Cytowana tu poezja pochodzi z „Ledy i łabędzia" Williama Butlera Yeatsa (tłum. Jerzego Pietrkiewicza)
Rozdział osiemdziesiąty pierwszy: Nasze własne głosy
– Powinieneś był wiedzieć, że tak to się skończy.
Harry otworzył na te słowa oczy i zorientował się, że tym razem chyba jednak nie zdoła przekonać Snape'a, że przecież nic się nie stało. Obrócił głowę na poduszce, zupełnie jak zrobił to wcześniej, żeby spojrzeć na szarą sukę, która pojawiła się jako reprezentacja Śmierci, i skrzywił się. Wciąż kręciło się i szumiało mu w głowie od utraty krwi. Nie znajdował się w szczególnie dobrej pozycji, z której mógłby się wykłócać.
Ale z wpadającego do skrzydła szpitalnego światła wywnioskował, że musiało być już rano i nie miał już na sobie żadnych ran, poza długą, zakrzywioną, rozciągającą się wzdłuż prawego przedramienia i wiele pomniejszych zadrapań i siniaków, których mógłby nabawić się przy byle potknięciu w lesie. Przeżył i to praktycznie bez uszczerbku. Miał wiele godzin, żeby się wyspać i dojść do siebie. Madam Pomfrey ewidentnie podała mu eliksiry na uzupełnienie krwi. Co oznaczało, że powinien być gotów na stawienie czoła Snape'owi.
Podźwignął się na lewym łokciu, bo wiedział, że prawy szybko by się pod nim ugiął. Spokojnie spojrzał Snape'owi w oczy.
– Wiedziałem, że nie puściłby mnie pan i nie pozwoliłby mi na zrobienie tego, co było trzeba – powiedział. – Sam mi to pan powiedział. Zakazał mi pan tego, jak tylko wspomniałem o wylaniu krwi na łańcuch. Dlatego udałem się tam sam, bo chciałem się upewnić, że testrale zostaną uwolnione, a to był jedyny sposób na rozpuszczenie zimnego łańcucha. To wszystko.
Twarz Snape'a wyglądała z wściekłości jak czarny kamień. Nachylił się bliżej.
– Nigdy więcej do tego nie dojdzie – powiedział.
– Właśnie, że dojdzie – powiedział Harry. Czuł, jak wszystko się w nim nieprzyjemnie zwijało. Było mu źle, że wymknął się sam do lasu i nawet nie zostawił po sobie notki, ale przecież ktoś mógł ją znaleźć przed czasem i przerwać w ważnym momencie. Co byłoby po stokroć gorsze od uchylania się od obowiązków vatesa. Jasne, jak był mały to często się wymykał i robił wszystko po swojemu z głupich powodów, albo w ramach satysfakcjonowania swojego treningu i chronienia Connora. Ale tym razem naprawdę wszystko zbadał jak należy. Tylko krew mogła uwolnić testrale. Skórę trzeba było naciąć cierniami, a nie nożem czy zaklęciem. Było to związane z jakimiś ciernistymi krzewami, które rosły na terenach, z których testrale pochodziły. Harry sobie tego wszystkiego nie wymyślił. Po prostu postanowił działać zgodnie z wytycznymi.
– Nie dojdzie.
Harry zamrugał i odchylił się lekko od Snape'a, ocierając sobie z policzka odrobinę śliny, która w niego trafiła. Już od dawna nie widział u swojego opiekuna takiej pasji. Zniżył głos, zamiast go podnosić, przez co Harry czuł potrzebę odwrócenia wzroku. Ale jakżeby mógł? Przecież zrobił to, co było potrzebne. Jeśli obieca, że więcej tego nie zrobi, to jakby zdradzał najważniejsze zasady w swoim życiu.
– Muszę skorzystać z cierni – powiedział. – Muszę skorzystać z krwi. Jeśli pan sobie życzy, może pan ze mną następnym razem iść, ale naprawdę nie ufam panu, że mnie pan nie sparaliżuje i zaciągnie do Hogwartu, jak tylko rozetnę sobie rękę.
– I masz pod tym względem rację, nigdy nie zgodziłbym się na takie szaleństwo. – Głos Snape'a robił się coraz chłodniejszy, coraz bardziej surowy. – Musi istnieć inny sposób na wyzwolenie ich, Harry. Znajdź go.
– Nie istnieje – zauważył spokojnie Harry. – Spędziłem ostatni tydzień na szukaniu czegokolwiek innego. Ale zawsze sprowadza się to do krwi i cierni. Przykro mi. Tak samo jak wywar uspokajający nie zmieni swojej podstawy bez względu na to, ile bym nad nim nie pracował, tak samo to nie zmieni się tylko przez pańskie protesty.
Snape zamknął oczy i wymamrotał coś agresywnego, podczas gdy jego bezróżdżkowa magia wiła się i trzeszczała wokół niego. Harry przyglądał mu się z niepokojem. Nie miał zamiaru zmienić co do tego zdania, bez względu na poczucie winy, czy dowolne argumenty Snape'a. Ale żałował, że nie wiedział, jak właściwie ukoić jego strach.
– Proszę mi pozwolić. Chyba sobie z nim poradzę.
Harry poderwał głowę. Draco stał w drzwiach do skrzydła szpitalnego, opierając się o framugę. Teraz jednak wszedł do środka i ruszył wprost do łóżka Harry'ego. Harry przełknął wzbierającą w nim nerwowość. Już od miesięcy nie widział Dracona tak wyraźnie i szczerze wściekłego. Co innego nadąsanie za to, że czegoś nie otrzymał. Ten Draco zachowywał się jak połączenie Narcyzy ze Snape'em.
Draco dotknął prawej ręki Harry'ego, tuż nad raną, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od jego twarzy.
– Uważasz, że ta cena była do przyjęcia, prawda, Harry? Uważasz, że skoro twoja ścieżka vatesa prowadzi cię w tym kierunku, to po prostu musisz się tam udać?
Harry kiwnął głową, zahipnotyzowany sposobem, w jaki przeszywało go spojrzenie Dracona.
– A co się stanie, kiedy znajdziesz magiczny gatunek, który mógłbyś uwolnić wyłącznie poprzez poświęcenie najdroższej ci osoby? – zapytał cicho Draco. – Albo poprzez poświęcenie zdolności do kochania? Czy taka cena też byłaby dla ciebie do przyjęcia?
– Nie istnieją takie gatunki – powiedział Harry, czując jak plecy mu się wyginają.
– Ale mogą. – Draco przyglądał mu się z namysłem, bezlitośnie, a jego twarz pozostawała nieugięta. – Jeszcze nie wiesz wszystkiego o magicznych stworzeniach na tym świecie, Harry, a już na pewno nie o pętających je sieciach. Gdzieś tam może istnieć sobie coś pięknego, albo przerażającego, co zażąda takiej ceny za swoją wolność. – Nachylił się bliżej, aż Harry poczuł na policzku jego oddech. – Albo za które przyjdzie ci zginąć. Wczoraj prawie tam zginąłeś, Harry, a uwolniłeś tylko jednego testrala. Będziesz tak zbliżał się do śmierci za każdym razem, kiedy pójdziesz jakiegoś uwolnić?
– Nie uważałem, żeby moje życie było w jakikolwiek sposób zagrożone – powiedział Harry, próbując się odsunąć. Draco położył mu rękę na karku, co, w połączeniu z osłabieniem mięśni wywołanym utratą krwi, nie pozwoliło mu się ruszyć. – Wiedziałem, że magia mnie uratuje.
– W takim razie co to jest? – Draco poderwał mu lewą dłoń i podsunął pod nos.
– Szary pies przyszedł i ją polizał – powiedział stoicko Harry, ale i tak się skrzywił, kiedy Draco zahaczył paznokciem o maleńką pozostałość po srebrze, jaka widniała na środku jego dłoni. Tak, faktycznie była kształtu psiej głowy.
– Nie wiedziałeś, że do tego dojdzie – powiedział Draco. – Nie miałeś pojęcia, jak tak naprawdę będzie wyglądała cena uwolnienia testrali, Harry. Po prostu uparłeś się, że trzeba się za to zabrać. Powiedz mi, czemu nie mogłeś użyć do tego krwi zwierzęcej? Przeczytałeś coś w książkach, co by tego zabraniało?
– Zwierzę nie byłoby w stanie poddać krwi z własnej woli – przypomniał mu surowo Harry. – Ja byłem.
– A powiedz, w której książce jest napisane, że ten łańcuch musi zostać zniszczony za pomocą krwi poświęconej z własnej woli?
Harry wiedział, że wahał się o moment za długo.
Draco sięgnął ku niemu i złapał za podbródek w miażdżącym uścisku.
– Wiedziałem – powiedział niemal bezgłośnie. – Ta decyzja, żeby użyć własnej krwi, pochodziła wyłącznie od ciebie. Zrób tak jeszcze raz, Harry, to zerwę zaręczyny.
Strach zmroził mu wnętrzności bardziej, niż poczucie winy kiedykolwiek by zdołało. Harry zagapił się na twarz Dracona.
– Nie mógłbyś... nie mów tak – wyszeptał wreszcie. – Nawet tak nie gróź.
– Niby czemu nie? – Oczy Dracona były jasne i pełne pogardy. – Powiedziałeś, że nie poświęciłbyś kogoś sobie drogiego, albo zdolności go kochania, Harry. A mimo to jesteś gotów poświęcić wszystko, dzięki czemu w ogóle jesteś w stanie kochać ludzi i być przez nich kochanym, czyli swoje życie. Nigdy nie ceniłeś go wystarczająco. Uważałeś je za jeden z pionków w grze. Wydawało mi się, że już się z tego wyleczyłeś, ale to dowodzi, że wcale tak nie jest. Musisz z tym skończyć. Pamiętaj, co ci powiedziałem, Harry. – Pogłaskał Harry'ego po policzku, po czym pochylił się i pocałował go tak mocno, że aż zabolało, aż zabrakło tchu. – Tym jednym czynem – wymamrotał, oddychając prosto do ust Harry'ego – powiedziałeś, że nie cenisz sobie dość rytuałów, przez które przeszliśmy do tej pory, możliwości wszystkiego, czym moglibyśmy się dla siebie stać po zakończeniu rytuału za dwa lata, ani mojej obecności w twoim życiu.
– Wcale tego nie powiedziałem! – zawył Harry, czując jak temperament wymyka mu się spod kontroli. – Nie myślałem, że tam zginę!
– Ale i tak postawiłeś swoje życie w ogromnym niebezpieczeństwie i to bez mówienia komukolwiek, gdzie się w ogóle udałeś, oraz zignorowałeś oczywiste alternatywy, dzięki którym w ogóle nie byłbyś nawet zagrożony – powiedział płynnie Draco, po czym odsunął się od łóżka. – Wiedziałeś, że będziemy się o ciebie martwili, ja, profesor Snape, twój brat i wszyscy inni, którzy cię kochają, a i tak to zrobiłeś. Uznałeś, że ten jeden, magiczny gatunek, jest ważniejszy dla ciebie od wszystkich, które wciąż potrzebują, żebyś za nich walczył i wyzwalał. Co by się stało ze skrzatami domowymi, gdybyś zginął w Zakazanym Lesie, Harry?
– Zgredek przemawia za ich prawami znacznie lepiej, niż ja kiedykolwiek bym...
– Co znaczy, że cię jednak nie potrzebują – powiedział ostro Draco. – Idioto. Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że cenisz sobie swoje życie, Harry.
– Cenię – powiedział Harry, łypiąc na niego. Dopiero teraz poczucie winy zaczęło rozdzierać go swoimi ogromnymi pazurami, bo zaczął zastanawiać się o tym, jak to musiało wyglądać z punktu widzenia Dracona i Snape'a.
– A teraz powiedz mi, że cenisz sobie ludzi w swoim życiu.
– Przecież wiesz, że cenię. Nie powinienem tego udowadniać.
– Ależ powinieneś – powiedział Draco – bo zeszłej nocy najwyraźniej nie przeszkadzało ci, że mogą cię stracić i nie będą już mieli kogo dalej kochać. Udowodnij mi więc, że jednak nas cenisz, Harry. Dobrowolnie chroń własne życie przynajmniej przez miesiąc, aż do rytuału na Walpurgę. I nigdy więcej nie rób czegoś takiego.
Obrócił się i wyszedł, zanim Harry zdołał odpowiedzieć.
– To spełnia wymogi kary od partnera – odezwał się Snape. – A teraz pora na karę od rodzica, Harry. Szlaban na miesiąc, na każdy wieczór. I tak – dodał, kiedy Harry otworzył usta. – Nawet w weekendy.
– Ale proszę pana...
Snape spojrzał na niego.
– Severusie – poprawił się Harry z jękiem. – Jak... przecież to niemoralne, tak korzystać ze zwierzęcej krwi, zmuszać je do przeżycia tak ogromnego bólu tylko dlatego, że chcę coś zrobić.
– Równie dobrze można zapytać, czy to moralne, tak martwić ludzi, którzy cię kochają – powiedział Snape, po czym się odwrócił. – Będę czekał dzisiaj na ciebie w swoim gabinecie, Harry. Nie martw się, to nie będzie nic ciężkiego, w końcu twoja ręka wciąż się goi.
Wyszedł. Harry leżał na plecach, patrząc się w sufit i czując, jak policzki płoną mu z upokorzenia i furii.
Furia była jednak niewielka i zakopana przede wszystkim przez poczucie winy.
Po prostu... wydawało mi się, że będą na mnie źli, bo ich okłamałem. Nie spodziewałem się, że dojdą przez to do wniosku, że nie cenię sobie własnego życia. Cenię. Po prostu...
Kiedy Harry usłyszał w swojej głowie następne słowa, niemal zadławił się własnym językiem.
Nie jest równie ważne, co wszystko inne.
Zaskoczony Harry zwinął się w kłębek, układając sobie poduszkę pod policzkiem. Nie zdawał sobie sprawy, jak to wszystko odbiłoby się na Draconie i Snape'ie, ani co by sobie pomyśleli i poczuli, gdyby usłyszeli teraz od niego coś takiego.
Może czas najwyższy, żeby się nad tym zastanowił.
Draconowi było naprawdę ciężko tak jeść w ciszy obok Harry'ego, kiedy chciał po prostu ustąpić, objąć go i zabrać z powrotem do sypialni na rundkę seksu, która rozwiałaby między nimi wszelkie niedomówienia.
Ale był zdecydowany to znieść, choćby nie wiem jak było ciężko.
Zerknął z ukosa na Harry'ego, który markotnie skubał śniadanie. Dwa dni odpoczynku, z wyłączeniem szlabanów ze Snape'em, pozytywnie wpłynęły na zdrowie Harry'ego. Ale jego nastrój w ogóle się nie poprawił. Był cichy i przygnębiony, kiedy Draco zobaczył go po kłótni i od tamtego czasu pozostawał cichy i przygnębiony.
Akurat, kiedy Draco na niego zerknął, Harry zalewał sobie płatki sokiem pomarańczowym, zamiast mlekiem. Draco wzdrygnął się lekko. Teraz już pragnienie pocieszenia Harry'ego było tak silne, że niemal nim miotało, niczym uderzająca w niego fala.
Ale i tak się powstrzymał. Filozoficzna różnica, jaka pojawiła się między nim a Harrym, była równie głęboka, co ta, która leżała między jego rodzicami w kwestii wydziedziczenia. Narcyza nie ustąpiłaby przed Lucjuszem, nie tracąc przy tym twarzy i udowadniając, że tak naprawdę wcale nie przejmowała się tym, co zrobił jej rodzinie. Draco wiedział, że teraz miało miejsce coś adekwatnego. Jeśli ustąpi, to Harry już nigdy więcej nie weźmie go na poważnie. Ponownie zaryzykuje życiem ze świadomością, że czeka go najwyżej kilka nieprzyjemnych dni, co przecież jest wyjątkowo małą ceną za wolność testrala.
Draco chciał, żeby ta lekcja wreszcie do niego dotarła. I tak będzie. Zniesie nieszczęśliwe dni. Jedzenie mu od tego nie smakowało, a ręce swędziały od pragnienia dotknięcia Harry'ego, ale to i tak było lepsze od niekończących się nocy, jakie spędzałby na zamartwianiu się, czy Harry znowu gdzieś nie ucieknie i jeśli tak, to czy w ogóle zdoła wrócić.
Draco kiedyś powiedział, że nie chce być zrozpaczoną żoną, która wyglądałaby tylko Harry'ego przez okno, podczas gdy Harry wybierałby się na te swoje przygody. Ale też nie miał zamiaru stać się bezsilnym partnerem, pozostawionym w środku nocy w łóżku, podczas gdy Harry ryzykował życiem, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy mógł osiągnąć swój cel za pomocą znacznie mniej niebezpiecznych środków. Harry nauczy się cenić swoje życie, choćby dlatego, że Draco je cenił.
A jak nie...
Draco wziął głęboki oddech i zaczął skrobać widelcem po talerzu z niepotrzebną agresją, ale skończył już jeść, więc nie miał czego na nim przepychać.
Jak nie, to zerwie zaręczyny. Powiedział, że to zrobi i naprawdę miał to na myśli. Nie chciał być pozostawiany w tyle, jakby był jakiś gorszy, kiedy cały ten rytuał miał właśnie za zadanie dopilnować, żeby byli sobie równi. Zasługiwał na coś lepszego.
Snape patrzył kątem oka, kiedy Harry wszedł i skierował się od razu do stosu książek, który czytał już od trzech dni. Ramiona mu się spięły, kiedy otworzył pierwszą z brzegu, ale przynajmniej nie wyglądał już, jakby miał ochotę kogoś zamordować. Snape podejrzewał, że to był pewien postęp.
Książki zawierały w sobie czarodziejskie bajki, mugolskie bajki i wiele innych opowiadań dla dzieci. Harry miał je wszystkie przeczytać i zrobić notatki. Jedyne, co wszystkie miały ze sobą wspólnego, to motyw przewodni. Wszystkie dotyczyły rodzica, albo dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie i drugie przybywa mu na ratunek.
Harry poderwał wzrok i łypnął na niego z oburzeniem, kiedy przyszedł pierwszego wieczoru po zranieniu się i zwrócił na to uwagę. Snape patrzył na niego z powagą, póki nie odwrócił się i zaczął spisywać notatki. Tytuł notatek brzmiał „czego się nauczyłem".
Każdej nocy nabierały na treści i spójności; za pierwszym razem były tak chaotyczne i niewyraźne, że Snape nie był w stanie ich rozczytać. Teraz jednak pojawiały się w nich porównania między różnymi rodzajami historii, rozważania na temat wątków pobocznych, oraz, coraz częściej, przyznanie że ci rodzice naprawdę kochali swoje dzieci i vice versa.
Snape wrócił do sprawdzania wypracowań, podczas gdy za nim rozlegało się ciche skrzypienie pióra Harry'ego.
Draco chciał nauczyć Harry'ego doceniania go i uważania za kogoś sobie równego. W przypadku Snape'a nauczka musiała wyglądać inaczej; Snape nie chciał, żeby Harry uważał, że własnego ojca powinien traktować jak przyjaciela, opiekuna, czy kolegę. Przede wszystkim chciał, żeby Harry zorientował się, że jednak jest w stanie być synem i nie ma niczego złego w tym, że ktoś spróbuje go czasem powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego, czym naraziłby się na niebezpieczeństwo.
Jeśli dodać do tego fakt, że póki przebywał w gabinecie Snape'a, czytając i robiąc notatki, póty nie miał czasu na bieganie po Zakazanym Lesie i rozdzieranie sobie rąk cierniami, to Snape naprawdę uważał, że to był uczciwy układ. Harry się czegoś nauczy. Snape będzie miał Harry'ego na oku. Miesiąc szlabanów powinno nauczyć czegoś kogoś nawet tak upartego, jak jego syn.
Snape zamaszyście ocenił wypracowanie, stawiając na nim duże „T".
Connor czekał cierpliwie za rogiem. Gdzieś przed nim rozlegały się ciche głosy. Jeden z nich słyszał od dzieciństwa i z rezygnacją przyjął do wiadomości, że drugi będzie słyszał już do końca życia. Prowadzili szeptaną, prywatną rozmowę, której nawet nie starał się podsłuchiwać. To nie była jego sprawa.
Ale między nimi a nim w tym krótkim zaułku stał ktoś jeszcze.
Ktoś, kto ostatnio stale szwendał się za Harrym, a jego brat, pogrążony w swojej abstrakcyjnej rozpaczy, w ogóle tego nie zauważył.
Ktoś, kto postanowił się wtrącić nieproszony, przez co Connor wreszcie postanowił zainterweniować.
Usłyszał ciche mlaskanie i wywrócił oczami aż pod sam sufit. Lepiej, żebyś docenił, jak wiele dla ciebie robię, Harry, jęknął w myślach. Naprawdę wystarczy mi świadomość, że się całujecie z Draco, nie potrzebowałem jeszcze potwierdzenia.
Chwilę później usłyszał ciche i wirujące kliknięcie i sięgnął za róg, złapał za kołnierz stojącą tam osobę i przyciągnął do siebie, chowając się z nim w bocznym korytarzu. Pisnął, kiedy Connor obrócił go i przycisnął do ściany. Ani Harry, ani Draco tego nie usłyszeli dzięki rozstawionemu zawczasu bąblowi zaklęcia wyciszającego. Mimo wszystko Connor i tak wyjrzał z niepokojem i zobaczył, jak stali blisko siebie, tak bardzo sobą zaabsorbowani, że aż go lekko zemdliło.
Na szczęście miał kogoś, na kim mógł skupić całą swoją uwagę.
– Colin – powiedział, patrząc na niego ze swoim najlepszym uśmiechem drapieżnika. Zaimponował nim kiedyś Parvati, która stwierdziła, że wygląda z nim jak szalony morderca, który dopiero co uciekł z Tullianum. – Siemasz. – Odczekał chwilę.
Colin Creevey rozglądał się przez chwilę naokoło, jakby miał nadzieję, że Connor jednak miał na myśli jakiegoś innego Colina. Wreszcie oklapł i wbił wzrok w podłogę.
– No, siemasz Connor.
– Fajny aparat – powiedział Connor, wskazując przedmiot w rękach Colina. – Pewnie pomaga ci w robieniu zdjęć... och, różnych rzeczy i sytuacji, na które nikt inny nie zwróciłby uwagi.
Chłopak ożywił się, jak to zwykle bywało, ilekroć ktoś rozmawiał z nim o fotografii.
– No, serio – powiedział. – Parę dni temu zrobiłem zdjęcie kwiatkowi na skraju Zakazanego Lasu, którego nie ma w żadnej książce o zielarstwie. Nawet Neville powiedział, że jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Chcesz zobaczyć? – Zaczął się obracać i klepać po kieszeniach.
– Nie teraz, Colin – powiedział uprzejmie Connor. – Bardziej interesuje mnie zdjęcie, które zrobiłeś przed chwilą.
Colin wbił w niego ogromne, niewinne oczy i zaśmiał się lekko.
– Przed chwilą? Nie mam niczego takiego, Connor.
– Ale już – powiedział Connor, kłapiąc zębami tak mocno, że Colin podskoczył i spróbował się od niego odsunąć. Naturalnie, nie był w stanie tego zrobić, bo Connor wciąż trzymał go za kołnierz. – To, na którym mój brat całuje się z Draco Malfoyem, Colin. Merlin jeden wie, że nie chcę na to patrzeć, ale znosiłem już dla niego gorsze sytuacje.
– To nie tak, jak myślisz – powiedział nadąsany Colin, odpinając aparat od paska zabezpieczającego i podając go Connorowi. – Znaczy... nie zrobiłem tego zdjęcia, bo chciałem go sprzedać „Prorokowi Codziennemu", czy coś w tym stylu. Zrobiłem je, bo wydawało mi się, że Harry ma coś dziwnego na prawej ręce.
– Niby co takiego? – Connor przez chwilę przyglądał się aparatowi, ale z satysfakcją uznał, że zaskoczył Colina tak nagle, że Colin nie zdążył niczego zrobić z ostatnim zdjęciem. Włożył go sobie do kieszeni i uśmiechnął do Colina. – Odzyskasz go po zniszczeniu dowodów.
– Wydawało mi się, że ma Mroczny Znak – powiedział szczerze Colin. – Bandaż na ręce, kiedy ostatnio nie było żadnej walki?
Connor wywrócił oczami, nawet nie próbując się z tym kryć. Czasami świat okazywał się wyjątkowo rozczarowujący przez wszechobecną głupotę. Ale i tak miał zamiar jakoś wynagrodzić sobie fakt, że zaraz przyjdzie mu zobaczyć i zniszczyć zdjęcie, na którym jego brat całuje się ze swoim chłopakiem.
– Śmierciożercy noszą Mroczne Znaki na lewych przedramionach – powiedział.
– Och. – Colin ponownie oklapł.
Connor umilkł, jakby w zamyśleniu, po czym nachylił się bliżej.
– Słuchaj – powiedział. – Powiem ci, co zrobił, jeśli obiecasz mi, że przestaniesz za nim łazić. I że nikomu o tym nie powiesz.
– Serio? – Twarz Colina pojaśniała od niepokojącej mieszanki chciwości i kultu bohatera. – Och, dziękuję, Connor! Obiecuję, nikt o tym nie usłyszy, obiecuję, obiecuję, obiecuję...
– Raz wystarczy – mruknął Connor i zaczął mówić cicho, pomimo zaklęcia wyciszającego. – Poszedł do Zakazanego Lasu, żeby uwolnić testrale. Musiał do tego wbić sobie ciernie w rękę.
– Serio? – powiedział niemal bezgłośnie Colin, otwierając szeroko oczy.
– Tak. – Connor jeszcze bardziej ściszył głos, jakby bał się, że Harry wyjdzie zza rogu i ich nakryje. Colin, który prawdopodobnie nie zorientował się, że stali w zaklęciu wyciszającym, z fascynacją nachylił się bliżej. – Musiał pokryć cały łańcuch krwią, która wylewała się z ran zadanych przez ciernie. No i, oczywista, musiał otwierać sobie te rany na nowo, ilekroć usiłowały się zaleczyć.
Colin przysunął się jeszcze bliżej, bo Connor zniżył głos do szeptu.
– A kiedy łańcuch zniknął i testral był wolny, wiesz co zrobił?
– Co? – zapytał Colin.
– On go...
Connor nagle podniósł głos, wrzeszcząc Colinowi prosto w twarz.
– Skrzywdził!
Connor zawył i odskoczył od niego, po czym uciekł w kierunku wieży Gryffindoru.
Connor śmiał się długo i głośno, po czym ruszył przed siebie, od czasu do czasu poklepując aparat w swojej kieszeni. Wyglądało na to, że jego brat i szwagier wreszcie się ze sobą pogodzili, co oznaczało, że w ich niewielkim zakątku znowu zagości cisza i spokój.
– Właściwie to zastanowiłem się nad tym wszystkim głównie przez horkruksy, wiesz.
Draco podniósł głowę z ramienia Harry'ego i zamrugał na niego. Przysypiał już całe popołudnie; był tak przytłoczony emocjami, odkąd Harry przyszedł do niego, przeprosił i powiedział, że przemyślał sobie wszystko, co od niego usłyszał i uznał, że Draco miał sporo racji, że sen wydawał się naprawdę dobrym wyjściem. Jasne, wciąż się poniekąd spodziewał, że ten spokój roztrzaska się lada moment, a Harry na niego nakrzyczy – jeszcze nigdy ich kłótnie nie kończyły się tak spokojnie, bez jakichś załamań emocjonalnych, czy wrzasków – ale być może oznaczało to, że po prostu obaj dorośli.
– Co masz na myśli? – zapytał.
Harry pogłaskał go po głowie. Praktycznie nie przestawał dotykać Dracona, odkąd wrócili do sypialni. Draconowi w ogóle to nie przeszkadzało.
– Badam horkruksy, bo chcę znaleźć jakiś sposób na pominięcie wymogu poświęcenia – powiedział. – Czemu nie miałbym przeszukać informacji o testralach, żeby znaleźć jakiś sposób na wyminięcie wymogu zalewania łańcuchów własną krwią?
Draco spiął się nieco. Właśnie w tym punkcie ich „pogodzenie" się wyczerpywało.
– Wolno ci użyć krwi zwierząt – powiedział Harry'emu. – To nie jest niemoralne. Nie jesteś winien równie wiele uwagi zwykłym zwierzętom, to nie są magiczne stworzenia.
Harry go zignorował.
– Oba wymagają poświęceń – powiedział. – Ale jedno było dla mnie nie do pomyślenia. Czemu nie drugie? – Owinął palce wokół kosmyka włosów Dracona i pociągnął. – Ponieważ to właśnie ja, a nie nikt inny, znalazłem się w niebezpieczeństwie w Zakazanym Lesie? Przecież to głupie, nie powinienem był przez to kończyć badań. – Prychnął i wtulił twarz w nasadę szyi Dracona, co zaczęło tłumić nieco jego słowa. – Dlatego zastanawiałem się nad tym, myślałem i myślałem i doszedłem do wniosku, że tak, miałeś w gruncie rzeczy rację. Nie podoba mi się ta groźba i nie sądzę, żebyś miał rację pod względem zabijania zwierząt w ramach pozyskiwania krwi, ale co do całej reszty naprawdę miałeś rację. Skoro wiem, że jestem równie ważny co inni ludzie, to głupim z mojej strony jest traktowanie siebie inaczej od innych.
Draco zastanawiał się, na co właściwie odpowiedzieć z tego wszystkiego i ostatecznie wybrał to najbardziej nieszkodliwe. Nie sądził, żeby Harry teraz chciał kłócić się o upuszczanie zwierzętom krwi bez zabijania ich, albo że jego życie jednak jest ważniejsze od żyć większości czarodziejów w Brytanii.
– To nie była groźba. Przerwałbym nasz rytuał zaręczynowy, Harry. Nie zasługuję na związek, w którym traktujesz mnie jak kogoś od siebie gorszego.
Harry przewrócił się i przymrużył z namysłem oczy.
– Nie wiem, czy byłbyś w stanie na serio to zrobić – powiedział. – Dlatego nazwałem to groźbą, a nie obietnicą.
Draco zagapił się na niego, po czym odwrócił wzrok. Zaczynał żałować przyznania się, że w miarę mijających dni kwietnia, kiedy ich kłótnia się przeciągała, sam zaczynał dochodzić do wniosku, że na dłuższą metę chyba jednak nie wytrzymałby z dala od Harry'ego. Nie lubił o tym za długo myśleć. Po prostu miał wrażenie, że powinien był się odezwać, żeby zaznaczyć, jak poważnie do tego podchodził.
– Nie stawiaj mnie więcej w takiej sytuacji, to nie będziemy musieli się przekonywać, na ile miałem to na myśli – powiedział, usiłując nadać swojemu głosowi lekki ton.
Harry złapał go za płatek ucha i odsunął go, żeby pocałować skórę za nim.
– Nie chcę – wyszeptał. – Mam nadzieję, że następnym razem szybciej się ogarnę.
Draco zamknął oczy i poddał się łagodnemu dotykowi i przepływającej po nim przyjemności, kiedy Harry delikatnie przygryzł i chuchnął mu w ucho. Jasne, nie chciał o tym myśleć. Ta kłótnia dobiegła końca i jeśli Harry naprawdę porządnie zastanowił się nad tym, co dla innych oznaczało jego pakowanie się w śmiertelnie niebezpieczne sytuacje, to prawdopodobnie nigdy więcej nie dojdzie do podobnej. Wolał myśleć o innych sprawach.
Na przykład fakcie, że zaledwie za parę tygodni kwiecień dobiegnie końca i dojdzie do ich drugiego rytuału w Walpurgę, piątego z trzynastu, mającego miejsce na rocznicę pierwszego.
Harry naprawdę porządnie się nad wszystkim zastanowił. Miał na to sporo czasu w ciągu tygodnia, kiedy praktycznie nie odzywał się do Dracona i spędzał szlabany na czytaniu historii, które praktycznie nie zajmowały mu umysłu.
I zaczynał dochodzić do wniosku, że jeśli jego życie było równie ważne, co wszystkich innych...
I perspektywa jego w niebezpieczeństwie przerażała innych ludzi w ten sam sposób, w jaki byłby przerażony, gdyby to Snape znalazł się w niebezpieczeństwie, albo Connor, żeby już nawet nie wspominać o zamarzającej serce zgrozie, którą czuł, kiedy Rosier rzucił na Dracona klątwę dominacji płuc...
I skoro byłby oburzony, gdyby ministerstwo ciągle zbywało kogoś w ten sam sposób, w jaki zbywało jego...
To być może po przeczytaniu trzeciego listu od Starszego Junipera, w którym znowu było, że wciąż nie jest gotów na przyjęcie przeprosin i Harry powinien spróbować w przyszłym tygodni, Harry wcale nie musiał się tego słuchać, ani nawet w ogóle odpisywać.
I tak odpisał, podpierając pergamin na położonym na kolanie podręczniku od transmutacji, na zmianę przytrzymując go w miejscu zaklęciem lewitującym i lewą dłonią, do której funkcjonalności wciąż nie był przyzwyczajony. Śmierć zrobiła dla niego coś naprawdę wspaniałego, tak zmieniając srebro w ciało.
Choć nie byłoby to warte twojego życia.
Strząsnął z siebie tę myśl i nachylił się nad listem. Naprawdę wątpił, żeby Starszego Junipera obchodziła jego wyprawa do Zakazanego Lasu. Wydawał się być najbardziej zainteresowany zachowaniem Harry'ego na festiwalu po wyzwoleniu syren i odmawianiem przyjęcia przeprosin, co pozwoliłoby im obu mieć to wreszcie za sobą.
Harry odpowiedział chłodnym tonem, który zaleciłby komuś, kto musiałby się w ten sposób użerać z urażonym znajomym, który tylko wszystko utrudniał w jakiejś ważnej sprawie.
8 kwietnia 1997
Drogi Starszy Juniperze,
Ponownie zwracam się z ofertą wystosowania do pana przeprosin za moje zachowanie w czasie urządzonego na moją cześć festynu, który miał miejsce zaraz po równonocy wiosennej. Napisałem w tej sprawie już dwukrotnie, za każdym razem proponując spotkanie i za każdym razem spotkania nie doszły do skutku. Przed chwilą otrzymałem kolejny list z prośbą o napisanie do pana w późniejszym terminie, mimo że w dalszym ciągu nie otrzymałem żadnych wyjaśnień względem tego, czemu to się tak przeciąga.
Naprawdę chciałbym się z panem pogodzić i jeśli nie możemy tego zrobić twarzą w twarz, to medium pergaminu z całą pewnością powinno okazać się ku temu wystarczająco starożytne i szlachetne. Po raz kolejny składam moje najszczersze przeprosiny. Jeśli byłby pan skłonny spotkać się ze mną w trzeci weekend tego miesiąca, to będę do pańskiej dyspozycji.
Z poważaniem,
Harry vates, Dziedzic Blacków
Dziwnie się czuł, dodając to ostatnie, ale raczej nie zaszkodzi mu przypomnienie, że jednak miał pewne prawa do starożytnej, czystokrwistej rodziny – nawet jeśli nie świetlistej, którą Juniper chętniej by uszanował.
Draco zajrzał mu ponad ramieniem, żeby przeczytać list, po czym ścisnął mu ramię z aprobatą. Harry zapieczętował kopertę lakiem z herbem Blacków i ruszył w kierunku sowiarni. Być może to zaspokoi Junipera. Harry już nie mógł sobie dłużej pozwalać na planowanie kolejnych spotkań, które mogły w ogóle nie wypalić, bo przez to tracił wolne ranki i popołudnia, które wolał wykorzystać na badaniach horkruksów i uwalnianiu testrali.
– Chyba się czegoś domyśla.
Aurora zmarszczyła brwi w kierunku głowy Junipera w swoim kominku, po czym wróciła do splatania warkocza w egipski wzór, którego niedawno się nauczyła.
– Skąd ten pomysł?
Juniper bez słowa podniósł list. Aurora przysunęła się bliżej kominka, żeby go zobaczyć. W miarę czytania jej brwi marszczyły się coraz mocniej, a pod koniec już westchnęła. Podejrzenia nie są wykluczone, ale przecież i tak nie moglibyśmy tego odciągać w nieskończoność.
– I co pan planuje z tym zrobić? – zapytała, ostrożnie się odsuwając, kiedy płomienie pojawiły się niebezpiecznie blisko wyślizgującego jej się z palców warkocza.
– Zgodzę się na spotkanie – powiedział Juniper. – Nie powinno nam to jakoś zaszkodzić. I tak nie zdołamy podjąć żadnych nagłych kroków. Ośmielę się przypuszczać, że nie dojdzie do niczego złego, jeśli pozwolę mu zobaczyć się, kiedy będzie mnie przepraszał, oraz sobie na zobaczenie Orderu Merlina przypiętego do jego koszulki.
Aurora przygryzła z namysłem wargę.
– I nie uważa pan, że Order Merlina zapewni mu polityczne wpływy, za pomocą których zdoła postawić się naszym planom?
– Nie sądzę – powiedział Juniper. – Większości świadków festynu bardziej zapadło w pamięć jego zniknięcie, a nie nagroda. Jeśli to ma być prywatne spotkanie, a Harry nie powie o tym gazetom – i czemu by miał, skoro tak niechętnie podchodzi do przyjmowania zaszczytów? – to niebawem nikt już nie będzie o tym pamiętał. Aż do chwili, w której wszystkim o tym przypomnimy, oczywiście.
Aurorze dech zaparło. Juniper był znacznie bardziej otwarty ze swoją pogardą wobec Harry'ego, niż w czasie ich ostatniego spotkania.
– Czy to znaczy, że jednak będziemy musieli zacząć działać wbrew niemu? – Nawet w czasie samych negocjacji z Juniperem nie była pewna, czy w pewnej chwili nie usłyszy od niego, że działanie wbrew Harry'emu jest niemożliwe i w najlepszym wypadku i tak skończy się czymś koszmarnym.
– Obawiam się, że musimy – mruknął Juniper. – Przebadałem jego polityczną działalność na przestrzeni kilku ostatnich lat, Madam Whitestag, i to nie tylko w oparciu o informacje, które od pani dostałem. – Aurora poczuła ukłucie dumy, że wreszcie znalazła sobie sojusznika zdolnego do inicjatywy. Nie mogła się tego spodziewać po Lisie Addlington, czy Marvinie Gildgrace'ie. – I widzę stałe wzorce zachowań. Pojawiają się kłopoty, wynikające albo z błędów Harry'ego, albo jednego z jego bohaterskich czynów. Jest zakłopotany w ich obliczu i rozmawia z gazetami jak ktoś, kto w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wykorzystać swoją sławę, bez względu na to, czy byłaby dobra czy zła. Niektóre aspekty jego psychologii – na przykład pragnienie ukrycia się ze wszystkim – stały się znacznie jaśniejsze po przejrzeniu rejestrów z rozprawy jego rodziców. Nie ma też co opierać się na jego relacjach z Albusem Dumbledore'em. – Twarz Junipera zrobiła się na chwilę ciemna z gniewu. Aurora wiedziała, że myślał właśnie o tym, jaką hańbą Albus Dumbledore okazał się dla Światła. Nie skomentowała tego. Nie była zadeklarowana, więc byłoby to nie na miejscu. – Ale w tym kontekście dla nas oznacza to w sumie głównie dobre wieści. Nie chciał go atakować aż do ostatniej chwili, mimo wszystkiego, co ten człowiek mu zrobił. Raporty o zabójstwie Dumbledore'a tylko to potwierdzają. Działał w samoobronie.
– A jakie pan widzi pod tym względem konsekwencje dla naszej długoterminowej strategii? – zapytała Aurora. Wiedziała, jakie wnioski sama by wyciągnęła, ale przecież już nie raz się myliła. Wolała zobaczyć, co Juniper będzie miał o tym do powiedzenia.
– Nie będzie chciał z nami walczyć – powiedział Juniper. – Równie niechętnie postawi się środkom prawnym, wycelowanym specyficznie w niego. Dopiero prawa przeciw wilkołakom, a już zwłaszcza ten nieszczęsny sezon polowań, sprowokowały go do takiej złości, że się zbuntował. Wydaje mu się, że zniesie tego rodzaju ataki na samego siebie i wyraźnie nie zależy mu na własnej dumie, czy honorze. – Ponownie podniósł list. – To pierwszy raz, kiedy uniósł się dumą, a i tak wydaje mi się, że raczej skłoniły go do tego wielokrotne odmowy, a nie fakt, że w ogóle mu odmówiłem.
Aurora kiwnęła głową. Juniper zdawał się dobrze rozumieć Harry'ego, a dodatkowy czas, który zyskali dzięki odkładanym spotkaniom, pokazał im, że nie są w stanie wykorzystać przeciw niemu żadnych kruczków prawnych, co oznaczało w sumie tylko tyle, że albo potrzebowali mieć po swojej stronie więcej członków Wizengamotu, albo świetlistych czarodziejów.
– W takim razie podejrzewam, że przeprosiny i Order Merlina faktycznie nie zaszkodzą, a mogą go nawet zapewnić, że nie życzy mu pan źle.
Juniper zaśmiał się cicho.
– Bo w rzeczy samej nie życzę. Ta obraza jest po prostu wygodną wymówką. – Wysunął głowę spomiędzy płomieni. – Do zobaczenia za parę dni, Madam Whitestag.
Aurora ukłoniła się przed nim i przyklęknęła dopiero, kiedy płomienie przygasły. Następnie podlewitowała warkocz na drugi koniec pokoju. Spędziła nad nim naprawdę wiele czasu i wplotła w niego włosy wielu ludzi, z którymi więcej się nie spotka. Między innymi dwójki swoich martwych dzieci. Naprawdę wolała go nie spalić.
Rzuciła garścią proszku fiuu w płomienie i zaczekała cierpliwie, aż najpierw zrobiły się zielone, a potem przezroczyste, ujawniając pokój wyłożony białym, mieniącym się jak masa perłowa drewnem. Gdyby Aurora była świetlistą czarownicą, prawdopodobnie chciałaby, żeby tak właśnie wyglądał jej dom.
W pomieszczeniu momentalnie pojawił się skrzat domowy i na jej widok zatrzymał się, pisnął i ukłonił.
Aurora uśmiechnęła się do niego.
– Czy możesz, proszę, pójść dla mnie po Madam Apollonis? Powiedz jej, że Aurora Whitestag chciałaby z nią porozmawiać.
Harry'ego zadowolił list, który otrzymał od Starszego Junipera z potwierdzeniem spotkania w trzeci weekend kwietnia, ale nie aż tak bardzo jak ten, który przybył do niego w kilka dni później. Była właśnie pora obiadowa, kiedy lelek wróżebnik wleciał przez okno Wielkiej Sali, skrzecząc nieelegancko, po czym wylądował głową wprzód w misie z puree na stole Slytherinu. Niejedna osoba wybuchła na to śmiechem. Harry musiał przyznać, że irlandzki feniks raczej nie był najzgrabniejszym z ptaków. Ale ten, który wyskoczył z miski i wylądował wciąż poniekąd przechylony, niemal następując na własny ogon, właściwie przypominał mu Tonks.
Przynajmniej zdołał wyciągnąć do niego nogę bez przewrócenia się, dzięki czemu Harry mógł przyjąć od niego kopertę. Szybko przyzwyczajał się do ponownego korzystania z lewej dłoni. Okazało się to znacznie łatwiejsze od magii, którą do tej pory otwierał koperty i wykonywał inne proste czynności. Zauważył nawet, że czuł się przy tym nieco bardziej uważny, jakby permanentne zaklęcie lewitacji potężnie obciążało mu magię.
List był napisany pismem, którego nie rozpoznał i pozdrowił go każdym możliwym tytułem, jaki autor najwyraźniej mógł wymyślić. Harry'emu nie przeszkadzało to aż tak bardzo, kiedy przeczytał całą resztę.
Nazywam się Periwinkle Lyrebird. Prawdopodobnie nie słyszał pan o mojej rodzinie; jesteśmy czystej krwi, ale kilka pokoleń temu nastąpiły dla nas ciężkie czasy i od tej pory nasze nazwisko nie jest równie szanowane, co innych starych i krajowych rodzin. Nasze nazwisko niewiele ze sobą niesie od tych kilku pokoleń, poza honorem... i skrzatami domowymi. Istnieje kilka irlandzkich czarodziejskich rodzin, które znajdują się w tej samej sytuacji.
Aż do niedawna łączyło nas jeszcze jedno. Była to wiara w naszego patrona i przywódcę, Cupressusa Apollonisa. Ilekroć pojawiał się inny potężny czarodziej, skłonny do przejęcia się nami, naprawdę ciężko byłoby mu zyskać przewagę w Irlandii wbrew woli Apollonisów. Ten dom jest tu po prostu zbyt potężny. Nawet kiedy usłyszeliśmy o panu, nie wydawał się pan specjalnie zainteresowany szukaniem sojuszników pośród świetlistych czystokrwistych, chyba że byliby w stanie dla pana walczyć, więc w dalszym ciągu w milczeniu staliśmy po stronie Cupressusa.
To zmieniło się po spotkaniu sojuszniczym, jakie przeprowadził pan ostatniej wiosny, oraz wieściami o Przymierzu Słońca i Cienia. A teraz jeszcze usłyszeliśmy, że Cupressus stracił kontrolę nad własną córką. Tamtego dnia stawił mu pan czoła i mimo to wyszedł pan stamtąd żywy, podobnie jak Lady Ignifer. Kiedyś, kiedy Apollonisowie byli jeszcze u szczytu władzy, nie doszłoby do czegoś takiego. Boi się pana, jest pan w stanie skutecznie mu się postawić.
Pozostałe biedne, irlandzkie, świetliste rodziny zrobiły ze mnie swoją rzeczniczkę. Jestem gotowa zaoferować panu, vatesie, nasz sojusz i uwolnienie skrzatów domowych w zamian za ochronę przed Cupressusem i finansowe wynagrodzenie za skrzaty. Przeżyjemy bez nich. Nie chcieliśmy ich poddawać przez wzgląd na to, co świadczyły o naszym statusie, ale to przecież nowy świat i koncepcja statusu się zmienia. Jeśli będzie pan w stanie zaoferować nam to, o co prosimy, będziemy pańscy.
Z poważaniem,
Periwinkle Lyrebird
Harry nie był w stanie przestać się uśmiechać. Millicenta przeczytała list, zaglądając mu przez ramię, po czym wydała z siebie niski, pełen podziwu gwizd. Harry obejrzał się na nią. Czasami – właściwie odkąd jej ojciec został porwany i zabrany do Departamentu Tajemnic – zachowywała się, jakby wolała unikać jego towarzystwa, ale teraz przyglądała mu się z roziskrzonym wyzwaniem w oczach.
– Czyli przyjmiesz ich ofertę, Harry? – zapytała, przeciągając zgłoski.
– No pewnie. – Harry podał Draconowi list. – Mam pieniądze, którymi mogę wynagrodzić im stratę skrzatów domowych. Wolę w zamian za zaprzestanie naruszania czyjejś wolnej woli poświęcić galeony, niż... cokolwiek innego. – Poruszył lewą dłonią w kierunku powoli leczącej się rany na prawym przedramieniu, bo wolał nie mówić o tym wprost.
Millicenta podniosła brwi i kiwnęła głową.
– Czy wydawało ci się, że w tak krótkim czasie odniesiesz tak wiele zwycięstw? – zapytała miękko.
Harry pokręcił głową, wciąż w oszołomieniu i szczęściu. Nawet, gdyby to nie przyniosło już niczego innego, to i tak udowodniło, że Cupressus tylko pożałuje zastraszania własnych sojuszników i spowalniania pracy Harry'ego na terenie Irlandii.
– Nie. Miałem nadzieję, że być może w przyszłym roku uda mi się uwolnić jeszcze kilka skrzatów domowych. I nawet jeśli to mają być skrzaty moich sojuszników, a nie ludzi, którzy po prostu usłyszeli o sieciach i postanowili podjąć tę decyzję, by ulżyć własnemu sumieniu, to i tak nie spodziewałem się, że uwolnię tak wiele. – Poczuł się, nawet jeśli tylko przez chwilę, jakby stanęła przed nim otworem zielona ścieżka, prowadząca go prosto w kierunku światła i pozbawionego kłopotów kraju.
To było tylko marzenie, oczywiście, więc zabrał się za komponowanie odpowiedzi, jak tylko uratował lelka z marmolady. Ale wreszcie sprawy nabierały rozpędu. Mimo błędów i kłód pod nogami, z czego wiele popełnił, czy rzucił sam, sprawy i tak nabierały rozpędu. Niewątpliwie jeszcze wielokrotnie się potkną, ale w końcu tam dotrą.
Henrietta często wychodziła poza granice szkolnych osłon, by ćwiczyć najmroczniejszą znaną sobie magię. Po pierwsze, Minerwa dzięki temu nie musiała przejmować się odkryciem, że jej profesorka od transmutacji miała... cóż, pewne skłonności do zalewania ofiar wrzątkiem i obdzierania ich ze skóry.
Po drugie, już ciarki ją przechodziły od tłumiącego efektu osłon. Założyciele, z wyłączeniem Slytherina, nie chcieli, żeby mroczne sztuki były praktykowane w Hogwarcie, a główne pomieszczenia zostały już dawno temu oczyszczone z wpływów Slytherina. Henrietta wiedziała, że tak jej się tylko wydawało, ale czuła na sobie karcące spojrzenie, ilekroć rzucała choćby delikatnie bolesne klątwy. A z tego, co słyszała o cieniach Założycieli, którzy współpracowali z Minerwą, możliwe że ktoś faktycznie na nią patrzył.
Istniał też trzeci powód, ale aż do tego dnia wiązał się głównie z nadzieją, bo tym razem Henrietta weszła jeszcze głębiej do Zakazanego Lasu, po raz pierwszy oddalając się tak bardzo od terenów Hogwartu. Wyciągnęła zamaszyście różdżkę, ćwicząc klątwy tnące, bolesne, płonące, obdzierające ze skóry, czy takie, które atakowały umysł i zmuszały do wyrwania się siłą z czaszki. Przetestowała je na wielu złapanych, niewielkich zwierzętach. Kiedy jej się skończyły, rzuciła zaklęcie, które pozwoliło jej czuć ból roślin i ciągnęła dalej.
Zauważyła mignięcie szaty za drzewem, kiedy rzuciła zaklęcie, którego podobno śmierciożercy używali w czasie swoich rajdów, żeby upewnić się, że ich ofiara zdawała sobie w pełni sprawę z tego, że była gwałcona. Oczywiście, nie wywarło to większego wrażenia na drzewie, bo i tak przetłumaczyło się na ekwiwalent pogwałcenia – Henrietcie wydawało się, że miało to jakiś związek z kornikami – ale wystarczył sam dźwięk zaklęcia. Uśmiechnęła się blado. Radowało ją, że Harry ufał jej już na tyle, że powołując się możliwości nadane mu przez przysięgę wieczystą, pozwalał jej na rzucanie większości mrocznej magii. Wciąż nie mogła używać niewybaczalnych, chyba że w samoobronie, ale to nie szkodzi.
Rzuciła kolejne zaklęcie. Zauważyła kolejne mignięcie szat i wreszcie jedno z ciemnych oczu, które tak dobrze znała.
– Równie dobrze możesz wyjść, Evanie – zawołała, kiedy liście dębu zwiędły i skurczyły się, a nad powierzchnią jej umysłu przemknęły odległe, wysokie wrzaski bólu, niczym błyskawice na ciemnym niebie.
Minęła chwila ciszy, ale wreszcie wyszedł. Oparł się o drzewo, za którym wcześniej się krył, nawet na chwilę nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Henrietta obróciła się do niego, bawiąc się różdżkę w dłoni.
Evan Rosier. Nie był równie przystojny, co śmierciożerca, którego zgwałciła, kiedy przybył z dwójką innych, by nakłonić ją do służenia Voldemortowi, albo zabić, gdyby nie zdołali jej przekonać. Przede wszystkim był chudszy; dekada w Azkabanie w żaden sposób mu się nie przysłużyła. Miał szarą skórę, która wisiała mu na twarzy, nawet jeśli ciężko to było zauważyć przy jego lśniących oczach i zębach. Wyglądał, jakby prześladowały go same cienie, co było dziedzictwem Mroku, który stopniowo zamykał się wokół swojego użytkownika i rozmazywał mu rysy twarzy. Włosy miał w nieładzie, leżały na jego plecach całe skłębione i matowe, niczym wilkołacze futro.
– Czemu do mnie przyszłaś? – zapytał wreszcie głosem cichszym niż kiedykolwiek.
Przynajmniej jest na tyle rozsądny, że zorientował się, że sama go szukałam i pozwoliłam mu zostać, a nie tylko wpadłam na niego przez przypadek. Henrietta ponownie okręciła różdżkę w dłoni i uśmiechnęła się.
– Wierzę w przeznaczenie, Evanie – powiedziała. – Ty nie? Do niektórych spraw po prostu dochodzi i nie ma się co przed nimi kryć. Walczyliśmy już wielokrotnie i ani razu nie dociągnęliśmy tego do końca. A pewnego dnia będzie musiało do tego dojść, wiesz. Jedno z nas będzie musiało zabić drugie. Jesteśmy mrocznymi czarodziejami... no, mrocznym czarodziejem i mroczną czarownicą. Tak już po prostu mamy.
– Albo pozabijamy się nawzajem – powiedział Evan. Zrobił krok przed siebie. Henrietta widziała szaleństwo tlące się w tle jego oczu, ale póki co miał nad nim panowanie, pilnował go jak ogniska. Był nią na tyle zainteresowany, że zdołał się skupić na niej, zamiast na skrawkach poezji, które bez przerwy śpiewały mu w głowie.
Henrietta zaśmiała się.
– To prawda. Może do tego dojść. – Przyglądała mu się przez chwilę krytycznie. – Czy ty w ogóle ostatnio jadłeś, Evanie? – zapytała, mrużąc oczy. – Nie chcę, żebyś przegrał ze mną przez jakieś niedożywienie. Nie ma chwały w pokonaniu przeciwnika, który nie jest w stanie nawet się obronić.
– Nie pamiętam.
– Twoje szaleństwo się pogłębia, co? – zapytała Henrietta. Nie zdołała ustalić, czy szaleństwo Evana pochodziło z jakiegoś konkretnego wydarzenia w jego życiu, czy z korzystania ze zbyt wielkich ilości mrocznej magii, czy też wreszcie genetyki, ale w ostatnich latach zdawało mu się statecznie pogarszać. Azkaban zdecydowanie mu w tym nie pomógł, nawet jeśli Severus miał rację i Evan faktycznie udał się do więzienia z własnej woli, żeby doświadczyć dotknięcia dementorów.
– Tak. – Evan ponownie oparł się o drzewo i przyjrzał jej. – Śnię o nocy, kiedy mnie zgwałciłaś. Ilekroć nie śnię o moim Lordzie i wszystkim, co mi zrobił, albo Harrym i wszystkim, co on mi zrobił.
– Co takiego zrobił ci Harry? – Henrietta poczuła, jak brwi podnoszą jej się pod grzywkę.
– Wyzwolił mnie – powiedział Evan. – Skuj mnie, zabij mnie, poddaj mi się, ale nie uwalniaj mnie. Jestem dziki, a dzikie stworzenia gryzą.
Henrietta usłyszała, jak szaleństwo ponownie rośnie w jego głosie. Podejrzewała, że dzisiaj nie zyska od niego ani ostatniego pojedynku, ani użytecznych informacji. Jego ulotny okres poczytalności dobiegł końca.
– Śnisz o nocy, kiedy cię zgwałciłam? – zapytała w ostatniej nadziei, że może jednak zyska coś na tym spotkaniu.
– Tak. Jak to powiedział poeta, „Tak schwytana, jej ciało wydane na łup, z krwi bestialskiej w powietrzu spadły na nią pęta. Czy wzięła jego wiedzę z mocą jego łona, nim ją z kleszczy wypuścił obojętny dziób?" – Evan pokręcił głową. – Nauczyłem się od ciebie tylko jednego, Henrietto – jak nienawidzić.
– Wydawało mi się, że już wcześniej nienawidziłeś.
Evan odrzucił głowę do tyłu i zawył swoim śmiechem, a Henrietta aż się skrzywiła. Miał tak okropnie zachrypnięty głos. Naprawdę żył jak dziki wilkołak, żywiąc się pewnie orzechami i liśćmi i niczym innym.
– Nienawidziłem – powiedział. – Wszystkiego. Ale świat był dla mnie grą. A potem nienawidziłem ciebie i miałem wrogów. – Obrócił głowę i przez chwilę przyglądał się jej jak sowa. – Jestem w stanie zaakceptować twoją perspektywę przeznaczenia. Pewnego dnia spotkamy się i pozabijamy. Ale jeszcze nie dziś.
– Jeszcze nie – zgodziła się miękko Henrietta, po czym sięgnęła do kieszeni. Evan momentalnie wskoczył z powrotem za drzewo, ale Henrietta i tak wyciągnęła to, za co złapała: malinowy placek, o którego zrobienie poprosiła skrzaty domowe w Hogwarcie. Już nie był gorący, ale wciąż ciepły. Położyła go ostrożnie na leśnym runie. – To dla ciebie, Evanie, nawet nie zatruty.
Wyjrzał zza drzewa i spojrzał na nią. Henrietta przez chwilę patrzyła mu w oczy. Było w nich tak wiele szaleństwa – w tej chwili ponownie stłumionego, ale ostatecznie te płomienie buchną z niego i ogarną wszystko niczym burza ognia. Jeszcze otrzyma to, czego pragnęła.
Aportowała się z powrotem do Hogwartu, ale zdążyła zobaczyć, jak ostrożnie, krok po kroku, miękkimi butami, które ślizgały się po błocie, zaczął zbliżać się, by przyjąć placek.
– Dziękuję za przybycie, Narcyzo.
Jego żona podniosła brwi, zajmując fotel naprzeciw niego. Lucjusz wiedział dokładnie, w jaki sposób założy nogę na nogę, jak splecie nad nimi dłonie, jak jej blond włosy owiną się wokół karku, kiedy obróci głowę. Tego rodzaju manieryzmy nie ulegały zmianie po zaledwie kilku miesiącach.
– Chciałabym się dowiedzieć, czemu w ogóle zgodziłam się cię odwiedzić, Lucjuszu. Cóż to za ważne wieści masz dla mnie? – Jej głos był chłodny i twardy, niczym pokrywający kamień szron i Lucjusz wiedział, że wezwał ją w dobrej sprawie, choćby dlatego, że z przyjemnością na kilka chwil roztopi ten szron.
– Unieważniam wydziedziczenie – powiedział swobodnie. – Draco ponownie jest Malfoyem, legalnym dziedzicem wszystkiego, co posiada nasza rodzina.
Narcyza pobladła i nawet wydała z siebie ostre „Co?", zanim odzyskała panowanie nad sobą.
– Uwierzę, kiedy zobaczę to na własne oczy, Lucjuszu – powiedziała wtedy. – Nie poświęciłbyś w ten sposób swojej dumy, chyba że Draco ustąpiłby w czymś przed tobą, albo poświęcił coś znacznie większego, a wiem, że tego nie zrobił.
– Dlaczego by nie miał? – zapytał Lucjusz, żeby zobaczyć, czy mu odpowie zgodnie z jego przewidywaniami.
I tak właśnie się stało.
– Skonsultowałby ze mną podjęcie tak drastycznego kroku.
Lucjusz kiwnął głową.
– Owszem, skonsultowałby. Ale sytuacja uległa zmianie, Narcyzo. Podjąłem decyzję o wydziedziczeniu Dracona, ponieważ wierzyłem, że rokosz Harry'ego był skazany na porażkę, a Draco nie był na tyle silny, żeby stać się dziedzicem Malfoyów, na którego od dawna go szkoliłem. Teraz wierzę, że Harry z powodzeniem osiągnął większość swoich celów – a przynajmniej te najważniejsze – a Draco udowodnił, że jest na to wystarczająco silny.
Narcyza prychnęła.
– I musiały minąć aż cztery miesiące od deklaracji Dracona, żeby to w pełni do ciebie dotarło? – Był szesnasty kwietnia, co oznaczało, że od zimowego przesilenia minęły mniej niż cztery miesiące, ale Lucjusz uznał, że będzie uprzejmy i jej tego nie wytknie.
– Chciałem się upewnić, że to się w nim nie zmieni, że nie wyląduje z powrotem na starych torach – powiedział Lucjusz. – Ale od tamtego czasu widziałem tylko, jak Draco rośnie siłę i staje się coraz bardziej godzien nazwania moim dziedzicem. – I tak naprawdę było, jeśli wierzyć kontaktom w ministerstwie i Hogwarcie. Lucjusz mógł przyznać się do tej dumy, jeśli duma była niczym szczyt góry, niczym głos Narcyzy.
– Chcę zobaczyć potwierdzające to papiery – powiedziała Narcyza, której oczy lśniły jak zamarznięte jeziora.
Tak się złożyło, że Lucjusz otrzymał wszystkie dokumenty tego ranka od swojego notariusza. Przyniósł je z gabinetu, z rozbawieniem, choć bez zaskoczenia zauważając, że Narcyza przez cały czas pilnowała, by schowana w rękawie różdżka była przez cały czas w niego wycelowana. Zauważył też, że rzuciła też kilka zaklęć na same pergaminy, żeby sprawdzić je na okoliczność trucizn.
Wreszcie zaczęła je przeglądać, po czym odchyliła się w fotelu i przyjrzała mu uważnie, jakby usiłując zrozumieć jego cele.
– Co się stało? – zapytał Lucjusz, uznając że przynajmniej warto o to zapytać. Nie był w stanie przewidzieć każdego możliwego niuansu zachowania Narcyzy. Już dawno temu się pod tym względem poddał. Mógł za to uważać, że ten gest był na tyle oczywisty, że naprawdę powinna go zrozumieć: usiłował po prostu upewnić się, że po wszystkim będzie miał dziedzica, który przejmie posiadłości i pieniądze Malfoyów. To, że zdawała się nie pojmować czemu, nie było już jego problemem. Nikt poza nim tego nie wiedział.
– Dlaczego, Lucjuszu? – zapytała cicho. – Czemu w ogóle go wydziedziczyłeś, skoro teraz robisz coś takiego? Czemu unieważniasz, skoro w ogóle to zrobiłeś?
– Tego rodzaju informacjami byłbym skłonny podzielić się z tobą wyłącznie, gdybyś zgodziła wrócić na swoje miejsce – powiedział Lucjusz, podchwycając i podtrzymując jej spojrzenie. – Przy moim stole, w fotelu obok mojego, w moim łóżku.
Usta Narcyzy skrzywiły się. Bardzo delikatnie, oczywiście, ale było to odpowiedzią samo w sobie.
Lucjusz kiwnął głową.
– W takim razie nie podzielę się tym z tobą, Narcyzo. Jeśli sobie tego życzysz, jestem skłonny przysiąc pod Veritaserum, że dziedzictwo Malfoyów nie jest zatrutym jabłkiem. Nie pozostawiam Draconowi śmiertelnie niebezpiecznych układów, czy przytłaczających długów. Otrzyma fortunę i większość domów w tak nieskalanym stanie, jak tylko zdołam mu przekazać.
– Dlaczego? – zapytała Narcyza, ale tym razem szeptem.
Spojrzał jej w oczy i pragnienie, by jednak wyjawić jej prawdę, aż go zabolało. Ale to by było głupie. Nie była jego, nie w tej chwili. Była dumnym, niezależnym i pięknym stworzeniem, bladym i lśniącym niczym biały leopard w świetle zimowego poranka. Była lojalna Draconowi, a nie jemu i stało się tak w wyniku jego własnych błędów.
Lucjusz uważał, że wreszcie zdołał pogodzić się z własnymi przewinieniami wobec niej. Przez długi czas wzgardzał tą emocją, ale możliwe, że świetliści czarodzieje i pozostali czciciele sumienia jednak byli mądrzejsi, niż mu się wydawało.
– Żegnaj, Narcyzo – powiedział, naciskając na dokumenty w jej dłoniach. – Możesz zabrać je ze sobą, jeśli chcesz. Pokaż je Draconowi. Omów je z własnym notariuszem, to przekonasz się, że są prawdziwe.
Wstała z fotela, wciąż przyglądając mu się uważnie, po czym wyszła z pokoju powoli i w wyraźnym zaskoczeniu. Lucjusz odczekał, aż usłyszał szum sieci fiuu, który powiadomił go, że już zniknęła.
Dopiero wtedy wrócił do swojego gabinetu i wznowił lekturę.
Dla niego było oczywiste, że niebawem dojdzie do jego upadku. Jego zbrodnie w końcu wyjdą na jaw. A kiedy do tego dojdzie, Lucjusz widział tylko trzy możliwości.
Harry osuszy jego magię za zbrodnie Lucjusza przeciw jego rodzicom i pogwałcenie przysiąg Przymierza Słońca i Cienia.
Hawthorn Parkinson zabije go za udział w wydaniu jej niewymownym jako wilkołaczycy.
Ucieknie i przeżyje.
To właśnie nad tą ostatnią ścieżką właśnie pracował. Tak, była upokarzająca, ale wolał przeżyć w upokorzeniu, jak to było zaraz po upadku Mrocznego Pana, niż zginąć, albo zostać zarażony. Planował sobie wszystko, czego będzie potrzebował do ucieczki. Niewielka część fortuny Malfoyów została przeniesiona do oddzielnego konta w Gringotcie, dość by mógł żyć w komforcie. Jedyną posiadłością Malfoyów, która nie zostanie przekazana Draconowi, był niewielki, otoczony osłonami dom, do którego mogło wejść wyłącznie najstarsze pokolenie Malfoyów. Lucjusz nie miał rodzeństwa. Draco zdoła tam wejść wyłącznie po jego śmierci.
Harry mógłby, oczywiście, ruszyć jego tropem i spróbować osuszyć osłony, ale Lucjusz nie sądził, żeby to dobrze skończyło się dla jego zięcia. Malfoyowie i Blackowie żenili się między sobą na długo przed tym, jak doszło do jego małżeństwa z Narcyzą. Finvarra Black, której matka była z rodziny Malfoy, udała się do jednego z wiszących w Srebrnym Lustrze obrazów i wyszła z czymś niewielkim, agresywnym, inteligentnym i niezwykle wybuchowym, co zdecydowanie nie pochodziło z ich świata. Zakopała go pod wybranym przez Lucjusza domem, gdzie od tamtego czasu spało. Przebudzenie go może okazać się... niewygodne dla Harry'ego.
Pamiętał jednak, czego nauczył się od ojca. Rodzina zawsze była ważniejsza od pojedynczego człowieka. Musiał mieć kogoś, kto zajmie się posiadłościami i fortuną, jakie po sobie pozostawi.
A miał tylko jedno dziecko swojej krwi.
Był nim Draco.
Lucjusz kiwnął głową i usiadł, sięgając po książkę, która mogła okazać się jego zbawieniem, jeśli Hawthorn na niego zapoluje. „Przeżycie kłów zniszczenia: Co zrobić, kiedy zabiło się bratnią duszę, albo dziecko wilkołaka".
Indigena prychnęła, odprowadzając wzrokiem wzbijającego się w powietrze Falco. Nie wiedziała, o czym chciał tym razem porozmawiać z jej Lordem, bo jak zwykle odesłał ją przed rozpoczęciem rozmowy, ale i tak znała ogółem jego plan. Chciał zaatakować w czasie Walpurgi, mając po swojej stronie dziki Mrok. Chyba wyobrażał sobie, że to wystarczy, by wygrać walkę z Harrym. A może wydawało mu się, że to wystarczy, by przekonać Harry'ego do zadeklarowania się wobec Światła. Indigena nie sądziła, żeby nawet Falco w tej chwili wiedział, czego tak naprawdę chciał. Zbyt daleko zawędrował już swoją ścieżką i czuł się zanadto odpowiedzialny za brytyjski świat czarodziejów, przez co nie przychodziło mu do głowy wycofanie się, albo zmiana planów. Indigena zastanawiała się poniekąd, kto kogo skrzywdzi w czasie tej Walpurgi. Być może zarówno Falco jak i Harry je przeżyją, choć naprawdę miała nadzieję, że do tego nie dojdzie.
– Indigeno.
Zeszła po schodach do legowiska swojego Lorda i zamarła, kiedy zobaczyła, że siedział z cielistym wężem owiniętym wokół pasa, którego oczy były wbite w nią.
– Mój panie? – zapytała ostrożnie. Wyglądał na znacznie bardziej ożywionego niż zazwyczaj, ale mogło to być zwodnicze. Czasami rozglądał się z dzikim ożywieniem, tylko po to by chwilę potem opaść z sił i wycofać się z powrotem do własnego umysłu przez dziurę w swoim magicznym rdzeniu.
– Przeniesiemy się dzisiaj, Indigeno – powiedział jej Lord, a jego język mignął między pozbawionymi warg ustami – do sanktuarium, które przygotował dla nas Parkinson.
Indigena wiedziała, że nie zdoła ukryć się ze swoim zaskoczeniem, więc nawet tego nie spróbowała.
– Czy mogę zapytać czemu? – powiedziała. – Mój Lordzie? – dodała pośpiesznie.
– Niebawem nie będzie miało znaczenia, czy wie, gdzie jesteśmy – powiedział Voldemort i zachichotał, co było dźwiękiem podobnym do łusek ślizgających się po kamieniu. – Nie przeżyje nocy Walpurgi. Mój dziedzic go zniszczy. A od czasu ataku na dom z pierścieniem ta nora stanowiła dla nas potencjalne niebezpieczeństwo. Harry może wrócić i tym razem może mu przyjść do głowy rozejrzenie się wokół domu mojego ojca. – Indigena miała wrażenie, że nienawiść zawarta w ostatnim słowie niemal dorównywała jego nienawiści wobec Harry'ego; w ogóle nie zaskoczyłoby ją, gdyby skorzystał ze śmierci Toma Riddle'a, by podzielić swoją duszę i zapieczętować ją w pierścieniu Slytherina. – W dodatku skumulowana w tym miejscu energia magiczna zaczyna przeszkadzać mi w medytacji. Moje dłonie niebawem będą gotowe do działania, moja Cierniowa Zdziro, a chcę wówczas znaleźć się w bardziej symbolicznym i godnym mnie miejscu. Zostałem tu poczęty, a ta cielesna powłoka narodziła się w Londynie, ale udamy w miejsce moich prawdziwych narodzin. Chcę się tam zatrzymać na jakiś czas.
– Tak, mój Lordzie – powiedziała Indigena, zastanawiając się przede wszystkim nad wszystkimi komplikacjami związanymi z przeniesieniem Voldemorta do jego nowego domu. Dopiero po chwili jego słowa uderzyły o jej uszy, przez co poderwała szybko wzrok. – Mój Lordzie? Czy to znaczy, że jesteśmy już prawie gotowi?
– Owszem, moja Indigeno. – Syk węża był echem śmiechu Mrocznego Pana. – Mój szpieg podał mi wiele interesujących informacji o stanie Hogwartu w czasie ostatnich kilku dni, podobnie jak o Leśnej Twierdzy. Nikt już nie myśli o biednym Lordzie Voldemorcie, nikt nie uważa go za zagrożenie. Polityka Harry'ego zaczyna robić się coraz stateczniejsza, bo i czasy zrobiły się osobliwie spokojne. Ale moja kontrola nad rękami i nogami każdego dnia rośnie w siłę. Będę gotów, by uderzyć, odebrać mu pierwszego z grona tych, których tak kocha, za niecałe półtora miesiąca.
Wczesny czerwiec, przetłumaczyła sobie Indigena i zadrżała lekko.
– A czy będę miała swój udział w tym ataku, jak mi obiecałeś, mój Lordzie? – wyszeptała.
– Oczywiście, moja droga. To był twój plan. – Uśmiechnął się do niej.
Indigena zamknęła oczy i spróbowała nie poddać się zbyt wielu emocjom na raz. Jak do tej pory jej jedyną bronią – myślała o książkach, które czytała raz za razem – był pergamin. Wreszcie przyjdzie jej podnieść różdżkę w sprawie swojego Lorda.
Było jej nieco przykro, że pogrąży przy tym świat czarodziejów w chaosie, ale przecież nie pochodziło to z osobistej wrogości, tylko długu honorowego. Obecnie żyło naprawdę niewielu czarodziejów, którzy byliby w stanie ją zrozumieć, gdyby ją tak naprawdę wysłuchali.
– Idź, Indigeno – powiedział Voldemort, wyraźnie widząc po jej minie, czego teraz jej było trzeba. – Przejdź się po swoim ogrodzie. Pożegnaj z tutejszymi kwiatami.
Wyszła więc z ciemnej, przytłaczającej nory w otwarte przestrzenie i zachodzące światło słońca. Trzeci weekend kwietnia już niemal dobiegł końca, a ona tak po prostu tam stała, oddychając i patrząc jak dzień, nieco dłuższy od poprzedniego, pogłębiał się i ciemniał. Zapach oswojonej ziemi, żywej ziemi, silnej ziemi uderzył ją w nos. Ptaki ćwierkały gdzieś w oddali.
Widziała tego ranka „Proroka Codziennego" i udała się pod przebraniem do niewielkiej, czarodziejskiej wsi, w której Harry spotkał się ze Starszym Juniperem z Wizengamotu i otrzymał Order Merlina. Uśmiechnęła się wtedy, bo lubiła Harry'ego. Wydawało jej się, że to okaże się najlepszą wieścią, jaką otrzyma tego dnia.
Teraz okazało się, że tak nie było, bo wreszcie dobiegało końca to bezkresne oczekiwanie.
Oddychała, uradowana, że wciąż żyła.
