Rozdział 5. Wróż Maciej

Po dzwonku oznajmiającym koniec zajęć, wzburzony Malfoy udał się w kierunku lochów. Widzący to Kamil skomentował cicho

- Jaki kraj taki Korzeniowski.

Słysząca to grupa Słowian parsknęła śmiechem.

- Jak myślicie, dokąd się tak spieszy Malfoyowi? - zapytał Harry swoich przyjaciół

- Pewnie poszedł się wypłakać Snapowi - odparł Ron - Panie profesorze bo mnie obcokrajowcy wyśmiewają - kontynuował udając że płacze

- Ron! Jesteś okropny, Malfoy przynajmniej coś powiedział. Wy tylko patrzyliście jak ten grubas obraża naszą szkołę

- Hermiono, po czyjej ty jesteś stronie? Bronisz Malfoya?

- Uch jestem po stronie Hogwartu wy ćwoki. Gdyby Koniecpolski obrażał jakiś klub Quidditcha to byście się oburzali jak on śmie śmieć.

- Ciężko mi to mówić ale, szlama ma racje - powiedziała przysłuchująca się tej rozmowie Pansy Parkinson - Ten obrzydliwy prymityw przesadził i to jest dużo bardziej istotne od rywalizacji między domami

Słysząc określenie jakim ślizgonka nazwała Hermione, Ron natychmiast chciał zareagować i rzucić się na tą pyszałkowatą dziewczynę. Dalsza część wypowiedzi, jednak go odrobinę zaskoczyła i powstrzymała.

- Ropucha ma racje, chociaż raz nie podkładajmy świni sobie, tylko tym dzikusom ze wschodu - odpowiedziała Hermiona ledwo powstrzymując drżenie głosu. Zawsze bolało ją to określenie, mimo, że nie chciała tego okazywać.

- Ropucha? - zdziwiła się Pansy

- Tak, jesteś zielona, brzydka i skrzeczysz, że Cię się nie da słuchać - odparła gryfonka z uśmiechem pełnym jadu

Przysłuchujący się tej rozmowie chłopcy stali osłupieli. Nie mieściło im się w głowie, że kiedykolwiek zobaczą jak jakikolwiek mieszkaniec gryffindoru, zawiąże chociaż nić porozumienia ze ślizgonem. Te rozmyślania przerwało głuche łupnięcie, jakie wydała ciężka łapa Jakuba waląca w plecy Harry'ego

- Gdzie teraz mamy mordeczko? - zapytał Słowianin z szerokim uśmiechem

- Wróżbiarstwo, to w wieży północnej. - mruknął Potter

- Dzięki wariacie, pozdro z fartem, mordo!

Odparł słowianin, poprawił czapkę z daszkiem i wrócił do swoich przyjaciół ze szkoły.

- Spoko Ci brytole ale chyba trochę przesadziliśmy na lekcji

Powiedział Kamil miętosząc swój kaszkiet w dłoni.

- E tam, wyluzuj. Zrobimy im imprezę integracyjno-przeproszeniową to nie będą marudzić. - machnął ręką Alojz - Nie ma takich konfliktów których nie rozwiąże odpowiednia ilość alkoholu - dodał.

- Mam nadzieje, że Siergieja nie złapali na granicy, z prywatnych zapasów, nie zrobimy dobrej imprezy.

- Hmm to może na miejscu coś zrobić?

- No proszę Cię. Nie mają długopisów, a mieliby działającą aparaturę bimbrowniczą? Nie ma szans. Trzeba będzie samemu coś wykombinować. Musimy dorwać ichniego mistrza eliksirów. Może jak się podliżemy to da nam pomyszkować w pracowni - szybko uknuł wstępny plan Kamil.

- Dobra, ogarniemy to. Teraz musimy dogonić tych brytoli, bo się pogubimy. Ten zamek jest dużo bardziej skomplikowany niż nasza buda.

Po przejściu przez klapę w podłodze oczom Harry'ego i Rona ukazała się znienawidzona przez nich przytulna sala wróżbiarstwa. Nie było tu zajęć przez całe wakacje i chłopcy mieli wrażenie, że przez cały ten czas, nikt nawet nie uchylił tu okna. Zaduch bijący od tych wszystkich kadzideł i świeczek, rozłożonych bezładnie po sali, przyprawiał ich o potężne zawroty głowy. Prawie spadli z drabiny, gramoląc się na podłogę klasy.

- Witam was drogie dzieci po tej zbyt długiej przerwie. Widzę, że dołączyło do nas kilka nowych twarzy. Skąd jesteście chłopcy? - zapytała wskazując na trójkę Słowian - Nie! Sama powiem, jestem przecież jasnowidzącą. Ty! Taki wysoki, jasnowłosy musisz być z mroźnej Skandynawii.

Fala chichotów która przeszła przez salę nie zraziła wieszczki. Jednakże sam zainteresowany, nawet się nie uśmiechnął. Kamil pokiwał poważnie głową i się zamyślił. Następnie Trelawney, przeniosła swoją uwagę na siedzącego obok Kubę.

- Ciebie chłopcze, również nie kojarzę z poprzednich lat. Ty przybyłeś do nas z dalekiej Rosji? Och, nie odpowiadaj, widzę to w twojej aurze. Znam wielu, dobrych widzących z twojego kraju. Nie tak dobrych jak ja, oczywiście. Niemniej, wciąż utalentowanych.

Kuba po usłyszeniu tych bredni, chciał zaprotestować ale dyskretny kopniak, w kostkę od Kamila, go powstrzymał. Jego przyjaciel, miał jakiś plan w nieujawnianiu oszustwa, a on postanowił mu zaufać. Dlatego też, wzorem poprzednika tylko poważnie skinął głową

- Daa - Wykrztusił z siebie z najbardziej wschodnim akcentem na jaki go było stać. Zadowolona profesor odwróciła się do trzeciego chłopca siedzącego przy stole. Popatrzyła mu głęboko w oczy, chwyciła go za rękę. Gdy tylko jej palce dotknęły skóry Alojza, Trelawney odskoczyła z krzykiem.

- Tak silne wibracje spektrum - mamrotała do siebie kobieta - chłopcze, moje trzecie oko, nie jest w stanie przejrzeć twojej zasłony losu. Skąd jesteś?

- Ależ, pani profesor, nie jestem nikim wyjątkowym. Zwą mnie Alojz i jestem z Czech.

Powiedział zapytany chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy. Próbował się nie krzywić z bólu, od kolejnych kopniaków Kamila. Chcąc dać mu znać, by się uspokoił, lekko się odwrócił do niego i złowił jego wzrok. Spojrzał mu w oczy i szybko, wręcz niezauważalnie mrugnął do niego.

- Ale jak to, zwykły chłopak - nie dowierzała wieszczka

- Ach, widzi pani profesor. W kręgach słowiańskich Widzących jestem znany jako Wróż Maciej. Nie lubię się afiszować ze swoim talentem. - Uśmiechnął się chłopak skromnie. - Ale mogę pani pomóc z przejrzeniem Woalu Niepewności. W zasadzie, mamy do tego specjalną mieszankę ziół, których wdychanie oparów, rozszerza trzecie oko ponad wszelkie wyobrażenie.

- A czy pomaga je w ogóle otworzyć? - zapytała kobieta niepewnie i odrobinę nieśmiało

- Oczywiście że tak, już daje. - Chłopak wyciągnął ze swojego plecaka, przeźroczystą torbę z ziołowym suszem w środku.

- Miało mi, co prawda, wystarczyć na cały semestr, ale czego się nie robi w służbie przyszłości!

- Tak, tak, cokolwiek, byleby działało - mamrotała kobieta w amoku. Teraz to już nawet Harry i Ron byli zainteresowani co tym razem Słowianie wymyślili. Wyśmiewanie ich znienawidzonej nauczycielki pozwoliło im, na chwile, zapomnieć o innych upokorzeniach tego dnia. W tym czasie, Kuba sprawnymi ruchami skręcił papierosa, z ziołowym suszem od Alojza, następnie wręczył go, coraz bardziej podnieconej, nauczycielce.

- Pani se weźmie, ja dam pojare. - Rozemocjonowana Trelawney, nawet nie zwróciła uwagi na zbyt spoufalony język jakim zwrócił się do niej uczeń. Zaciągnęła się porządnie i wtedy zaczęła się magia.

A* raczej powinna, bo Sybilla nic nie czuła. Spodziewała się jakiegoś znaku, uczucia mocy, chociażby pioruna za oknem. Burze nigdy nie przychodzą, kiedy są potrzebne. Popatrzyła tylko na tego przybysza, w dziwnej szeleszczącej szacie, który przed chwilą odpalił jej ziołowego papierosa.

- Oszukano mnie! - wykrzyknęła - Obiecaliście poczucie mocy i kocy, a nic się nie zmieniło! Wciąż jesteście bandą rozwydrzonych centaurów! - Słysząc nauczycielkę, Kamil pochylił się do Alojza i szepnął

- Stary, co było w tym gibonie?

- Nie mam pojęcia - odparł przerażony chłopak - pomyliłem paczki, w tej którą jej dałem była mieszanka Siergieja.

- Dobra, jak bardzo jesteśmy w dupie? Przecież nie ma opcji, żebyśmy za to nie bekli - odpowiedział równie przerażony nastolatek. Przysłuchiwanie się przerażonym szeptom, przybyszy ze wschodu, było dla Harry'ego najbardziej satysfakcjonującym momentem tego męczącego dnia. Mimo to, jednak postanowił pomóc gościom. Tak jak Pan Dumbledore powiedział "lojalność gryfonów". Skoro miał się nimi zająć, to się nimi zajmie.

- Chłopaki, spokojnie. Patrzcie, jak to się robi w Hogwarcie. - uśmiechnął się do nich szelmowsko. Siedzący obok Ron, nie wiedział jeszcze, jaki Harry ma plan oraz czy w ogóle go ma. Dlatego, postanowił się wyjątkowo nie odzywać i obserwować sytuację. Po cichu liczył, że uda mu się uratować wszystkich z niezręcznej sytuacji i chociaż raz, Ronald Weasley, będzie tym najlepszym. Pochłonięty swoimi marzeniami, nie zauważył jak Harry zdążył zdjąć swojego buta i przejść z nim w ręce do nauczycielki.

- Pani profesor! Czy mogłaby mi pani pomóc z tą wróżba? Nie rozpoznaje wszystkich symboli zagrożeń.

- Chochliku ach chomiku,

Zagrożeń masz bez liku.

Odejdź jednak zawczasu,

Gdyż nikt nie ma czasu.

Synku siadaj, bo to trza na spokojnie,

Wyjaśnię Ci, czemu nie wolno sikać w spodnie?

Czy jeśli herbatę do szklanki nalewasz,

To czy jednocześnie z dzbanka ją ubywasz?

A teraz ić stont proszę

Bo muszę podłubać w nosie

Po czym bez najmniejszej krępacji, wzięła świeczkę ze stołu obok i zaczęła się drapać nią po uchu.

- Alojz, wyrzuć to gówno. Nie chcę tego wziąć, nawet przypadkiem -mruknął Kuba
- Hola hola cóż ja słyszę?

Macie nowe karnisze?

I nie mów nic więcej o przypadku,

Ty też z niego jesteś, gagatku.

Och czy to już noc się zbliża?

Przecież kolacja się odbywa.

- Pani profesor, możemy już iść?

- Zerwij tylko tą kiść,

potem możesz już iść.

Ale uważaj na schody.

Ostatnio szukają ochłody.

Patrząca się w osłupieniu klasa, nie wiedziała jak zareagować. Chytry plan Harry'ego, by upokorzyć wieszczkę, spalił na panewce. Ta kobieta sama się pogrąża, bardziej niż ktokolwiek inny by mógł. Słowianie natomiast, patrzyli na reakcję nauczycielki, nie mogąc się zdecydować co zrobić. Czy wzywać pomoc? Czy może udawać, że tak powinno być? Na szczęście, decyzję za nich podjął Ron, któremu zaczęło głośno burczeć w brzuchu.

- No co? Przez te opary zrobiłem się głodny. -powiedział z miną niewiniątka

- Nie ty jeden, ale bym sobie taką średnia hawajska oszamał - odpowiedział mu Kamil patrząc się w przestrzeń rozmarzonym wzrokiem.

- Średnia hawajska,

Prosto z Murmańska

Po tych słowach, Sybilla Trelawney padła na podłogę i zaczęła głośno chrapać.

- No cóż - powiedział Alojz - gdy gastro wzywa moim honorem jest szukanie kuchni. - Po czym jako jeden z pierwszych ruszył do klapy w podłodze, by wyjść w końcu coś zjeść.