Rozdział 3. Obrona przed czarna ripostą
- Dziwni Ci brytole, jedzenie jakieś takie bez smaku, impreza integracyjna w zasadzie nie istniała, a o kiosku ze szlugami można zapomnieć. - Wyliczał Alojz doganiając swoich przyjaciół ze szkoły.
- Tak swoja drogą, co sądzicie o tych naszych teoretycznych opiekunach? Tylko ja mam wrażenie, że jacyś tacy nieogarnięci? - Spytał Jakub przy okazji rozglądając się w tłumie za wysokim, rudym chłopcem, który miał ich zaprowadzić na kolejne zajęcia.
- Oj Kuba, już nie marudź - żachnął się Alojz - to nie ty musiałeś z nimi gadać. Ludzie tutaj mają chyba zerową wiedzę poza-magiczną. Nie mówiąc o braku tak podstawowych rzeczy jak szlugi, jak oni bez nich żyją?
- Może skręcają - zasugerował Kamil - chociaż nie, wtedy też by musieli sami pędzić bimber, a nie wyczułem nawet zapachu zacieru.
- Ehh, brakuje mi Siergieja i jego wynalazków, jednorożcówka to było naprawde płynne złoto - rozmarzył się Alojz, myśląc o ich ukraińskim znajomym.
- Ej kabany, widzę ich! - krzyknął Kamil i wskazał na poruszającą się rudą głowę w tłumie.
Cała trójka zaczęła się pchać w kierunku zauważonych przewodników. Nie mieli z tym w zasadzie większego problemu, żaden z nich nie należał do ułomków, a zaczątek piwnego brzucha Alojza tylko im pomagał. Po dotarciu do brytyjczyków podsłuchali, że następną lekcją będzie obrona przed czarną magią.
Profesor Koniecpolski się denerwował, a raczej był wręcz roztrzęsiony pierwszymi zajęciami w tej brytyjskiej szkole. Jeszcze do kompletu dostał piąty rok, lokalsi maja wtedy jakieś ważne egzaminy, nie do końca rozumiał jak to miałoby działać, brytole edukację magiczną mają tylko przez 7 lat? Skrajny debilizm, no ale co kraj to inna reforma edukacyjna. Ledwo to pomyślał i już się przestraszył czy zaraz nie pojawi się obok niego inkwizytor najwyższej słowiańskiej rady by go ukarać za niepochlebne myśli o geniuszu najwyższego kardynała. Na całe szczęście słowiańska jurysdykcja kończy się na Odrze. Uświadomienie sobie tych faktów, mocno go uspokoiło, ale dla lepszego spokoju ducha i większego kurażu pociągnął solidny łyk ze swojej magicznej piersiówki. W zasadzie, to był jego autorski projekt, który wykonywał po pierwszym stopniu studiów na Akademii Genialnych Hochsztaplerów, uśmiechnął się na wspomnienie tej sytuacji. Taaak, piersiówka zawsze zawierająca taki napój jaki potrzebuje pijący była genialna, a ile egzaminów ustnych dzięki temu zaliczył to jego. Do tej pory na uczelni gdzieś krąży podobno oryginalny projekt wykonania, uśmiechnął się pod wąsem, nikt nie wie że to on sam rozprowadził kilka falsyfikatów by miał wyłączność na ten iście magnes na studentki.
Zatopiony w myślach profesor nie zauważył, że do jego sali zdążyła już wejść cała klasa, z którą powinien mieć zajęcia. Poniewaz nikt nie wiedział czego się spodziewać, nie było odważnych by zachowywać się nieodpowiednio. Tę pełną napięcia ciszę przerwało nagłe otwarcie drzwi, to wbiegł do sali zziajany Nevile pospiesznie przepraszając i niemrawo się tłumacząc. Koniecpolski jakby ocknął się z zamyślenia i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po klasie, machnął tylko ręką do kajającego się chłopaka i mruknął by siadał. Oczywiście brytyjczyk nie zrozumiał słów ale intencje nauczyciela były jasne więc skwapliwie skorzystał z nieuwagi prowadzącego. Jednakże ta chwila wystarczyła Koniecpolskiemu by pozbierać myśli, zmarszczył swoje krzaczaste brwi, podkręcił sumiastego wąsa i poprawił swój szeroki pas opinający jego opasły brzuch.
- A co to się wyrabia?! Czemu uczniowie wchodzą do sali bez zaproszenia nauczyciela? Co wy sobie wyobrażacie? To nie kurnik czy inny chlew obsrany gównem. To poważna instytucja edukacyjna! Nie możecie sobie tu wchodzić jak do siebie!
Uczniowie którzy chcieli się pokazać jako Ci pilni i siedzli w pierwszych ławkach szybko tego pożałowali albowiem wraz z każdym słowem wściekłego profesora stawali się coraz bardziej mokrzy od jego tryskającej śliny.
- Andrzeju, nie denerwuj się - mruknął swoim tubalnym głosem Alojz
- Jak mam się nie denerwować? - krzyknął w jego stronę dyrektor.
- Oni nie rozumieją waszej ekscelencji ojcze dyrektorze! - pospieszył na ratunek koledze Jakub. - Wasza ekscelencja nie był łaskaw użyć zaklęcia tłumaczącego.
- Ach tak, rozumiem. Jakim prawem uczniowie nie znają języka którym mówi prowadzący? Wszystkim obcokrajowcom wlepie dwóje!
- Ojcze dyrektorze, brytyjczycy nie mają skali liczbowej tylko opisową - sprostował Jakub.
- No i to my jestesmy tutaj obcokrajowcami - szepnął Alojz.
Andrzej Koniecpolski wziął głęboki wdech, policzył w myślach szybko do dziesięciu zanim zrobił wydech. Zgrzytnął zębami i przetarł się ręką po twarzy.
- Z kim ja kurwa muszę robić i za co?
Zrezygnowanym ruchem wyciągnął różdżkę zza pazuchy, mruknął zaklęcie tłumaczące i już spokojnym głosem zaczął mówić:
- Witam was moi drodzy na pierwszych w tym roku zajęciach z obrony przed czarną magią, chociaż wolę nazywać ten przedmiot tak jak w domu, a mianowicie magia bitewna.
Ta nagła zmiana tonu i przedewszystkim języka mocno wstrzasnęła hogwartczykami mimo wszystko nieprzyzwyczajonych do słowiańskiej żywiołości.
- A ja myślałem że to Dumbledore jest świrnięty - mruknął Ron do Harry'ego.
- Także tak, na naszych zajęciach nie będziemy raczej używać podręcznika, sam wam będę dawać odpowiednie materiały. Wy, Anglicy, po śmierci królowej Wiktorii straciliście kompletnie umiejętność walki, nic dziwnego, że nawet nasi mugole musieli wam dupy w 40 roku ratować.
Hermiona sapnęła z oburzenia i już jej reka miała wystrzelić w górę aby zgłosić obiekcje do tego co przed chwilą powiedział prowadzący. Profesor profesorem, ale nikomu nie pozwoli by ktoś obrażał dorobek naukowy jej kraju.
- Panienka w brązowych włosach się tak nie gorączkuje, to co w waszych podręcznikach jest zaawansowaną magią dla siódmo rocznych u nas robią trzecio roczni. Nie będę was tu zanudzać historią ale gdyby wasz naród od ostatnich dwustu lat musiał ciągle walczyć o wolność i samostanowienie też byście mieli inne priorytety rozwoju. Chociaż tu by wam lepiej powiedzieli mieszkańcy Łodzi.
W tym momencie wszyscy hogwartczycy otwarli usta ze zdziwienia, że słowianie mają pływające miasta-statki, zaklęcie tłumaczace kiepsko radziło sobie z nazwami własnymi.
- Oni się tam uczą dywersji i taktyk partyzanckich, równolegle do nauki raczkowania. Ale dobrze bo się rozgadałem.
Machnął różdżką i przed każdym z uczniów pojawiła się kartka papieru z wydrukowanym na nim opisem, wraz z poruszającą się ilustracją ruchu różdżki, zaklęcia które będę przerabiać. Słowianie bez dalszych zaproszeń zaczeli czytać notatke i ćwiczyć ruchy. Brytyjczycy patrzyli jak zaczarowani na papier przed nimi. Ci z nich, którzy nie mieli nigdy do czynienia z mugolskimi dokumentami, osłupieli obserwując śnieżnobiały papier zamiast żółtawego pergaminu. Pozostali tylko patrzyli i zastanawiali się jak to możliwe, nie przypominało to bowiem żadnej magii jaką wcześniej widzieli.
- Swoją drogą, wiecie może gdzie w Hogwarcie znajdę xero? W pokoju nauczycielskim nawet ekspresu do kawy nie było. Jak wasi nauczyciele tutaj dają radę żyć?
Coraz bardziej zszokowana Hermiona podniosła rękę.
- Tak?
- Panie profesorze, w Hogwarcie nie ma żadnych mugolskich urządzeń. Elektronika w tak nafaszerowanym magią miejscu nie działa.
- Doprawdy, mógłby pan przeczytać "Historię Hogwartu" - mrukneli jednocześnie Harry i Ron przedrzeźniając przy tym ton Hermiony.
- Oh, to oczywiste - prychnął Koniecpolski - miałem na myśli MAGICZNE xero, skrótów myślowych też nie ogarniacie? W każdym razie, zamierzam was uczyć, jak na cywilizowanego białego człowieka przystało i nie będę wam dawać jakiegoś średniowiecznego pergaminu. Co jeszcze? Może będziecie robić notatki gęsim piórem maczanym w kałamarzu? No litości, mamy XX wiek. Długopisy i papier są dość starym wynalazkiem.
Hermiona siedziała zamurowana, oczywiście, była świadoma tych paradoksów Hogwartu. Na pierwszym roku nawet jej to przeszkadzało, po 4 latach mugolskiej podstawówki, gdzie pisała długopisem po papierze, musiała się nagle przerzucać na jakieś średniowieczne wymysły, ale myślała, że tak po prostu trzeba. Dopiero teraz, ten zagraniczny profesor uświadomił jej bezsens i brak logiki w jej rozumowaniu.
- Panie profesorze, w Hogwarcie nie ma takich rzeczy. Ani mugolskich ani magicznie podrasowanych. Do tej pory używaliśmy podręczników zakupionych na Pokątnej i owszem pisaliśmy na pergaminach za pomocą, jak pan to nazwał, średniowiecznych gęsich piór.
Koniecpolski gapił się na nią zaskoczony. Z każdym słowem dziewczyny otwierały coraz bardziej oczy ze zdziwienia. Po wypowiedzi dziewczyny nastała chwila całkowitej ciszy, profesor głośno przełknął ślinę i starając się trzymać swój głos na wodzy zaczął mówić.
- To przepraszam bardzo, - i tu jego samokontrola odpadła jak umiar po trzeciej kolejce - JAKIM KURWA CUDEM WY SIĘ ROZWIJACIE?!
Andrzej głęboko odetchnął przed kolejną częścią swojej wypowiedzi i już spokojniej dokończył:
- No ale naprawdę, od średniowiecza nie zmieniliście sposobu zapisywania informacji, nie posiadacie udogodnień cywilizacyjnych. Autentycznie dziwię się, że macie bieżącą wodę w kranach, chyba że wasza wieża astronomiczna to wieża ciśnień i skrzaty domowe wiadrami ją napełniają. Że nie wspomnę o imperialnym systemie miar i wag bo to jest jak już kopanie leżącego. Może mi ktoś wyjaśnić jakim cudem wy jako magiczne społeczeństwo nie upadliście?
Wybuch profesora był kroplą która przelała czarę goryczy, może i wyspiarze są dużo spokojniejsi od żywiołowych słowian ale nawet oni mają swoją dumę narodową. Cała klasa wypełniła się żywiołowymi dyskusjami i dość obraźliwymi okrzykami w kierunku profesora. Z całej tej wrzawy podniósł się Malfoy, a wraz z nim jego goryle Crabbe i Goyle. Ruchem dłoni rozkazał im uciszyć klasę co ci za pomocą swoich tubalnych głosów i groźnej postawy zrobili bardzo chętnie.
- Jakim cudem? Panie profesorze - powiedział Malfoy głosem ociekającym sarkazmem, ostatnie słowo wypowiadając wręcz jak obelgę - Ano takim że jesteśmy nieskończenie wyżej cywilizacyjnie niż banda dzikusów z lasu. Nasi czarodzieje uczą się w szkole o tysiącletniej tradycji. Jesteśmy wzorem demokracji. Mamy własne ministerstwo i ministra magii a nie jakąś radę nawiedzonych pastorów na sterydach. A przede wszystkim, dbamy o czystość krwi czarodziejów. Potężne czarodziejskie brytyjskie rody mogą prześledzić swoją genealogię aż do czasów założycieli Hogwartu! Dzięki temu nasza czarodziejska nacja jest na tyle potężna, że nie musi kraść magów z krajów sąsiednich by zapełnić jedną szkołę magii. Sam fakt, że wasza szkoła jest jakąś biedną ziemianką wydrążoną w górze, a nasz Hogwart jest potężnym i majestatycznym zamkiem, też wiele świadczy o rozwoju społeczeństwa. Masz czelność obrażać nas za używanie pergaminów i piór. Może i macie swoje brudne, mugolskie, nowinki, ale to my mamy tradycje, coś czego wy słowiańskie zwierzęta nie zrozumiecie. Zawsze byliście na śmietniku historii i nigdy się nie liczyliście i liczyć nie będziecie. Niezależnie jak bardzo głośno byście krzyczeli. Czarny Pan sam jest potężniejszy od wszystkich waszych magicznych dziadków w śmiesznych czapkach.
Cała wypowiedź Malfoya ociekała jadem i ironią. Mimo, że starał się możliwe jak najbardziej ubliżyć profesorowi, temu nie schodził uśmiech z twarzy, ba z każdym kolejnym zdaniem ślizgona, Koniecpolski uśmiechał się coraz szerzej. W końcu zdyszany chłopak przerwał swoją tyradę i spojrzał wyzywająco na tego grubego mężczyznę w śmiesznej szacie i z komicznie dużym, zaniedbanym wąsem. Profesor spojrzał tylko na wyniosłego blondyna z mieszaniną odrazy ale i zaciekawienia, niczym na wyjątkowo ciekawy ale jednak obrzydliwy okaz robala. Rzucił okiem na swoich ulubieńców ze szkoły, a w jego oczach zaświeciły się iskierki humoru.
- Nie chce mi się z Tobą gadać. - wskazał na Alojza Kamila i Jakuba - Chłopcy czyńcie honory.
- Po pierwsze primo - zaczął Alojz - wasza tysiącletnia tradycja może cmoknąć w pompkę prawie trzy i pół tysiąca lat odprawiania magicznych rytuałów na Łysej Górze.
- Po drugie primo - podjął Kamil - wasza tak zwana "czystość krwi" działa na zasadzie chowu wsobnego. Zasadę "kto kuzynki nie zaliczy, ten w rodzinie się nie liczy" wzięliście nieco zbyt dosłownie.
- I po trzecie primo. Ultimo - dokończył Jakub - magia natury jest dużo potężniejsza niż wasza różdżkowa. Zresztą patrz.
Sięgnął do kieszeni swojego dresu i wyciągnął z maltretowaną paczkę "sportów". Wziął jednego papierosa wsadził do ust i jak gdyby nigdy nic pstryknął palcami. Z jego kciuka wydobył się płomyk którym odpalił papierosa po czym strzepując rękę w kierunku ślizgona, go zgasił.
- No widzisz, a i chłopcy nie powiedzieli Ci najważniejszego - zaczął mówić Koniecpolski - my mamy w dupie wasze ministerstwo i ministra, nami - pstryknął i w jego ręce zmaterializowało się przedniej jakości już odpalone kubańskie cygaro - rządzi papież.
Po tych słowach w klasie zapadła cisza, którą przerwał dopiero dobiegający z dala głos dzwonka oznajmiającego koniec zajęć.
