Draconowi wydawało się, że tylko on zauważył lekkie wahanie Harry'ego, nim jego cielista dłoń zaczęła kreślić litery w powietrzu. No, może jeszcze Snape, który stał tuż za McGonagall i patrzył na Harry'ego, jakby już nigdy więcej nie miał zamiaru go puszczać nigdzie samego i wyłącznie wiek Harry'ego powstrzymywał go przed wzięciem go na ręce i zaniesieniem do łóżka.

Tak, pani dyrektor.

McGonagall westchnęła.

– Mroczni Panowie już tak mają. – Obróciła się i kiwnęła głową do stojących za nią uczniów. – Jesteście już bezpieczni, a vatesowi nic się nie stało – ogłosiła. – Proszę, żeby wszyscy wrócili na śniadanie.

Oczywiście, wszyscy mieli to gdzieś. Stłoczyli się wokół Harry'ego, zadając mu pytania i przyglądając się z fascynacją jego gardłu, jakby nie byli w stanie uwierzyć, że stworzyło pieśń tak niewinną, spontaniczną i przejrzystą. Harry zniósł to wszystko i to znacznie grzeczniej, niż Draco by to zrobił na jego miejscu. Prawdopodobnie pomagał mu fakt, że nie był w stanie mówić, a płomienne litery mogły odpowiadać tylko na jedno pytanie na raz, dzięki czemu zdołał zignorować te, które były dla niego zbyt niekomfortowe.

Snape przebił się do Harry'ego przy pierwszej możliwej okazji i położył mu rękę na ramieniu. Harry kiwnął głową i przysunął się blisko. Czego surowość dyrektorki nie zdołała osiągnąć, tam podziałał grymas Mistrza Eliksirów. Snape z powodzeniem wyciągnął Harry'ego z tłumu i zaprowadził go do zamku.

Draco ruszył powoli za nimi, nie spuszczając Harry'ego z oczu, ale też myśląc o wielu sprawach, które zwykle nie przychodziły mu w takich chwilach do głowy. Harry doczeka się za to nowych zaszczytów; nawet gdyby nikt poza nimi nie widział jego utarczki, albo nie słyszał tej pieśni, to dzieci w Hogwarcie i tak napiszą do swoich rodziców.

Draco po raz pierwszy zaczynał pojmować, czemu Harry w ogóle tego nie chciał. Kiedy Draco pojawił się obok niego, Harry nie wyglądał zwycięsko, był po prostu wykończony. Przynajmniej na kilka chwil oparł się na nim tak ciężko, jakby cierpiał, jakby już nie był w stanie utrzymać się na nogach.

Być może czasem wielkość osiągnięcia nie ma znaczenia i wiwaty trzeba odłożyć na później.


Harry chciał to wszystko przetrawić.

To nie było... świadomość, że wszyscy w Hogwarcie – a może nawet dalej – usłyszeli to wspomnienie, nie bolała aż tak bardzo. Zniósłby to. Przeżyłby to. Przecież przeżył gorsze sytuacje w czasie rozprawy.

Ale potrzebował godziny, może nawet tylko kilku minut, na zwinięcie się w kłębek, schowanie w muszelce zrobionej z całego tego bólu i owinięcie wspomnienia wokół rdzenia spraw, które rozumiał, a którego inni ludzie mu nie podyktowali. Ten rdzeń nie miałby żadnego użalania się nad sobą. Po prostu nieskończoną wyrozumiałość. Ponieważ tylko on tak naprawdę w pełni się rozumiał.

Tylko kilka minut na osobności...

Ale wyglądało na to, że nikt nie chciał mu na to pozwolić. Najpierw Snape nie puszczał go przez całą drogę do Wielkiej Sali, po czym pozostał przy Harrym i patrzył na niego, póki Harry czegoś nie zjadł. Harry pochylił nisko głowę, czując jak policzki zalewa mu tępy rumieniec. Był w stanie zrozumieć, czemu Snape nie chciał spuszczać go z oczu – ostatecznie niemal zniknął z jego życia, na swój sposób – ale przecież przyglądało im się teraz tak wielu ludzi, że naprawdę nie powinien zachowywać się jak matka kwoka.

Wyglądało jednak na to, że w ogóle mu to nie przeszkadza. Wręcz nachylił się do niego.

– Upewniam się tylko, że nie zapomnisz o tym, że masz tu ojca, gdybyś kiedyś zechciał na kimś polegać – powiedział cicho, po czym wyprostował się i ruszył do stołu prezydialnego. A Harry wiedział, że Millicenta, siedząca po jednej stronie, i Draco, siedzący po drugiej, to usłyszeli.

Zaraz potem pojawił się Connor, żeby go przytulić i krzyczeć, że prawie przegrał z nimi walkę i jakie to było dziwne, bo kończyny kompletnie odmówiły mu posłuszeństwa i wywracały się na lewą stronę za każdym razem, kiedy zmieniał się rozmówca w tym śpiewie. Harry odpowiedział na przytulenie jedną ręką; Draco trzymał jego drugą dłoń tak mocno, że prawdopodobnie odcinał mu dopływ krwi.

A potem pojawił się Argutus, który podpełzł, żeby zapytać, jakim prawem go to wszystko ominęło, a wielka, szara sowa wylądowała majestatycznie na stole Slytherinu i wyciągnęła ku niemu kopertę z oficjalną pieczęcią ministerstwa. Harry przełamał pieczęć cielistą dłonią, pozwalając Draconowi potrzymać się za srebrną, po czym przejrzał pośpiesznie znajdujący się w środku list, czując narastającą desperację.

Drogi Harry,

Wielu ludzi z Londynu widziało Twoje zmagania z syrenami. Mimo, że dla obliviatorów oznacza to naprawdę wiele pracy z mugolami, to i tak posłużyło nam to za ważne przypomnienie, jak wiele nasz świat Ci zawdzięcza. Czy pozwolisz, żebyśmy zorganizowali jutro niewielką ceremonię przed Ministerstwem Magii, żeby uszanować Twoje bohaterskie poświęcenie? Nie potrwa to długo, ale wydaje nam się, że ludziom, którzy oglądali Twoją walkę, naprawdę przyda się zobaczyć, że przeżyłeś to w jednym kawałku i pozostaniesz w czarodziejskim świecie, gotów bronić go przed różnymi rodzajami zagrożeń.

Z poważaniem,

Rufus Scrimgeour

Draco przejął od niego list, kiedy Harry podał mu go bez słowa.

– To chyba dobre wieści, Harry? – zapytał głosem miękkim i gęstym niczym śmietana. – Przypomnisz im, o co właściwie chodzi w tej wojnie i przy okazji otrzymasz nagrodę za dobre zachowanie. – Pociągnął nosem. – Wydaje mi się, że czas, żebyś wreszcie otrzymał coś takiego, zamiast bez przerwy zabiegać o polityczne ustępstwa, które każdy normalny czarodziej otrzymałby bez pytania.

Harry zdołał się uśmiechnąć.

Jeszcze niedawno byłeś strasznie wbrew niektórym z tych ustępstw, zaczął się z nim droczyć. Przypilnował, żeby te litery były małe, dzięki czemu tylko Draco mógł je zobaczyć. Czy to znaczy, że zmieniłeś zdanie? A może Draco Malfoy jest jednym z tych czarodziejów, którzy zawsze mają rację, bez względu na wszystko?

Draco miał przynajmniej dość rozumu, żeby wyglądać na zakłopotanego. Zaraz jednak zadarł nosa.

– Draco Malfoy jest tym czarodziejem, który jest twoim kochankiem, Harry, i jest z ciebie naprawdę dumny. – Nachylił się, żeby zanurzyć nos we włosach Harry'ego, po czym szepnął: – I który upewni się, że jednak udamy się na te wczasy.

Harry zerknął na niego z wdzięcznością. Draco, zajęty ponownym przeglądaniem listu, w ogóle nie zauważył. Następnie wyprostował się i zaczął sugerować, co Harry powinien napisać w liście zwrotnym, choć Harry czuł się zobowiązany do skorzystania z najwyżej połowy jego propozycji.

Jęknął w swojej głowie, po czym nabrał głęboko tchu i zaczął pisać. No to nie będzie miał czasu na przetrawienie tego wszystkiego. To nie miało znaczenia. Dzień jeszcze się nie skończył, a był pewien, że wszyscy będą się na niego gapili na korytarzach i w czasie zajęć. I czemu by nie mieli? Przecież dokonał czegoś niezwykłego, prawda?

Dręczyła go tylko sugestia, rozbrzmiewająca gdzieś w samym środku głowy, że to wcale nie było takie niezwykłe. Dręczyła go, dręczyła i dręczyła przez całe eliksiry, kiedy Snape przyglądał mu się uważnie, przez obronę przed mroczną magią, kiedy ludzie oglądali się na niego z podziwem i podekscytowaniem, przez transmutację, kiedy paru Krukonów, którzy jeszcze jakiś czas temu starali się go śledzić za pomocą jakiegoś specjalnego zaklęcia, teraz z kpiną chcieli robić sobie notatki o jego kolejnych cudownych wyczynach.

Przecież nie zrobiłem tego, żeby komuś zaimponować, pomyślał Harry, kiedy usłyszał, jak ktoś chichocze na ten temat. Wydawało mu się, że usłyszał to od jednego ze Ślizgonów z siódmego roku. Jasne, że im to w ogóle nie byłby w stanie zaimponować, bo przecież dzielił z nimi pokój wspólny, w którym wielokrotnie widzieli, jak potykał się o krzesła, albo zasypiał nad pracą domową, zaśliniając poduszki. Ale też powinni go znać na tyle dobrze, żeby zorientować się, że nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, żeby... żeby...

Żeby popisać się jak jakiś Gilderoy Lockhart.

Zrobiłem to, bo musiałem. To wszystko. Ludzie są bohaterami każdego dnia, bo nikt poza nimi czegoś by nie zrobił, a jakoś im nikt nie urządza festynów, albo nie gapi się na nich na korytarzach w Hogwarcie i szepcze za plecami.

Mam już tego dość. Naprawdę chciałbym, żeby przestali.


– Dziękujemy za przybycie, Harry. – Scrimgeour używał zaklęcia Sonorus, dzięki czemu reszta przelewającego się, przepychającego i napierającego w alejce tłumu była w stanie go usłyszeć. – Ten festyn może wydawać się bardzo niewielki, ale naprawdę na niego zasługujesz, a chcieliśmy wyrazić nasz szacunek i wdzięczność tak szybko po bitwie, jak to możliwe. Woleliśmy tego nie odwlekać, żeby nie popadło w zapomnienie.

Wolałbym, żeby popadło, pomyślał Harry. Po prostu kiwnął głową; wciąż ciężko mu się mówiło. Tłum się tym najwyraźniej zadowolił, bo rozległy się brawa i wiwaty. Znajdowali się w tym samym miejscu, z którego Harry prowadził konferencję prasową przed poprzednim przesileniem zimowym, żeby ostrzec wszystkich przed atakiem dzikiego Mroku. W tej chwili było przede wszystkim osłonięte przed mugolami, a ich wizerunek unosił się nad alejką, pokazując wszystko tym, którzy stali z tyłu. Harry nie sądził, żeby z twarzy zszedł mu rumieniec od chwili pojawienia się na miejscu.

„Niewielki festyn" wciąż oznaczał zdecydowaną przesadę ministerstwa. Ze wszystkich stron otaczali ich dziennikarze, większość z podnieceniem prosiła Harry'ego o najmniejszy choćby komentarz, a aparaty błyskały za każdym razem, kiedy zdarzało mu się zapomnieć i zerknąć gdzieś w bok. Girlandy kwiatów, magicznie zmuszonych do przedwczesnego zakwitnięcia – a może nawet zamówionych z innych krajów, kto wie – owijały filary i balustrady małej platformy, którą przygotował Scrimgeour, a jak tylko Harry dołączył do niego, podszedł do niego auror z wiankiem. Harry musiał nieustannie powstrzymywać się przed pokusą ciśnięcia nim w tłum. Były to niebieskie kwiatki, otoczone długimi kolcami, które zdawały się niebezpiecznie zbliżać mu do oka, ilekroć się poruszył.

Draco stał obok niego, obejmując go w pasie i wyglądając na zadowolonego z sytuacji. Snape stał zaraz za nimi, uzbrojony w grymas, dzięki któremu większość dziennikarzy stała się nie łapać go w kadr. Harry chciał, żeby Connor pojawił się z nimi, ale jego brat odmówił, twierdząc że ma już serdecznie dość festynów wyrządzanych na swoją cześć. Wystarczą mu imprezy, organizowane w Gryffindorze z okazji wygranego przez niego Pucharu Quidditcha.

Poza Scrimgeourem pojawiło się jeszcze kilku członków Wizengamotu: Gryzelda Marchbanks, wyglądająca na pyszną z dumy i Starszy Juniper, którego Harry jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Niewiele się odzywał, ale z jego przeciągłych spojrzeń i bystrych oczu Harry wywnioskował, że musiał być dobrym politykiem. Kiedy Harry go o to zapytał, minister wzruszył lekko ramionami i przyznał, że ten festyn był głównie pomysłem Junipera, ale zgodził się na niego, bo wydawało mu się, że czarodziejskiemu światu przyda się przypomnienie, jak wiele zawdzięczali Harry'emu.

W zamian mogliby mi dać, pomyślał Harry, ponuro rozglądając się po wesołym tłumie, z którego większość ludzi widziała po prostu rozmytą scenę, godzinę na odpoczynek i namysł.

Wczoraj do tego nie doszło. Draco nie spuszczał go z oczu przez cały dzień, nawet zasnął w jego ramionach z lekkim uśmiechem, który zdawał się już na dobre zagościć na jego ustach. Harry'emu wydawało się, że potem poleży przez jakiś czas i pozwoli sobie wszystko przetrawić, ale jego magiczne wycieńczenie – z którym nie chciał udać się do Madam Pomfrey, co było jego jedyną wygraną walką tego dnia – i ciepło wtulonego w niego Dracona, posłały go spiralą w sen znacznie wcześniej, niż tego chciał. A dzisiaj obudził się i od razu musiał udać się do ministerstwa na tę durną ceremonię.

Wężyca Wielu, owinięta wokół jego gardła, bo Harry naprawdę chciał zabrać ją ze sobą tego dnia, spięła się, reagując na jego rozdrażnienie. Harry żałował, że nie może jej dotknąć bez zwracania na siebie uwagi; zamiast tego syknął więc tylko uspokajająco pod tymi nieszczęsnymi wiwatami. Wężomowa nie bolała równie mocno co angielski. Poczuł, jak jej zwoje powoli się rozluźniają, a jej kaptur wraz z językiem, muskają lekko jego gardło.

– Twoja sława jako vatesa – powiedział Scrimgeour, kiedy brawa wreszcie ucichły na tyle, że ludzie byli w stanie go usłyszeć – słusznie przysporzyła ci posłuchu pośród szlachetnych ludzi, ale niewielu darzyło cię za to szacunkiem. – Harry'emu nie umknęło zerknięcie, jakie posłał w tym momencie Juniperowi, więc zachował to sobie w pamięci na później. – A mimo to wyzwoliłeś południowe gobliny, wyzwoliłeś północne gobliny, wyzwoliłeś stado centaurów w Zakazanym Lesie, wyzwoliłeś stado jednorożców w Zakazanym Lesie, uwolniłeś rój Wielu spod ich sieci, wyzwoliłeś dementorów, przeżyłeś dwie walki ze smokami, wynegocjowałeś ugodę dla wilkołaków, dzięki czemu teraz mogą cieszyć się takimi samymi prawami co czarodzieje, oraz wyzwoliłeś skrzata domowego, który zdołał pokazać nam, jak bardzo się myliliśmy. To naprawdę imponująca lista osiągnięć, zwłaszcza że twoja rola zaczęła się... ile lat temu, vatesie? – Obrócił się uprzejmie w kierunku Harry'ego i zaczekał.

Harry podniósł trzy palce. Gardło wciąż piekło go, jakby przyłożono do niego rozgrzane żelazo, ilekroć się odzywał. Przełykanie śliny naprawdę niewiele pomagało. Na szczęście nie oczekiwano od niego żadnej przemowy w czasie tej szalonej ceremonii.

Zastanawiał się przez chwilę, czemu Scrimgeour nie podsumował jego osiągnięć jako vatesa po prostu jako „wyzwoliłeś wiele gatunków". Następnie skrzywił się z rezygnacją. To nie spełniłoby celów Scrimgeoura, który chciał przypomnieć wszystkim słuchającym i oglądającym ich ludziom, którzy przynajmniej na tę chwilę go kochali, jak wiele zdołał osiągnąć bez żadnego uznania. Harry ledwie powstrzymał się przed potarciem głowy, ale zorientował się w porę, jak taki gest zostałby zinterpretowany. I tak wydawało mu się, że przynajmniej kilka można było wcisnąć pod jeden daszek. Przecież centaury, jednorożce, rój Wielu i widłowęże, o których wielu ludzi wciąż nie wiedziało, mieszkały w Zakazanym Lesie. Można było o tym wspomnieć i mieć to za sobą.

Merlinie, ależ bolała go głowa.

– Trzy lata – powiedział Scrimgeour, głosem dźwięcznym i pełnym dumy. – Jak wielu z nas zdołałoby osiągnąć tak wiele w zaledwie trzy lata, nawet gdybyśmy w ogóle zaczęli wtedy rozważać szanowanie magicznych stworzeń? – Więcej braw, od których Harry'ego zaczęły już zęby boleć. – A teraz należy dodać do tej listy jeszcze syreny. Uważam to za najbardziej imponujące osiągnięcie, naprawdę. Bez ciebie magiczna Brytania stałaby się krajem niewolników.

Zamilkł, jakby w oczekiwaniu na jakąś uwagę Harry'ego. I pewnie nawet Harry wydusiłby z siebie jakąś. Prawdopodobnie powinien był powiedzieć coś o tym, że Brytania pozostanie krajem niewolników, póki mugolaki nie zostaną zrównane w prawach, albo póki wszystkie skrzaty domowe nie zostaną uwolnione spod swoich sieci, czy też póki ktoś nie mógłby przejść się ulicą, nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi – co byłoby aluzją do Jacinth i innych dzieci w jej położeniu, co mogłoby mu pomóc w rozpoczęciu walki o nie.

Kiedy jednak spojrzał Scrimgeourowi w oczy, uznał że lepiej tego nie mówić, zwłaszcza tego ostatniego, biorąc pod uwagę jego chwiejną relację z prasą, własną niechęć do rzucanych mu spojrzeń przez samo to, że był magicznym dziedzicem Voldemorta, jak i wszystkiego, co stało się po tym jak nim został.

– Wielokrotnie ratowałeś i moje życie – odezwał się Scrimgeour, uznając najwyraźniej, że Harry jednak nie odpowie. Uwielbiam moje obolałe gardło, pomyślał sardonicznie Harry. Tylko dzięki niemu nie muszę teraz wymyślać na poczekaniu żadnych wymówek. – Jak i życia obecnych tu ludzi. Nie wiem, jak wielu było na skraju wskoczenia do Tamizy, kiedy usłyszeli śpiew syren...

Po tłumie poniósł się zakłopotany śmiech.

– Ale zapewniam, że osobiście oczy zaszkliły mi się od łez, kiedy usłyszałem pieśń feniksa. – Scrimgeour pochylił przed Harrym głowę, patrząc na niego z powagą i szacunkiem. Harry wiedział, że powinien podziwiać polityczne instynkty człowieka, które pozwalały mu na tak szybkie przeniesienie się ze śmiechu do żalu. Zamiast tego po prostu chciał, żeby Scrimgeour wreszcie się zamknął i wszyscy mogli się rozejść do domów. – To kolejna sprawa, o której nigdy nie powinniśmy zapominać, vatesie, że uratowałeś nas przed dzikim Mrokiem, bo twój feniks kochał cię tak bardzo, że oddał za ciebie życie. Już kiedyś usłyszeliśmy twój głos, tego ranka, kiedy rokosz dobiegł końca i byliśmy w stanie oferować wilkołakom prawa, jakie powinny mieć od samego początku. – Juniper prychnął i Harry doszedł do wniosku, że chyba już wie, czemu Starszy nie dogadywał się z ministrem. – Usłyszenie go po raz kolejny było darem, na który żadne z nas sobie nie zasłużyło.

Harry po prostu kiwnął głową, czując że twarz płonie mu, jakby miał gorączkę. Czy mógłby już skończyć? Nie chcę, żeby ludzie się na mnie gapili. Mogą spędzić ten czas na przyglądaniu się prawdziwym cudom natury, jak feniksom i syrenom, z którymi dzielą ten świat i na których do tej pory się nawet nie oglądali. A Fawkes nie zginął dlatego, że mnie kochał. Zginął, ponieważ bez jego śmierci dziki Mrok by mną zawładnął, a potem przejął kontrolę nad światem. To był akt heroizmu. Poświęcenie. Nie część mojej historii.

– Biorąc to wszystko pod uwagę, jak i wiele więcej, na przykład twoje zwycięstwa w wojnie przeciw Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, uznaliśmy, że ministerstwo powinno wyrazić swoją wdzięczność tym oto niewielkim podarkiem. – Scrimgeour uśmiechnął się lekko. Harry był pewien, że wielu ludzi uzna ten uśmiech za ironiczny. Ale z tego bliska widział głęboki smutek w oczach ministra i domyślił się, jak zabrzmią jego następne słowa. – Tylko tyle możemy ci dać, poza naszymi rękami i umysłami, żeby wyrazić wsparcie wobec tej samej sprawy co twoja, bo naprawdę, choć nasze ręce i umysły robią co mogą, żeby spłacić jakoś ten dług, to nigdy byśmy tego nie zdołali.

Harry zamknął oczy. W głowie mu się kręciło, robiło mu się coraz bardziej słabo. Niech cię Merlin przeklnie, Scrimgeour, przecież aż nadto już dla mnie zrobiłeś. Wykorzystałeś dla mnie wszelkie możliwe sztuczki, jakie miałeś w zapasie i podjąłeś się ryzyka, przez które każdy inny minister straciłby na popularności. Czemu musisz robić jeszcze coś takiego? To niesłuszne i niesprawiedliwe.

– Order Merlina – ciągnął dalej Scrimgeour. – Starszy Juniper to zaproponował i to on ci go zaprezentuje, ale naprawdę nie wyobrażam sobie bardziej adekwatnej nagrody.

Harry otworzył szybko oczy. Nie.

Order Merlina wydaje się wyłącznie tym, którzy dokonali czegoś naprawdę niezwykłego w czasie wojny; po Pierwszej Wojnie przyznano go pośmiertnie kilku członkom Zakonu Feniksa, włącznie z Gideonem i Fabianem Prewettami. Czasami przyznawano go zwykłym mieszkańcom, kiedy dokonali czegoś naprawdę bohaterskiego, jak ujęcie zbiega na sposoby, które znacznie przekraczało ich możliwości.

Przecież Harry niczego takiego nie zrobił. Uwolnił syreny dla ich własnego dobra, a nie dla dobra czarodziejskiej społeczności, a potem ucierpiał od wspomnienia, którego wcale nie chciał przeżywać na nowo, bo przypomniało ono tylko wszystkim, że kiedyś się nad nim znęcano. W dodatku nawet nie zdołał pokonać, ani ująć Falco, co byłoby prawdziwym zwycięstwem wczorajszej utarczki.

Stworzył przed Scrimgeourem jaskrawe litery, które lśniły niczym błyskawice.

Z całym szacunkiem, panie ministrze, ale nie mogę tego przyjąć.

Scrimgeour zmarszczył lekko brwi.

– Dlaczego nie, Harry?

Nie zrobiłem dość, żeby sobie na to zasłużyć.

Draco potrząsnął nim lekko i syknął mu wściekłe „Harry!" do ucha. Snape podszedł bliżej, ale Harry nie był w stanie obrócić się do niego, żeby zobaczyć, co myślał o tym wszystkim. Gryzelda i Juniper skrzywili się. Harry jednak nie odrywał wzroku od oczu ministra, który przyglądał mu się z namysłem stopniowo roztapiającym się w łagodny uśmiech.

– Zapewniam cię, Harry – powiedział – że zrobiłeś. – Następnie kiwnął do Junipera, który zbliżył się, żeby przypiąć mu medal.

Harry spojrzał Starszemu prosto w oczy. Nie potrzebował legilimencji, żeby odczytać znajdujące się w nich emocje. Juniperowi było go żal i to właśnie dlatego, w połączeniu z pragnieniem sprawdzenia, jakiego rodzaju politycznym przeciwnikiem byłby dla niego Harry, postanowił pojawić się na tej platformie i zaprezentować mu Order Merlina.

Tego było już za dużo. Harry poczuł, jak samokontrola rozpada się wokół niego, niczym nadgniłe deski. Odsunął się gwałtownie, sycząc przewlekle, a wężyca Wielu wyjrzała zza jego szczęki i zachwiała się niebezpiecznie w kierunku Starszego Junipera. Wszyscy to zobaczyli, dzięki unoszącemu się w powietrzu obrazowi.

Harry! – powiedział Draco z oburzeniem.

Juniper odsunął się z pola rażenia, a na jego twarzy pojawił się zaniepokojony, mroczny wyraz. Harry był wściekle rad, że przynajmniej zniknęło też współczucie.

– Harry, co to ma znaczyć? – zapytał Scrimgeour, ale jego głos był łagodny, rozczarowany i zdecydowanie zbyt wyrozumiały.

Żadne z nich nie przyjęłoby do wiadomości prawdziwego wyjaśnienia. Już i tak rozczarował wystarczająco wielu ludzi i zrujnował tak istotny, polityczny moment, który, jak pewnie Draco by powiedział, uspokoiłby naprawdę wielu ludzi. Dlatego żadnemu nie powinno przeszkadzać jeszcze większa obraza.

Harry odsunął się od Dracona, uspokoił wężycę cichym syknięciem i aportował się.


Draco nie musiał się zastanawiać, gdzie zniknął Harry. Wszyscy na platformie zachowywali się, jakby Harry'ego porwał sam Voldemort, ale Draco wiedział. Kiedy zakłopotany minister musiał odwołać festyn, kiedy Starszy Juniper zabrał ze sobą Order Merlina – zdawał się w ogóle nie słyszeć propozycji Dracona, że przechowa go dla Harry'ego – Draco stał w milczeniu, czując narastający gniew, bo przecież wiedział. Dlatego kiedy Snape zabrał go z powrotem do Hogwartu i zabrał się za przeszukiwanie lochów, Draco ruszył wprost do pokoju wspólnego Slytherinu i wspiął się po schodach do ich sypialni, bo wiedział.

Rozczarowanie i gniew miotały się w nim, ale gniew zaczynał wygrywać. Czemu nie mógł tego tak po prostu przyjąć? Przecież mógłby trzymać na wodzy te wszystkie emocje, które wmawiały mu wstyd i że jest tego nie wart. Zasłużył sobie na to wszystko i znacznie więcej, a jeśli tak nie uważa, to powinien pozwolić nam dalej myśleć, że tak nie jest. No i poszczuł Wielu na Starszego Wizengamotu!

Nie był pewien, czy Harry tam lekko nie oszalał, czy też aż tak bardzo nie mógł znieść myśli o medalu – co, według Dracona, i tak było nieco szalone – ale w ostatecznym rozrachunku Harry i tak mocno okaleczył swoje polityczne relacje. Draco nie był głuchy, słyszał co tłum mamrotał za nim, zanim się aportowali i co Juniper powiedział Scrimgeourowi, zanim opuścili platformę. Niewielu zszokowała postawa Harry'ego. Większość uważała, że był po prostu niewdzięczny, albo było im go żal, bo okazał się po prostu ofiarą znęcania, którą przytłoczyło zwykłe przypomnienie o tym fakcie.

Draco jednak myślał tylko, kiedy otwierał niezamknięte, nieosłonięte drzwi i wchodził do środka, że lepiej, żeby Harry miał naprawdę wściekle dobre wyjaśnienie na to wszystko.

Zamarł zaraz po wejściu. Na łóżku znajdował się ogromny, ciemny kształt, przypominający nieco ul, bo aż brzęczał od magii. Draco rzucił mu ostre spojrzenie. Wreszcie ustalił, że był to kokon pełen ponakładanych na siebie osłon, w środku których znajdował się Harry. Prawdopodobnie nadąsany, albo stopniowo nakręcający się do coraz większej furii.

A na stole obok drzwi stała myślodsiewnia. Draco podszedł do niej powoli. To była ta sama myślodsiewnia, jaką dostał od Harry'ego na święta, pełna wspomnień, które pozwalały mu na zrozumienie podejścia Harry'ego w chwili, w której do nich dochodziło. Draco jeszcze nie widział ich wszystkich. Zawsze cieszyło go, ilekroć wreszcie zaczynał rozumieć coś dziwnego, co Harry kiedyś zrobił, albo powiedział, ale zbyt wiele wspomnień wywoływało u niego mdłości, lub gniew, przez co nie był w stanie przeglądać więcej, jak dwa–trzy dziennie.

Srebrna ciecz w myślodsiewni drżała lekko, tworząc menisk nad brzegami, jakby właśnie dodano coś nowego. Draco wiedział, ile zwykle jej było. Często się jej przyglądał, kiedy tak leżał rankami z Harrym w ramionach, bo to był jedyny czas, kiedy mógł pooglądać śpiącego Harry'ego, a Harry nawet o tym nie wiedział.

Obejrzał się po raz ostatni na ul, dochodząc do wniosku, że nie przebije się przez niego, nie posiadając mocy na poziomie Lorda. Sięgnął przed siebie i zanurzył twarz w cieczy myślodsiewni.

Świat wywrócił się do góry nogami i nagle stał na platformie, oglądając jak Harry słucha przemowy Scrimgeoura.

Tym razem jednak słyszał i doświadczał myśli Harry'ego.

Draco zagapił się. Myśli Harry'ego były rozzłoszczone, zirytowane i rozżalone, ale praktycznie żadne nie miały niczego wspólnego z jakimkolwiek poczuciem, że mógłby być niegodny Orderu Merlina. Większość była raczej związana z tym, że nie miał dość czasu na zwinięcie się w kłębek i przemyślenie wspomnienia, które Falco pokazał całej reszcie świata. Nikt nie zostawił go w spokoju na tyle długo, żeby mógł się tym zająć.

Och, Harry, pomyślał Draco, patrząc jak rozdrażnienie Harry'ego narasta i narasta, aż do chwili, w której Order Merlina został zaoferowany i dopiero wtedy zwróciło go na ścieżki myślenia, że ludzie dokonywali nadzwyczajnych czynów każdego dnia i jakoś nikt ich nie docenia, więc nie pojmował, czemu powinien zostać tu jakoś wyróżniony. Jeśli nie chciałeś pojawiać się na festynie, to wystarczyło powiedzieć. Jestem pewien, że Scrimgeour by to zaakceptował. A nawet jeśli nie, to niech spada. Czemu po prostu czegoś nie powiedziałeś?

Ale i na to momentalnie poznał odpowiedź, bo wspomnienie owinęło go w punkt widzenia Harry'ego. Harry wiedział, że to była znakomita szansa na zbudowanie mostów i po prostu nie chciał jej przegapić. Zdawał też sobie sprawę, że Scrimgeour miał dobre intencje, a przecież uważał ministra za sojusznika. Sytuacja wywoływała u niego dyskomfort i wstyd, ale to przecież naprawdę niewielka cena za zyskanie posłuchu i sławy, które gdzieś w przyszłości mogłyby przysłużyć się sprawie skrzatów domowych, albo kogokolwiek innego.

Tylko że tym razem ta cena okazała się zbyt wysoka. Harry naprawdę potrzebował więcej czasu, żeby się ukryć i wszystko przetrawić – choć Draco żałował, że Harry wciąż nie pojmował, że mógłby to zrobić w czasie rozmowy z nim – i tym razem jego temperament rozognił się, zanim doszło do jakichkolwiek żądań. W ogóle nie przyszło mu do głowy, że przecież był czarodziejem o lordowskiej mocy i mógłby przetrzymać tych wszystkich ludzi, gdyby tylko chciał. Nikt by się nie sprzeciwił. Pewnie, byliby źli, czy sfrustrowani, ale prędzej czy później przypomnieliby sobie o magii Harry'ego i jak wiele jej zawdzięczali, co by ich uspokoiło.

Ależ on nie znosi rozczarowywać ludzi.

Draco przycisnął nieco to wspomnienie, zastanawiając się, czy może jeszcze zmęczenie nie dołożyło się do tego wszystkiego, bo może Harry nie wyspał się poprzedniej nocy. Uśmiechnął się lekko, kiedy zorientował się, że jego obecność ululała Harry'ego do snu znacznie wcześniej, niż miałby na to ochotę.

Nie, zorientował się w chwilę potem. Falco zarzucił tym wspomnieniem jako siecią, starając się przekonać Harry'ego do poddania mu się, a Harry przez chwilę nawet tego pragnął. A poczucie winy i dyskomfort po przeżyciu czegoś takiego, zmieszały się z pragnieniem odnalezienia chwili spokoju, jak i przerażeniem, że teraz większość brytyjskiej czarodziejskiej społeczności wiedziała o jego starej determinacji nie posiadania rodziny, czy narzeczonego.

Kurwa mać.

A, oczywiście, nie powiedział o tym nikomu, bo...

No bo był Harrym.

Draco wyszedł powoli ze wspomnienia, potrząsając głową i czując, jak w umyśle pojawiają mu się dwa ostrza żelaznych postanowień. Po pierwsze, nie mógł być zły na Harry'ego, bo Harry zanadto potrzebował, żeby Draco pilnował dla niego polityki właśnie w takich sytuacjach. Przecież Draco był taki dumny z tego, jak dobrze zawsze odczytywał Harry'ego, prawda? W takim razie powinien był rozpoznać, że narastający gniew był wywołany emocjonalnym wycieńczeniem, a nie tylko zwykłym dyskomfortem z powodu festynu. To właśnie Draco powinien był naciskać, żeby wszystko zostało przełożone na później.

Po drugie, naprawdę potrzebowali tych wczasów i miał zamiar upewnić się, że Harry skorzysta z nich równie mocno, co on sam.

Obejrzał się na łóżko akurat wtedy, kiedy osłony pozapadały się w sobie i Harry wyszedł spomiędzy nich, potrząsając głową, niczym kot wychodzący z wody. Wyglądał znacznie spokojniej, niż w dowolnej chwili, odkąd Draco go zobaczył po walce z syrenami. Czyli naprawdę przemyślał sobie to wszystko, przetrawił te myśli, stawił czoła związanemu z nimi bólowi, po czym ułożył w jakimś prywatnym zakątku umysłu.

Spojrzał na Dracona i zaczekał. Dopiero po chwili Draco zorientował się, że Harry czekał na ochrzan.

Jak może mnie o to podejrzewać, skoro pozostawił po sobie takie wspomnienie...

Możliwe jednak, że Harry zwyczajnie nie spodziewał się po Draconie sprawdzenia myślodsiewni.

Ruszył przed siebie, objął swojego chłopaka i pocałował go łagodnie. Harry poderwał ręce w obronnym geście, po czym wydał z siebie niski, zaskoczony dźwięk i skrzywił się.

– Gardło wciąż cię boli? – zapytał cicho Draco.

Harry przechylił głowę na bok, jakby zastanawiając się, co to za nowa sztuczka, ale kiwnął głową.

– No to powinieneś udać się do Madam Pomfrey – powiedział Draco, obejmując go w pasie i wyciągając z łóżka. – A potem udamy się do dyrektorki. Zajmę się mówieniem, jeśli chcesz.

Harry westchnął bezgłośnie, a w powietrzu pojawiły się litery. O festynie, z którego uciekłem?

– O naszych wczasach – powiedział Draco. – Bo obaj ich potrzebujemy, widzę że ty równie mocno co ja, i nie pozwolę, żeby to było dłużej odciągane.

Harry aż się zachwiał. Następnie zerknął i stopniowo przekręcał głowę, aż nie mógł się w pełni gapić na Dracona, a w powietrzu pojawiły się nowe litery, rozmazując poprzednią wiadomość. Nie jesteś na mnie zły?

– Nie kiedy się tak dzielisz – powiedział Draco, kiwając głową w kierunku myślodsiewni i podchwytując spojrzenie Harry'ego. – Nie kiedy mi tak ufasz, gdzie jeszcze rok temu nawet nie przyszłoby ci to do głowy.

Harry, wciąż wyraźnie pełen obaw, wciąż nie wierzący w tę nową sytuację i tylko wyczekujący zmiany na stare tory, ostrożnie objął Dracona. Stali tak przez chwilę, po prostu oddychając.

Draco pocałował Harry'ego w czubek głowy, po czym łypnął na ścianę, wyobrażając sobie dowolnego wroga, który mógłby im przeszkodzić w wyjechaniu na parę dni. Potrzebuje mnie równie mocno, co ja jego.

Każdy, kto spróbuje dorwać go przez ten weekend, będzie miał do czynienia nie tylko z jego osłonami, ale wszystkimi możliwymi sztuczkami, jakie mam w zanadrzu.