Rozdział siedemdziesiąty ósmy: Trzy godziny
– Chyba nigdy nie pojmę, czemu nie przyszedłeś z tym do mnie od razu, młody człowieku...
Harry przymknął oczy, czerpiąc ukojenie z krzątającej się wokół niego Madam Pomfrey, która szukała zaklęć i eliksirów, które przydadzą się jej do załagodzenia bólu w jego gardle. Powiedziała mu wprost, że wczorajsze magiczne wycieńczenie zmieszało się z bólem, jaki pozostawiło po sobie śpiewanie i to właśnie dlatego czuł się, jakby ktoś wbijał mu rozgrzane pręty, ilekroć starał się odezwać. Trzeba będzie to wyleczyć magicznie, chyba że Harry chciał pozostać niemową jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, żeby kiedy to magiczna część obrażeń będzie stopniowo zanikała.
Harry uważał, że może to nie byłoby takie złe, ale przenikliwe i bystre spojrzenie Dracona powstrzymało go przed przyznaniem się do czegoś takiego.
Draco jednak wymknął się przed chwilą ze skrzydła szpitalnego, mamrocząc coś o konieczności skorzystania z łazienki, a Madam Pomfrey odzywała się przy Harrym dokładnie w ten sam sposób, w jaki mówiłaby do każdego innego ucznia, który w jakiś sposób naraził swoje zdrowie – na wpół podenerwowana, na wpół zaniepokojona, mamrotała pod nosem, przewracając strony i powtarzając sobie inkantacje, albo od czasu do czasu mówiła ciche „Ach!", ilekroć przypomniało jej się coś odpowiedniego. Nie był traktowany w żaden szczególny sposób przez wzgląd na to, kim był. Był po prostu Harrym, cokolwiek upartym i niezręcznym chłopcem, który z uporem maniaka utrudniał sobie życie.
– Proszę bardzo, Harry.
Podała mu fiolkę zielonego eliksiru, którego kolor i zapach były wyjątkowo kojące. Harry rozpoznał go jako wywar z czosnku złocistego, stworzony do leczenia wewnętrznych obrażeń magicznych. Przełknął posłusznie i westchnął; nie było to jakoś specjalnie smaczne, ale gęstość i chłód wywaru już mu pomogły.
– A teraz się połóż i nie ruszaj – poinstruowała go Madam Pomfrey, więc Harry posłusznie oparł się o poduszki. Słuchał rzucanych przez nią inkantacji, a dzięki spanikowanej nauce magii medycznej z zeszłego roku, rozpoznał cel większości z nich. Zaklęcia na zmniejszenie bólu, eliminowanie magicznego wycieńczenia i zerwania niefortunnej więzi między bólem czysto fizycznym i znacznie mniej namacalnymi szkodami, jakie nastąpiły w jego magicznym rdzeniu, co wspólnie wyrządziło znacznie więcej szkód, niż dowolne oddzielnie.
Stopniowo płomienie zdawały się przebiegać w górę jego gardła i wylewać się ustami. Harry przymrużył oczy, bo wydawało mu się, że powinien zobaczyć jakąś ich reprezentację, ale oczywiście niczego nie było poza delikatnym śladem magii.
Wreszcie Madam Pomfrey wymamrotała ostatnie zaklęcie i spojrzała na niego surowo.
– Przez najbliższy tydzień tak niewiele rozmawiania, jak to możliwe – powiedziała. – Absolutnie żadnego śpiewania. Użyłeś tak wiele magii, że twój magiczny rdzeń się nieco rozciągnął, żeby dostosować do pieśni feniksa, przez co pojawiły się w nim niepokojące wzory. Jeśli teraz zaczniesz śpiewać, to uzna, że wycieńczenie jest normalne i momentalnie ku niemu sięgnie. Więc proszę o ciszę na froncie feniksowym, rozumiemy się? – Usta jej drgnęły, ale Harry widział, że powaga w jej oczach była niepodważalna.
Kiwnął głową, starając się wyglądać pokornie. Matrona przytaknęła i podała mu kolbę pełną wywaru z czosnku złocistego.
– Miej to przy sobie i pij trzy łyki każdego ranka i wieczoru, póki się nie skończy – powiedziała. – I żadnych prób ulepszania go.
Harry z trudem powstrzymał się przed wyrażeniem frustracji – przecież tylko raz spróbował ulepszyć lek, który dostał od Madam Pomfrey, a i to tylko dlatego, że na eliksirach tego dnia uczyli się, że dodawanie zwykle niestabilnych składników do gęstej podstawy, mogło uczynić je słodszymi – i zeskoczył z łóżka. Kiedy ruszył w kierunku drzwi do skrzydła szpitalnego, czuł na sobie wzrok Madam Pomfrey, zarówno rozczulony i zirytowany.
Przynajmniej normalnie mnie traktuje. Nie zachowuje się, jakby świat miał się skończyć tylko dlatego, że to właśnie mnie coś boli.
Wyjrzał przez drzwi i rozejrzał się po korytarzu. Draco coś długo się schodzi w tej łazience.
Draco tak naprawdę nie był w łazience, ale naprawdę do niej pobiegł przed załatwieniem wszystkiego jak należy, więc nie uważał tego za kłamstwo.
Najpierw skontaktował się z profesorem Snape'em przez zaklęcie pieśni feniksa i wyjaśnił mu, w tak prostych i bezpośrednich słowach jak tylko mógł, co właściwie stało się Harry'emu i czemu uciekł z ceremonii. Snape wysłuchał go w milczeniu, po czym bez wahania zgodził się na sugestię Dracona, że powinni udać się z Harrym na wczasy, choć przestrzegł go, że naprawdę nie powinni z tym zwlekać, na wypadek gdyby ktoś z dobrymi intencjami chciał zatrzymać tu Harry'ego, albo sam Harry uznał, że jednak nie może zniknąć na tyle czasu.
Następnie Draco porozmawiał z dyrektorką. Była znacznie bardziej zdystansowana, ale i tak westchnęła, kiedy Draco opowiedział jej, do czego doszło w czasie ceremonii nagrodzenia Orderem Merlina.
– Podejrzewam, że panu Pott... znaczy, naszemu vatesowi naprawdę przyda się zmiana otoczenia, której Hogwart nie zdoła mu zapewnić – mruknęła. – Możecie wyjechać na weekend, panie Malfoy, ale wyłącznie pod warunkiem, że nadrobicie przy okazji pracę domową i nie uznacie mojej pobłażliwości za standard w przyszłości. Rozumiemy się?
– Tak, pani dyrektor – powiedział pokornie Draco, z trudem powstrzymując się przed prychnięciem. Oczywiście, że się rozumiemy. Przecież nie jestem na tyle głupi, żeby dać po sobie znać, kiedy nie chce mi się uczyć.
W następnej kolejności usiadł z kawałkiem pergaminu, atramentem i piórem i zaczął komponować list. Nie sądził, żeby Harry pozwolił mu go tak po prostu wysłać. Powinien jednak posłużyć jako model tego, który Harry napisze potem sam.
Drogi ministrze Scrimgeourze,
Chciałbym formalnie przeprosić za incydent, jaki miał miejsce tego popołudnia w czasie ceremonii przyznania mi nagrody. Proszę o wyrozumiałość, przytłoczyły mnie emocje, które nagromadzały się od chwili pojedynku z syrenami i obawiałem się, że jeśli zostanę, to będzie z tego więcej szkód niż pożytku. Widział pan, że Falco wykorzystał przeciw mnie jedno z moich wspomnień, przez co doszło do podobnej sytuacji emocjonalnej, jak podczas rozprawy. Przez kilka dni znajdę się poza zasięgiem, ale i tak chciałem wysłać do pana sowę z wyjaśnieniami.
Draco zastanawiał się przez chwilę, po czym dodał pod spodem, Z przyjemnością przyjmę Order Merlina w prywatnej ceremonii, oraz zaoferuję równie prywatne przeprosiny wobec Starszego Junipera. Harry'emu się to nie spodoba, ale Draco uważał to za konieczność po awanturze, jaka się dzisiaj rozpętała. Lepiej nie robić sobie wrogów tam gdzie ich wcześniej nie było, a Draco coraz częściej słyszał o Juniperze.
Z rozbawieniem podpisał list jako Harry Malfoy i odsunął się od niego, żeby podziwiać całość.
Właśnie wtedy Harry otworzył drzwi do ich sypialni i przed Draconem pojawiły się czerwone litery. Tu jesteś, Draco. Co robisz?
Draco obrócił się i spojrzał surowo na Harry'ego. Ta sytuacja mogła być potencjalnie dla niego kompromitująca, bo przyłapano go na pisaniu politycznych listów w imieniu Harry'ego. Ale dojdzie do kompromitacji wyłącznie, jeśli do tego dopuści. A nie chciał tego, wolał ukazać się teraz jako ktoś, kto ma absolutną kontrolę nad sytuacją i jest w stanie zapewnić Harry'ego, że uda się na wczasy bez względu na to, czy mu się to podoba, czy nie.
– Daję ci przykład – powiedział, podając mu list.
Harry go przeczytał. Draco zauważył chwilę, w której dotarł do zdania o Orderze Merlina; jego brew, do tej pory rozluźniona, zmarszczyła się, a on sam poderwał głowę z bezgłośnym syknięciem.
– Musisz – powiedział z uporem Draco, nachylając się i nawet na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego z Harrym. – Rozumiem twoje wspomnienie, Harry, ale zareagowałeś tak silnie między innymi dlatego, że nie miałeś czasu na uporanie się z emocjami. Teraz już masz to za sobą. Czas udowodnić, że tamta niechęć do przyjęcia nagrody faktycznie jest tylko pozostałością po treningu, którą jesteś w stanie przezwyciężyć na własną rękę. Chyba, że tak nie jest – dodał, zaostrzając swój głos do poziomu szpili. – Wtedy będziemy musieli porozmawiać i prawdopodobnie zaprosić do tej rozmowy jeszcze Snape'a i Josepha.
Harry odwrócił od niego wzrok.
– Zasłużyłeś na to – ciągnął bezlitośnie Draco. – Naprawdę, Harry. – Widział, jak strasznie Harry rumienił się w czasie ceremonii; miał nadzieję, że tym razem za tym rumieńcem pojawi się tylko zakłopotanie, nie złość. – Jeśli tak nie uważasz, to musisz wyjaśnić mi czemu.
Wiesz czemu.
– Ulotne poczucie bezwartościowości, tak. Ale ponieważ było ulotne, to powinno już sobie pójść – powiedział Draco. Ignorowanie łypnięcia Harry'ego nie było łatwe, ale konieczne, więc to właśnie robił.
Nie podoba mi się to.
– Teraz to już jęczysz.
Pismo nie ma dźwięku.
– I jeszcze będziesz dzielił włos na czworo, Harry? – Coraz łatwiej przychodziło mu wytrzymywanie jego spojrzenia. Harry się mylił i zdawał sobie z tego sprawę. Draco lubił kłócić się z ludźmi w takim stanie. Wstał i zrobił krok w jego kierunku. – Takie zachowanie jest ciebie niegodne – zarówno obwinianie treningu, kiedy obaj wiemy, że to po prostu skromność, a potem dąsanie się jak dziecko. Jesteś dorosły, Harry, a branie odpowiedzialności za własne czyny stanowi część dorosłości. Nie wolno ci po prostu zbierać tego całego, rozkosznego poczucia winy, ignorując przy tym wszelkie pochwały. Zaakceptuj to wreszcie.
Harry zacisnął cielistą dłoń wokół srebrnej, a magiczny wiatr załopotał kurtynami wokół łóżka. Draco nawet nie drgnął. Wiedział – nawet jeszcze przed Obecnością Wojny, która mu to tylko potwierdziła – że Harry nigdy by go nie skrzywdził.
Wreszcie Harry poluzował palce, puszczając pergamin wolno. Westchnął i łypnął na Dracona.
Niech będzie. Ale sam napiszę ten list. I na pewno nie dodam sobie nazwiska.
Draco uśmiechnął się krzywo. Uważał, że pewnego dnia zmieni podejście Harry'ego pod tym względem, ale mógł to zostawić sobie na przyszłość. Tego dnia chciał dwóch zwycięstw. Jednym było przekonanie Harry'ego do przyjęcia Orderu Merlina.
Pora na drugie.
– Pośpieszyłbym się na twoim miejscu z tym pisaniem – zagaił spokojnie Harry'ego. – Bo za trzy godziny wyjeżdżamy na wczasy i będziesz musiał wszystko pozałatwiać w tym czasie.
Harry odsunął się od niego z komiczną wręcz prędkością, a jego pismo zrobiło się żółte i wszędzie wokół zaczęły pojawiać się wykrzykniki. Potrząsnął głową i napisał na nowo.
Trzy godziny mi nie wystarczą, Draco.
– Lepiej, żeby starczyły.
Harry zmarszczył brwi.
– Powiedziałeś, że chcesz spędzić ze mną wczasy. – Draco zrobił krok przed siebie, czując jak pomysły mijają go w rozpędzonym tempie, przez co zyskał podobny stan umysłu, co podczas konfrontacji z Lucjuszem. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, ale wiedział, gdzie Harry by go zabrał; podejrzenia skropliły się zbyt szybko w pewność, żeby za nimi nie podążył. – W Nadmorskim Basztańcu.
Skąd wiedziałeś?
Oczy Harry'ego były satysfakcjonująco wielkie, więc Draco po prostu wzruszył ramionami.
– Nie twoja w tym głowa. Grunt, że chciałeś się tam udać. Czyżbyś już zmienił zdanie?
Nie. Znaczy. Harry przerwał pisanie, jakby musiał się mocno zastanowić nad tym, co chciał właściwie powiedzieć. Draconowi to nie przeszkadzało. Ostatecznie to Harry'emu właśnie uciekał czas, nie jemu. Oparł się biodrem o własne biurko, zakładając ręce na piersi i rzucił Harry'emu spojrzenie, które tylko z czasem tylko się zaczęło przeciągać.
Nie spodziewałem się, że będę miał tak mało czasu, powiedział wreszcie Harry. Wilkołaków nie ma już w Nadmorskim Basztańcu, bo wybrały sobie nowego przewodnika stada i albo udały do Leśnej Twierdzy, albo zmieszały z resztą magicznego społeczeństwa...
– Wybrały sobie nowego przewodnika stada? – Draco nie znosił zaskoczenia w swoim głosie, bo chciał mieć absolutną kontrolę nad tą sytuacją, ale skoro już je okazał, to nie miał jak tego cofnąć.
Harry podniósł na niego brwi.
Tak. Kamelia wreszcie przyznała, że potrzebowali ode mnie więcej, niż byłem w stanie im dać. Zaoferowała, że może mnie ugryźć, ale nie mogłem tego zrobić, a już na pewno nie Snape'owi. No to wybrały ją jako następnego przywódcę. Zawsze mogą liczyć na schronienie w domach Blacków, gdyby go kiedykolwiek potrzebowały, ale obecnie żyją na własny rachunek. Regulusowi chyba ulżyło, dodał Harry, uśmiechając się lekko. Stale się bał, że któryś z artefaktów w domach w końcu kogoś skrzywdzi tylko dlatego, że nie byli w żaden sposób powiązani z jego rodziną.
– Czemu nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? – zapytał Draco.
Byłem pewien, że już o tym rozmawialiśmy. Harry wzruszył ramionami. Sorka?
Draco pomyślał z determinacją, że to również powinno się wreszcie zmienić. Jeśli miał kochać Harry'ego z tak wielkim oddaniem i poświęcać mu tak wiele czasu, jak chciał, to powinien też wymagać od niego równie wiele czasu i oddania i naciskać Harry'ego pod tym względem, póki dzielenie się takimi sprawami z Draconem stanie się dla niego odruchowe. Pozostawienie po sobie wspomnienia w myślodsiewni było krokiem w dobrym kierunku. Draco mógł dalej zachęcać do tego Harry'ego, pokazać mu, że sam chce dopuścić do siebie Dracona.
Te wczasy mogą okazać się idealną do tego okazją.
– No to wybieramy się do Nadmorskiego Basztańca – powiedział Draco. – Nikt nie będzie nam tam przeszkadzał, więc powinieneś pożegnać się z bratem i napisać ten list do Scrimgeoura. Nie wiem, co jeszcze chciałbyś zrobić, ale lepiej się za to zabieraj. – Machnął różdżką, mamrocząc „Pakuj", a wszystkie ubrania i skarby zaczęły posłusznie wskakiwać do kufra.
To za mało czasu, powiedział Harry, podsuwając litery Draconowi tuż pod nos, żeby nie mógł udawać, że ich nie zauważył. Potrzebuję nieco więcej.
Draco spojrzał na niego i uśmiechnął się uprzejmie.
– Nie – powiedział. – Zarówno Snape, jak dyrektorka już o tym wiedzą i otrzymałem od nich pozwolenie. Nie podejmowałeś dzisiaj najlepszych decyzji, Harry. Chcę wybrać się na te wczasy i już wszystko zorganizowałem. Więc figę dostaniesz, nie więcej czasu – dodał.
Twarz Harry'ego pociemniała.
Jesteś rozpieszczonym, bezwstydnym gnojem.
– I czy to nie jest wspaniałe w takich chwilach jak ta – powiedział Draco, przeciągając z wyższością zgłoski i machnięciem różdżki pozbierał ich koce. Prawdopodobnie okażą się czystsze i mniej zakurzone od czegokolwiek w Nadmorskim Basztańcu, a chciał się wyspać jak należy; nie widział powodu do pozbawiania się komfortu w czasie czegoś, co miało być wczasami. Zerknął w górę i podniósł brwi. – Wciąż tylko stoisz i się na mnie krzywisz? Bo chyba zostały ci już tylko dwie godziny i pięćdziesiąt minut, wiesz?
Harry sztywno wyciągnął rękę, a powietrze obok niego zajaśniało i zmieniło się w reprezentację zegara. Harry zerknął na niego, westchnął, po czym sięgnął po pergamin i atrament i usiadł, żeby napisać swój list.
Draco, teraz już kompletnie zadowolony z siebie, wrócił do pakowania. Oczywiście, że nie miał zamiaru kłócić się o coś tak prozaicznego. Gdyby Harry dalej się wykłócał i naciskał wystarczająco mocno, Draco po prostu by ustąpił.
Z drugiej jednak strony, powinien był też poprosić o nieco więcej czasu przed ceremonią w ministerstwie.
Nauczy się stawiać na swoim nawet, jeśli będę musiał leżeć na drodze jak kłoda, żeby go do tego zmusić.
Harry odprowadzał Hedwigę wzrokiem, kiedy leciała z listem do Scrimgeoura. Zmusił się do napisania mniejszej liczby usprawiedliwień i przeprosin, niż miał na to ochotę, oraz dodał zdanie o przyjęciu Orderu Merlina. Wiele miał z tym wspólnego Draco, który zaglądał mu przez ramię, od czasu do czasu cmokając językiem o zęby, zwłaszcza kiedy Harry wydawał się bliski podpisania już listu.
Obrócił się, żeby ruszyć w kierunku wieży Gryffindoru i drgnął. Connor stał w wejściu do sowiarni, przyglądając mu się z ciepłym uśmiechem na twarzy.
– Co z ciebie za wojownik – powiedział. – Szedłem za tobą kawał drogi, a ty nawet nie zauważyłeś.
Harry skrzywił się lekko. Jeśli to była prawda, to będzie musiał nad tym popracować. Być może powinien rozejrzeć się za zaklęciem, które wyostrzy mu zmysły. Nie mógł dopuścić do tego, żeby wrogowie zakradali się tak za nim w czasie bitwy.
Connor wywrócił oczami i podszedł, żeby go przytulić.
– Wyjeżdżasz na te swoje wczasy, nie? – mruknął w kierunku szyi Harry'ego. – Dyrektorka mi powiedziała. Wydawała się przekonana, że znikniesz od razu i nie chciała, żebym się martwił.
Nie wyjechałbym bez pożegnania, powiedział Harry, umieszczając litery za swoim ramieniem, żeby Connor był w stanie je zobaczyć. Chyba, że akurat byśmy się kłócili, albo gdyby chodziło o sprawę życia i śmierci.
Connor zaśmiał się, ale nie odsunął.
– Strasznie poważnie podchodzisz do wszystkiego, Harry. Może kilka dni sam na sam z Draco wystarczy, żebyś sobie przypomniał, jak się uśmiechać. Przez jakiś czas umiałeś, a teraz znowu ci to umknęło.
Harry poruszył się niespokojnie.
Te wczasy miały być nagrodą za jego ciężką pracę, a zmieniły się w...
– No co?
Harry machnął ogólnie srebrną ręką, nie mogąc znaleźć na to słów. Pewnie byłby w stanie, gdyby mógł mówić.
– Twój kochanek myśli o tobie i stara się upewnić, że też będziesz szczęśliwy, zamiast tylko go rozpieszczał – zakpił Connor, odsuwając się od niego. – Jakże mi przykro, Harry. Jestem pewien, że większość ludzi na twoim miejscu jęczałaby i błagała o ratunek.
Niby kiedy Draco stał się twoim bohaterem? Kiedyś nie miałeś o nim takiego wrażenia.
– Odkąd przyszło mi zmienić podejście do wielu spraw, bo zorientowałem się, że nikt mnie nie uratuje przed dorastaniem. – Connor złapał go za podbródek i podniósł mu głowę do góry. – Pomyśl o tym jak o adekwatnym zwrocie rozwojowym, Harry – dodał. – Nauczyłem się, jak być dorosłym, podobnie jak Draco, albo Snape, nawet jeśli ten ostatni nigdy by nie przyznał, że kiedykolwiek nie był idealny. A ty zacząłeś uczyć się, jak być dzieckiem. Dzisiaj po prostu przeszedłeś przez bardzo nieprzyjemną część tej nauki, każdy czasami tak wybucha. – Harry spojrzał na niego niepewnie, ale Connor naprawdę nie wyglądał, jakby chciał go za to ochrzanić. – A teraz doświadczysz tej lepszej strony, bo ktoś się tobą zajmie. Chyba wiem co mówię, kto byłby w tym ekspertem, jak nie ja?
Czuję się, jakbym znowu wyjeżdżał do Sanktuarium, mimo że to nie potrwa równie długo. Zupełnie, jakby coś miało wybuchnąć, jak tylko zniknę.
– To niech sobie wybucha – powiedział Connor. – Przyda nam się nieco doświadczenia w zbieraniu wszystkiego w całość, myślę że to nam wszystkim dobrze zrobi. – Przytulił Harry'ego tak nagle i mocno, że Harry zazipiał, kiedy uścisk został poluźniony. – Nie zawsze będziesz w stanie zareagować na każdy kryzys – powiedział, łapiąc Harry'ego za ramiona niemal równie mocno. – Może i zakończyłeś Pierwszą Wojnę, ale nie było cię w jej trakcie, a i tak ludzie sobie poradzili. Masz pełne prawo do odpoczynku, Harry. Leć. – Popchnął go lekko w kierunku schodów do sowiarni.
Harry ruszył ku nim, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. Wyglądało na to, że Connor nie przyszedł wysłać listu, po prostu chciał pobawić się z Godrykiem. Zagwizdał i czarny puchacz zleciał mu na ramię, ostrożnie starając się nie wbić w nie pazurów, po czym pochylił łeb, wtulając się i skubiąc wolną rękę Connora. Harry usłyszał śmiech swojego brata, co było dźwiękiem, którego nie słyszał od zdecydowanie zbyt dawna.
Naprawdę powinienem spędzać z nim więcej czasu. Nie dlatego, że to powinien być mój obowiązek, albo bo chciałbym, żeby Parvati dobrze o mnie myślała. Po prostu dlatego, że tego chcę i chcę częściej słyszeć jego śmiech.
Zegar podleciał do niego i szturchnął łagodnie w ramię. Harry obejrzał się na niego i westchnął. Niewiele zostało mu z trzech godzin, jakie otrzymał od Dracona; pisanie listu zajęło mu dłużej, niż myślał.
Ruszył szybko na poszukiwania Argutusa, od czasu do czasu nawołując go w wężomowie. Wąż omenu wciąż lubił wędrować po zamku i w przeciwieństwie do wężycy Wielu nie chciał udawać się na jakąś nudną ceremonię.
Rufus parokrotnie przeczytał list od Harry'ego, żeby upewnić się, że zrozumiał wszystkie jego niuanse. Następnie fiuknął do Starszego Junipera i zajął fotel obok kominka w gabinecie, czytając ponownie list. Percy podszedł bliżej i zatrzymał się ostrożnie, póki Rufus nie pokazał mu listu. Na jego twarzy pojawiło się więcej szczerego powątpiewania, niż Rufus byłby w stanie okazać.
– Naprawdę wydaje się panu, że dotrzyma tej obietnicy? – zapytał. – Po tym, jak pana wcześniej zawstydził?
– Jeśli wziąć to pod uwagę, to nie zrobił tego celowo. – Rufus potarł kciukiem pergamin. – Ale tak, wydaje mi się, że dotrzyma.
Płomienie zajaśniały i pojawił się w nich Juniper. Rufus kiwnął głową.
– Otrzymałem przeprosiny od Harry'ego vatesa, jeśli chciałby pan je zobaczyć – powiedział, podając mu list. – Oraz ofertę przyjęcia Orderu Merlina i przeproszenia pana osobiście.
Juniper nawet nie zerknął na list.
– Niczego innego nie spodziewałem się po takim szlachetnym, młodym człowieku – powiedział. – Niech pan mi powie, ministrze, gdyby miał pan wybrać między wspieraniem Harry'ego, a ministerstwa, to co by pan wybrał?
Rufus przymrużył oczy. Niewielu ludzi było w stanie tak go zastraszyć, jak Juniper, ale to nie znaczyło, że miał zamiar puścić mu płazem tak bezczelne sugestie.
– Ministerstwo, oczywiście – powiedział chłodno. – Wierzę, że już wystarczająco to zademonstrowałem. Nie wspierałem rokoszu Harry'ego. Przejąłem kontrolę nad ministerstwem za pomocą Rytuału Cincinnatusa wyłącznie, kiedy wierzyłem, że nie mam już innego wyjścia, bo szefowie moich własnych departamentów zjednoczyli się przeciw mnie.
Juniper przyjrzał mu się uważnie, patrząc mu prosto w oczy, po czym kiwnął głową.
– Ma pan rację – powiedział. – Od zawsze był pan lojalny ministerstwu i widzę, że to nie uległo zmianie. Proszę o wybaczenie.
Płomienie zajaśniały i Juniper zniknął. Rufus odchylił się, nie spuszczając wzroku z płomieni i zaciskając dłoń na pergaminie tak mocno, że ten aż zaszeleścił.
– Proszę pana? – zagaił Percy za nim.
– Hmmm? – zapytał Rufus. W głowie aż wirowało mu od wyobrażeń, czemu Juniper miałby zachować się w ten sposób, kiedy zaledwie wczoraj zobaczyli wizję Harry'ego walczącego z syrenami i dzielili te same emocje. Nie istniało zbyt wielu sojuszników, dla których Juniper byłby skłonny zaryzykować urażenie ministra. Miał nadzieję, że się co do nich mylił.
– Dlaczego Harry to zrobił? Tak naprawdę, z politycznego punktu widzenia? Według pana, oczywiście – dodał szybko Percy.
– Wierzę w to, co napisał w liście. – Rufus ponownie wygładził pergamin i spróbował zignorować swoje przyśpieszone bicie serca. – To był naprawdę zły moment i po prostu wybuchł. To wszystko. Nie ma żadnego powodu, żeby kłamać o czymś takim i pewnie gdyby umiał to jakoś ładniej ubrać w słowa, to by to zrobił.
– Ale to... – Percy potrząsnął głową i ucichł.
– Niepokojące u polityka, owszem. – Rufusa kusiło, żeby ciągnąć tę myśl dalej i przypomnieć Percy'emu, że Harry nigdy nie był konwencjonalnym politykiem, ale powstrzymał się przed tym. Harry był efektywny ponieważ mimo swojego wieku wydawał się bardzo poważny i opanowany i miał tak wiele do zaoferowania swoim sojusznikom, że nikt nie był w stanie podważyć jego pozycji. Jeśli vates zacznie tracić nad sobą panowanie za każdym razem, kiedy nacisk zrobi się nie do zniesienia, przez co w oczach wszystkich stanie się nieco bardziej ludzki, to nie będzie mu to dobrze wróżyło.
Osobiście Rufusowi ulżyło, że Harry stopniowo leczył się ze swoich przeżyć i zachowywał bardziej jak człowiek. Ale nieczęsto miał do czynienia z Harrym na poziomie osobistym.
Trzymaj się, Harry i stawaj szybko na nogi, pomyślał, zerkając na parę ostatnich linijek listu, w których wspomniano o wczasach. Jeśli tego właśnie potrzebujesz, to znikaj. Zanadto cię potrzebujemy, żebyś tak sobie wybuchał, kiedy ci się podoba.
– Jest pani tego pewna. – Oczy Junipera były ciemne, zarówno przez wzgląd na ich naturalny kolor, jak i skłębione w nich emocje. Nie spuszczały jej z oczu; opierał się o kominek w swoim głównym pokoju gościnnym, ostrożnie popijając wino, które przyniosły mu skrzaty domowe. Juniper był starym, świetlistym tradycjonalistą. Mógł uważnie słuchać argumentów przeciw trzymaniu skrzatów domowych, ale nie miał zamiaru wypuścić ich przez wzgląd na śliczną retorykę i sentymentalne argumenty.
– Pewna. – Aurora Whitestag nachyliła się w fotelu i podniosła głowę. Nosiła swoje najbardziej formalne szaty właśnie przez wzgląd na ten stary, świetlisty tradycjonalizm. Ten zwyczaj już dawno wyszedł z użytku, ale kiedyś gospodarz był w stanie zażądać od gości ubrania się w stroje reprezentujące ich deklarację. Aurora miała na sobie jasnoniebieskie szaty, co było kolorem niezadeklarowanej czarownicy. Juniper doceni ten gest, nawet jeśli zorientuje się, że wykonała go, bo chciała nim zmanipulować. Bez względu na motyw, chciała zrobić coś takiego dla potencjalnego sojusznika, żeby pokazać się z jak najlepszej i skłonnej do współpracy strony.
Juniper kiwnął parę razy głową w powolnych podrygach. Aurora wiedziała, że jego polityczni przeciwnicy uważali czasem ten ruch za świadectwo jego zniedołężnienia. Ci polityczni gracze zawsze tracili swoje wpływy. To nie był senny ruch, tylko ostrożne przymierzanie się ptaka brodzącego w poszukiwaniu ryby do złapania, czy też, w tym przypadku, przeciwników.
– Faktycznie zachowuje się jak dziecko, a nie jak młody człowiek, w obliczu takiej nagrody – mruknął.
– To właśnie sprzeczność naszego vatesa. – Aurora nachyliła się gorliwie. – Najpierw był zbyt dorosły, ale po rozgłoszeniu, że był ofiarą znęcania, jego zbroja popękała. Istnieją chwile, kiedy zachowuje się jak mistrz w specyficznych, ciężkich chwilach, a potem potyka się w tak prostych jak ta. To właśnie chciałam osiągnąć za pomocą komisji nadzorczej: otoczyć go doradcami, którzy będą uważali na tego rodzaju potknięcia i powstrzymają przed wyrządzeniem jakiejś katastrofy.
– Ale nie tak to się skończyło – mruknął Juniper, przyglądając się jej.
Aurora pokręciła głową.
– Straciłam z oczu swój cel i nie zebrałam wokół siebie odpowiednich sojuszników.
– I czemu wydaje się pani, że tym razem będzie inaczej? – Juniper po raz kolejny upił wina.
– Ponieważ pracuję z panem – powiedziała szczerze Aurora. – Wierzę, że zdoła pan utrzymać mnie przy dążeniu do celu i zbierze wokół siebie świetlistych sojuszników, którzy nie będą mnie słuchali. Proszę zrozumieć, to nie ja stałabym tym razem za sterem. To byłaby pańska rola.
– Czyli jest pani skłonna do przekazania tego steru.
Aurora wzruszyła ramionami.
– Bardziej interesuje mnie, co ludzie robią ze swoją potęgą, niż ilość posiadanej władzy, Starszy. Tak długo, jak znajdę się w pozycji, z której mogę wpływać na przyszłość magicznej Brytanii, przy jednoczesnym nie wystawianiu się na front, kiedy nie radzę sobie z walką, ani gdzie nikt nie spróbuje mną manipulować, bo najwyraźniej nie potrafię się przed tym obronić, to nic innego nie będzie mi potrzebne.
Ucichła, czekając na jego decyzję. Ostatecznie to ona się z nim skontaktowała, nie na odwrót, zaraz po aferze, jaka miała miejsce przed ministerstwem. Właśnie tego rodzaju potknięć spodziewała się po Harrym i była zdeterminowana nie pozwolić mu na pociągnięcie Brytanii za sobą na dno. Juniper, potencjalnie urażony jego błędem, mógł okazać się dobrym sojusznikiem.
– Pani propozycja ma swoje zalety – powiedział wreszcie Juniper, odkładając kieliszek. – Sztuczka polegać będzie na nie opieraniu się na psychologii tego młodego człowieka. Przede wszystkim będziemy próbowali go zrozumieć, a i to może nam się nie udać przez jego zdeterminowanych obrońców i prawa, jakie strzegą czarodziejów o lordowskiej mocy. – Podniósł na nią brew. – Tym razem, pani Whitestag, mam zamiar upewnić się, że nasza praca z vatesem okaże się w pełni legalna.
– Oczywiście – powiedziała Aurora, czując jak zalewają ją fale wdzięczności i ulgi. Może jeszcze zdołam uratować nasz świat, zwłaszcza że tym razem będę pracowała z kimś, kto znacznie lepiej zna się na polityce.
Harry potrząsnął głową, kiedy pojawili się z lekkim potknięciem w Nadmorskim Basztańcu; Regulus dał mu świstoklik, żeby nie trzeba było opuszczać osłon. Harry powiedział mu, że przecież w Kornwalii nic im nie grozi, a już co dopiero w domu Blacków. Regulus spojrzał na niego ponuro, a Harry, niepewny co właściwie tak skwasiło humor jego przyjaciela, powstrzymał się od dalszych komentarzy.
Harry rozejrzał się i zorientował, że Regulus posłał ich bezpośrednio do sypialni, z której pewnie woleliby skorzystać. Stało w niej ogromne łóżko, już pozbawione zakurzonych kotar i narzuty, dzięki czemu Draco mógł rozłożyć pościel i koce, które zabrał z ich sypialni w Slytherinie. Regulus pewnie osobiście przygotował to miejsce. Harry polizał usta, czując się niewart takiego gestu.
Argutus szturchnął go nosem o podbródek.
– Głupio się zachowujesz – poinformował wyniośle Harry'ego. – Idę pozwiedzać, może coś się zmieniło odkąd byliśmy tu ostatnio. – Ześlizgnął się z ramion Harry'ego, a Harry otworzył magią drzwi, żeby wąż mógł wyjść na korytarz.
– No i jesteśmy.
Harry przesunął się, żeby Draco mógł położyć swój kufer pod ścianą, po czym patrzył z rozbawieniem, jak Draco zaczyna się rozpakowywać. Czasem Draco zdawał się niezdolny do pozostania gdziekolwiek choćby na jedną noc, bez dekorowania miejsca i nadawania mu charakteru domu.
I wtedy Draco obejrzał się na niego.
– Wydaje mi się, że to lustro, które dostałeś ode mnie na święta, będzie świetnie wyglądało na tamtej ścianie, Harry – powiedział, kiwając głową na prawo od Harry'ego.
Harry zamarł na moment. Lustro było głęboko schowane i owinięte w materiał. Czuł się przy nim mocno niekomfortowo i nie widział dla niego praktycznego zastosowania. A jeśli będą tu sami z Draconem – a nie mogło być inaczej, bo osłony szeptały mu o braku obecności innych czarodziejów w domu – to jedyne, co się na nim pojawi, to ich odbicia. Harry'emu nie przeszkadzało oglądanie odbicia Dracona. Nie był jednak pewien, czy chciał, żeby Draco widział jego.
Oczy Dracona miały w sobie wyraźne wyzwanie. Byli tu sami. Harry nie musiał się martwić, że ktoś tu wejdzie i zwróci uwagę na to, w jaki sposób postanowili udekorować sobie pokój. W dodatku zadeklarował, że chce dzielić się sobą z Draconem, a jeśli to miał być czas wyłącznie dla nich, to krycie się z czymś przed Draconem, zwłaszcza jeśli Draco i tak już o tym wiedział, naprawdę nie miało sensu.
Odwrócił się i zaczął rozpakowywać, wyjmując przede wszystkim prezenty, które otrzymał na święta i z innych okazji, a które zwykle trzymał pochowane. Lustro od Dracona zawisło na prawej ścianie, a Draco niemal momentalnie postawił obok niego stolik, który wcześniej stał obok łóżka, i tam właśnie umieścił myślodsiewnię, którą otrzymał od Harry'ego. Harry oparł o ścianę swoją Błyskawicę, a tuż obok położył rzeźbę przedstawiającą wiele zwierząt, którą otrzymał w zeszłym roku od Petera. Transmutował regał na ich książki, podczas gdy Draco wieszał ślizgońskie zasłony wokół łóżka i czasami klął na niewygodne żabki, jakie tu najwyraźniej były.
Ogarnęli się znacznie szybciej, niż się Harry'emu wydawało. Rozejrzał się i zadrżał lekko. Pokój wyglądał znacznie bardziej domowo i swojsko, niż tak naprawdę powinien.
Gdzie właściwie jest dom?
Harry z lekkim zaskoczeniem zorientował się, że nie znał odpowiedzi na to pytanie. Rezydencja Malfoyów przychodziła na myśl jako reprezentacja domu, choć pewnie Hogwart byłby temu określeniu jeszcze bliższy. Ale jego umysł już porzucił próby myślenia w ten sposób o Lux Aeternie, czy Dolinie Godryka, a domy Blacków wciąż uważał za własność Regulusa, z której mógł korzystać w razie potrzeby, ale gdzie nie mógł mieszkać – a przynajmniej nie sam. Inne miejsca, w których przebywał przelotnie, albo tylko widział, jak Sanktuarium, nie mogły się, oczywiście, kwalifikować.
Przygryzł z namysłem wargę i wtedy Draco wymamrotał mu na ucho:
– Co właściwie zaplanowałeś sobie na te wczasy, Harry?
Obrócił się. Draco przyglądał mu się z rękami założonymi pod podbródkiem, jakby łokcie opierał na jakimś stole, ale dla odmiany nawet nie spróbował go dotknąć.
Harry odchrząknął i skrzywił się, kiedy usta i gardło momentalnie rozogniły się bólem. Ostrożnie zapakował ze sobą wywar z czosnku złocistego i już nie mógł doczekać się jego następnej dawki. Zwrócił się z powrotem do pisma, upominając się, że przecież nikogo tu nie było, nikt tego nie zobaczy, a Draco nie uzna, że Harry ma na myśli coś kompletnie niedorzecznego.
Chciałem pokazać ci, co widzę, kiedy na ciebie patrzę. Wszystko, co widzę, kiedy na ciebie patrzę. Żebyśmy mogli dyskutować i debatować Wielką Ujednoliconą Teorię, albo mógłbym pomagać ci w osiągnięciu twojego animagicznego kształtu. Tylko że zrobiłeś to już sam. Zerknął na Dracona z lekkim uśmieszkiem, który w żaden sposób nie wpłynął na jego wyważone, spokojne spojrzenie. I chciałem pooglądać z tobą hipokampy i spać do późna, bo nie będziemy mieli tu nic innego do roboty i mówić ci, jak wiele dla mnie znaczysz i dlaczego. I może nawet kłócić się z tobą o tym, czego w tobie nie lubię. I, ee.
Nie był w stanie zmusić się do napisania tego słowa. Draco jednak powiódł wzrokiem za jego gestem w stronę łóżka i uśmiechnął się olśniewająco.
– Cóż. Zaplanowałem sobie coś bardzo podobnego. To dobrze. – Podszedł bliżej i ściszył głos. – Słuchaj, Harry. Nie widzę powodów, żebyśmy mieli tego nie robić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że lubię być rozpieszczany...
Harry poczuł, jak twarz mu się rozpogadza.
– Ale to musi dotyczyć nas obu po równo. – Draco przechylił głowę. – Dlatego oczekuję, że też będziesz mówił mi o sobie i słuchał, kiedy będę wymieniał, co w tobie cenię i choć raz po prostu położysz się i pozwolisz mi robić ze sobą, co mi się żywnie spodoba. Podarowałeś mi to już kilka razy, po ataku Rosiera, czy po tym nieszczęsnym spotkaniu z komisją nadzorczą. Ale jeszcze ani razu nie zdołałem ci się odwdzięczyć. Najbliższy byłem temu na zimowe przesilenie, ale i tak byłeś niegrzeczny i zacząłeś się wiercić.
Twarz Harry'ego już bolała od rumieńca. Nie poruszył się jednak, kiedy Draco spojrzał mu w oczy.
– Czy zgodzisz się na to? – zapytał.
Harry odetchnął powoli. Nikogo tu nie ma. A Draco przecież nie spróbuje wykorzystać tego przeciw mnie. A jeśli słabością jest bycie rozpieszczanym i głaskanym od czasu do czasu... no to przecież dokładnie to chcę zrobić dla Draco. Przecież nie zrobi się od tego słaby, prawda? Więc ja też nie powinienem.
Kiwnął z wahaniem głową.
Jeszcze nigdy nie widział, żeby twarz Dracona aż złagodniała, mimo braku uśmiechu. Złapał Harry'ego za rękę.
– Chodź – powiedział, ciągnąc go w kierunku drzwi sypialni. – Pooglądamy hipokampy.
