Rozdział osiemdziesiąty drugi: Dzień chwały

Harry przyjrzał się uważnie pierścieniowi, po czym kiwnął głową i schował go do kieszeni. Wystarczy. Gdyby od samego początku robił, co do niego należało i przebadał oddzielnie każdą część rytuału, jak to zrobił Draco, to pewnie znalazłby coś lepszego, ale przynajmniej tym razem w ogóle o tym pamiętał.

– Dzięki, Connor.

Jego brat zawahał się na chwilę, patrząc na niego. Przez to Harry z kolei zawahał się przed opuszczeniem sypialni Gryfonów z szóstego roku.

– Co się stało?

Connor przełknął ślinę.

– Jesteś gotowy? – zapytał. – Na jutro i... noc, która potem nastąpi?

Harry uśmiechnął się pocieszająco. Powiedział Connorowi o wiadomości, którą otrzymał od Scrimgeoura już miesiąc temu, że jego bezimienne źródło informacji uważało, że Falco zaatakuje w noc Walpurgi. Harry podzielił się tą informacją z bratem głównie dlatego, że też w to wierzył, w dodatku nie sądził, żeby zdołał ukryć się przed nim ze wszystkimi przygotowaniami. Zwykle Connor nawet nie spróbowałby się udać na noc Walpurgi przez wzgląd na swoją deklarację, jak i fakt, że przepowiednia wybrała sobie Dracona jako tego, kto ma stać za Harrym i pomóc mu w zwalczeniu ataku Falco, ale i tak już kilkukrotnie zaoferował swoją obecność.

– Jestem gotów, Connor. Rok temu? Nie, raczej bym nie był. – Uśmiechnął się szerzej na samą myśl o tym, z jak strasznym podenerwowaniem podchodził do ich pierwszego rytuału, który również odbył się w noc Walpurgi. – Ale już zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

– Skoro jesteś pewien, że nie będziesz mnie tam potrzebował – powiedział Connor, kiwając nieznacznie głową.

– Chciałbym, żebyś się z nami zabrał – powiedział Harry. – Ale to święto ma być wyłącznie dla mrocznych czarodziejów, a rytuał... no, będzie podzielony między wielu ludzi, ale musimy być z Draco w samym jego środku.

Connor przechylił głowę i przymrużył oczy.

Niespecjalnie wyglądam tego całego dzielenia.

– Mam nadzieję, że i tak ci się spodoba – powiedział ogólnikowo Harry, po czym machnął ręką i opuścił wieżę. Connor odprowadzał go wzrokiem do drzwi sypialni, ale nie spróbował zatrzymać.

Harry zatrzymał się kilka pięter poniżej wejścia do wieży i przyjrzał uważnie pierścieniowi, który nosił na palcu. Ten rytuał, Wymiana Podarunków, nakazywał Harry'emu odwdzięczenie się za prezent z zeszłego roku poprzez podarowanie Draconowi czegoś, co oznajmiłoby wszystkim ich partnerstwo – najlepsze w tym przypadku byłoby coś dziedzicznego z jego rodziny. Harry jednak wyrzekł się nazwiska Potterów, a jego matka była mugolaczką, więc nie był pewien, co powinien z tym począć. Regulus, oczywiście, zaoferował mu artefakty Blacków, ale ponieważ Draco był pół–Blackiem, to wydawało się to dziwnie kazirodcze. Ten element tańca miał łączyć odmienne aspekty partnerów, nie takie same.

Ostatecznie poprosił Connora o znalezienie jakiegoś dziedzicznego pierścienia Potterów, przez co teraz wylądował ze złotym z wygrawerowanymi lwami i topazem. Miał nadzieję, że zdoła go zmienić wystarczająco, by spełnić wymagania rytuału.

Kiedy usłyszał kroki nadchodzącej prefektki, uskoczył do pobliskiej alkowy, odczekał aż go minęła, po czym wyciągnął topaz z oprawy. Położył go na parapecie, spędził kilka chwil na uspokajaniu się i spoglądaniu w głąb siebie, po czym otworzył oczy i skupił się na pierścieniu.

Złoto zaczęło mięknąć i roztapiać się pod jego spojrzeniem, ale nie było gorące. Po prostu... miękkie. Harry podniósł ręce i rozłożył je, pozwalając pierścieniowi wirować między nimi, tracić kształt, rozpadać się w nitki metalu, które podlatywały niczym pajęczyna, by dotknąć jego palców. Poruszył dłońmi w przeciwnych kierunkach, myśląc o tym co chciał zrobić.

Coraz bardziej przyzwyczajał się do pracowania w ten sposób ze swoją magią, a magia na lordowskim poziomie tak właśnie powinna działać. Jing–Xi to potwierdziła, kiedy ją o to zapytał. Mógł rzucać tradycyjne zaklęcia, ale czasem nie były one adekwatnymi pojemnikami dla jego mocy, albo nie pozwalały mu na osiągnięcie zamierzonego efektu. Ilekroć wychodził poza ograniczenie zaklęć, musiał uderzać we wszystko własną wolą, żeby w ogóle zrobić jakieś postępy, zupełnie jak ktoś usiłujący osiągnąć przemianę animagiczną. Było to męczące, ale też miał większe prawdopodobieństwo na otrzymanie tego, co chciał.

A teraz chciał wykorzystać złoto z pierścienia Potterów jako podstawę do stworzenia czegoś, co byłoby unikalne tylko dla niego, wciąż artefakt dziedziczny po jego poprzedniej rodzinie, ale przede wszystkim artefakt jego samego. Był w stanie wyobrazić sobie jego ogólny kształt, ale znacznie ciężej było zdecydować, jakie właściwie powinien mieć symbole.

Wreszcie uśmiechnął się i zaprezentował swojemu umysłowi pełen obraz pierścienia, po czym przycisnął w jego kierunku.

Magia otoczyła go, nie rozprzestrzeniając się wokół ciała niczym basen, lecz tętniąc mu w żyłach. Harry wyczuwał to jako budujące się napięcie zaraz za gałkami ocznymi, stateczny nacisk pieśni, krwi i agresywnego ruchu. Wspinał się po górze. Było to możliwe, ale oddech zaczynał się od tego urywać, a w głowie mu się kręciło. Mimo tych wszystkich sprzecznych ze sobą wrażeń, nie mógł spuszczać pierścienia z oczu, wyobrażając go sobie, myśląc o nim.

Ucisk i nagle zalała go obezwładniająca potrzeba przyciśnięcia do siebie dłoni, więc tak właśnie zrobił.

Blask białego światła zebrał wszystkie złote nitki, a Harry'emu, który musiał mocno przymrużyć oczy, wydawało się, że jest w stanie zobaczyć gdzieś pośród nich niewielkie, puste koło. Nici zderzyły się ze sobą, ścisnęły i zaczęły przeplatać. O ile się nie mylił, nowy pierścień nie będzie solidną obręczą, jaką był wcześniej, ale splecioną, skręconą. Nie szkodzi, tak długo jak dostanie to, czego chciał.

Magia wezbrała pod nim i poniosła za sobą. Harry poczuł podniecenie tą chwilą. Pracował w zgodzie z własną mocą, nie rozkazywał jej – dokładnie tak, jak według Jing–Xi powinno być. Potęga niosła go niczym koń i choć mógłby nią pokierować, czy zatrzymać, to i tak niosła w sobie ogromną prędkość i siłę, która w każdej chwili mogłaby uznać, że woli zrobić coś innego.

Wierzgnięcie, wzniesienie i upadek i nagle znaleźli się w nowej rzeczywistości, w której Harry poczuł, jak niewielki kawałek jego samego zostaje wpleciony w pierścień. Zaakceptował to uczucie. Nie wiedział, na ile mogło być dosłowne, ale jeśli tak, to jego prezent będzie miał w sobie jeszcze więcej jego samego, co jeszcze lepiej będzie pasowało do rytuału. Złoto było przetrzymywane przez Potterów, ale zostało przekute przez niego, który nie miał nazwiska.

Nici zalśniły, zadrżały i zrobiły się cieńsze. Harry wyczuł, jak pojawiają się płytkie wyżłobienia, delikatne zakręty, a drobne elementy wyciągają się, żeby spleść z innymi. Wrażenia rozrosły się, aż sam już nie był pewien, czy w ogóle miał jeszcze własne ciało, czy też może cały stał się elementem tego pierścienia, stworzonego specjalnie na czwarty palec prawej dłoni Dracona.

I wtedy wylądował z powrotem we własnym ciele, zakręcony, oszołomiony i zagapiony na nowy pierścień, który leżał na jego lewej dłoni. Każda spleciona nić była smukłym rysiem, sięgającym wyciągniętymi łapami ku kolejnemu przed sobą i wyciągającym ogon daleko za siebie, by złapać rysia za sobą. Wszystkie miały zadarte łby i postawione uszy. Na szczycie wciąż czekało miejsce na topaz.

Harry z powagą wsunął go do oprawy i schował pierścień do kieszeni. Tym razem nauczył się wszystkiego, co powinien zrobić w czasie Wymiany Podarunków, więc wiedział co go czekało. Niestety, Draco też wiedział, więc będzie wyciągał szyję, żeby w miarę możliwości zobaczyć choćby jakąś sugestię prezentu, który otrzyma. Harry nie miał zamiaru dawać mu żadnych.


Draco starał się jak mógł, ale i tak nie zdołał zobaczyć przygotowanego przez Harry'ego prezentu, przez co obudził się rankiem na Wymianę Podarunków, nie mając pojęcia co otrzyma.

Ilekroć nie nawiedzały go zaniepokojone myśli o walce, jaka prawdopodobnie nastąpi tej nocy między Harrym i Falco i wszystkim, co będą musieli w jej czasie zrobić, Draco leżał i rozważał, co by to mogło być. Przecież tak niewiele mogło się liczyć jako artefakt z rodziny Harry'ego. Może wybrał coś Blacków? Albo Snape'ów? No, skoro już o tym mowa, profesor Snape prawdopodobnie nie miał żadnych pamiątek po swojej rodzinie, bo jego ojciec był mugolem – Draco poczuł, jak usta mu się krzywią, ale było to głównie z przyzwyczajenia – a matka prawdopodobnie sprzedała wszystko, by nie umrzeć z głodu.

Leżał obok Harry'ego, walcząc z pokusą poruszenia się. Rytuał zacznie się, jak tylko spróbują wykonać jakiś silniejszy ruch, a chciał wykonać go jednocześnie z Harrym.

Wreszcie Harry otworzył oczy i uśmiechnął się do niego sennie.

– Dzień dobry – wyszeptał, po czym złapał i pocałował wierzch dłoni Dracona. Draco uśmiechnął się do niego, jak miał nadzieję, wstydliwie, ale Harry zaśmiał się, nawet jeśli bez okularów nie był w stanie tego zbyt dobrze zobaczyć. – Zaraz dostaniesz swój prezent, Draco – powiedział.

– Chyba nie będziesz tego odkładał do południa, co? – Draconowi nie podobało się, jak strasznie wiele rozczarowania pojawiło się w jego głosie, ale przecież wymóg czekania do dwunastej nie był jakimś ważnym elementem rytuału – bardziej radą, jak to, że zaręczona para powinna odciągać spółkowanie aż do końca tańca. Draco wyszedł z założenia, że Harry po prostu ją zignoruje.

– W tym przypadku naprawdę bym chciał. – Harry przyjrzał mu się z powagą. – Nie przeszkadza ci to, prawda?

Draco przełknął obiekcje i pokręcił głową. To Harry miał przewodzić temu rytuałowi, bo Draco przewodził temu z zeszłego roku i to on w ogóle zaproponował trzyletni taniec. Parę tygodni temu wykazał się zainteresowaniem i zaczął czytać o rytuale i wszystkim, co miał zrobić w jego czasie, co usatysfakcjonowało Dracona na sposoby, których nie osiągnął jeszcze żaden inny element ich zaręczyn.

W dodatku dotrzymał słowa i od miesiąca uważał na swoje życie i zdrowie. Wyglądało na to, że tym razem Harry naprawdę mocno skupił się na wprowadzeniu tej lekcji w życie.

– Świetnie. – Twarz Harry'ego się odprężyła, po czym on sam pocałował Dracona ponownie, tym razem w policzek. – Gotów?

Draco powoli kiwnął głową. Mózg wydawał mu się jakiś większy niż zwykle, jakby w czaszce coś mu chlupało. Odsunęli się od siebie z Harrym, po czym jednocześnie wstali z łóżka.

Draco poczuł, jak rozpoczyna się Wymiana Podarunków. Umysł wyskoczył mu bokami głowy, uszami, owijając się wokół sypialni niczym srebrny płyn i mknąc w kierunku pokoju wspólnego Slytherinu. Zauważył rozmazane obrazy znajomych twarzy, płomienie, ściany lochów, a potem percepcja spłaszczyła się i pomknęła w górę, uwieszając się agresywnie na swoim celu.

Draco usłyszał cichy jęk Harry'ego i domyślił się, że jego umysł musiał rozciągnąć się znacznie dalej, bo rodziny Dracona nie było przecież w szkole. Sięgnął na ślepo za siebie, a Harry złapał go za rękę i ścisnął. Draco oparł się o niego, dysząc lekko. Mózg wywracał mu się do góry nogami, usiłując dostosować się do przebywania we własnym ciele i jednocześnie tam, w głowie kogoś innego, podsyłając mu od czasu do czasu obraz rzeczywistości widziany ich oczami.

Ten element rytuału miał połączyć zaręczonych z przyszłymi teściami i załagodzić wszelkie nieporozumienia poprzez udzielenie im wzglądu w ich punkt widzenia tego świata. Pamięć Dracona była nieco przytłumiona, ale i tak wiedział, że zarówno Connor, jak i jego rodzice się na to zgodzili.

Nie miał pojęcia, że to będzie takie intensywne. Wychodził niejako z założenia, że okaże się to cokolwiek podobne do opętania, gdzie zawsze miał kontrolę nad tym, co się z nim działo. Tym razem jednak utrzymywał wszelką świadomość własnego ciała i nie był w stanie wpłynąć na to drugie, kiedy otworzyło oczy i zagapiło się na czerwono–złoty baldachim.

Connor przewrócił się i wstał. Draco westchnął cicho, czując się dziwnie w obcym ciele, ale i tak bardziej zaskoczyły go zalewające go myśli.

Był...

Jego świat był taki prosty. Bardzo podobny do świata Dracona, zanim zmienił zdanie o pewnych fundamentalnych jego częściach, jak bezwzględnej wyższości czystokrwistych. Connor wiedział, kogo lubił, a kogo nie i teraz, kiedy już nie musiał odgrywać roli Chłopca, Który Przeżył, nie widział powodów do poszerzania grupy znajomych. W jego rzeczywistości zaczęły jednak pojawiać się miękkie i ruchome cienie, które nazywał zauważaniem, co oznaczało, że zaczynał zauważać nastroje i zainteresowania innych ludzi i uważać je za coś ważnego, bo, podobnie jak on, istnieli w tym świecie.

Connor nie czuł się z tym szczególnie komfortowo, bo podejrzewał, że to mogła być oznaka dorastania, więc ukrywał się przed nią na każdy możliwy sposób.

Percepcja urwała się w tym momencie i Draco zachwiał się, opierając ciężko na Harrym. Chwilę potem otworzył oczy i zerknął na swojego partnera.

Harry już miał otwarte oczy i rzucił mu wymuszony uśmiech.

– Gotów? – zapytał, podając mu ramię. Obaj wzięli poprzedniego wieczora prysznic, żeby nie tracić czasu rano, albo nie ryzykować poślizgnięcia w łazience przez nagłe oszołomienie myślami innej osoby.

– Jak tak dalej pójdzie, to do wieczora zacznę cenić sobie twojego brata – powiedział słabo Draco, kładąc rękę na przedramieniu Harry'ego. – Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek będę na to gotowy.

Harry zaśmiał się i coś w tym dźwięku sprawiło, że Draco się na niego obejrzał.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Widzę teraz oczami twojego ojca – wymamrotał Harry, przechodząc przez pokój i otwierając drzwi, jak podejrzewał Draco, głównie dzięki pamięci mięśni. – Strasznie dziwne uczucie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jacy jesteśmy do siebie podobni, a przynajmniej jacy byliśmy do siebie podobni, zanim zmieniłem zdanie i odrzuciłem trening.

– To mroczny czystokrwisty – powiedział po prostu Draco. – Twoi rodzice, czy im się to podoba czy nie, wychowali cię, żebyś się zachowywał jak on, Harry. Właśnie dlatego na początku tak dobrze się dogadywaliście.

– Nie, to było dzięki tobie.

Draco zaczął odpowiadać, ale powstrzymał go oszałamiający uśmiech, jaki rzucał mu Harry. Był tylko jednostronny, podrywający tylko jeden kącik ust, a oczy Harry'ego wciąż były wypełnione czymkolwiek, co widział z perspektywy Lucjusza, czy Narcyzy, przez co był bezmyślny i kochający i prawdopodobnie najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek zobaczył u Harry'ego. Akceptował miejsce, jakie Draco zajmował w jego przeszłości, zamiast winić go o nachalne wieszanie się na Harrym, co robił nagminnie przez pierwsze dwa lata.

Draco uznał, że jednak zniesie czekanie do południa i perspektywę Connora Pottera.


Connor przeżuwał z namysłem skórkę tostu, zastanawiając się, czy Draco był w stanie to poczuć.

Czuł pewne efekty rytuału, ale znacznie słabsze od czegokolwiek, czego właśnie doświadczał Draco. Od czasu do czasu w głowie pojawiał mu się jakiś czystokrwisty taniec, jakby znał go od zawsze i właśnie sobie przypomniał. Od czasu do czasu doznawał dziwnego uczucia, że siedział przy niewłaściwym stole, albo przebłysków podniecenia, w które wolał się nie wgłębiać.

Jeśli miało to jakoś pomóc Draconowi, to Connorowi to w ogóle nie przeszkadzało. Jak do tej pory zrobił znacznie więcej w kwestii zaakceptowania swojego szwagra, niż Draco kiedykolwiek w kwestii zaakceptowania jego. Wymiana Podarunków może pomóc Draconowi w przyjęciu do wiadomości, że będzie musiał z nim jakoś żyć.

Ugryzł tost i obejrzał się na swojego brata. Harry powiedział, że wszystko będzie dobrze, zarówno w kwestii pierścienia, jak i walki z Falco. Connor nie był tego taki pewien. Wolałby się tam pojawić i jakoś pomóc.

Tylko że...

No, nie był w stanie. Zadeklarował się wobec Światła i wyczuwał unoszący się mrok Walpurgi jako odległe, niewyraźne zagrożenie, a i do tego musiał się porządnie skupić. Nie byłby mile widziany w czasie święta, na którym mieli zamiar pojawić się Draco i Harry, a które Falco planował zaatakować. W kwestii wszystkiego, co Harry miał zamiar osiągnąć tego dnia, Connor wiedział tylko o tej Wymianie Podarunków.

Ktoś zapodał mu sójkę w bok. Connor obejrzał się na Hermionę i zamrugał inteligentnie, zwłaszcza kiedy zobaczył, że Hermiona wciąż siedziała z nosem w książce i ewidentnie nie miała powodów, żeby go szturchnąć.

– Ginny już dwa razy prosiła cię o podanie marmolady, Connor – zwróciła mu uwagę Hermiona.

– Sorka. – Connor posłał słoik wzdłuż stołu, a Ginny kiwnęła w podzięce głową, po czym zaczęła rozsmarowywać zawartość po własnym toście. Jego spojrzenie ponownie wróciło do Harry'ego i Dracona, jakby zostało tam przybite, ale wiedział czemu tak było.

Wiedział, czemu Harry tak bardzo przejmował się Walpurgą. Może i nie był mrocznym czarodziejem, ale czuł zobowiązanie do spędzania z nimi świąt, ponieważ wisiał między Mrokiem i Światłem. Co oznaczało, że powinien też zacząć pojawiać się na świetlistych świętach.

Teraz Connorowi pozostało zastanowić się, które święta chciałby spędzić z bratem. Ich urodziny nie wypalą, mimo że odbywały się tuż obok starego Lammas, ale właśnie dlatego Draco i Harry obrali sobie ten dzień na jeden ze swoich rytuałów.

W końcu uznał powoli, że letnie przesilenie może wypalić. W zeszłym roku poczytał nieco o tradycjach letniego przesilenia, ale zaraz potem Peter uznał, że powinien się uczyć ważniejszych spraw. A Merlin jeden wiedział, że Harry'emu naprawdę przydałyby się jakieś lepsze wspomnienia związane z tym dniem. Jednego roku stracił w jego czasie rękę, a następnego odbyła się bitwa. Każdy by się zraził.

Connor zanucił pod nosem, zadowolony z siebie. Miał nadzieję, że Draco czuł tę przyjemność i znał jej źródło. Tylko dlatego, że przekonał się do Dracona i nawet go polubił, oraz przyjął do wiadomości, że chłopak odegra fenomenalnie ogromną rolę w życiu Harry'ego, wcale nie znaczyło, że przestanie się z nim droczyć.


Harry przeczesał włosy palcami i pokręcił głową, kiedy wychodzili z Draconem na dziedziniec.

Nie spodziewał się, że kiedykolwiek dowie się tak wiele o Lucjuszu. Facet faktycznie miał zamiar przyjąć Dracona z powrotem do rodziny jako swojego dziedzica. Kiedy Narcyza ich o tym powiadomiła, zarówno Harry jak i Draco wyszli z założenia, że to musiał być jakiś żart, a papiery są tylko dla zmyły. Harry nie próbował ustalić, dlaczego – Lucjusz zgodził się na udział w rytuale wyłącznie, jeśli Harry nie spróbuje wgłębiać się mu w umysł, żeby poznać tajemnice, więc Harry po prostu unosił się na powierzchni, trzymając z dala od wszystkiego, czym Lucjusz nie chciał się z nim dzielić – ale naprawdę nie żartował.

Zmienił się.

A jego świat był zimniejszy i bardziej przytłumiony, niż Harry się tego spodziewał, a gdziekolwiek pojawiały się jakieś przebłyski, to i tak wyglądały jak światło odbijające się od lodowca. Harry nie był w stanie powstrzymać się przed odczuwaniem wobec niego pewnego rodzaju współczucia. Rodzina, duma i potęga były dla niego wszystkim, akcentowane nieco miłością wobec tej rodziny i szacunkiem do potęgi, o której wspominał mu Draco, albo ogrzane do miękkiej zieleni, czy morskiego błękitu, ilekroć pojawiały się w nim filozoficzne pytania, jak różnice między mocą, potęgą i siłą. Harry już znacznie lepiej pojmował, jak strasznie Lucjusz ucierpiał, kiedy Narcyza go opuściła, albo kiedy Draco odwrócił się od niego i podążył za Harrym.

Co nie znaczy, że Lucjusz sobie na to nie zasłużył, oczywiście.

Zatrzymali się z Draconem po środku dziedzińca i spojrzeli na siebie nawzajem. Harry rozejrzał się. Wiedział, że dziki Mrok polował między gwiazdami, nucąc w gotowości przed zejściem na czas świętowania Walpurgi, ale obecnie świat i tak był przede wszystkim zalewany przytłaczającymi ilościami światła słonecznego. Chmury mknęły pośpiesznie na zachód niczym rydwany, oczyszczając niebo po porannym deszczu, a słabe kwiaty rosnące mimo takiej pogody wydawały się tym silniejsze.

Odwracając się z powrotem do Dracona, Harry uważał, że tak właśnie powinno być. Wymiana Podarunków otwierała nowy rok i wywracała poprzedni do góry nogami. Obstawała, że tym razem to partner, który był pasywny w czasie ostatniej Walpurgi, teraz powinien przejąć kontrolę, a jeśli wcześniej czczono Mrok, to teraz nadszedł czas dla Światła.

Ci starożytni czarodzieje byli naprawdę mądrzy, pomyślał Harry, wyciągając z kieszeni szat złoty pierścień z przeplecionych ze sobą rysi. Nawet jeśli sami byli mroczni, to i tak wiedzieli, że Mrok i Światło mają udział w naszym życiu. Szkoda, że obecnie żyjący ludzie nie dzielą z nimi nawet jednej dziesiątej tej mądrości.

Draco w sumie po prostu zagapił się na pierścień.

– Skąd ty to wytrzasnąłeś? – wyszeptał.

Harry po prostu uśmiechnął się do niego. Odpowie za pomocą słów, które zaadaptował z serii rytualnych zwrotów, jakie znalazł w jednej z książek Dracona.

– Złoto pochodzi z mojej rodziny – powiedział. – Rodziny krwi i urodzenia, linii Potterów. Ale pierścień stworzyłem sam. – Urwał na moment, pozwalając Draconowi wyobrazić sobie, jak wiele zostało wykorzystanej w tym celu magii, po czym podniósł go wyżej, żeby pokazać mu rysie w razie, gdyby wcześniej je przegapił. – Ryś zwykle kojarzony jest z bystrym okiem i opieką nad innymi – powiedział. – Obym nigdy nie zaniedbał obu tych obowiązków wobec ciebie.

Nachylił się i wsunął pierścień na czwarty palec prawej dłoni Dracona. Jego własny, srebrny pierścień, dziedzictwo Blacków, zalśnił jasno. Draco w oszołomieniu patrzył w dół, wciąż przyglądając się prezentowi.

Następnie poderwał wzrok i sięgnął ku Harry'emu, chwytając go za ramiona i inicjując pocałunek. Harry opierał się temu, póki sam nie zaczął prowadzić pocałunku, decydując jak właściwie powinny się spotykać ich usta i języki.

Czuł, jak wzbierała w nim łagodna troska, znacznie mniej przerażona niż wtedy, kiedy życie Dracona znajdowało się w rękach Rosiera, ale niemal równie potężna. Czyli jednak był w stanie chronić Dracona i wcale nie musiało się to wiązać z zakazywaniem mu różnych rzeczy, na które miał ochotę, albo pomiataniem nim. To nie było nawet przymuszenie. Harry mógł czasem przejmować kontrolę i to wcale nie znaczyło, że uważał innych za mniej godnych czy wartych uwagi, albo że powoli stawał się Lordem. Czasami po prostu był najsilniejszy i bardziej odpowiedni ze wszystkich obecnych, żeby chronić i bronić, to wszystko.

Czuł tak obezwładniający podziw wobec tych olśniewających myśli, że niemal umknęło mu, kiedy Draco mruknął ochryple, że Harry się z nim droczy.

Harry podniósł brew i zorientował się, że Draco dyszał, zarumieniony i wyraźnie mocniej podniecony zwykłym pocałunkiem od Harry'ego. Harry uśmiechnął się. Cóż. Tak powinno być, w końcu teraz to ja dowodzę.

– Nie droczę – powiedział wesoło. – Po prostu myślę równie mocno o tobie, co o sobie. – To samo zrobił podczas ostatniego weekendu w czasie spotkania ze Starszym Juniperem, kiedy powiedział, że chce publicznie rozgłosić swoje przyjęcie Orderu Merlina, co chyba wzięło staruszka z zaskoczenia. I w żaden sposób go to nie uszkodziło, ani nie stał się przez to bezwzględnie zły. Wypełniło go wtedy tak radosne uczucie, że musiał powstrzymywać się przed poskakiwaniem. – Po zachodzie słońca będziesz mógł zdecydować, czy chcesz się ze mną przespać, czy przespać – przypomniał mu.

Ku jego zaskoczeniu, Draco momentalnie pokręcił głową.

– Nie – mruknął. – Przed nami bitwa. Pomogłem ci w stawieniu czoła Dumbledore'owi i to samo mam zamiar zrobić przy Falco. Ale wymyślę, jaki prezent ci dać zanim się tam udamy, Harry.

Harry łagodnie dotknął jego policzka.

– To dobrze.

Odwrócili się i ruszyli z powrotem do szkoły. Draco bez przerwy przyglądał się pierścieniowi na swoim palcu. Harry nieustannie spodziewał się jakiegoś komentarza o tym, że złoto to taki gryfoński kolor, ale najwyraźniej ten konkretny metal był wystarczająco wysokiej próby – a może po prostu kunszt magii Harry'ego był wystarczająco piękny – żeby mu zaimponować.


Narcyza stała, patrząc z namysłem w ogień. Obecnie mieszkała z Regulusem w Grimmauld Place Numer Dwanaście i miała zamiar tam zostać do skutku, co luźno tłumaczyło się na „póki jej kuzynowi nie poprawi się na tyle, żeby zdołał zasnąć bez eliksirów." Regulus z nadąsaniem upierał się, że nic mu nie było. Cicha rozmowa z Harrym zapewniła Narcyzę, że było kompletnie inaczej, a Narcyza była raczej skłonna uwierzyć Harry'emu na słowo, zwłaszcza w świetle wszystkich dowodów.

W tej chwili Regulus spał już od godziny i nie dopadł go jeszcze żaden koszmar, dzięki czemu Narcyza miała wolną chwilę, żeby zastanowić się nad wszystkim, co znaczył dla niej ten dzień.

Za kilka krótkich godzin uda się świętować noc Walpurgi – ale nie w normalny sposób, bo wszyscy spodziewali się, że przerwie im atak Falco Parkinsona. Sojusznicy Harry'ego spróbują go ochronić, ale nie wiedzieli na ile będą w stanie to zrobić, biorąc pod uwagę obecność przepowiedni.

Za kilka krótkich godzin prawdopodobnie stawi czoła Mrocznemu Panu, człowiekowi któremu w normalnych okolicznościach prawdopodobnie deklarowałaby swoją lojalność.

Za kilka krótkich godzin dobiegnie końca piąty rytuał zaręczynowy jej syna, co na dobrą sprawę zwiąże go z Harrym do końca życia. Przed halloweenowym rytuałem – siódmym z trzynastu, na którym szala zacznie się przechylać – ktoś wciąż mógłby się wtrącić, oferując któremuś małżeństwo, czy związek, ale Narcyza i tak już uważała Harry'ego za swojego zięcia.

Za kilka krótkich godzin straci wyczucie tego, co kryło się za oczami Harry'ego, straci wszystko co zostało zainspirowane Wymianą Podarunków.

Oparła głowę o półkę nad kominkiem i zamknęła oczy. Ilekroć to robiła, była w stanie wyczuć osobliwe pulsowanie myśli Harry'ego, fragmentów jego świadomości, wirujących wokół niej niczym stado przestraszonych ptaków. Nie sądziła, żeby Harry zajrzał jej jakoś szczególnie głęboko w głowę. Prawdopodobnie nawet tego nie chciał. Nie sprawiała mu takich problemów, jak Lucjusz. Możliwe, że nawet uważał, że ją wystarczająco rozumiał.

Narcyza miała nadzieję, że przynajmniej był w stanie wyczuć, jak bardzo go kochała.

Skorzystała jednak ze swojego pośledniego dostępu do jego myśli, żeby samej lepiej zrozumieć.

Zerwane sieci, spalone mosty i umysł odbudowywany kilkukrotnie od podstaw – to uderzyło ją najbardziej ze wszystkiego. Podobnie poczucie własnej wartości, które obecnie tańczyło na krawędzi otchłani. Narcyza zastanawiała się, czy Przymierze Słońca i Cienia, albo wilkołaki, czy ktokolwiek inny, kto polegał na sile i przewodnictwie Harry'ego, w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, jak strasznie kruchy bywał ich vates.

Już nie raz czuła wdzięczność, agresywną i pełną pasji wdzięczność, że Draco miał Harry'ego. Był wszystkim, czego Draco potrzebował, chłopcem, a potem mężczyzną, za którego Narcyza podejmowała się ryzyka, powodem i osobą, dla którego Draco postawił sobie wyższe cele i stał kimś więcej, jak tylko niewielkim nasionkiem, usiłującym wyrosnąć w cieniu swojego ojca. Draco był potężniejszy i szlachetniejszy, niż kiedykolwiek by mógł się stać, gdyby nie spotkał Harry'ego. W to właśnie wierzyła Narcyza.

Ale teraz czuła równie pełną pasji wdzięczność, że Harry miał Dracona. Żadne z nich nie było szczególnie silne na własną rękę; jej syn, jej ukochany syn, w każdej chwili mógł osunąć się z powrotem w personę rozpieszczonego smarkacza, a Harry rozpaść w stos odłamków. Ale razem wspierali się niczym para splecionych ze sobą drzew.

Nie, żeby nadciągająca bitwa, czy też życie Harry'ego, a przez to i życie Dracona, nie przypominało stałego tańczenia na wulkanie.

– Chroń ich, Mroku – wyszeptała Narcyza, pragnąc wierzyć, że gdzieś ponad sobą usłyszała odpowiedź pod postacią wycia potężnego wilka.


Draco znalazł odpowiedni prezent dla Harry'ego na kilka godzin przed zapadnięciem zmroku, przez co torturą potem było czekanie na koniec obiadu w Wielkiej Sali, a potem jeszcze powrót do pokoju wspólnego Slytherinu, gdzie powinien mu go dać. Pociągnął Harry'ego delikatnie za rękę, zaciągając w kierunku osłoniętej alkowy, a Harry ruszył za nim bez słowa. Draco ukrył się ze swoim wywróceniem oczu. Jak do tej pory Harry całkiem nieźle radził sobie z wymogami Wymiany Podarunków. Powinien jednak zakwestionować tego rodzaju napraszanie się, zamiast mu się poddawać – zwłaszcza kiedy to właśnie Draco mu się napraszał.

– Co się stało? – zapytał Harry, obracając się i patrząc na Dracona w tej niewielkiej przestrzeni.

– Chciałem ci o czymś powiedzieć – powiedział Draco, żałując że nie może teraz wyciągnąć różdżki i pobawić się nią w ramach uspokojenia. Świadomość, że za kilka godzin ruszą do bitwy, wzbogacona nadpobudliwością, jaką odczuwali tego dnia wszyscy mroczni czarodzieje, naprawdę smażyła mu nerwy. Choć oczywiście, gdyby po prostu zaczął wirować różdżką w palcach, odsłoniłby się ze swoim podenerwowaniem. – Coś, czego z całą pewnością nigdy bym się sam nie domyślił, przez co nie byłem w stanie powiedzieć ci o tym wcześniej.

W tym momencie brwi Harry'ego podniosły się już tak wysoko, jak tylko mogły, a jego usta spięły się z niepokojem.

– Draco – wyszeptał. – Co się stało?

Draco spojrzał mu w oczy i zorientował się, że Harry czeka na jakieś paskudne wieści. Oczywiście, że nie spróbowałby w ten sposób splugawić tak wspaniałego dnia, ale Harry przecież nie zdawał sobie z tego sprawy; niemiłe prezenty, czy okrutne prawdy były równie adekwatnymi podarkami w czasie takiego rytuału, co wszystko inne.

Nachylił się i pocałował łagodnie Harry'ego, po czym odsunął się szybko, żeby nie naruszać zanadto ograniczeń rytuału.

– To nic złego – powiedział. – Po prostu... nie spodziewałem się tego.

Harry zachęcił go gestem do kontynuowania.

– Wydaje mi się, że twój brat jest w porządku – mruknął Draco.

Harry zareagował tak głośnym i perlistym śmiechem, że Draco już od miesięcy nie słyszał niczego takiego. Draco zdołał się nadąsać, spełniając oczekiwania Harry'ego, któremu pewnie wydawało się, że tak właśnie powinien zareagować, kiedy ktoś się z niego śmiał, mimo że tak naprawdę miał ochotę się uśmiechnąć, albo patrzeć na niego z fascynacją. Harry nachylił się i pocałował go w nos, po czym wtulił się mocno.

– Connor złapał mnie po zaklęciach i też powiedział mi coś w tym stylu – powiedział. – Strasznie się cieszę, że jednak zdołacie się dogadać, Draco.

W tym prostym zdaniu Draco usłyszał cały ocean ulgi, przez co sam westchnął i przyłożył twarz do nasady karku Harry'ego. Harry wreszcie będzie miał to, na co zawsze zasługiwał: kochającą rodzinę. A Draco z Connorem spróbują się jakoś dogadać, bo obaj do niej należeli.

Harry prawdopodobnie nie wiedział, jak wyrazić to słowami. Nie szkodzi. Draco wiedział, jak się czuł.

Stali tak jeszcze przez chwilę, po czym usłyszeli pośpieszne kroki Snape'a. Odsunęli się od siebie akurat, kiedy wyszedł zza zakrętu i zatrzymał się na ich widok tak gwałtownie, że szaty wokół niego zawirowały.

– Macie przy sobie różdżki? – zapytał.

– Tak, Severusie – powiedział Harry, mimo że Draco wiedział, że jego narzeczony wolał już pracować bez różdżki. – Jesteś gotów?

Snape pochylił głowę. Może i nie znosił dzikiej i niekontrolowanej natury Walpurgi, ale i tak nie chciał puścić Harry'ego samego na pole bitwy.

– W takim razie chodźmy – powiedział Harry, ponownie ruszając w kierunku pokoju wspólnego. Draco ruszył za nim. Nie zwracając szczególnej uwagi na to, co robi, podobnie jak wcześniej przy tym uśmiechu, Harry sięgnął ku niemu, objął go na poziomie ramion i przyciągnął do siebie.

Draco praktycznie czuł na sobie spojrzenie Snape'a. Zadarł głowę wysoko i go zignorował. Z przyjemnością przejdzie jeszcze kawałek pod opieką Harry'ego, bo to właśnie obiecywało mu zakończenie tego rytuału i nadchodząca przyszłość.

A będziemy mieli przyszłość. Bo ja tak mówię.