Rozdział osiemdziesiąty: Kraina nocy
Harry powoli się obudził. Zauważył, kiedy sięgał po zostawione na nocnym stoliku okulary, że ręka mu się trzęsła, więc zmarszczył brwi. Wrócili z Draconem bezpiecznie do Hogwartu, a w tygodniu, który nastąpił po równonocy wiosennej, nie doszło do żadnych kryzysów, nie miał nawet koszmarów. Więc skąd to rozdygotanie?
Zorientował się nagle, że w pokoju było zimno, powietrze było temperatury bardziej odpowiedniej dla zimy, niż wiosny. Harry zadrżał i zwalczył w sobie chęć zakopania się pod kocami. Musiał sprawdzić, co się dzieje.
Przesunął się ostrożnie, żeby nie obudzić Dracona i zapewnić swojemu partnerowi ochronę przed mrozem, po czym usiadł. Momentalnie zobaczył w czym problem, nawet jeśli nie zauważył go, póki ten nie wyszedł spomiędzy srebrnych pasm mgły, spowijających pokój. Jego kopyta były przeraźliwie ciche.
Polizał swoim zimnym językiem bliznę na czole Harry'ego. Testral pochylił łeb i potarł go karkiem. Harry nabrał głęboko tchu i przeczesał mu dłonią grzywę, która przeskakiwała mu między palcami jak patyki.
– Co się stało? – wymamrotał. Testrale były strażnikami Zakazanego Lasu. Podejrzewał, że gdyby w lesie doszło do jakichś kłopotów, mogłyby przyjść do niego po pomoc, choć pewnie prędzej zgłosiłyby się do Hagrida.
Koń odstąpił od niego, poruszając swoimi ogromnymi skrzydłami. Pochylił łeb, a Harry podążył wzrokiem za tym gestem; testrale były tak smukłe i szczupłe, że w pierwszej chwili nie widział, na co ten w ogóle wskazywał. Wreszcie zobaczył, że kopyta otoczone są nie tylko srebrną mgłą, ale też czymś, co lśniło na niebiesko.
Harry wyślizgnął się z łóżka i przyklęknął przy testralu, krzywiąc się ponuro. Ta sieć była solidniejsza i grubsza od innych, a im dłużej Harry się jej przyglądał, tym jej łańcuchy robiły się wyraźniejsze. Wyprostował się i zobaczył, że oplecione nią są też skrzydła i kark testrala, okolice oczu i cała grzywa.
– Chcesz, żebym uwolnił cię spod sieci? – zapytał, wciąż lekko zachrypniętym głosem.
Nie był pewien, na ile testrale rozumiały angielski; Hagrid wytrenował je do ciągnięcia powozów, ale to nie znaczyło, że znały poszczególne słowa, może poza podstawowymi rozkazami. Testral po prostu stał, patrząc na niego z wyczekiwaniem, kiedy gęste, zakręcone pasmo grzywy przesłoniło jedno z bladych ślepi.
Nie ma innego wyjścia. Ludzie nie byli w stanie rozmawiać ze wszystkimi magicznymi stworzeniami, ale feniksy były do tego zdolne. A przynajmniej potrafił to jedyny feniks, którego Harry znał, ale to przecież właśnie jego głos miał teraz w sobie.
Zaśpiewał cicho, korzystając z tak niewielkich ilości magii, jak tylko był w stanie. Przede wszystkim nie chciał budzić Dracona. Po drugie naprawdę nie chciał ponownie nadwyrężać sobie głosu, w końcu dopiero co go odzyskał. Skupił się przede wszystkim na stworzeniu w umyśle testrala wizji rozpadającej się sieci; Fawkes komunikował się z nim poprzez obrazy, nie słowa.
Testral zatańczył z podekscytowaniem i parokrotnie zarzucił łbem w górę i w dół, jak zwykły koń. Parsknął nawet zimnym powietrzem z nozdrzy. Harry zamrugał, kiwnął głową i wstał. Żadne magiczne stworzenie jeszcze nie przyszło do niego w ten sposób, prosząc o wolność od razu, zamiast oferowania otwarcia na negocjacje, ale Harry uznał, że to przynajmniej coś nowego. Przecież kiedyś wydawało mu się, że nie ma szans na to, żeby jakiś karkadann przybiegł do niego aż z Afryki.
Położył rękę na karku testrala i wskoczył mu na grzbiet. Stworzenie wydało z siebie ciche, usatysfakcjonowane parsknięcie, po czym zawróciło i ruszyło do drzwi ich sypialni. Harry zmarszczył brwi. Jak on się tu w ogóle dostał?
Najwyraźniej za pomocą magii. Testral spojrzał na drzwi i Harry wyczuł przelotnie, jak przetacza się pod nim lśniący, obślizgły umysł, żądający, żeby bariera przed nim w tej chwili zniknęła, ponieważ tego właśnie sobie życzył od niej testral. Drzwi otworzyły się, a testral wyszedł, manewrując swoimi długimi, cienkimi nogami po schodach do pokoju wspólnego znacznie zgrabniej, niż prawdopodobnie zrobiłby to centaur. Od czasu do czasu przygarbiał barki, mijając węższe przejścia; Harry zawsze wtedy mocno się pochylał.
Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się w ten sam sposób. Jak tylko wyszli na szerokie korytarze lochów, testral ruszył kłusem, poruszając lekko skrzydłami, jakby chciał się w ten sposób pośpieszyć. Harry wreszcie zaczął słyszeć postukiwania jego kopyt, ale dochodziły jakby z oddali i brzmiały jak kości zrobione z, cóż, kości. Nikt jednak nie otwierał mijanych przez nich drzwi i już po chwili mijali schody do holu wejściowego, wrota Hogwartu i jak tylko znaleźli się na dziedzińcu, testral rozłożył skrzydła.
Harry tylko raz leciał na jednym z tych ogromnych koni, na czwartym roku po wyzwoleniu Zgredka i już zapomniał, jak bardzo różniło się to od miotły. Chwała przebiegła mu po mięśniach, kiedy wznieśli się wyżej i usłyszał odległy śpiew dzikiego Mroku. Oczywiście, że śpiewał, przecież niebawem miała być Walpurga i Mrok zawsze wtedy śpiewał, ale Harry'emu i tak wydawało się, że zrobił się na to specjalnie wyczulony właśnie dlatego, że znajdował się na grzbiecie testrala.
Coś zamigotało w powietrzu obok i na niebie pojawił się czarny, spokojnie kroczący wilk. Zielone ślepia błyszczały pośród futra, a na czole miał srebrną bliznę w kształcie błyskawicy. Harry ostrożnie kiwnął głową, witając dziki Mrok. Właśnie tak wyglądał, kiedy spróbował go skusić i splugawić po tym, jak Bellatrix odcięła mu rękę.
Wilk po prostu zadarł łeb i zawył radośnie, a Harry usłyszał jego głos w ten sam sposób, co kiedyś Fawkesa, otrzymując obrazy tego, co miało nastąpić. Wiele zmieni się tej nocy. Powitamy nowego towarzysza, a Kościści wrócą do domu.
– Kościści? – zapytał Harry, ale wilk zawrócił i uciekł w dal, po drodze gubiąc spójność i rozpraszając się pośród ciemnych miejsc między gwiazdami. Harry potrząsnął głową i ponownie spojrzał przed siebie.
Testral krążył ponad Zakazanym Lasem, przeplatanym kosmykami srebrzystej mgły, niczym przebijającymi się promieniami księżyca. Harry widział w niej niebieskie łańcuchy, które musiały łączyć testrale ze sobą, niczym niewolników w długim korowodzie. Wszystkie zdawały się zmierzać w kierunku szczególnego miejsca w samym środku lasu, przez co w ogóle nie był zaskoczony, kiedy testral skierował się właśnie tam, uderzając skrzydłami wyłącznie, kiedy potrzebował przyśpieszyć.
Wylądowali na szerokiej połaci martwej trawy, otoczonej czarnymi, łysymi drzewami. Harry spojrzał na nie i nie musiał nawet się do nich zbliżać, żeby uznać, że nie wyrosną na nich żadne liście, bez względu na porę roku. Kopyta testrala kliknęły cicho podczas lądowania; trawa musiała kiedyś porastać coś kamiennego.
Stali na pagórku w samym środku tej martwej polany, a testrale, widoczne dzięki lśniącej wokół mgły, łańcuchom i białym oczom, stały wokół w kręgu. Wszystkie zdawały się przyglądać Harry'emu.
Harry wydobył z siebie cichy trel, krzywiąc się, kiedy nuty dźgnęły go w sam środek gardła. Pozostawało mu mieć nadzieję, że testrale nie uznają jego miny za oznakę niechęci do uwolnienia ich. Stworzył wizję testrali na wolności, a następnie zaciekawionego testrala, wąchającego coś martwego w ramach sprawdzenia, czy jeszcze krwawiło. Tylko to przyszło mu do głowy w ramach pytania, czy chciały zostać uwolnione.
Testral zatańczył pod nim i przesunął się, ale nie odpowiedział. Przed stado wyszedł ogier o skrzydłach tak rozległych, że przesłonił nimi kilka drzew. Wbił w Harry'ego nieugięte spojrzenie i parsknął.
Harry zobaczył wywołany parsknięciem obraz klaczy ze źrebięciem, pary rozłożonych skrzydeł i wznoszącego się księżyca. Podejrzewał, że to była naturalna pora na takie sprawy. Stado nie miało zamiaru się im opierać, tak samo jak nie miało zamiaru opierać się pragnieniu wolności. Przyszli po niego, ponieważ chcieli zostać wyzwoleni. Cokolwiek mogło ich do tego doprowadzić, nawet zmiana statusu innych stworzeń w magicznym świecie, albo fakt, że sama obecność vatesa najwyraźniej roztapiała sieci jako takie.
Harry kiwnął głową, po czym zsunął się po grzbiecie testrala na ziemię. Pochylił się, żeby przyjrzeć pętającym jego kopyta łańcuchom. Wiedział, że nie mogły one ograniczać ich ruchów; matka wspominała, że w czasie wojny Dumbledore czasami jeździł na testralach na ważne spotkania, jeśli odbywały się one za daleko, żeby można było się tam aportować, a sytuacja była zbyt niebezpieczna, żeby można było przeprowadzić wiele pomniejszych aportacji w drodze do celu. Co oznaczało, że ktokolwiek, kto splótł tę sieć, nie próbował związać ich z lasem.
Podniósł brew, kiedy zorientował się, że łańcuch składał się z dwóch łańcuchów, zupełnie jak dwie sieci, które były narzucone na skrzaty domowe. Może jedna zapewnia ich potulność?
Ale nie, jak tylko dotknął łańcucha i powoli zaczął obracać go w palcach, zobaczył, że nie mogło tak być. Jeden zestaw ogniw był samą siecią, lśniącym drżeniem czystej magii, którego prawie nie wyczuwał. Drugi zamanifestował się jako przeszywający do szpiku kości chłód, który pozostawał na długo po wycofaniu ręki i zamrażał nawet srebrną dłoń, kiedy Harry spróbował nią sięgnąć. W dodatku Harry przelotnie zobaczył, jak zimny łańcuch przechodzi przez lśniący, niebieski, a jego cień nagle nabrał kształtu Ponuraka.
Były związane ze Śmiercią. Albo są związane, żeby do niej nie wrócić. Po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz, jakby szczurzymi pazurkami. To by tłumaczyło, czemu widzą je tylko ci, którzy choć raz byli świadkami czyjejś śmierci.
Podniósł wzrok i zaśpiewał, przekazując im obraz testrala o połamanych skrzydłach, usiłującego wzbić się w powietrze. Nie wiedział, jak rozbić te łańcuchy i obawiał się tego, do czego może dojść, jeśli po prostu skoczy z tego klifu i spróbuje mimo wszystko.
Ogier podszedł do niego i szturchnął nosem ramię Harry'ego, trącając go tak ostro, jakby przywalił mu krawędzią łopaty. Do tego już nie trzeba było żadnej wizji, Harry i tak zrozumiał przekaz. Testrale były gotowe zaoferować mu tyle czasu, ile tylko będzie trzeba, ale chciały, żeby zabrał się za te badania już teraz.
Harry kiwnął głową i wstał. W głowie aż roiło mu się od możliwości. Czemu starożytnym czarodziejom mogło w ogóle zależeć na spętaniu testrali? Nie słyszał, żeby kiedykolwiek były jakieś szczególnie niebezpieczne; inne stada żyły dziko na świecie i nieczęsto wchodziły w interakcje z czarodziejami. Zwykle po prostu pojawiały się na polach bitew, kiedy już było po wszystkim, zainteresowane zapachem krwi. Czyżby po prostu to stado było w jakiś sposób użyteczne? A może miało to jakiś związek z naturą sieci Zakazanego Lasu, które starały się upewnić, że wszystko, co urodzi się na jego terenie, zostanie spętane?
Musiał odsunąć od siebie te rozważania, kiedy nachylił się ponownie nad łańcuchami. To było wyjątkowo ostrożne dzieło. Ktokolwiek to zrobił, nie zdawał się na przypadki losu, dobrze to sobie przemyślał. Sieć przenosiła się z pokolenia na pokolenie, jak to robiła w przypadku skrzatów domowych, ale pozostawała też wyjątkowo złożona, przez co adaptowała się oddzielnie do każdego osobnika. Jeśli Harry nie znajdzie jakiegoś wspólnego mianownika, to możliwe, że nie będzie w stanie uwolnić całego stada na raz. Przyjdzie mu żmudnie usuwać ogniwa z każdego ogiera, klaczy i źrebaka.
Odrzucił od siebie myśli o potencjalnej monotonii. Przecież już zajmował się nudniejszymi sprawami w ramach wypełniania swojej roli jako vatesa. Podniósł głowę i skomponował krótką piosenkę o ludzkim pergaminie – przecież testrale musiały już kiedyś widzieć pismo, choćby dzięki samemu wyglądaniu spomiędzy drzew na uczących się na błoniach uczniów – oraz skomplikowanym labiryncie, na którego końcu stado wzbije się swobodnie w powietrze. Będzie musiał to przebadać i nie był nawet pewien, od czego właściwie zacząć, ale i tak miał zamiar zapytać Regulusa.
Ogier ponownie go szturchnął, ale tym razem dało to wrażenie płaskiego uderzenia łopatą. Stado było wdzięczne. Harry kiwnął głową i dotknął karku ogiera swoją srebrną dłonią w ramach podziękowania. Następnie obrócił się, szukając ścieżki, która zaprowadzi go z powrotem do zamku.
Testral, który go tu przyniósł, zatańczył przed nim, obracając się ostro i parskając. Harry przyjął zaproszenie, by polecieć na nim z powrotem i po drodze siedział w zamyśleniu.
Są związane ze Śmiercią. Czemu? Może po to, żeby nie mogły do niej wrócić? A może z jeszcze innego powodu?
Harry zorientował się nagle, że będzie musiał porozmawiać z Hagridem. Półolbrzym wytresował testrale do ciągnięcia powozów i będzie musiał znaleźć jakiś zamiennik. Co więcej, kochał to stado. Harry nie był pewien, czy testrale pozostaną w lesie po uwolnieniu, ale musiał przygotować Hagrida na możliwość, że po prostu stąd odlecą. Harry, jako vates, nie mógł postąpić inaczej, jak przede wszystkim mieć na uwadze ich życzenie. Wolał jednak nie następować przy okazji na wolną wolę Hagrida.
W dodatku przyjdzie mu odbyć rozmowę z Regulusem, a tego w ogóle wolałby uniknąć.
Skrzywił się na samą myśl o pytaniach, które przyjdzie mu zadać. Nie chcę tego, ale w tej chwili Regulus jest jedynym znanym mi człowiekiem, który rozmawiał bezpośrednio ze Śmiercią i ściągnął tym na siebie jej uwagę. Nawet niewielki szczegół może przyśpieszyć moje badania bardziej od tuzinów przeczytanych książek.
Hagrid pociągnął nosem, po którym przetoczyła się kolejna, ogromna łza, tonąca w jego głębokiej i rozrośniętej brodzie.
– Będę za nimi tęsknił – jęknął.
Harry poklepał go po ramieniu, czując się cokolwiek niezręcznie i to nie przez wzgląd na głębię emocji Hagrida, ale sposobu, w jakie je wyrażał.
– Wiem, że będziesz, Hagridzie – powiedział. – Ale powinny być w stanie latać na wolności, prawda? Wiem, że tego właśnie chciałeś dla Norberta. – Krótką chwilę zajęło mu przypomnienie sobie imienia uratowanego smoka, którego Hagrid starał się wychować w swoim drewnianym domku w czasie jego pierwszego roku nauki. – Nie chcesz tego też dla testrali?
– A czy myślisz... – Hagrid otarł sobie twarz ogromną, czerwoną chusteczką i dokończył. – Czy myślisz, że pozwolą, żebym ich czasem odwiedzał? – Spojrzał na Harry'ego z nadzieją.
– Nie wiem, gdzie się udadzą, kiedy je uwolnię – powiedział Harry, przymuszony w tym momencie do szczerości. – Mogą zostać w lesie, albo zamieszkać gdzieś indziej w Brytanii, albo przelecieć nad oceanem i przyłączyć się do innych, żyjących dziko stad. Przecież o tym wiesz, prawda Hagridzie?
– Ja nie chcę... żeby sobie poszły! – powiedział Hagrid i tym razem wybuchnął płaczem. Harry go przytulił, ale ramionami ledwie obejmował ćwierć jego pasa.
– Co to ma znaczyć, Harry?
Czując ukłucie winy, Harry obejrzał się i zobaczył stojącego obok Snape'a. Była sobota rano, a on wciąż nie odwiedził swojego opiekuna.
– Muszę uwolnić testrale, profesorze – powiedział. W towarzystwie kadry nauczycielskiej, Harry wciąż wolał odwoływać się do tytułu. – Właśnie powiedziałem o tym profesorowi Hagridowi.
Snape podniósł brew i stał tak przez chwilę, przyglądając się im obu, choć Hagrid zdawał się w ogóle tego nie zauważyć.
– Rozumiem – powiedział oschle. – Mam nadzieję, że nie masz zamiaru uwolnić testrali bez odpowiednich badań względem tego, czemu w ogóle zostały spętane?
– Oczywiście, że nie – powiedział lekko urażony Harry. Wiedział, że Snape był na niego zły za nie zwrócenie się do niego po imieniu, ale cóż, naprawdę nie miał na to ochoty. Czuł się z tym niekomfortowo. W dodatku w oczach Harry'ego sama sugestia, że by tak po prostu wybiegł, żeby zniszczyć sieci, śmiejąc się przy tym beztrosko i machając rękami, jakby nie obchodziły go żadne konsekwencje, była znacznie bardziej gorsząca. – Wiem już, że są związane ze Śmiercią, w związku z czym będę musiał porozmawiać z Regulusem o jego... znajomości tego rodzaju magii. – Hagrid wciąż zdawał się być pogrążony w swojej rozpaczy, ale Harry wolał nie wspominać przy nikim o podróży Regulusa do świata obrazów. – Przeczytam też książki o nekromancji i historii różnych stad. Możliwe, że istnieje jakieś inne udomowione stado, które zostało spętane w ten sam sposób, dzięki czemu zdołam zrozumieć, czemu to również zostało.
W oczach Snape'a pojawiło się ostrzeżenie.
– Magia nekromancji jest niebezpieczna, Harry.
– Wiem – powiedział Harry, myśląc o Dragonsbane'ie, myśląc o Pansy. – Ale muszę nauczyć się wszystkiego, co będzie konieczne do pokonania Voldemorta i uwolnienia magicznych stworzeń.
– Mam książkę o testralach – zaoferował nagle Hagrid, wciąż ocierając sobie nos i policzki. – Może pomoże. A–ale nie wiem, może nie. – Zachlipał ponownie, po czym wstał i ruszył do swojej chaty, żeby jej poszukać. Harry odprowadzał go smutnym spojrzeniem. Hagrid był prawdopodobnie jednym z niewielu ludzi, którzy doceniali magiczne stworzenia równie intensywnie, co on sam. Niestety, doceniał je jako zwierzątka do oswojenia, co niewątpliwie doprowadzi w końcu do konfliktu, bo prawdopodobnie nie spodoba mu się idea, że wolne stworzenia miały pełne prawo do zamieszkania w miejscach, w których żaden człowiek ich nie znajdzie i nie spróbuje oswoić.
– Harry.
Obrócił się z powrotem do Snape'a i zobaczył, że jego opiekun uklęknął na ziemi i wyciągnął do niego rękę.
– Uważaj, jak będziesz dobierał słowa w czasie rozmowy z Regulusem – powiedział i zawahał się na tak długo, że Harry zaczął wyczuwać rosnący mu w piersi niepokój. – Poprosił mnie o uwarzenie mu eliksiru bezsennego snu, żeby ukoić koszmary, jakie wyniósł ze sobą po odwiedzeniu krainy Śmierci – powiedział wreszcie.
Harry przełknął ślinę i kiwnął głową.
– Zapytam go tylko o sprawy, o których będzie chciał ze mną porozmawiać. – Ból uderzał go, niczym złamana kość w samym środku piersi, ilekroć myślał o wszystkim, co Regulus musiał poświęcić w zamian za informację o horkruksach i znak, który nosił na przedramieniu.
Snape wstał szybko, kiedy usłyszał, że Hagrid wraca i skrzywił się lekko.
– Chyba nigdy nie pojmę, czemu dyrektor w ogóle go znosi – mruknął. – Do niczego się nie nadaje, za to jego chata co chwila staje w płomieniach i usiłuje oswoić zwierzęta, które lepiej byłoby zostawić w spokoju.
– Dyrektorka – powiedział Harry.
Snape obejrzał się na niego z przymrużonymi oczami.
– Co?
– Dyrektorka – powiedział Harry i uśmiechnął się lekko, gotów z nim podroczyć. – Powiedziałeś „dyrektor", Severusie.
Snape podniósł brwi i na chwilę zamarł w miejscu. Wreszcie kiwnął głową.
– No faktycznie – mruknął i ruszył w kierunku szkoły. Harry pokręcił głową, patrząc na jego plecy. Nie przyznawanie się do błędu jest naprawdę w jego stylu.
– Proszę, Harry – powiedział Hagrid, podając mu książkę, która w jego ręce wyglądała na niewielką, ale pod której wielkością i ciężarem Harry aż się ugiął. – „Wszystko, co musisz wiedzieć o testralach". Dodałem kilka własnych notatek o Tenebrousie. – Ponownie pociągnął nosem. – Daj mi znać, kiedy się będziesz za to zabierał, to... się pojawię i p–pożegnam... – Jego słowa urwały się kolejnym atakiem płaczu.
Harry po raz kolejny poklepał go po ramieniu, po czym rzucił na książkę subtelne zaklęcie odciążające i wrócił do zamku.
Kiedy Harry pojawił się wewnątrz osłon Grimmauld Place, wzruszył ramionami na wspomnienie dziwnego listu, który otrzymał tego ranka. Starszy Juniper miał wszelkie prawo do odwlekania spotkania, w czasie którego Harry miał zamiar go przeprosić. Harry był lekko zaskoczony, że to było już drugie spotkanie, które nie doszło do skutku, ale przynajmniej miał dzięki temu wolną chwilę na spotkanie z Regulusem.
Zapukał do drzwi i nasłuchiwał przez chwilę.
– Regulusie? – zawołał, kiedy nikt nie otworzył.
Momentalnie odpowiedział mu głos Capelli Black, matki Regulusa i Syriusza, której obraz wisiał w holu.
– Czy to ty, Mroczne Dziecię? Wejdź, pozwól że cię powącham.
Harry wywrócił oczami, otworzył drzwi i wszedł do środka. Przynajmniej portret nie wrzeszczał na niego w ten sam sposób, w jaki miał tendencję, ilekroć przeszedł obok niego ktoś, kto nie był idealnie czystokrwisty. Uporczywie zwracała się do niego tytułem, który Harry sprawdził w książkach i który mu w ogóle nie zaimponował. Z drugiej jednak strony, Harry nie usłyszał jeszcze niczego o Capelli Black, co by świadczyło jakoś pozytywnie o jej inteligencji.
– Gdzie jest Regulus? – zapytał, zatrzymując się przed portretem. Zwykle przesłaniające go kurtyny były otwarte. Harry zastanawiał się, czy Regulus z nią rozmawiał od czasu do czasu.
– Na górze, mój drogi. – Kobieta na obrazie pociągnęła mocno nosem i zamruczała z aprobatą. – Nekromancja, Mroczne Dziecię? Ryzykowna magia, ale staniesz się naprawdę potężny, jeśli zdołasz opanować dość sztuczek bez podejmowania się wymaganych przez nią poświęceń.
Harry wywrócił oczami, nie przejmując się, czy to zobaczy. Mroczne Dziecię było imieniem z przepowiedni, traktującej o Mrocznym Panu, który pewnego dnia powstanie, by zdominować nie tylko Brytanię, ale i cały magiczny świat, a miał być tak potężny, że sam dziki Mrok go spłodzi i urodzi. Regulus powiedział mu, że jego matka całe życie czekała na Mroczne Dziecię i przez jakiś czas wierzyła, że to właśnie będzie Voldemort. Wyglądało na to, że obecnie przeniosła tę wiarę na Harry'ego. Harry nie był pewien, czemu. Mogło to mieć jakiś związek z jego darem absorbere i związaną z nim możliwością do zostania potężnym, gdyby tylko tego chciał. Ale rozmawiał już z Capellą tyle razy, że naprawdę powinna zrozumieć jego niechęć do gromadzenia takiej potęgi.
– Na górze, mój drogi, marzy o śmierci – ciągnęła Capella melancholijnym tonem. – Podczas gdy ty lśnisz życiem. – Kolejne pociągnięcie nosem. – I cuchniesz śmiercią. – Kiwnęła głową. – Naprawdę wydaje mi się, że nim jesteś. Sprowadzisz na nas wszystkich wieczną noc i wyzwolisz spod tyranii szlam i zdrajców krwi.
– Daruj sobie – mruknął Harry, po czym obrócił się, kiedy usłyszał kroki Regulusa na schodach.
– Sorka, Harry – powiedział. – Potrzebowałem się czymś... wzmocnić.
Tym czymś okazał się kieliszek wina, jeśli cokolwiek wnioskować z tego, że właśnie trzymał go w dłoni. Harry przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu. Regulus zarumienił się, odwrócił wzrok, mruknął coś pod nosem, po czym zasłonił portret Capelli tak szybko, że Harry aż zamrugał. Portret zachichotał po raz ostatni, po czym zamilkł, nucąc sobie cicho coś, co pewnie było jedną z ballad o Mrocznym Dziecięciu. Z radością wyjaśniła Harry'emu, kiedy ją o to zapytał, że przepowiednia o Mrocznym Dziecięciu była nieskończenie płynna, przemieszczała się z pokolenia na pokolenie, dobierając sobie nowych championów, ilekroć poprzedni ją zawiedli. Harry spróbował jej wyjaśnić, że to znaczy, że prawdopodobnie nigdy się nie spełni. Capella puściła wtedy do niego oczko, jakby wejrzał w samo serce jakiejś wielkiej tajemnicy.
– Chodź, Harry – powiedział Regulus ze schodów, więc Harry potrząsnął głową i ruszył szybko za nim.
Regulus urządził sobie jedną z sypialni na piętrze. Harry rozejrzał się po niej z zaciekawieniem od chwili przekroczenia progu. Wyglądało na to, że dominującym kolorem było tu srebro – Harry miał wrażenie, że nie była to jakaś pozostałość po Slytherinie, ale po prostu dlatego, że tak jasny kolor dobrze zgrywał się z czernią reszty domu. Kufer, łóżko i stół Regulusa były z gładko wypolerowanego, ciemnego drewna ze srebrną inkrustacją. Baldachim wokół łóżka był zaskakująco cienki i powiewał przy najlżejszym poruszeniu powietrza. Dwa fotele obok drzwi były zrobione z biało–złotego drewna, które Harry zwykle widywał wyłącznie w Sanktuarium wieszczy.
Regulus zajął jedno z nich. Upił ostatni łyk z kieliszka, po czym odstawił go na podłogę i spojrzał na Harry'ego.
– No dobrze. Chciałeś porozmawiać ze mną o Lady, którą nazywamy Śmiercią. Może o tym, jaka jest piękna, skoro tak często biegniesz w jej objęcia. – Regulus się starał, ale starał się zanadto; Harry słyszał pękające napięcie, kryjące się za typowym dla niego beztroskim i rozbawionym tonem.
– Nie – powiedział Harry.
Regulus zagapił się na niego.
Harry nachylił się, patrząc Regulusowi prosto w oczy. Wciąż nie usiadł, co pozwoliło mu to zrobić ze znacznie bliższej odległości.
– Chcę, żebyś porozmawiał ze mną o tym, z czym czujesz się komfortowo – powiedział. – Chcę dowiedzieć się tak wiele, jak tylko jestem w stanie, żeby uwolnić testrale, ale w tym celu w życiu nie wprawiłbym cię w zakłopotanie, albo pogwałcił twoją wolną wolę. Dlatego powiedz mi tyle, ile możesz. Jeśli to mi nie wystarczy, to będę czytał dalej. Merlin jeden wie, że biblioteki Blacków i Hogwartu mają dość informacji, że w końcu sam do tego dojdę.
Odstąpił i zajął swój fotel, po czym założył ręce na piersi i wrócił do przyglądania się Regulusowi. Regulus odwrócił wzrok, spojrzał na niego ponownie, po czym podniósł kieliszek i upił z niego potężny łyk wina.
– Pieprzony vates – mruknął.
Harry pochylił głowę.
Regulus westchnął.
– Niech będzie. Widzisz... Zrozum, Harry, naprawdę nie wiedziałem, czego właściwie spodziewać się po tym obrazie. Opisy, które pozostawili po sobie patriarchowie Blacków, różniły się między sobą tak diametralnie, że nie sposób domyślić się, co tam właściwie znajdziesz. Osobiście znalazłem pustynię. Jej piach był brązowo–czarny i pojawiłem się na niej akurat, kiedy zachodziło słońce. Jeszcze nigdy nie widziałem tak przytłumionego światła, tego rodzaju przytłaczającego zmierzchu. Wydaje mi się, że to był efekt piasku, ale nie mam żadnej pewności. Słyszałem jak ktoś mnie nawołuje – nie po imieniu, co nie, bo nie sądzę, żeby stworzenia w obrazie zdawały sobie sprawę z mijającego u nas czasu, podobnie jak my nie zdajemy sobie sprawy z czasu, jaki mija u nich. Wydawało mi się, że to był kruk. Ale jak się poruszył, zorientowałem się, że to tylko szkielet, pokryty gnijącym mięsem i piórami. Odrastały, ilekroć lądowały na ziemi, po czym momentalnie opadały, jak tylko wzbijał się w powietrze, wypełniając je kurzem i larwami. Zawołał mnie i zapytał, czy ruszę za nim. Powiedziałem, że mogę i zacząłem za nim podążać. Prowadził mnie w różne pułapki, Harry. Zaprowadził mnie do bagien, które wciągały moje nogi, pożerały mnie żywcem.
Regulus potarł dłonią łokieć, a Harry zastanawiał się, czy nie przypominał sobie jakiegoś złamania.
– Przez lasy, w których wisiały kości, gdzie jeden nieostrożny ruch wprowadzał je wszystkie w klekot, a czaszki w śmiech. Przez drogę, po której szedłem, przekonany że jest brukowana, ale kiedy dotarłem do jej końca, zorientowałem się, że każdy jeden kamień miał na sobie twarz Syriusza. Wrzeszczał tam, wrzeszczał w nieskończoność, już na zawsze uwięziony. – Regulus zadygotał i przesłonił usta dłonią, jakby w obawie, że zaraz zwymiotuje. – Wciąż się boję, że tam właśnie skończył – wyszeptał. – Uwięziony w krainie Śmierci, z której nie potrafi się wydostać.
– Nie jest – powiedział od razu Harry, myśląc o osobliwym muśnięciu, które poczuł na dłoni zaraz po bitwie na letnie przesilenie. – Wydaje mi się... wydaje mi się, że Pansy go wezwała i walczył z nami o Hogwart, kiedy Voldemort zaatakował zamek. Ludzie też wspominali później o sytuacjach, które można było wytłumaczyć tylko obecnością ducha. I chyba polizał moją dłoń, zanim udał się do domu. Nie wierzę, że po prostu pojawił się, żeby nam pomóc, po czym wrócił do tego okropnego miejsca.
Regulus powoli opuścił ręce.
– Dzięki, Harry – wyszeptał. – To pewnie usunie przynajmniej ten jeden koszmar z szeregu wszystkich innych. Nie wiem, jak długo tam wędrowałem. W pewnej chwili zapytałem kruka, czemu Śmierć mieszka właśnie w takim miejscu. Czemu tam, zamiast na przykład w takim Hadesie, jak to wyobrażali sobie Grecy? Nie wiem, czemu, ale wydawało mi się to bardziej odpowiednie, chyba tak to sobie wtedy wyobrażałem. Kruk mnie wyśmiał. Powiedział, że każda dusza jest skazana na taką samą, bezkresną tułaczkę w poszukiwaniu Śmierci, którą bawi zastawianie na nich pułapek, żeby ich podróż ciągnęła się w nieskończoność. Wyobraź to sobie Harry, po śmierci wszyscy jesteśmy skazani na tę wędrówkę po tym opuszczonym przez wszystkich kraju. Nic dziwnego, że niektórzy umarli tak chętnie wracają jako duchy.
– Nie sądzę, żeby tak naprawdę było – powiedział zaskoczony Harry. – Przeczytałem ostatnio nieco książek o magii nekromancji, no wiesz, w ramach badań nad siecią testrali. Opisują mroczny kraj „pomiędzy", do którego nekromanci mają dostęp; większość książek określa to po prostu mianem Kraju Nocy. O ile duch nie jest jakoś szczególnie zainteresowany powrotem do świata żywych, na przykład pragnieniem zemsty, to trzeba je przywołać. Większość ludzi, którzy umierają, zdaje się po prostu zasypiać. Wieczny odpoczynek, Regulusie, który jest cokolwiek podobny do twojego wyobrażenia Hadesu.
Regulus zadygotał niespokojnie, po czym podjął swoją historię, nie reagując na to, co przed chwilą powiedział Harry.
– Wreszcie pojawiłem się przed Śmiercią. Nie umiem jej opisać, Harry. Gniła, a mimo to wciąż pozostawała piękna. Wyjaśnij mi, jeśli łaska, jak to w ogóle możliwe.
Harry pomyślał o Lily i jej gnijącym umyśle, oraz agresywnie lśniącej pasji do poświęceń, ale tym razem postanowił się nie odzywać. Regulus i tak już mówił dalej.
– Powiedziała mi, że przydają jej się służący, bo lubiła wtrącać się w nasz świat. Jest cierpliwa, oczywiście, i przyjmuje każdego, kto do niej przyjdzie, ale ilekroć może dobijać targu, to to właśnie woli. Jest unikalna na naszym świecie i wyjątkowo z tego dumna, a jednocześnie jest tym samym surowym, smutnym kosiarzem żyć, za którego bierze ją bodaj pół setki różnych religii. Nie wiem, czy wygląda tak samo dla różnych ludzi. Ale przecież nie przyszedłeś o tym słuchać. Powiedziała, że stanę się jej ręką na tym świecie, ponieważ jej własne zostały zamknięte w okowach. Wydaje mi się, że chodziło jej przede wszystkim brytyjski świat czarodziejów, nie świat jako taki. Bo przecież nie jest tu spętana, a testrale latają swobodnie w innych krajach. – Regulus spojrzał na niego. – Czy to jakoś pomaga?
– Właściwie to tak – powiedział powoli Harry, myśląc o obrazku z książki Hagrida. Widniał na nim testral, stający dęba, wyciągający szyję i rozkładający skrzydła na pieczęci z brązu, znalezionej w grobowcu starożytnego nekromanty. Opis w książce sugerował, że testrale były kiedyś uważane za świętego patrona nekromantów. Autor upierał się jednak, że prawdopodobnie miało to związek z faktem, że testrale kojarzą się ludziom ze śmiercią, ale Harry odniósł wrażenie, że może testrale miały jednak związek ze Śmiercią. – Zostały spętane, bo są jej stworzeniami.
– Czyli wyzwolenie ich będzie oznaczało...
Harry westchnął ciężko.
– Sam nie wiem. Wypuszczę jednego i zobaczymy. I tak wygląda na to, że przyjdzie mi wypuszczać je wszystkie po kolei, zamiast na raz.
Regulus kiwnął głową. Siedział z zamkniętymi oczami, przyśpieszonym i płytkim oddechem, oraz czołem lśniącym lekko od potu, więc Harry w ogóle nie próbował kwestionować impulsu, który nakazał mu wstać i podejść bliżej.
Regulus podskoczył, kiedy poczuł obejmujące go ramiona, ale bez wahania się przytulił. Harry czuł jego rozdygotanie i nachylił się do jego ucha.
– Nigdy nie będę w stanie powiedzieć dość, żeby spłacić w pełni dług między nami – wyszeptał – za wszystko to, co zrobiłeś dla mnie w czasie, kiedy żyłeś w mojej głowie, albo co zrobiłeś po udaniu się do obrazu, czy też kiedy podzieliłeś się ze mną informacjami, które cię przerażały, bo byłeś przekonany, że cię przez nie od siebie odrzucę. Dlatego po prostu powiem dziękuję i że cię kocham i mam nadzieję, że światło słońca cieszy się równie mocno, co ciemność przeraża.
Regulus ścisnął go z taką desperacją, że Harry przez chwilę nie był w stanie oddychać, ale przecież już wstrzymywał oddech na dłużej w innych sytuacjach, więc po prostu to przeczekał. A kiedy Regulus zaczął płakać, Harry był tam z nim, tak cichy i wspierający, jak tylko był w stanie, oferując ciszę na zmianę z kojącymi słowami, w zależności od tego, czego w danej chwili zdawał się potrzebować Regulus. Przez cień Regulusa przeszły zmarszczki, a jego psi kształt przyglądał się im.
Harry polizał usta i pochylił się przed siebie. Ostatecznie przyszedł do Zakazanego Lasu w pojedynkę, mimo że obiecał Snape'owi, że tego nie zrobi, bo nie zdołał nikogo przekonać, że naprawdę był już gotowy na uwolnienie testrali, ale ogier – prawdopodobnie ukochany Tenebrous Hagrida – przyszedł do niego zeszłej nocy i spojrzał mu w oczy. Tydzień badań, płaczliwa zgoda Hagrida i narastające poczucie Harry'ego, że testrale nikogo nie zabijały, ani nie niszczyły, po prostu funkcjonowały jako posłańcy Śmierci i jej potęgi, zupełnie jak banshee. Prawdopodobnie stąd powstało przekonanie, że ujrzenie testrala przynosi pecha. A przynajmniej kiedyś tak było.
Teraz może ponownie zacząć to oznaczać.
Po krótkich poszukiwaniach znalazł martwą polanę; teraz, kiedy wiedział już, czego wypatrywać, znalazł ścieżkę zwiędłej trawy i liści rozgniecionych na czarną papkę, która zaprowadziła go bezpośrednio na miejsce. Wiele jasnych oczu zwróciło się ku niemu, jak tylko się pojawił. Zaraz potem rozległy się ciche westchnienia, kiedy reszta stada wyczuła go i zorientowała się, po co tu przyszedł. Poruszały się teraz w absolutnej ciszy, nawet kiedy musiały przecisnąć skrzydła obok koron drzew, albo kiedy zderzały się ze sobą. Harry nie miał pojęcia czemu. Pewnie by się dowiedział, gdyby tylko więcej o nich przeczytał.
Ale trzymanie ich w niewoli było niewłaściwie, zwłaszcza jeśli faktycznie trzymał je tu wyłącznie strach.
Ogier wyszedł mu na spotkanie, jak tylko krąg utworzył się wokół nich, a Harry obszedł niewielki pagórek i uklęknął przed nim. Poczuł na karku jego zimny oddech. To było kolejne przypomnienie jak bardzo testrale różniły się od koni, ale kiedy Harry wyciągnął do niego srebrną rękę i tak obrócił się i podniósł jego kopyto w taki sam sposób, w jaki zrobiłby to przy kowalu.
Harry przyjrzał się uważnie łańcuchowi, po raz ostatni badawczo zerkając na cień w kształcie psa. Łańcuch z czystej magii mógłby po prostu zaabsorbować, ale ten zimny, wykuty Śmierci wbrew, można było zniszczyć wyłącznie w jeden sposób.
Między innymi dlatego nie chciał zabrać tu ze sobą Snape'a, już pomijając fakt, że Snape uważał, że Harry nigdy nie będzie na to gotów. Snape'owi naprawdę nie spodobałoby się wypełnianie warunku koniecznego do zniszczenia łańcucha.
Harry obrócił się i przyłożył do łańcucha przedramię, ignorując towarzyszący temu ból i odrętwienie. Sięgnął do kieszeni szaty, myśląc przy okazji, że naprawdę miło było do tego mieć lewą dłoń, nawet taką, której palce wciąż nie działały i trzeba było wszystko zagarniać jak na łopatkę, po czym wyciągnął niewielkie ciernie, które pozbierał po drodze.
Następnie wbił je sobie z całą siłą w przedramię, krwawiąc obficie na łańcuch.
Dotknięte ogniwa zasyczały, zaparowały i rozpadły się, niczym zaatakowany przez światło słoneczne śnieg. Harry szybko zaczął przesuwać rękę po łańcuchu, co chwila przeciągając po niej ciernie i zaciskając zęby, żeby powstrzymać się przed wrzaskiem. Dobrowolnie poddana krew – to nie było wyjątkowe poświęcenie, ale ten łańcuch był naprawdę długi i było ich tak wiele, każdy wiązał osobno innego testrala, a wyzwalająca je osoba musiała użyć cierni, zamiast noża.
No i, oczywiście, zwykle nikomu nie przyszłoby do głowy uwolnić właśnie testrale.
Harry wędrował w kuckach, wbijając kolce w nowe miejsca, ilekroć poprzednie zdawały się zamykać, ale i słabnąc, słabnąc coraz bardziej w miarę, jak opuszczała go krew. Wreszcie jednak udało mu się naznaczyć i rozpuścić ostatnie ogniwo, które uniosło się w splątanej kuli niematerialnego metalu i zawisło gdzieś po środku stada. Harry'emu kręciło się już w głowie, więc położył się, dysząc ciężko i wypił magię z drugiego łańcucha.
Wzrok mu się rozmywał, ale i tak zauważył chwilę, kiedy ostatnie pęto zniknęło.
Ogier stanął dęba, jego ciało zaczęło się rozciągać, robiło coraz szczuplejsze i dłuższe, ale też i większe, niczym kawałek materiału, który rozwijał się w podmuchach wiatru. Szybko zaczął wyglądać jak sterta kości, owinięta czarną peleryną.
Kościści, pomyślał. O to chodziło Mrokowi.
Kości ogiera rozdzieliły się. Zaczęły unosić się wokół siebie niczym gwiazdozbiór, od czasu do czasu orbitując wokół innych, do tej pory spętanych ograniczeniami, jakie narzucała na nie niewzruszona, nierozwinięta skóra. Kiedy kręgosłup zanurkował pod kopytami, Harry zamrugał z oszołomieniem i uznał, że chyba już pora zamknąć oczy.
Usłyszał obok siebie dźwięk miękkich łap uderzających o ziemię. Zdołał otworzyć oczy i obrócić głowę, bo wydawało mu się, że pewnie inny testral podszedł w nadziei, że też zostanie tego dnia uwolniony. A może zwyczajnie zainteresowany był krwią.
Zamiast tego zobaczył szczupłą, szarą sukę o wybitnie szlachetnym łbie i ciele równie wąskim, co kręgosłup ogiera. Pochyliła łeb, wbijając w niego czarne ślepia i otoczył go tak idealny i wszędobylski mróz, że Harry'emu wydawało się przez moment, że zamroziła go w czarnym krysztale.
Polizała jego srebrną dłoń. Harry zawył, kiedy po ręce przebiegły mu okropne dreszcze, jakby spał na niej przez wiele godzin i próbował ją rozruszać. Język przesunął się po nim ponownie, pogarszając tylko ten ból, a potem jeszcze raz. Harry słyszał, jak głos mu chrypnie od ponownego nadwyrężenia, ale naprawdę nie był w stanie się powstrzymać.
Wreszcie było po wszystkim i Harry schował twarz w dłoniach, nieprzyjemnie świadom, jak lekkie się teraz wydawały, kiedy wylał z nich tak wiele krwi...
Chwila.
Harry odsunął ręce i zagapił się. Jego lewa dłoń była już w pełni cielista, przyśpieszono jej proces leczenia i aklimatyzacji. Zaginała się i reagowała zupełnie jak druga. W samym środku została mu niewielka, srebrna plamka.
Gdyby Harry mógł teraz przyjrzeć się jej uważnie pod odpowiednim kątem, pewnie przypominałaby psi łeb.
Zadrżał i obrócił głowę. Zobaczył, że szara suka stoi obok rozwiniętego testrala, który powoli układał się z powrotem na... nieokreślone sposoby. Kiedy mniej więcej owinął się z powrotem swoją skórą, oboje obrócili się i spojrzeli na Harry'ego. Usłyszał odległy, wysoki, przenikliwy krzyk.
I nagle oboje zniknęli, a Harry poczuł jak inny testral chwyta go za włosy, podczas gdy jeszcze inny przewraca delikatnie na bok. Był przytomny jeszcze na tyle długo, by zobaczyć, jak go podnoszą i zabierają z powrotem do Hogwartu. Zdołał też przyzwać do siebie dość magii, zwłaszcza dzięki mocy, którą przed chwilą wchłonął, żeby ustawić nad sobą zielone iskry, koloru klątwy zabijającej. Powinny ściągnąć na niego uwagę, dzięki czemu szybko trafi pod opiekę Madam Pomfrey i otrzyma eliksiry uzupełniające krew.
Noc wokół niego zdawała się głębsza, dziksza. W ogóle go nie zaskoczyło, kiedy obok lecącej pary pojawił się kroczący powoli czarny wilk.
Kościści powoli wracają do domu. A teraz Śmierć cię zna. Wilk zaśmiał się, co było niższym i bardziej niepokojącym dźwiękiem od czegokolwiek, co Harry kiedykolwiek usłyszał we własnym stadzie. Ależ twoje życie jest nieprzyjemne, kuzynku.
Następnie obrócił się i ponownie rozpadł pośród ciemności. Harry zamknął oczy i spróbował ustalić, za co bardziej mu się oberwie: że udał się sam do Zakazanego Lasu, czy przez długą, paskudną ranę, biegnącą mu wzdłuż prawego przedramienia.
Uciekł w ciemność gdzieś pośród tych rozważań.
