OSTRZEŻENIE: Gore.
Rozdział osiemdziesiąty trzeci: Noc zgrozy
Falco nadciągnął z nieba, Mrok biegł zaraz za nim.
Przyjął kształt ogromnego, czarnego wilka, co Falco uznał za adekwatny. Był teraz Mrocznym Panem, a Mroczni Panowie powinni wielbić rozszalałe bestie – a ten wilk bardziej przypominał wilkołaka, niż naturalne, dzikie zwierzę – oraz kolor czarny. To, że nie widział w nich niczego szczególnego, było niewątpliwie jego wadą. Ale i tak planował umrzeć tej nocy. Jego plan polegał głównie na tym, że nie wolno mu było umrzeć, póki nie zmusi Harry'ego do zadeklarowania się wobec Światła.
I to samo w sobie było proste. Falco zada Harry'emu ranę, do której zaleczenia będzie potrzebował więcej, niż tylko własnej mocy. Zacznie szukać pomocy i ostatecznie będzie musiał sięgnąć albo ku Mrokowi, albo Światłu, a Falco miał zamiar w pełni pochłonąć sobą uwagę Mroku. Światło będzie musiało pojawić się na świecie, a żeby móc to zrobić w czasie nocy Walpurgi będzie potrzebowało albo poświęcenia, jak wtedy w czasie zimowego przesilenia, kiedy Harry poświęcił własnego feniksa, albo deklaracji. Wiedział, które Harry wybierze.
Istniało wiele spraw, które mogły pójść nie po jego myśli. Falco miał zamiar przypilnować, żeby w ogóle do nich nie doszło. Już pomijając wszystkie jego systemy obronne, Mrok chciał mu pomóc poprzez niszczenie pomniejszych zaklęć, do których mógłby uciec się Harry. Przybrał nie tylko kształt wilka, ale wręcz takiego z zielonymi oczami, pokazując w ten sposób swój szacunek wobec niego.
Falco po raz kolejny zerknął na wilka, po czym obrócił się szybko, żeby lepiej mu przyjrzeć.
Przez chwilę, tylko przez chwilę, wydawało mu się, że zobaczył srebrną błyskawicę, przecinającą intensywnie czarne futro na czole wilka. Ten znak tak mocno przypominał bliznę nad brwią Harry'ego, że Falco poczuł silny niepokój.
Potem jednak zorientował się, że blask pojawił się przez chmurę srebrnego światła, która ciągnęła się za wilkiem, zbierając siły z gwiazd i ciemnych miejsc między nimi. Falco potrząsnął głową i ponownie spojrzał na ziemię, upominając się, że to przecież niedorzeczne.
Mrok warknął przy nim ochoczo. Falco sięgnął ku niemu i położył dłoń na jego karku, czując niebywałą potęgę, przepływającą zaraz pod tą delikatną kpiną, która miała udawać futro.
Poczuł przy tym... cóż. Nieludzkim z jego strony byłoby nie przyznanie się do odrobiny podekscytowania, do chęci ujrzenia miny Harry'ego, kiedy wspólnie opadną na niego z nieba.
I tak sobie podróżowali w kierunku punktu, w którym potężne, tajemnicze ścieżki Mroku otwierały się na brytyjskim, czarodziejskim świecie w czasie nocy śmiertelników.
Harry już się rozglądał, kiedy Millicenta wylądowała z nimi na miejscu, w którym miało dojść do świętowania Walpurgi, największego skupiska mrocznej magii w Brytanii. Odprężył się, kiedy nigdzie nie zobaczył śladu po Falco, po czym rozejrzał się uważniej i spokojniej, bo musiał przyznać, że ich otoczenie było na tyle dziwaczne, że na to zasługiwało.
Magia zwykle wybierała dla nich srebrno–zielone miejsca – Harry miał zwykle wrażenie, że były one tworzone przez magię, albo przynajmniej magia modyfikowała ich naturalny wygląd. Pojawił się już w zielonej, płytkiej dolinie, w której płonęło srebrne ognisko, oraz na polu lilii i trawy, a w zeszłym roku w lesie, gdzie ścigał dziki Mrok, który przybrał kształt białego jelenia. To miejsce było dziwniejsze od ich wszystkich razem wziętych.
Wyglądało na pustynię ze śliskimi, ciemnozielonymi kamieniami, wykręcającymi się w każdym możliwym kierunku w kształtach, których nie sposób było tak do końca rozpoznać, jakby były chmurami. Srebrne lśnienie uderzało ze szczytów głazów, błyszczało na ich krawędziach, tańczyło na nieczęstych, płaskich powierzchniach, jakby ciemna zieleń jednak nie była kamieniem, lecz wypolerowanym metalem. Gdzie Harry by się nie obejrzał, tam było jakieś srebrne światło, a jego oczy wreszcie zaczęły wyłapywać odległy krąg gwiazd, przyczajonych przy horyzoncie i błyszczących spomiędzy głazów, ilekroć miały na to okazję. To było... cóż, niepokojące.
Czekał na jakieś oznaki, że dziki Mrok zaczyna go przytłaczać, bo zwykle wpływał na nastroje świętujących, ale nic się nie działo. Wciąż czuł tę samą mieszankę strachu, złości i cichej pewności siebie, jaką czuł wychodząc z zasięgu magicznego kamienia, za pomocą którego Millicenta ich tu sprowadziła.
Niemożliwe, żeby kompletnie nie odczuwał tego wpływu. Już łatwiej byłoby uwierzyć, że przynajmniej tym razem ich nastroje były do siebie podobne.
Harry skubnął wargę. Nie wiem, czy ośmielę się w to uwierzyć. Nie mam pojęcia, czy dziki Mrok w ogóle spróbuje mi jakkolwiek pomóc.
– Harry!
Poderwał wzrok i poczuł, jak pot podenerwowania ustępuje uldze, jaka ogarnęła jego ciało. Ktoś zapalił ognisko, wokół którego stało już wielu czarodziejów i czarownic, ogrzewając ręce przy intensywnym chłodzie pustyni. Harry ruszył ku nim i w tej samej chwili wszędzie zaczął prószyć śnieg – roztrzaskane płatki czystego srebra, oczywiście. Jak tylko wylądowały mu na skórze, Harry zadrżał i rzucił zaklęcie ogrzewające. Zdawało się nie mieć żadnego efektu.
Miał wrażenie, że gwiazdy obserwują go przez dziury w głazach, oczekując jakiegoś rozpoznania, wyzwania, wyciągnięcia wniosków. Przez ciemne miejsca między nimi przeszła zmarszczka, kiedy się im przyglądał. Harry syknął między zębami. Falco nadejdzie z nieba. Jestem tego pewien.
Draco i Snape znajdowali się zaledwie kilka kroków za nim, kiedy podszedł do ogniska. Większość twarzy była nieznajoma, ale niewielka grupa czarodziejów i czarownic odstąpiła od tłumu i wyszła mu na spotkanie. Harry rozpoznał większość swoich zadeklarowanych wobec Mroku sojuszników i powitał każdego kiwnięciem głowy. Oczy Honorii lśniły z podekscytowania, a Thomas wydawał się bardziej zainteresowany przesiewaniem piasku pod własnymi stopami, żeby zobaczyć z czego był zrobiony i wyglądał na kompletnie nieprzejętego nadciągającą bitwą, ale pozostali patrzyli na niego z powagą.
– Jak myślisz, będziemy w stanie ci pomóc? – zapytała cicho Ignifer, żeby obcy nie byli w stanie ich usłyszeć.
Harry wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem. Przepowiednia może w ogóle nie tolerować ingerencji, ale równie dobrze może się okazać, że dopuści do niej na niewielkim poziomie. – Jak tylko to powiedział, zauważył ciążącą wokół przepowiednię, napędzany słodyczą grom, krążący miękko wokół odległego pierścieniem gwiazd, jakby była żywym stworzeniem, uwięzionym w klatce. No bo praktycznie tym właśnie jest, biorąc pod uwagę jej zmienność. – Z drugiej strony w zeszłym roku pozwoliła Dumbledore'owi robić, co mu się żywnie podobało, aż do przybycia Draco, na którym mogła się uwiesić i rozpocząć działanie. Tym razem będzie musiało dojść do innej sekwencji wydarzeń, bo jestem na nią gotów i już czekam na atak Falco.
Nie wymówił na głos swojego strachu, że przepowiednia może pozwolić Falco na skrzywdzenie kogoś mu bliskiego, zanim owinie się wokół niego i Dracona, pozwalając im na zniszczenie drugiego Mrocznego Pana. Skoro już raz do tego doszło, to może się powtórzyć. Wydawało mu się, że może gdyby to był dowolny inny dzień poza Walpurgą, to może jeszcze przekonałby swoich sojuszników do nie pojawiania się... ale zaraz potem wyobraził sobie, do czego by doszło, gdyby tylko tego spróbował i westchnął. Nie, nie byłby w stanie tego zrobić tak długo, jak mieli kontrolę nad własnymi wolnymi wolami.
– Wydaje mi się, że atak nadejdzie z góry – powiedział, sięgając za siebie i czując pod ręką pocieszający ciężar ramienia Dracona. – Widzicie, jak przez niebo zaraz pod gwiazdami przechodzą zmarszczki?
– Co więcej – powiedziała nagle Hawthorn. – Czujecie zapach nadchodzącego wilka?
Harry obejrzał się na nią z zaskoczeniem. Zadzierała głowę coraz wyżej, aż praktycznie stanęła na palcach, bez przerwy węsząc. Od pełni minęło zaledwie kilka dni, więc Harry'ego prawdopodobnie nie powinno zaskakiwać, że wciąż miała kontrolę nad wilkołaczym zmysłem węchu, ale...
Wilk? Jak ten, który powitał mnie tamtej nocy, kiedy uwolniłem testrala? Jak ten, który próbował zabrać mnie w objęcia Mroku tamtej nocy, kiedy straciłem rękę?
W co ten dziki Mrok sobie pogrywa?
Harry musiał przyznać przed samym sobą, że prawdopodobnie nie dowie się tego, aż nie będzie za późno, więc zmusił się do pogodzenia z tym.
– Nie wyczuwam żadnego wilka – powiedział Hawthorn. – Czy przypomina wilkołaka w stadzie, czy zwykłego?
Dwa kolejne pociągnięcia nosem i Hawthorn opadła na pięty, wyglądając na sfrustrowaną.
– Zapach zawrócił – powiedziała. – Nie mam pojęcia, gdzie się udał. Zupełnie jakby nagle wysunął się spod silnego wiatru, który wcześniej uderzał prosto we mnie.
Harry dotknął jej łokcia.
– Nie szkodzi. To i tak było naprawdę pomocne. Sama świadomość, że dziki Mrok nadchodzi pod postacią wilka podpowiada mi, jak się z nim rozprawić. – Tak naprawdę w to nie wierzył, bo wszystko, co wiedział o dzikim Mroku, miało swoje wady i zalety. To, że kiedyś zachowywał się w pewien szczególny sposób niczego nie znaczyło, bo był siłą samego chaosu i może nigdy więcej się tak nie zachować, albo zawrócić i zmieszać te zachowania z innymi, które również okażą się pomocne. Harry spojrzał na Adalrico. – Czy przyniósł pan osłony, o które prosiłem?
Adalrico kiwnął głową i wyciągnął je przed siebie. Harry zebrał je wszystkie. Nie były tak naprawdę osłonami, lecz pół–obręczami z drewna i skóry, które chroniły swojego nosiciela niewiarygodnie potężnym zestawem zaklęć. Ograniczały też jego możliwości do rzucania zaklęć obronnych, ale większość mrocznej magii nie podpadała pod tę kategorię, przez co Harry nabrał nadziei, że mogą okazać się najlepszym rozwiązaniem na czas Walpurgi. Wiedział, że Adalrico miał smykałkę do tworzenia tego rodzaju rzeczy i zapytał, czy byłby w stanie zrobić coś takiego dla wszystkich, którzy chcieli pojawić się na tym święcie. Przynajmniej skupił się w tym czasie na czymkolwiek innym, a nie Pharosie Starrise'ie, o którym, czego Harry dowiedział się na osobności od Millicenty, myślał zdecydowanie zbyt często.
– Świetnie – mruknął Harry i zaczął je kolejno rozdawać. Zawahał się jednak, kiedy podszedł do Dracona. Nie był pewien, czy rola Dracona w przepowiedni nie oznaczała czasem, że jednak nie będzie mógł nosić takiej bransolety.
Draco spojrzał mu w oczy i pokręcił głową.
– Nie, Harry – powiedział cicho. – Pod tym względem jesteśmy sobie równi. Jeśli będziesz musiał rzucać zaklęcia, które mnie ochronią, to powinienem być w stanie zrobić to samo dla ciebie.
Narcyza syknęła, wciągając oddech, ale kiedy Harry na nią zerknął, nie odezwała się, tylko jej oczy lśniły od czegoś, co prawdopodobnie było dumą. Harry odwrócił się i wrócił do rozdawania bransolet. Słyszał jak niektórzy zakładają je sobie na ramiona, inni na nadgarstki i nagle ktoś szturchnął go w ramię.
Poderwał wzrok. Obok niego stał jeden z dziwnych czarodziejów, którzy do tej pory stali wokół ogniska. Odkaszlnął.
– Czy możemy... dowiedzieć się, co tu się właściwie dzieje? – zapytał.
Harry uśmiechnął się ponuro i kiwnął w kierunku nieba.
– Wiecie, że Mroczny Pan nadchodzi?
Czarodziej zacisnął palce na różdżce.
– Tyle jeszcze wyczuliśmy, owszem – mruknął.
– A przepowiednia – powiedział cicho Harry – stanowi, że to ja pokonam Mrocznego Pana. Jeśli chcecie znaleźć się poza wszelkim niebezpieczeństwem, powinniście byli zostać w domach. Wciąż możecie się tam aportować. – Podał mu niewielką ilość pozostałych bransolet. – Niektórzy z was mogą je założyć. Albo narzućcie na siebie najpotężniejsze możliwe tarcze i miejcie nadzieję, że walka się na was nie przeniesie.
– To naprawdę cokolwiek oburzające, wiesz – powiedział oschle czarodziej, przyjmując bransolety od Harry'ego. – Walpurga to święto wszystkich mrocznych czarodziejów. Nie powinna być przerywana przez konflikt kilku z nich, a już z całą pewnością nie powinna zagrażać tym, którzy biorą w niej udział.
Harry podniósł brew, bo dziwna mieszanka własnego nastroju i nastroju Mroku zdawała mu się w jakiś sposób podnosić pewność siebie.
– Przecież zawsze była niebezpieczna – powiedział. – Biorąc pod uwagę przelewającą się przez nią magię i drzwi, które się zawsze pojawiają. A jeśli chodzi o to, żeby do konfliktu nie dochodziło właśnie tu i teraz, cóż, proszę spróbować to powiedzieć krążącej po niebie przepowiedni. – Czuł, jak się zbliża, jej kręgi zaczynały się zacieśniać.
Czarodziej zagapił się na niego, po czym odwrócił, jakby nie wiedział, jak na to zareagować. Harry uznał, że pewnie faktycznie tak było, ale i tak był rad, że ta rozmowa tak szybko się skończyła.
Obejrzał się na Owena, który z namysłem przyglądał się przestrzeniom między gwiazdami, zapinając własną bransoletę.
– Muszę cię poprosić, żebyś trzymał się od tego z daleka – powiedział cicho. – Wiem, że przysięgałeś mnie chronić, ale... no, naprawdę nie może teraz do tego dojść, nie kiedy przepowiednia wymaga obecności konkretnych ludzi.
Owen oderwał wzrok od nieba i przytaknął.
– Wiem, Harry.
Jego spojrzenie było ciężkie od cieni, które nie miały żadnego związku z nadchodzącą walką, Harry był tego pewien, więc zmarszczył brwi.
– Co się stało, Owenie? Czy Draco zaczął znowu przysparzać jakichś problemów z Michaelem?
– Nie – powiedział miękko Owen. – Michael przysporzył sobie własnych problemów. Naprawdę nie chcę teraz o tym rozmawiać, Harry.
Harry ukłonił się przed nim bardzo płytko i zrobił sobie w głowie notatkę, żeby zapytać potem Owena o Michaela, po czym obrócił się. Kark łaskotała mu delikatna bryza, której jeszcze chwilę temu tam nie było. Wyciągnął rękę w bok i rzucił na swoich sojuszników tak potężną osłonę, jak tylko był w stanie, po czym ruszył przed siebie. Draco szedł za jego prawym ramieniem, zajmując pozycję wymaganą przez przepowiednię. Harry nie był pewien, jak dosłownie powinni do niej podchodzić, ale musiał przyznać, że czerpał naprawdę sporo pocieszenia z faktu, że stawał do walki z Falco z wiedzą o przepowiedni i tym, jak cała trójka do niej pasowała, zamiast po prostu opierać się na przypuszczeniach i dopiero po wszystkim orientować się, do czego właściwie doszło, jak to było w przypadku walki z Dumbledore'em.
Gwiazdy zaczęły tańczyć, trząść się i bujać, jakby były dzwoneczkami na gałązce choinki. Przeraźliwie zimna muzyka zalała uszy Harry'ego, ostrzejsza i bardziej przeszywająca od płatków śniegu. Zadrżał i obejrzał się przez ramię. Snape stał niedaleko z upartym wyrazem twarzy.
– Severusie – powiedział cicho Harry. – Proszę cię. Wejdź pod osłonę.
– Nie – powiedział Snape.
– Skrzywdzi cię – powiedział Harry, czując narastające podenerwowanie. Czuł, jak moc Falco zaczyna wzbierać w oddali, niczym nadciągające tsunami. Wiedział, oczywiście, że nie mogła to być wyłącznie jego magia, ale też magia wspierającego go dzikiego Mroku. Wydawali się lepiej zgrywać ze sobą, niż Harry miał na to nadzieję, kiedy po raz pierwszy zaczął wierzyć, że to sam Mrok był mocą, której Mroczny Pan nie znał. Przepowiednia też się zbliżała, a jej grom przetoczył się po ramionach Harry'ego niczym ołowiany ciężar. Jakby tego było mało, czuł wokół siebie aż dwójkę tych cholerstw, zmieszanych i zagnieżdżonych w sobie nawzajem. Podejrzewał, że jedną była oryginalna przepowiednia, zgodnie z którą usiłowali wychować go Dumbledore i Lily, a drugą była przepowiednia, która zapowiedziała, że ta oryginalna spełni się trzykrotnie. Prawdopodobnie obie unosiły się też podczas walki z Dumbledore'em, choć wtedy był zanadto zajęty, żeby zwrócić na to uwagę.
A teraz myśli uciekają ci we wszystkich możliwych kierunkach i na co ci to? Obrócił się agresywnie w kierunku Snape'a.
– Severusie, zawróć, proszę cię.
Snape otworzył usta, żeby na to odpowiedzieć i wtedy nagle przepowiednie poderwały się. Harry obrócił się akurat, kiedy Falco zaczął opadać.
Wyszli mu na spotkanie z Draconem. Usłyszał delikatny szelest, kiedy Draco wyciągnął różdżkę z kabury, a potem wszystkie dźwięki utonęły pod przytłaczającym, rozwrzeszczanym wyciem wilka o wielkości Hogwartu.
Falco opadał na nich jako orzeł bielik, ale pozwalał sobie na ciągłe zmiany kształtu, odkąd dotarli z Mrokiem na pustynię i zobaczyli, że Harry już na niego czekał. Harry i pozostali. Falco niemal się uśmiechnął. Nauczył się od Toma wielu rzeczy, które nie były tak pomocne, jak Falco miał nadzieję, jak na przykład przejęcie kontroli nad syrenami, ale w jednej sprawie Tom miał rację. Musiał mieć, bo kiedy Falco przyglądał się jeszcze wszystkiemu z oddali, widział jak inni stosują tę samą taktykę.
Kiwnął do kroczącego obok siebie wilka. Był ogromny; nie wiedział nawet właściwie jak wielki, bo jego futro zdawało się rozpływać pośród nocy i ponownie formować, bez przerwy, bez końca, a czasami przytrafiało się groteskowo potężnej łapie, albo pyskowi, który byłby w stanie pożreć ministerstwo w całości. Teraz jednak podniósł łeb i zawył.
Wokół rozniosły się przetaczające fale dźwięku. Falco zachwiał się, ale zdołał utrzymać stały lot. Serce skakało mu od czegoś w rodzaju radości, co było najcieplejszą emocją, jaką poczuł od przebudzenia.
Już prawie koniec. Wiem, jak to działa. Tom mi powiedział. Inni też. Harry nie będzie w stanie na to odpowiednio zareagować.
Mrok strzelał wokół niego, krążył wokół niego, kiedy tak nurkował coraz niżej i niżej i sprawiał, że gwiazdy kołysały wokół niego. Falco czuł, jak zaraz nad nimi Światło czeka cierpliwie, przyciągnięte, jak zawsze, wzrostem potęgi Mroku. Zwykle nie interweniowałoby w czasie Walpurgi w ten sam sposób, w jaki Mrok nie zrobiłby tego w czasie letniego przesilenia.
Ale kiedy Falco się zadeklarował, Światło straciło czarodzieja, z którym flirtowało od dawna i gdyby teraz zostało wezwane przez kogoś wystarczająco potężnego, poddającego się mu, to gryf i tak zdoła rozłożyć skrzydła.
Falco wbił wzrok w osobę, która zmusi do tego Harry'ego.
Przepowiednia przesunęła się obok niego niczym żmija gotowa do ataku. Falco ją zignorował. Miała się tu spełnić i oczywiście, że do tego dojdzie, właśnie po to tu przyszedł. Poświęcał się z własnej woli. Przepełniało go poczucie klarownego i bezwzględnego celu. Pod tym względem różnił się od biednego Albusa, który potrzebował torturować ludzi tylko po to, żeby wysłać sygnał. Falco uważał, że w tej walce zginie naprawdę niewielu ludzi, może jeden, góra dwóch.
Uderzył. Harry już wznosił magię, by przyjąć na siebie cios.
Atak Falco, wyglądający jak zakrzywiona, czarna, najeżona zębiskami strzała, minął go i objął Dracona Malfoya, zalewając mu ciało trucizną, płuca czarnym dymem, a tkanki rozszalałym rakiem. Pompował w niego tak wiele mocy, jak tylko mógł, zalewając go niczym fale brzeg. Falco wrzucił w ten atak wszystko, co miał, nawet nie starając się obronić. Lada moment Harry zorientuje się, co się właśnie stało.
Usłyszał tryumfalne wycie mrocznego wilka, ale tego się spodziewał.
Nie spodziewał się za to, że Harry zawyje jakby w odpowiedzi, ani że nagle go zaatakuje, zamiast wołać Światło o pomoc.
Harry obejrzał się, kiedy Draco upadał, a szok był tak gęsty w jego ustach, co posmak mięty. Nie mogło do tego dojść. Przepowiednia powiedziała, że to musiał być ktoś, kto go kochał, kto miał własną moc i miał stanąć za jego prawym ramieniem, żeby pomóc mu w pokonaniu Mrocznego Pana. Jak... jak mógł Draco...
I wtedy wyczuł od Dracona smród mrocznej magii, która zmieniła go praktycznie w mumię i w umyśle opadła bariera, którą utrzymywał od niemal dwóch lat.
Co innego, gdyby do czegoś takiego zrobił Voldemort, czy Rosier. Byli szaleni i zdawali się mieć jakiś osobisty uraz wobec Harry'ego. Ale Harry wiedział, że Falco walczył z nim z kompletnie innych powodów, a jeśli coś tak ludzkiego jak nienawiść spróbowałoby się pojawić w nim na przestrzeni ostatnich stu lat, to pewnie i tak odrzuciłby ją od siebie jako coś kompletnie nieproduktywnego.
A teraz skrzywdził Dracona.
Bariera jeszcze mocniej się skruszyła. Wezbrała w nim czarna fala czystej i ryczącej furii, pragnącej odpłacić się Falco pięknym za nadobne. Harry czuł, jak dziki Mrok odsuwa się od Falco, żeby przyglądać się wszystkiemu radośnie, więc zmienił powietrze wokół swojego wroga, wewnątrz jego płuc i na jego skórze, w jadowite węże.
Smoła zdawała się zalewać cały jego świat, słyszał gdzieś w oddali własne wrzaski, zmieszane z długimi syknięciami w wężomowie, których prawdopodobnie nikt nie zdołałby przetłumaczyć. Zrobił krok przed siebie, wciąż celując w Falco całą magią, pragnąc utopić go w truciźnie, tak samo jak on starał się utopić w niej Dracona...
Nie myśl teraz o tym. Kompletnie poddałby się przerażeniu, gdyby tylko o tym pomyślał, gdyby tylko zatrzymał się na chwilę i zorientował, że cały jego świat właśnie się zawalił.
Dlatego myślał wyłącznie o furii i wył i wrzeszczał, rozkazując żmijom napierać dalej, a jedna z nich, ogromna, owinęła się wokół ciała Falco, które miało jedną ludzką rękę i jedno skrzydło, i mogłaby go zmiażdżyć, gdyby Harry tylko tego sobie życzył.
Harry sobie tego życzył. Mógłby w tym momencie po prostu zażyczyć sobie zniknięcia Falco z powierzchni ziemi, zmycia go falami własnej pogardy, ale to byłoby zbyt bezbolesne. Harry chciał, żeby ten człowiek cierpiał.
Usłyszał, jak ktoś staje za nim, ale nie obejrzał się, żeby sprawdzić, kto to mógł być. Nachylił się za to przed siebie, odrzucając napraszające się myśli o Draconie i skupiając na potrzebie zadania bólu.
I wtedy magia Falco wzniosła się przeciw niemu, a dziki Mrok udzielił mu nieposkromionego, niepowstrzymywanego wsparcia. Żmije Harry'ego eksplodowały w ciemnym deszczu ciała i mięśni, a on sam opadł na ziemię, osłaniając się przed odłamkami kości, podczas gdy Falco zawisnął nad nim.
Falco był wściekły i przerażony. Czemu jeszcze nie wezwał Światła?
Gdyby tylko pozwolił sobie o tym pomyśleć, poczułby efekt mięśni jednej ze żmii, która zacisnęła się wokół niego. Nie pozwolił sobie o tym myśleć. Dziki Mrok, który wcześniej wycofał się, żeby przyjrzeć się temu chaosowi z radością w oczach, teraz ponownie wrócił i pomagał mu w przygnieceniu Harry'ego do ziemi.
A przez umysł Falco przebiegła nowa myśl, miękka jak deszcz i szybka jak światło.
A może by tak po prostu zabić Harry'ego?
Rozwiązałoby to naprawdę wiele problemów na raz. Jasne, zakłóciłoby przepowiednię, ale przecież przepowiednie są zmienne. Po prostu wybrałaby sobie kogoś innego po śmierci Harry'ego. I tak by się spełniła, ludzka ingerencja może tylko ją odroczyć, albo wrzucić na inne tory. Ktoś inny zabiłby Toma, to wszystko.
Oczywiście, zabicie Harry'ego wiązałoby się z pozostawieniem dwóch Mrocznych Panów w Brytanii, bez nikogo do zrównoważenia ich, ale przecież Falco mógłby ponownie opuścić ten świat, ukryć się, albo przenieść do społeczności, w której nie było żadnych Panów, czy Pań. Nie urodził się na tej wyspie. Usunęłoby to jednak vatesa ze świata i to znacznie skuteczniej, niż zdołałaby to zrobić deklaracja wobec Światła.
Zastanawiał się przez chwilę, na ile na jego decyzję wpłynął potężny i nieoczekiwany ból, który przyszło mu odczuć, kiedy Harry posłał na niego swoje żmije, ale szybko odrzucił od siebie tę sugestię. Jeśli miał zamiar zabić chłopca, a nie oszczędzić go poprzez zmuszenie do deklaracji – a już niemal podjął pod tym względem decyzję; Harry musiał być znacznie mroczniejszy, niż mu się wydawało, skoro tak odruchowo sięgnął ku mrocznej magii w chwili, w której zagrożono jego kochankowi – to nie musiał okazywać mu żadnej łaski, ani przejmować się własnymi motywami. Musiał go tylko zabić.
Uznał, że najłatwiej byłoby to osiągnąć poprzez zniszczenie umysłu. Wówczas spełniłby swój cel bez względu na to, czy ciało by to przeżyło czy nie.
Z pomocą dzikiego Mroku skręcił i ukształtował swoją moc w kolejny grot. Czuł, jak potęga skacze wokół niego i kłapie ochoczo zębami, niczym wilk węszący za krwią. Falco ciśnie grotem w sam środek bezbronnego umysłu Harry'ego, niszcząc jego poczytalność; drugi strzał zniszczy poszarpane strzępy czegokolwiek, co potem w nim zostanie.
I wtedy nagle ktoś zaatakował go z boku i w tej samej chwili przepowiednia wzniosła się i naparła, śpiewając niczym fala zrobiona z sopli lodu...
A dziki Mrok odsunął się, przyglądając wszystkiemu z daleka.
Świat był bardzo prosty.
Tu był Harry, leżący na ziemi, pokryty krwią i ranami. Tam był Mroczny Pan, gotów go zniszczyć i zbierający tak wiele magii, że w głowie zaczynało mu od tego szumieć, a wzrok rozmywać się. Harry byłby pewnie w stanie wchłonąć tę moc, ale obecnie paraliżowała go gwałtowna reakcja Falco, oraz troska o Dracona. Widział, jak po policzkach Harry'ego zaczynają płynąć łzy, kiedy strach o Dracona zaczął przebijać się przez ścianę nienawiści.
Harry miał szczęście, że jego własne impulsy zawsze ściągały go ku zemście, a nienawiść zawsze była silniejsza od strachu.
Snape wycelował różdżką w Falco, podczas gdy jego magia wzniosła się wokół niczym tornado, krąg pełen oczu, kłów i pazurów.
– Inimicus!
Ledwie klątwa wrogości została wystrzelona, Snape poczuł jak po głowie przetacza mu się grom, po którym doszło do wysokiego, podnieconego śpiewu, co prawdopodobnie było efektem jakichś zaklęć, rzucanych przez sojuszników Harry'ego, o ile w ogóle zdołali wyrwać się spod rzuconej przez niego osłony. Snape nawet się na nich nie obejrzał. Miał zamiar obronić swoje dziecko i miał zamiar użyć znacznie mroczniejszej magii, niż Harry kiedykolwiek by na to pozwolił.
Klątwa wrogości trafiła Falco, który – wyglądając teraz jak pół człowiek, pół orzeł, a po części jeszcze jakieś inne stworzenie, rozmywające się na krańcach pośród nocy – obrócił się i spojrzał na niego. Snape wiedział, że będzie teraz oszołomiony i oślepiony pogardą włożoną w zaklęcie. Ta klątwa pozwalała wrogowi odczuć dokładnie to samo, co rzucający czuł wobec niego.
Zwykle też wytrącała z równowagi, nie pozwalając przygotować się na następny cios. Snape uśmiechnął się lekko.
– Contundo!
Tego zaklęcia nauczył się od Evana Rosiera, zaczynało się pod osłonami przeciwnika i momentalnie zabierało się za obijanie ich stawów i wrażliwych części kości, niejednokrotnie je roztrzaskując. Falco zadrżał i przez ból stracił kolejną chwilę, a może to było zaskoczenie, że jednak dało się go skrzywdzić, albo że dziki Mrok ponownie się od niego odsunął i opuścił.
Snape od razu rzucił kolejną klątwę. Tu chodziło o zemstę. Nie miał zamiaru pozwalać wrogowi na dojście do siebie, ale też nie chciał mieszać klątw ze sobą, bo przeciwnik mógłby nie mieć czasu na docenienie wszystkich niuansów bólu, jakie miał zamiar zaoferować mu Snape.
– Confervefacio!
Bezróżdżkowa magia zakręciła się wokół niego i zrodziła zaklęcie w chmurze kolorowych iskier; zwykle mogłoby uderzyć w dowolne miejsce na ciele, ale Snape celował w oczy Falco, więc tam właśnie pomknęła. Uśmiechnął się ponownie, słysząc jego wrzask. Oczy zmieniające się w galaretkę i ściekające po twarzy rozproszyłyby każdego, nie tylko Mrocznego Pana.
Kolejny krok przed siebie, kolejne mroczne zaklęcie.
– Deliquesco medullae!
Szpik zniknął z kości Falco. Snape nigdy nie został poddany efektom tego zaklęcia, ale powiedziano mu, że niosło ze sobą wręcz wykwintny rodzaj bólu. Słuchał z dystansem wycia, które rozległo się ponad nim, po czym zamachnął się z kolejnym.
– Ad...
I wtedy Falco opanował się na tyle, żeby w niego uderzyć.
Wszystko poszło tak strasznie źle, niewłaściwie i niespodziewanie, że Falco nie wiedział, co o tym w ogóle myśleć.
Słyszał szelest śmiechu za sobą, kiedy dziki Mrok oglądał jego zmagania, wicie się z bólu i czuł nagłe zmiany w swoim ciele, kiedy szpik zniknął mu z kości, a magia momentalnie je zalała, próbując jakoś to zrekompensować, ale to oczy najbardziej odwróciły jego uwagę.
Może i byłby w stanie je wymienić, ale ten ból...
To właśnie był pokaz nieokiełznanej, mrocznej magii. To był człowiek, który nie stał się mrocznym czarodziejem przez wzgląd na równowagę świata i liczbę żyjących na nim świetlistych czarodziejów, ani nawet dlatego, że wymagała tego od niego czystokrwista tradycja, według której dzieci powinny obierać tę samą deklarację, co ich rodzice. To był wyrzutek, czarodziej który robił wszystko z nienawiści, który nawet teraz działał w zemście.
Ośmielił się mnie skrzywdzić.
Falco poruszył się, wznosząc swoją moc i uderzając nią, bezkształtnie, nieforemnie, nie wiedząc nawet, co z tego wyniknie, ale pragnąc, żeby wynikło cokolwiek.
Usłyszał suche trzaśnięcie i żałował, że nawet nie był w stanie sprawdzić, czy roztrzaskał tym kręgosłup, czy kark Severusa Snape'a. Ponownie usłyszał śmiech dzikiego Mroku, który już ochrypł z wycia, ale i tak nie przybył mu na pomoc. Mam za swoje, że w ogóle spróbowałem mu zaufać, pomyślał z goryczą Falco.
Zaczął się koncentrować. Jeśli tylko skupi się na tym wystarczająco, zdoła transmutować ciało w inny kształt. Możliwe, że da radę stworzyć sobie nowe oczy na dłoniach. Jasne, od lat już nie badał delikatnego kształtu oka i nie był pewien, czy pamiętał dość o źrenicy i rogówce, żeby w ogóle wykonać to z powodzeniem, ale i tak chciał spróbować.
I wtedy Harry doszedł do siebie.
Jeden rodzaj bariery opadł, kiedy Harry martwił się o Dracona, a kolejny, kiedy strach zalał mu umysł. A potem zobaczył jak Snape pada na ziemię, bo jedna z jego nóg została złamana tak czysto, jakby była gałązką i w głowie pękł mu trzeci rodzaj bariery.
Znane było mu to poczucie bezmyślnej furii, która wyłoniła się wtedy z niego. Czuł ją już trzykrotnie. Za pierwszym razem minister Knot spróbował osuszyć go z magii. Za drugim matka spróbowała przejąć nad nim kontrolę i przekonać do powrotu do Doliny Godryka. Za trzecim Bellatrix odcięła mu dłoń i zaraz potem musiał walczyć z Voldemortem.
Nie czuł jej od niemal dwóch lat. Teraz jednak wróciła, wypełniając mu kończyny znajomą potęgą. Harry nawet nie musiał wstawać, żeby móc z niej skorzystać. Otworzył usta w pozbawionym dźwięku wrzasku, a furia wypłynęła z niego, przecierając się, sunąc na potędze jego magii, ślizgając się przez powietrze niczym sopel lodu, którego chłód Harry poczuł aż w głębi gardła. Jego magia nadciągnęła zaraz za nią i wspólnie pomknęły w kierunku Falco.
Nagle przyłączył się do nich dziki Mrok, uderzając swoją potęgą w moc Harry'ego, napędzając ją coraz szybciej, wyjąc i tańcząc. Harry nie był w stanie na nim polegać, zdawał sobie z tego sprawę, ale ta świadomość wydawała się teraz wyjątkowo odległa. Sięgnął ku temu chaosowi i poczuł jego odpowiedź, agresywną i radosną, jakby się mu zadeklarował. To nie był dziki Mrok z poprzedniego zimowego przesilenia, albo zeszłorocznej Walpurgi, czy dowolnej innej okazji, kiedy usiłował przekonać go do siebie. Harry zorientował się w oszołomieniu, że właśnie na tym polegała symbolika wilczego kształtu. Już kiedyś go przybrał. I teraz też nosił go z tego samego powodu, bo Harry stracił nad sobą panowanie do tego stopnia, że ściągnął na siebie jego uwagę.
Uderzyli Falco z trzech frontów, trzech stron. Harry poczuł jak stary czarodziej zaczyna się wić, przepełniony magią, która utrzymywała go w jednym kawałku mimo braku szpiku i starała się poinformować go o nadchodzącym ataku i ochronić.
Wiedział, czego chciał. Już i tak był podzielony gładko na trzy części, swoją magię, furię i dziki Mrok. Posłał każde do swoich zadań i usłyszał, jak dziki Mrok szepnął mu w głowie: Lecę.
Furia owinęła się wokół Falco, kompletnie go zamrażając i szepcząc na ucho, że zaraz zginie.
Magia otworzyła błyszczące tunele między ciałami Dracona i Snape'a, bezwzględnie osuszając Falco z magii i przenosząc ją bezpośrednio do nich. Harry nawet nie spróbował na stałe przekazać im tej magii. Wyleczył jednak złamaną nogę Snape'a, jak i choroby i trucizny, które Falco puścił luzem w Draconie. Zrobił to bez wahania i nawet nie był w stanie wyjaśnić, jak mu się to udało, mimo że w normalnym stanie musiałby się zatrzymać i bardzo intensywnie zastanowić nad tym, jak właściwie osiągnąć zamierzony efekt. Teraz jednak Harry był wściekły, więc po prostu sobie tego zażyczył i do tego właśnie doszło.
Dziki Mrok czekał, przyczajony, krążący, aż Falco zaczął opierać się i zwalczać osuszanie magii, przed czym początkowo powstrzymywał go szok i ból. Wtedy uderzył. Harry zobaczył jak przez niebo mknie ogromna, czarna łapa o srebrnych pazurach, rozmywających się niczym spadające gwiazdy.
Rozerwała Falco na strzępy na wszelkie możliwe sposoby, nie tylko fizyczny. Organy wylały się z niego i opadły na przyprószony śniegiem piach wokół Harry'ego z cichymi dźwiękami pękających skórzanych worków, ale jego umysł też rozpadł się na kawałki, poczytalność rozerwana niczym materiał na latawcu, dusza rozwinęła się niczym kawałek Toma Riddle'a z pamiętnika, a magia wylała się niczym krew i została wessana przez głodną paszczę Mroku.
Został pożarty i w przeciągu minuty skóra Falco unosiła się w powietrzu niczym flaga. Harry'emu wydawało się, że opadnie przed nim na ziemię, ale dziki Mrok chuchnął na nią, przez co pomknęła w noc, ścigana i skubana przez niezliczone, stworzone z cieni szczeniaki.
A przepowiednia śpiewała wokół niego, podekscytowana, ciepła i senna.
Harry wbił dłonie w piasek, dysząc ciężko, po czym podźwignął się na nogi. Umysł dźwięczał mu od mocy, a ciało od niej lśniło, ale wiedział, że to zaraz ustąpi przed magicznym i emocjonalnym wycieńczeniem, co otworzy wrota cierpieniu. Ale w tej chwili magia wciąż trzymała go na nogach, więc ukłonił się w kierunku, w którym zniknął Mrok, rozumiejąc go znacznie lepiej, niż wcześniej.
Mocą, której Falco nie znał, faktycznie był Mrok. Ale chodziło o moją własną, mroczną magię, podobnie jak Snape'a, a nie tylko dziki Mrok. Który faktycznie jest wcieleniem chaosu. Pomógł i jemu i mnie. Czemu? Pewnie dlatego, że świetnie się przy tym bawił. Wreszcie doświadczyłem czegoś, co na dobre powstrzyma mnie przed próbami zaufania mu.
A przepowiednia…
Przepowiednia jednak potrzebowała, żeby tym razem to Snape stanął za moim prawym ramieniem, a nie Draco.
Harry skrzywił się lekko, kiedy wersy trzeciej przepowiedni Trelawney ponownie zadrżały mu w umyśle.
Po trzykroć pierwsza los wije swój kręty,
Trzykrotnie nadejdzie wyboru czas i skutek.
Stara przepowiednia spełni się trzykrotnie. To dobrze zrozumiałem. Ale wygląda na to, że też będzie musiała za każdym razem wybierać inną parę starszego i młodszego. Już wybrała mnie i Dracona. Nie mogła ponownie z nas skorzystać.
Wydawało mu się, że pieśń przepowiedni nabrała w tym momencie bezczelnych nut, więc obrócił się, żeby sprawdzić, jak czują się Draco i Snape. Pozostali sojusznicy już wyrwali się spod osłony, pod którą ich ukrył, prawdopodobnie dzięki wspólnemu wysiłkowi i już biegli w ich kierunku. Narcyza pochylała się nad Draconem z twarzą bladą z szoku. Draco miał otwarte oczy i Harry'emu wydawało się, że zdawał sobie sprawę z sytuacji i miejsca, w jakich się znajdował.
Pochylił się nad Snape'em, który spojrzał mu bez wahania w oczy. Harry ścisnął mu rękę.
– Dziękuję – powiedział. – Nie zdołałbym... nie znalazłbym w sobie sił, gdybyś tego nie zrobił. – Już czuł, jak furia się w nim rozprasza, opuszcza go, nie dzięki zamknięciu za barierami, ale uciekając w noc. Cóż, jeśli istniała jakaś pora roku, kiedy mogło do tego dojść, to z pewnością musiała być to właśnie noc Walpurgi, zwłaszcza że dziki Mrok zdawał się faktycznie odzwierciedlać jego nastrój.
– Nie byłem w stanie znieść twojego cierpienia – powiedział Snape ochrypłym z bólu głosem.
– Wiem. – Harry spojrzał na jego nogę. – Jesteś w stanie chodzić?
Snape zademonstrował to poprzez podźwignięcie się na nogi, mimo że musiał przy tym złapać Harry'ego za ramię. Pobladł okrutnie po wykonaniu pierwszego kroku, ale już po chwili tylko kulał, co usatysfakcjonowało Harry'ego. Magia Falco zwróciła, co magia Falco odebrała.
– Harry?
Obrócił się szybko, spodziewając usłyszeć najgorsze wieści, ale Narcyza po prostu pokręciła głową, stojąc z Draconem na rękach. Kiedy Harry ruszył w jej stronę, doszedł do wniosku, że musiała rzucić jakieś zaklęcie odciążające.
– Zasnął – wyszeptała Narcyza. – No wiesz, z szoku. – Harry kiwnął głową i przez chwilę unikał jej wzroku, ale dotknęła łokciem jego policzka i podniosła mu głowę. – Harry. O nic cię nie winię.
Zmusił się do przyglądania jej twarzy, póki faktycznie jej uwierzył, po czym przyglądał się szeroko otwartymi oczami Draconowi, dzięki czemu był w stanie zobaczyć jego fizyczny, jak i magiczny stan. Powoli, jeden po drugim, jego mięśnie zaczęły się odprężać. Nie zostało w nim śladu po chorobie. Draco prawdopodobnie będzie musiał spędzić kilka dni w skrzydle szpitalnym pod opieką Madam Pomfrey, choćby dlatego, że wtłoczono w niego niezwykłe ilości magii, po czym ją mu odebrano, ale na szczęście zdoła potem żyć, nie tylko przeżyć.
Wreszcie spojrzał na swoich sojuszników, ale od razu zorientował się, że żadnemu nic się nie stało. Obcy, którzy wcześniej stali wokół ogniska, zniknęli, ale Harry nie widział nigdzie żadnych ciał.
– Aportowali się, jak tylko zaczęła się walka – zapewnił go Thomas, który był najbliżej. – Tchórze. To było fascynujące. – Spojrzał na czarne niebo, jakby w nadziei, że wilk jeszcze powróci.
Harry westchnął lekko.
– Z pewnego punktu widzenia, niewątpliwie, Thomasie – zgodził się. – Czy mógłbyś wrócić z nami do Hogwartu i sprawdzić stan Draco? – Ufał Madam Pomfrey, ale poczułby się lepiej, gdyby ktoś pojawił się też, żeby zbadać Dracona na efekty poboczne całej tej magii.
– Z przyjemnością. – Thomas uśmiechnął się szeroko. – Tylko powiadomię o wszystkim Priscillę i dzieciaki. – Stuknął różdżką w nadgarstek, rozpoczynając zaklęcie komunikacyjne.
Harry kiwnął do pozostałych głową.
– Dziękuję za przybycie – powiedział. – Doceniam, że byliście skłonni pojawić się tu ze mną. Będę w Hogwarcie, jeśli ktoś ma potrzebę aportowania się tam i porozmawiania ze mną. – Wiedział, że tej nocy już nie zaśnie, był na to zbyt spięty.
Jeden za drugim, ludzie wokół niego zaczęli znikać. Snape zdawał się przekonany, że powinien na niego zaczekać, ale Harry rzucał mu przeciągłe spojrzenie, póki też nie zniknął.
Harry skorzystał z tych kilku samotnych chwil, żeby nad sobą w miarę możliwości zapanować, po czym wziął głęboki oddech.
Jego umysł wrócił, nieuchronnie, do przepowiedni.
Musi podjąć trzecią decyzję. Kolejna para młodszego i starszego. Kto to będzie? Z kim jeszcze miałbym stawić czoła Voldemortowi? Nie wyobrażam sobie tego bez Draco, czy Snape'a. A jeśli chodzi o Connora... no, wciąż nie kocha całego świata czarodziejów. Nie wiem, o kogo może chodzić i martwi mnie to.
Usłyszał cichy warkot i otworzył oczy. Siedział przed nim czarny wilk o zielonych ślepiach i srebrnej błyskawicy na łbie, a jego spojrzenie było pełne gościnności i zaproszenia, wzywało go na ścieżki Mroki i niezliczonych, bezmyślnych tajemnic, które się na nich znajdowały.
– Nie zadeklaruję się – wyszeptał Harry. – Falco mylił się pod tym względem i teraz powtarzasz jego błąd.
Wilk odetchnął z satysfakcją i odezwał się głosem, który Harry słyszał tamtej nocy, kiedy udał się uwolnić testrale. Twoje protesty nie mają znaczenia. Jeszcze cię dopadnę.
– Coś mi się nie wydaje – powiedział Harry.
Dziki Mrok śmiał się i śmiał, po czym rozwiał w powietrzu niczym czarna chmura, od której Harry'ego zapiekły oczy.
Rozejrzał się po raz ostatni po pustyni, po czym ze zmęczeniem aportował z powrotem do Hogwartu. Uważał, że jeszcze nigdy wcześniej nie doszło do tego rodzaju Walpurgi, ale prawdopodobnie dziki Mrok był na tyle szalony, żeby wtrącać się i przerywać nawet własne święta.
