Ostrzeżenie: Czwarta scena zawiera ciężkie opisy scen seksualnych.
Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty: Sen o wiośnie
Harry zastanawiał się, czy udałoby im się osiągnąć ten rodzaj idealnego spokoju o dowolnej innej porze roku.
Draco stał obok niego, kiedy oglądali hipokampy. Przykładał dłonie na przezroczystego kamienia, który dzielił ich od morza, jakby chciał potrzeć palcami płetwy przepływającego właśnie konia wodnego. Harry, oparty ramieniem o kamień, musiał podzielić uwagę między dokazującym stadem i twarzą Dracona.
Wiedział, że Draco już kiedyś widział źrebaki i klacze, ale musiało go wtedy tu z nim nie być. Albo nie pamiętał wystarczająco z tych ciężkich dni pod koniec lata, kiedy to starał się negocjować między watahą i ministerstwem, oraz po raz pierwszy odkrywał zagrożenie, jakie niósł sobą Falco.
A może po prostu nie widział w nim dostatecznie wielu zmian i dopiero teraz mógł je w pełni docenić.
Draco od czasu do czasu przymykał oczy, jakby magiczne światło, które odbijało się od kamieni, bywało dla niego za silne. Zaginał i otwierał palce w niewielkich, instynktownych ruchach, naśladujących ruchy płetw źrebaków. Jego twarz była pełna cieni; czasem Harry uznawał, że były po prostu rzucane przez nos, czy usta, a czasem wierzył, że byli to ślady dobra i zła, o których Draco się nauczył i z którymi przyszło mu żyć i pogodzić się w ostatnich miesiącach. Kosmyk jasnych włosów został zmiażdżony między głazem a czołem, kiedy Draco nachylił się bliżej, przyglądając właśnie rozpoczętej przez źrebięta grze w berka.
Stado zdawało się być kompletnie nieświadome obserwujących ich ludzi, a Harry nie widział żadnego powodu, żeby je w jakikolwiek sposób uświadamiać. Grzywy pływały za nimi swobodnie, rozwijając się niczym bicze, albo zwijając gwałtownie, ilekroć szybko się poruszyły. Ich ogony trzepotały coraz szybciej i zwinniej, kolumny smukłych mięśni, przy których syrenie ogony wyglądały na miękkie i bezsilne. Oczy lśniły niczym u antypodzkich opalookich, skóra była niebieska, zielona, albo zmienna w świetle magii i oceanu. Harry patrzył, jak jedna z klaczy zrobiła tyłem beczkę, żeby ochronić bardzo młode źrebię przed nieprzyjemnym prądem, i poczuł jak przepływa przez niego bardzo głęboka i powolna emocja. Dopiero po chwili rozpoznał to jako błogostan.
– I Blackowie naprawdę ich nie hodowali? – wyszeptał Draco.
Harry pokręcił głową. Klacz i źrebak okręcili się ponownie i teraz pływali w kółko, a matka rozkładała swój ogon, ilekroć to było konieczne w ramach osłony, ale coraz częściej go zawężała, żeby jej dziecko mogło wyczuć pełną moc wody. Harry patrzył, jak błony pławne na kopytach źrebięcia otwierają się i zamykają niczym skrzela, ostrożnie ucząc się Atlantyku, jakby kroczył po zaostrzonych kamieniach.
Też zapytałem o to Regulusa. Ale powiedział, że pojawiły się tu z własnej woli. Po prostu stado magicznych zwierząt, zajmujących się tym, co chcą, a nie tym, czego chcą od nich czarodzieje, dodał w nadziei, że Draco wyczyta w tym napisie dumę, którą akurat czuł. Nie, żeby miał cokolwiek wspólnego ze sprowadzeniem tu hipokampów, oczywiście, ale uważał, że jako vates ma pełne prawo do cieszenia się z faktu, że jakimś magicznym stworzeniom udało się uciec przed żelaznymi okowami jego własnego gatunku.
– Są piękne – wymamrotał Draco.
Harry przechylił głowę, słysząc coś w jego głosie, po czym przesunął się po szklistym kamieniu, póki nie znalazł się obok Dracona. Tym razem to on objął Dracona w pasie, co było gestem wykonywanym zwykle w drugą stronę.
Piękniejsze wolne, niż w jakimkolwiek innym stanie?
Draco kiwnął z roztargnieniem głową, po czym zamrugał i obejrzał się na niego.
– Czekaj. Co chciałeś przez to powiedzieć?
Czy uważałbyś je za równie piękne, gdyby zostały spętane siecią?
Cmoknięcie językiem, takie samo „cyt", które Draco wydawał z siebie wcześniej w czasie pisania listu, tylko że tym razem po prostu w pełni obrócił się do Harry'ego.
– Przyszliśmy się tu bawić, nie kłócić – powiedział.
Możemy zajmować się i jednym i drugim. Harry przyglądał się Draconowi w miarę swoich możliwości, bo znajdowali się tak blisko, że oddech Dracona co chwila zaparowywał mu okulary. Nikt nie powiedział, że wszystkie kłótnie muszą kończyć się na wrzaskach. Czasami możemy sobie pozwolić na uduchowione debaty.
Draco prychnął i przez chwilę się nie odzywał.
– Mam nadzieję, że pamiętałeś o przekierowaniu tu tej swojej sowy z Hogsmeade – powiedział wreszcie.
Harry rozpoznał tę technikę odwracania uwagi, ale bez trudu pozwolił się jej ponieść. Bez względu na to, co Draco o tym myślał, ich wczasy mogły składać się również z kłótni, byle ich całkiem nie wypełniły. Jeśli Draco nie chciał teraz o tym rozmawiać, to mogą przecież porozmawiać o tym później. Harry i tak chciał go rozpieścić.
Nawet lepiej.
Światło ze strony morza narzuciło dziwne cienie na twarz Dracona, kiedy kompletnie odwrócił się od hipokampów.
– Lepiej? Jak to, lepiej? Przecież nie miałeś zbyt wiele czasu na zorganizowanie czegokolwiek odkąd się tu pojawiliśmy.
Harry zaśmiał się, choć pierwszy urywek dźwięku mocno rozognił ból w jego gardle, ale Draco i tak złapał go za ramię, żeby przestał.
Wiem. Ale też ćwiczyłem. Wiedziałem, że prawdopodobnie nie będziesz chciał jeść czegokolwiek ze sklepów, a ja przecież nie chcę jeść czegokolwiek przygotowanego przez skrzaty domowe.
– Harry, coś ty zrobił? – Draco wyglądał na rozdartego między podziwem i ostrożnością. Biorąc pod uwagę, do czego czasem dochodziło w przypadku niespodzianek, Harry w ogóle go za to nie winił.
Gdybyś mógł dostać dowolną słodycz na świecie, to co chciałbyś teraz zjeść? zapytał w ramach odpowiedzi. Tylko szczerze.
Przyglądał się oczom Dracona, więc zauważył, kiedy otworzyły się nieco szerzej, ale nie uciekły nigdzie w bok, co sugerowałoby, że po prostu zmyśla odpowiedź.
– Czekoladową Implozję – powiedział po prostu Draco.
Harry spojrzał na niego w uprzejmym niezrozumieniu, przez co na policzki Dracona wpłynął lekki rumieniec.
– To, ee. To deser, który skrzaty domowe przyrządziły dla mnie parę razy, zanim matka zorientowała się, że sam go wynalazłem. Wtedy zakazała im go więcej przygotowywać. Zaczyna się jako ciasto czekoladowe, ale wydrąża się je i wypełnia samą płynną czekoladą. Potem na wierzch nakłada się resztę ciasta i dekoruje wiśniami w polewie czekoladowej. A całość zalewa jeszcze polewą z czystej czekolady. – W tym momencie policzki Dracona lśniły jak wschód słońca. Harry już od miesięcy nie widział go równie zakłopotanym. – Matka kazała mi potem przez dobry tydzień uczyć się o zębach i magicznej opiece dentystycznej. Strasznie się wściekła.
Czyli minęło wiele lat, odkąd to jadłeś?
Draco kiwnął głową, wyglądając na rozdartego między nadzieją i zgrozą, kiedy Harry wyciągnął swoją cielistą dłoń i wycelował w wyrzeźbione z kamienia krzesło. Harry nabrał głęboko tchu i rozwinął swoją magię, zmuszając do pomknięcia nie wąskimi kanałami, z których zwykle korzystały zaklęcia transmutacji, ale czystą wolą, wspieraną słowami Dracona. Czoło zrosił mu pot. To było męczące, zwłaszcza że zwykle myślał o transmutacji jak o czynniku składowym przemiany animagicznej, przez co od czasu do czasu magia próbowała mu się wyrwać w kierunku technik, które poznał od Petera.
Wytrwał jednak, a krzesło zalśniło i zaczęło się stopniowo zapadać w głąb siebie, zmieniając po drodze w brąz bogatej, życiodajnej ziemi. Harry odciągnął swoją wyobraźnię od ziemi w chwili, w której krzesło zaczęło nią pachnąć. Ostrożnie filtrował coraz więcej swojej magii, zmieniając ją w coś solidnego. Teraz już musiał ignorować ostrzeżenia we własnej głowie przed takim zachowaniem. Jeśli zużyje na coś takiego zbyt wiele mocy, to nie zdoła się obronić w razie bitwy...
Ale żadnej bitwy tu nie będzie. Znajdowali się z Draconem na wczasach i chciał zrobić coś takiego dla Dracona, więc dokładnie coś takiego zrobi. Owijał, zmuszał i wyobrażał sobie. Najwięcej czasu przyszło mu spędzić nad wiśniami w polewie czekoladowej; nigdy ich nie jadł, więc spróbował oprzeć się na smaku czystej czekolady, zmieszanej z jakimś odległym wrażeniem, jak te owoce powinny smakować.
Kiedy już było po wszystkim, dyszał lekko, ale przynajmniej mu się udało. Odsunął się i przyjrzał swojemu dziełu.
Przetransmutowane krzesło w ogóle już nie miało swojego kształtu, kompletnie bowiem zostało zastąpione przez czekoladowe ciasto o wielu warstwach, z czego te najwyższe chwiały się niebezpiecznie. Niewielkie wiśnie wyglądały gdzieniegdzie spod czekolady niczym oczka. Harry czuł też jego zapach, tak przytłaczająco słodki, że wcale go już nie dziwiło, że Narcyza przyłapała na tym skrzaty domowe i kazała Draconowi przestać.
Obrócił się do Dracona i zobaczył, że ten się po prostu na niego gapi.
– Jak ci się to udało? – zapytał z oburzeniem.
Harry w pierwszej chwili chciał zinterpretować to oburzenie jako złość i zmartwił się, że coś spartolił, niszcząc dziecięce wspomnienie Dracona. Upomniał się jednak surowo, że przecież samo istnienie takiego samego ciasta jak to z opisu Dracona, nie mogło zniszczyć niczyjego wspomnienia i reakcja była prawdopodobnie wynikiem zaskoczenia.
Naprawdę ciężko pracowałem nad transmutacją, powiedział po prostu.
Draco patrzył na niego jeszcze przez chwilę. Potem Harry zobaczył, jak całe jego ciało zaczyna drżeć, najwyraźniej od powstrzymywania się przed impulsem podbiegnięcia do Czekoladowej Implozji i wgryzienia się w nią. Powstrzymał się przed uśmiechnięciem.
Draco złapał go za głowę i pocałował, jakby nie był w stanie się nim nacieszyć, momentalnie otwierając językiem usta Harry'ego i przytrzymując go przy sobie, kiedy agresywnie lizał i gryzł. Harry odwzajemnił się tym samym i po chwili Draco oderwał się od niego, wyglądając na wpół oszołomionego i na wpół pijanego ze szczęścia.
– Nie wiem, jak ci się za to odpłacę, Harry – powiedział. – Czy mógłbyś też przyzwać talerze i sztućce?
Harry sięgnął magią ku szafkom w kuchni, coraz bardziej rozbawiony całą sytuacją.
Nie musisz się za nic odpłacać, Draco, napisał przy okazji w powietrzu. Chciałem to dla ciebie zrobić. Rozpieścić cię, pamiętasz?
Draco wyglądał tylko na jeszcze bardziej uradowanego. Jak tylko przyleciały widelce, talerze i nóż, Draco złapał za ten ostatni i zbliżył się do Czekoladowej Implozji niczym łowca, zakradający się na niebezpieczną bestię. Harry już musiał stłumić swój śmiech, kiedy ruszył za nim.
– Nie uwierzysz, jakie to pyszne, póki tego nie spróbujesz, Harry – wyszeptał niemal nabożnie Draco. – Naprawdę nie uwierzysz. – Następnie zaczął przyglądać się ciastu, jakby usiłował ustalić, gdzie w ogóle zacząć.
Harry patrzył, jak światło mieni się na jego dziele, mając nadzieję, że nie będzie miało posmaku trocin i upajał się uśmiechem Dracona.
Draco uważał, że najlepszą do tego porą byłby wczesny ranek, zanim Harry się na dobre rozbudzi, przez co nie zdoła na czas ustalić, że coś jest nie tak, co by go tylko podenerwowało i zirytowało.
Obudził się jednak późnym rankiem, niemal o dziesiątej, bo potrzebował odespać potężną ucztę po wczorajszej Czekoladowej Implozji.
Nikt nie jest idealny.
Ale chciał sprawić, żeby Harry choć przez chwilę się za takiego uważał, dlatego podparł się na łokciu i spojrzał na niego. Harry zaplątał się w praktycznie całą możliwą pościel i wciąż głęboko spał. Miał otwarte usta i oddychał przez nie, jak i swój nos, wydając cichy, świszczący dźwięk. Od czasu do czasu się obracał, choć zwykle szybko przewracał się z powrotem na plecy. Za każdym razem bardzo powoli przesuwał się w kierunku lewej krawędzi łóżka i pewnie by się z niego stoczył, gdyby nie czujne oko Dracona, jak i fakt, że pewnie do tego czasu zdążyłby się już obudzić.
Draco nachylił się i delikatnie przycisnął swoje usta do ust Harry'ego, budząc go. Harry zamrugał i z zaciekawieniem odpowiedział pocałunkiem, po czym syknął coś w wężomowie. Argutus, który spał na jednym z kufrów, odsyczał, po czym odbył z Harrym coś, co dla Dracona brzmiało jak zwykła rozmowa, a nie kłótnia. Oczywiście, mógł się mylić. Zwykle przynajmniej połowa syknięć brzmiała dla niego wrogo.
Zaczekał, aż skończyli.
– Co powiedział? – wymamrotał Harry'emu na ucho.
Harry spróbował odpowiedzieć, ale przerwało mu ziewnięcie. Draco odkrył, że na twarzy pojawił mu się niezwykle głupawy uśmiech, kiedy patrzył jak Harry marszczy nos i wygina usta, nim nie przesłonił ich uprzejmie ręką.
– Powie... – Harry pokręcił z irytacją głową i wrócił do pisania, choć tym razem litery pojawiły mu się tuż nad klatką piersiową, żeby Draco nie musiał obracać głowy. Zapytałem, gdzie był. Powiedział mi o tym, jak słodkie owady i szczury złapał w ścianach i zadeklarował, że nigdy nie miałbym niczego równie słodkiego na obiad. Powiedziałem mu o cieście, ale uwiesił się na jego nazwie – w wężomowie implozja brzmi trochę inaczej, no wiesz, jak zrzucanie skóry? – i nie chce uwierzyć, że mogło być równie dobre.
– Czyli niepoważna, leniwa, poranna sprzeczka – mruknął Draco.
– Hmmm. – Harry przeciągnął się, wyginając plecy w bezmyślnym geście, który Draco wciąż nieczęsto widywał w sypialni. Draco przemknął chciwie po nim wzrokiem, ale został powstrzymany przez pościel. Trudno. Wczoraj uprawiali seks i teraz chciał zaoferować Harry'emu coś innego.
– Chciałbym ci pokazać coś poważniejszego – powiedział mu, całując go za uchem. – Podzielisz się tym ze mną?
Coś w jego głosie musiało ostrzec Harry'ego. Zamarł w połowie swojego przeciągania i obracał głowę, póki nie był w stanie spojrzeć Draconowi w oczy.
Draconie Malfoyu, co ty kombinujesz? zapytało wymagająco jego pismo.
– Coś wspaniałego – powiedział Draco i uśmiechał się do niego enigmatycznie, patrząc uradowanymi oczami, aż Harry wreszcie ustąpił.
Niech będzie.
– Dobrze, Harry – powiedział niemal bezgłośnie Draco, nabierając odwagi dzięki zaufaniu, jakie zobaczył na jego twarzy, po czym poszedł po lustro.
Spróbował jakoś je sobą zakryć, ale Harry albo je zauważył, albo rozpoznał jego magię, bo momentalnie usiadł. Draco zatrzymał się i pokazał mu je, zmuszając Harry'ego do zobaczenia samego siebie i nie wycofując się, kiedy zobaczył jak Harry otwiera szerzej oczy.
Nie wiem, co właściwie chcesz z tym zrobić, napisał wreszcie Harry, a litery najeżyły się od kolców, ostrych krańców i róż, z czego ciernie mierzyły prosto w jego serce. Ale chyba lekko oszalałeś, jeśli uważasz, że uznam coś takiego za wspaniałe.
– Ale naprawdę takie jest, Harry. – Draco upewnił się, że usunął ze swojego głosu wszelkie poczucie winy i zastanawiał się, czy Harry w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że zareagował na ten ton lekkim przechyleniem głowy i odsłonięciem gardła. – Obiecuję. Nie zmuszę cię do zaakceptowania tego. Po prostu chcę, żebyśmy spojrzeli razem na ciebie, bo wtedy będę mógł powiedzieć ci, co widzę.
Możesz to zrobić bez lustra. Przecież wiem, jak ci się wydaje, że wyglądam.
Draco zastanawiał się, skąd właściwie miał cierpliwość do zachęcania do tego Harry'ego, zamiast po prostu zmuszenia go.
– A mimo to bez trudu ignorowałeś to lustro od czasu świąt, prawda? To nasze wczasy i chciałbym cię rozpieścić. To właśnie liczy się jako rozpieszczanie.
Harry nie odzywał się, przyglądał mu się tylko z lekko zmarszczonymi brwiami.
Wiem, jak się za to zabrać. I tak było. Draco odezwał się niskim tonem, jakby przemawiał do dzikiego jednorożca, gdyby ten kiedykolwiek zdecydował się do niego podejść.
– Harry, wierzę, że masz w sobie dość odwagi, żeby się tego podjąć. Widziałem to na twojej twarzy, kiedy udałeś się w samo serce burzy na zimowe przesilenie. – Harry zadrżał, ale nie wyglądało na to, żeby chciał mu przerywać przez samo wspomnienie o Fawkesie, co zachęciło Dracona. Musiał podjąć się pewnego ryzyka, nawet jeśli wiązały się z nim możliwe błędy. – Wiem, jaki jesteś silny, jak daleko już zaszedłeś. Wiem, że nie potrzebujesz stawiać czoła swojemu odbiciu w lustrze w ten sam sposób, albo z tych samych powodów, przez które musiałeś stawić czoła swoim rodzicom. Przeżyjesz bez uważania siebie za pięknego. Ale chciałbym, żebyś żył, a nie przeżywał. I naprawdę wydaje mi się, że twoje życie tylko na tym zyska. Nie robię tego po prostu dla siebie. Czy pozwolisz, że pokażę ci to lustro i powiem to, co chcę ci powiedzieć? Proszę?
Pozostało mu tylko czekać, bo twarz Harry'ego zrobiła się bez wyrazu, przez co nie miał pojęcia, w którym kierunku właśnie przeważały się szale. Musiał czekać, podczas gdy prawa dłoń Harry'ego otwierała się i zaciskała na kocach. Srebrna też lekko drgała. Nadgarstek już niemal w pełni zrobił się cielistego koloru i Draco nie sądził, żeby te ruchy były wyłącznie dziełem magii. Dłoń zaczynała łączyć się z ciałem Harry'ego.
Czekał.
Wreszcie Harry pochylił głowę i kiwnął nią nerwowo.
– Jesteś pewien? – zapytał wyzywająco Draco.
Kolejne kiwnięcie, tym razem towarzyszące łypnięciu i rysiowemu syknięciu.
Draco radośnie wskoczył na łóżko, położył się obok Harry'ego i podniósł jego prawą dłoń, żeby zacisnąć ją na ramie. Następnie nachylił się w kierunku lustra i patrzył, jak przez normalny wygląd Harry'ego przechodzą zmarszczki, po których stał się piękniejszy. Harry, zgodnie z przewidywaniami, spiął się, bo nie był przyzwyczajony do widzenia siebie transmutowanego w ten sposób, jakby był witrażem, przez który zaczęły wpadać promienie słońca.
Draco pochylił się nad jego ramieniem i pocałował w policzek, po czym zaczął mówić niskim, łagodnym tonem.
– Dorosłeś do swojej magii, Harry, na sposoby, których prawdopodobnie nikt inny nie zdołałby powielić. Fascynowałeś mnie od naszego pierwszego spotkania w hogwarckim ekspresie, kiedy już wiedziałem, że wylądujesz w Slytherinie, ale gdyby to była tylko kwestia magii, to pewnie w końcu bym się tobą znudził, jak tego zawsze po mnie oczekiwałeś. Ale tu chodziło o coś więcej. Wydaje mi się, że już wtedy wyczuwałem twój ogromny potencjał.
Kłamiesz. Słowa Harry'ego pojawiły się na szkle, poniekąd przesłaniając jego odbicie. Draco nie sądził, żeby to był przypadek. Wtedy głównie obchodziła cię potęga.
– Nie tylko potęga – poprawił go nieco zaskoczony Draco. Naprawdę mu się wydaje, że Lucjusz wychowałby mnie w ten sposób? – Widziałem już potężnych ludzi. Ojciec zapraszał czasami przyjaciół do rezydencji, podobnie jak matka. Niektórzy byli tak potężni, że mój ojciec wyglądał przy nich naprawdę mizernie. No i był jeszcze profesor Snape; wiedziałem, że był silniejszy od ojca. Ale choć ojciec ich szanował i wpoił mi ten szacunek, to wiedziałem, że nie tylko po tym powinno się kogoś osądzać. Miał w sobie coś, podobnie jak matka, czego nie miało żadne z tamtych ludzi. Ty też to masz. – Draco pogłaskał policzkiem włosy Harry'ego, z radością zauważając, jak jego chłopak odpręża się nieco pod tym dotykiem.
Czyli co?
– Siłę. Zdolność do przeżywania, wytrwałości, zaradności. Ludzie, którzy radzą sobie tylko w określonym środowisku – jak na przykład sali treningowej – nie przeżywają zbyt długo poza nim. Na polu bitwy trzeba szybko się adaptować, żeby nie zginąć.
Nie wierzę, że już wtedy wiedziałeś, że byłem do tego zdolny. Sam tego nie wiedziałem.
Draco podniósł brwi, po czym nachylił się i chuchnął na litery, które zakryły lustro, rozpraszając je.
– Wiedziałeś. Przecież Lily nauczyła cię wykorzystywać w walce wszystko, co miałeś pod ręką, prawda? Zastosowałeś to w zaledwie kilka miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu, na boisku quidditcha z Lestrange'ami. Skorzystałeś z zaklęć, ale też z tłuczka i drużyny Slytherinu, żeby chronili twojego brata na sposoby, których sam nie zdołałbyś, gdybyś nie pojawił się na meczu jako szukający.
Harry nic na to nie odpowiedział, nawet pisownie. Draco polizał usta. Na dobrą sprawę powtarzał tu lekcję, którą otrzymał od Lucjusza latem przed pojawieniem się po raz pierwszy w Hogwarcie, ale tym razem musiał ubrać to we własne słowa. Nieszczególnie sobie z tym radził. Przecież ktoś mógłby ich podsłuchiwać. Nie chciał się odsłonić ze słabością.
Upomniał się jednak ostro, że przecież nikt ich tu nie usłyszy, a wielu sojuszników Harry'ego i tak uważało go za słabeusza. Chciał tu zmienić tylko jedno.
– Na tym świecie jest wielu potężnych czarodziejów, Harry – wyszeptał. – Szanuje się ich, ale zawsze można ich unikać. Profesor Snape jest jednym z takich ludzi. Są też tacy, którzy są zarówno potężni, jak i silni. Szanuje się ich, marzy o przyłączeniu do ich grona i jeśli to nie jest możliwe, nawiązuje się z nimi sojusze. I są tacy, którzy są potężni, silni i wielcy. Odznaczają się swego rodzaju dzikim rodzajem piękna – Draco już czuł, jak rumieniec wpełza mu na policzki – które jednoczy w nich pozostałe zalety i rozsyła je wszędzie wokół, powiewając niczym sztandar, wzywając innych ludzi do zauważenia ich. Mojemu ojcu zawsze wydawało się, że nie można się kimś takim urodzić, ani nawet w sobie rozwinąć. Przede wszystkim trzeba się na to zdecydować, a potem mozolnie się ku temu piąć, co zwykle okazuje się tak męczące, że większość się poddaje.
Draco zacisnął dłoń na jego ramieniu.
– To nad tobą zobaczyłem ten sztandar, Harry. Co więcej, to ty pokazałeś mi, że taka wspinaczka jest w ogóle możliwa. Nawet, jeśli spadnie się po drodze, to i tak zrobiło się więcej, zakosztowało się więcej życia od wszystkich ludzi, którym nie przeszkadza spędzenie reszty życia przy ziemi. To jeden z powodów, dla których cię kocham, Harry. Jesteś wspaniały, tak, ale też nauczyłeś mnie, jak rozpoznawać, kiedy sam jestem wspaniały. – Przyłożył głowę do karku Harry'ego i kiwnął w kierunku pięknego odbicia w lustrze. – I tak właśnie wygląda człowiek, który tego dokonał.
Harry obrócił się i pocałował go z wyraźną desperacją. Draco powstrzymywał się tylko do chwili, w której upewnił się, że lustro wylądowało bezpiecznie na nocnym stoliku, po czym zareagował z zainteresowaniem.
W oczach Harry'ego tliło się światło w miejscach, w których wcześniej były tylko cienie. Draco zdołał do niego dotrzeć. Być może jeszcze nie wierzył w to w pełni, ale wierzył w coś na kształt tego. A to mu w zupełności na razie wystarczy.
Draco zamknął oczy i dał Harry'emu się porwać.
Harry odstąpił i przyjrzał się uważnie stołowi, po czym kiwnął głową. Przeczytał o tym rytuale, kiedy po raz pierwszy zdecydował się zabrać Dracona na wczasy i zorientował się, że mogą to zrobić w równonoc wiosenną, ale to było już kilka tygodni temu i od tamtego czasu nie miał okazji do ponownego sprawdzenia książki. Wydawało mu się jednak, że wszystko zrobił jak należy. Techniki intensywnego zapamiętywania wszystkiego, których nauczył się od Lily, wciąż mu wiernie służyły.
Odsunął się i z lekkim uśmiechem spojrzał na drzwi gabinetu. Wymknął się po kryjomu z sypialni, kiedy Draco odsypiał ich wcześniejsze aktywności. Dzięki temu zdołał zorganizować wszystko potrzebne do rytuału w czasie jego drzemki. Ale z dochodzących z korytarza dźwięków pośpiesznych kroków, jego śpiąca królewna już się obudziła.
– Harry, co...
Draco wszedł do pomieszczenia i mowę mu odjęło. Zagapił się w oszołomieniu. Harry spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął rękę.
Draco zszedł po paru schodkach, które prowadziły do gabinetu. Oczy mu świeciły, a twarz zalewał rumieniec.
Harry udekorował ściany gałęziami. Część widniała na arrasach i obrazach, które przyniósł z innych pokoi, ale większość była stworzona, albo iluzoryczna. Splatały się ze sobą nawzajem, przez co gabinet wyglądał na otoczony niekończącymi się ścianami zieleni. Pokój wypełniał słodki zapach świerkowych igieł, liści laurowych, a od czasu do czasu przewijała się nawet woń kiełkującej zieleni, która nie rozwinie się jeszcze przez jakiś miesiąc czy dwa. Harry skorzystał pod tym względem z iluzji. Nauczył się, jak transmutować jedzenie, żeby dobrze pachniało, ale nie wiedział, jak to zrobić z innymi przedmiotami.
Sitowie kompletnie przesłaniało podłogę. Harry czym prędzej nauczył się jak je transmutować, jak tylko zorientował się, jaką rolę pełniło w rytuale. Sitowiem wyściełano podłogi w miejscach spotkań mrocznych i świetlistych czarodziejów, które kiedyś regularnie odbywały się raz do roku, właśnie w równonoc wiosenną. Zwykle godzono się wtedy między sobą i zawierano traktaty handlowe. Harry uparł się, że u niego też pojawi się sitowie, nawet jeśli rytuał odbędzie się w parę dni po równonocy.
Stół otoczony był lekkim blaskiem, wyglądającym na dwa stożki, celujące w siebie z przeciwległych końców. Jeden kraniec był ciemnozielony, a drugi złoty. Na samym stole mieszały się w blady błękit. Kolory Mroku i Światła, oraz niezadeklarowanych czarodziejów; w książce pojawiło się zapewnienie, że trzeba je jakoś wpleść w rytuał, więc Harry postanowił to zrobić właśnie w ten sposób.
Na blacie stało szesnaście zapalonych świeczek, które otaczały kręgiem siedemnastą, wyglądającą na nie w pełni ukończoną.
– Harry, co to jest? – zapytał Draco, kiedy już zszedł po schodkach i patrzył na ciemnozielony strumień światła, wyraźnie zagubiony.
To rytuał na równonoc wiosenną, napisał Harry, podchodząc do niego. Przeczytałem o nim i zaadaptowałem do nas. Kiwnął głową w kierunku świeczek. To dla ciebie. Jeszcze nie masz siedemnastu lat, więc ostatnia jest nie zapalona. Uśmiechnął się do Dracona. Możemy zapalić ją na twoje urodziny, jeśli chcesz.
Draco odchylił głowę, żeby spojrzeć na gałęzie.
– A to?
Zieleń. Nowe życie. Harry pocałował go. Oraz pojemnik, na swój sposób, dla tego zaklęcia. Wyciągnął srebrną rękę i sprawdził swój głos. – Accio kryształowa kula!
Draco wyglądał, jakby chciał się roześmiać, kiedy kryształowa kula wzniosła się ze swojego miejsca obok stołu, gdzie Harry ją wcześniej zostawił, po czym podleciała mu wprost do dłoni.
– Harry, daj spokój, wiem że dostałeś W z wróżbiarstwa, ale...
Przecież powiedziałem, że zaadaptowałem rytuał, napisał Harry, uśmiechając się do niego. Kiedyś korzystano z niego do aranżowania małżeństw między skłóconymi rodzinami, żeby przewidzieć przyszłość potencjalnego związku. Tym razem chcę skorzystać z kryształowej kuli, żeby pokazać ci, jakie mam nadzieje względem twojej przyszłości. Chuchnął na kryształową kulę i podniósł ją, żeby Draco mógł w nią wejrzeć. Zmodyfikował do tego stworzone przez Dracona zaklęcie, za pomocą którego można było oglądać czyiś punkt widzenia w myślodsiewni. Harry'ego naprawdę ucieszyła możliwość pracy nad magią własnego partnera, tak samo jak wymyślanie rytuału, który nie miał związku z zaręczynami, a i tak był tylko dla nich.
Draco zagapił się, kiedy magia zaczęła tworzyć wyraźne obrazy. Na pierwszym pojawił się człowiek, którego obaj już kiedyś widzieli w pokoju w Hogwarcie, zdolnego do przepowiadania możliwych przyszłości. Ten Draco był dorosły, bardziej zrelaksowany i ostatnim razem widzieli, jak całował Harry'ego pod swego rodzaju zielonym baldachimem.
Ten stał przed ogrodem pełnym czerwonych kwiatów, przyglądając się im z cichą satysfakcją. Kryształowa mucha przeleciała nad jednym z kwiatów, który momentalnie się odwinął i ją zjadł. Draco w obrazie zachichotał. Ten prawdziwy wyglądał na wstrząśniętego.
Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek wynalazł coś pięknego, co nie okazałoby się przy okazji śmiertelnie niebezpieczne, powiedział mu Harry.
– Harry...
Draco chciał coś powiedzieć, ale kolejny obraz przedstawił go splecionego kończynami w łóżku z Harrym, przez co brwi podjechały mu do samej grzywki. Harry zarumienił się. Celowo spróbował czegoś bardziej wyzywającego i szczegółowego, niż by sobie na to normalnie pozwolił, przez co teraz zmartwił się, że nie efekt nie wyszedł jak należy.
Pokręcił głową. Draco w żadnym razie nie wyglądał na rozczarowanego. Wydał z siebie nawet niski, gardłowy dźwięk, kiedy zobaczył jak postacie w kuli zaczynają się poruszać.
I wtedy łóżko zniknęło, a Draco ponuro ciągnął za sobą rannego Harry'ego po polu bitwy pełnym żółtego piasku w kierunku czerwonych kamieni, które mogły tam być jedyną kryjówką. Przyklęknął nad nim przelotnie, otrzymał od Harry'ego pocieszające kiwnięcie głową, po czym wychylił się zza głazu i cisnął klątwą we wrogów. W zielonym świetle Avada Kedavry wyglądał na starszego, ale też i bardziej niebezpiecznego, zdeterminowanego i zdecydowanego. Z jego twarzy zniknęły już wszelkie ślady po dzieciństwie i miałkości; był dorosłym człowiekiem.
Wiem, że mnie ochronisz, choćby nie wiem co by się stało między nami, powiedział mu Harry.
Draco leciał na miotle, która mogła być Błyskawicą, ponad boiskiem pełnym zmagających się graczy. Zawrócił ponad wszystkimi i wydał z siebie okrzyk pełen tryumfu, kiedy znicz wylądował mu prosto w dłoni.
Wydaje mi się, że mógłby być z ciebie naprawdę dobry szukający, powiedział Harry. Ale, oczywiście, nigdy nie doszło do sprawiedliwych kwalifikacji.
Draco zaczarował zegar do pilnowania czasu i śpiewania głosem feniksa, po czym został obsypany złotem przez wdzięczną czarownicę, która nigdy o niczym innym nie marzyła. Kroczył pośród potężnych i wszyscy szanowali go dzięki jego własnym dokonaniom, a nie przez wzgląd na nazwisko, czy bliskość wobec Harry'ego. Stał w rezydencji Malfoyów, zaprzysięgając podtrzymywanie ideałów tradycyjnych dla swojej rodziny, ale wyłącznie przy adaptowaniu ich pod siebie, dzięki czemu nigdy nie stanie się kopią Lucjusza Malfoya, a na obrazach jego przodkowie kiwali z aprobatą głowami.
Obraz za obrazem za obrazem, Harry wypełniał je wszystkie tak wielkimi pokładami miłości i nadziei, jak tylko był w stanie.
Wreszcie dobiegły końca.
– Nie mogą wszystkie być prawdziwe – odezwał się Draco zdławionym głosem.
Harry przyjrzał mu się i uśmiechnął. Draco tak mówił, ale strasznie chciał uwierzyć, że jednak mogą być prawdziwe. Był tak łasy na wszelkie rodzaje uznania i osiągnięcia, że z przyjemnością wziąłby na siebie to wszystko i jeszcze więcej.
Wierzę, że masz w sobie potencjał, by osiągnąć je wszystkie, napisał Harry. Ale czy to zrobisz? To już co innego. Wiem, że niektóre w ogóle cię nie zainteresują, a inne wolałbyś rozwiązać na własne sposoby. Podszedł bliżej i przyłożył dłoń do policzka Dracona, pozwalając kryształowej kuli odpłynąć w bok. Ale wierzę, że jesteś do tego zdolny.
I Draco go pocałował.
Harry'emu dech zaparło. Nie zaplanował sobie tego, ale nie miał zamiaru narzekać. W jego planach był cichy posiłek i długa rozmowa z Draconem podczas oglądania hipokampów. Draco jednak złapał go za kark, odchylając mu głowę i szepcząc na ucho.
– Chcę ciebie, Harry. Tak strasznie cię teraz pragnę. Podarunku ciebie. Żebyś leżał w bezruchu i pozwalał mi robić, co mi się żywnie spodoba, rozpieścić cię jak tylko będę chciał. Pozwolisz mi na to?
Harry'emu pozostało po prostu zamknąć oczy i wyszeptać zgodę.
Draco zaciągnął Harry'ego z powrotem do sypialni. W przeciągu ostatniego kwadransa przeżył wiele przeskakujących po sobie emocji: irytację i niepokój, kiedy obudził się bez Harry'ego, zaskoczenie na widok gabinetu, a potem oszołomienie, szok i radość, kiedy Harry pokazywał mu serię obrazów, przedstawiających wszystko, kim kiedyś mógłby się stać.
A teraz czuł determinację, żeby podzielić się z Harrym tą radością, tym drżeniem z przyjemności w jedynym zakresie, z którego jego chłopak wciąż niechętnie czerpał przyjemność.
Położył Harry'ego na łóżku, całując tak głęboko, że Harry zaczął wydawać z siebie urywane, zaskoczone dźwięki, ale nie spróbował się odsunąć. Nie spróbował też się rozbierać, na co Draco kiwnął z aprobatą głową, wyjął różdżkę i wymamrotał zaklęcie, które wszystkiego się pozbyło. Harry naprawdę się przed nim poddawał, pozwalając Draconowi robić, co chciał.
A Draco chciał w tej chwili zbadać Harry'ego.
Harry zaciskał i otwierał nerwowo dłonie, kiedy Draco mu się po prostu przyglądał, ale nie spróbował też się zasłonić. Draco ponownie kiwnął lekko głową. Zaledwie kilka miesięcy temu Harry był tak nerwowy, ilekroć był nagi – i to pod wodą, przez co Draco nawet nie mógł mu się przyjrzeć – że nie był w stanie przestać się trząść. Teraz wyglądał na rozdartego między wstydem i pragnieniem, żeby Draco zabrał się wreszcie do roboty.
I Draco to zrobił.
Ale powoli.
Unikał miejsca na karku Harry'ego, o którym już wiedział, bo chciał poznać inne miejsca, dzięki którym Harry zacząłby dygotać, jakby był pijany, albo szybko wciągać powietrze, albo wić z ledwie powstrzymywanym pragnieniem zwinięcia się w kłębek, albo zarzuciłby biodrami. Łagodnie przeczesał palcami włosy Harry'ego, układając je pod różnymi kątami i przechylając Harry'emu głowę, na co ten godził się, jakby wpół–bezsilnie. Pocałował jego bliznę, co wywołało najsilniejszą reakcję obronną; Harry musiał walczyć ze sobą, żeby nie ruszyć się z poduszek. Jego magia podskakiwała i przetaczała się wokół, kiedy Draco zlokalizował na jego łopatce miejsce, od którego podkulił palce u stóp, albo kiedy dyszał i łykał powietrze, bo Draco zdecydował się pobawić jego sutkami.
W dodatku się rumienił. Cokolwiek agresywnie. Draco czuł lekkie nagrzanie głaskanej skóry i uśmiechnął się z rozbawieniem. No, zobaczymy, czy uda mu się zmusić Harry'ego do zapomnienia o wszelkim wstydzie.
Położył się łagodnie obok Harry'ego, układając tak, że jedną ręką wciąż mógł głaskać Harry'ego po łopatce i tym kuszącym miejscu, a drugą kierował coraz niżej i niżej. Pozwolił sobie utrzymywać ją nad kroczem Harry'ego, póki ten nie wydał z siebie niewielkiego, zniecierpliwionego dźwięku, po którym powoli, powoli objął jego chuja.
Harry wciągnął ze świstem powietrze i spróbował schować twarz w koszulce Dracona.
– Harry?
Czuł, jak włosy Harry'ego ocierają mu się o podbródek, ale i tak ledwie usłyszał jego szept.
– To po prostu... to za dużo... Draco, ty jeszcze nigdy...
– Wiem. Ale ty tak. – Draco pocałował jego kark, czując jak podskoczyły mu od tego mięśnie, jak dygotał w rytm przyśpieszonego tętna. – Cicho, Harry. Nic się nie stało. Możesz czasem otrzymywać bez dawania niczego w zamian. To mnie rozpieszcza równie mocno, co ciebie. Właśnie tego chcę. – Przesunął dłoń, tylko raz, po którym Harry zdawał się niezdecydowany, czy powinien oddychać, czy jęczeć. Kolejny ruch i ciało podjęło tę decyzję za niego; Draconowi wydawało się, jakby ten dźwięk zaczął się gdzieś od stóp.
Poprawił się, utrzymując Harry'ego w pełni rozkojarzonym dzięki powolnym ruchom swojej dłoni, i sięgnął wolną ręką po różdżkę, która do tej pory leżała przy ramieniu Harry'ego. Rzucił zaklęcie, którego Harry nie zauważył, po czym dodał do niego opóźniający w czasie urok. Jak tylko miał to za sobą, przesunął się w dół i bardzo łagodnie ujął Harry'ego w usta.
Ponad nim zaczęły rozlegać się ciche okrzyki i dyszenie. Draconowi wydawało się, że tylko część z nich miało źródło w przyjemności. Reszta pochodziła z walki, jaką Harry musiał odbywać z samym sobą, zmuszając się do nie wstania i zażądania, żeby Draco też jakoś na tym skorzystał. Instynkty samopoświęcania, trening wbrew przyjemnością, nieustanna troska Harry'ego, czy nie okaże się zbyt samolubny – Draco wiedział, że kryło się to pod wieloma nazwami.
Ale teraz naprawdę nie obchodziło go tego źródło.
Tak wolno, jak tylko był w stanie, lizał wokół i wzdłuż Harry'ego, wolną dłonią głaszcząc go po biodrach, jajach, czasem nawet po tyłku i stopniowo budując w ten sposób napięcie i przyjemność. Dopiero wtedy szeptem zdjął urok odciągający zaklęcie w czasie i zaczął naprawdę mocno ssać.
Niespodziewany nacisk pojawił się tym miejscu na karku Harry'ego, od którego zawsze drżał, na miejscu na łopatce, od którego zaciskał palce u stóp, na sutkach, na skórze głowy i wszystkich innych wrażliwych miejscach, które Draco znalazł. Niektóre dawały wrażenie ust, inne szczypnięć, a jeszcze inne głaszczących palców. Wszystkie jednak pracowały równocześnie, żeby Harry otrzymał tak wiele przyjemności, jak to tylko było możliwe.
Draco wyczuł, kiedy Harry przegrał walkę z tym, co pewnie uważał za lepszą część siebie. Wyczuł to wszystkimi pięcioma zmysłami: widział, jak Harry wił się bezmyślnie, po raz pierwszy bez żadnego rytuału, który zachęciłby go do odpowiedniego nastroju; słyszał, jak Harry praktycznie wył; czuł, jak spocona skóra zacieśnia mu się pod palcami; w powietrzu unosił się też potęgujący się zapach piżma; a w ustach poczuł może nie najwspanialszy z możliwych smaków, ale dzięki niemu poczuł się pewnie, zwycięsko i kochająco.
Wspiął się z powrotem, kładąc obok Harry'ego i całując go w czoło, powoli rozbudzając go z oszołomienia. Harry zamrugał na niego i Draco uradował się jego spojrzeniem.
Wreszcie wszystkie bariery opadły i to nie przez wzgląd na jakiś cholerny rytuał, ale dlatego, że był tak emocjonalnie wycieńczony, że nie był w stanie utrzymać ich nawet po dniu pełnym skrzeku, płaczu, śmierci i rozpaczy. Opadły, bo był zaspokojony i ufał Draconowi.
– Dziękuję – powiedział Harry tonem, którego Draco jeszcze nigdy wcześniej od niego nie słyszał.
Draco zastanawiał się, kiedy całował Harry'ego tym razem w usta, jak właściwie nazwać tego rodzaju ton i w końcu doszedł do wniosku, że prawdopodobnie oznaczał on odkrycie czegoś o sobie, może nawet podziw, że coś tak banalnego i fizycznego mogło okazać się takie przyjemne. I nie, Harry nie pozbył się tej części treningu, bo od tego zależało jego życie, czy poczytalność.
Po prostu dlatego, że Draco tego chciał.
Był z siebie tak zadowolony, że przez kilka kolejnych chwil zdołał nawet zignorować własne podniecenie, przynajmniej do chwili, w której Harry nagle otrząsnął się niczym wynurzająca się z wody foka. Moja kolej, napisał.
Jego magia błyszczała wszędzie wokół niego, uśmiechał się olśniewająco, a Draco wyczuł w sobie radość, która zaczęła tryskać niczym świeżo znaleziony strumień, niczym nadchodząca wiosna.
Może to tylko sen, pomyślał, kładąc się i pozwalając, żeby Harry całował go do utraty tchu. Tylko ulotny obraz tego, czego nigdy nie będziemy mieli na stałe. Ale przecież wolno nam się z tego cieszyć.
A jestem zajebiście przekonany, że przynajmniej na ten jeden sobie zasłużyliśmy.
