Rozdział 9 Gówno staje się poważne

Po zrujnowanym salonie, opuszczonego domu gdzieś w północnej Anglii, przechadzał się, szybkim krokiem, czarodziej w długiej i czarnej szacie. Widać było po nim, ogromne zdenerwowanie. Przy kolejnym okrążeniu, mimo wszystko niezbyt dużego pokoju, gniewnie kopnął, leżący obok kominka, kawałek spalonego drewna. Natychmiast jednak gorzko tego pożałował gdy zorientował się, że to co wcześniej brał za zwęgloną belkę, było w istocie kawałkiem cegłówki, odpadłej z obudowy kominka. Jego złość spotęgował trzask łamanego palca u stopy oraz fala bólu ,która go po tym zalała.

- Nosz kurwa mać! – Wykrzyknął gniewnie. – Pierdoleni mugole, nawet jebanego kominka nie potrafią zrobić by się nie rozjebał po chwili!

Machnął jednak różdżką i wraz z kolejnym uderzeniem bólu, nastawił złamaną kość. Płynnym ruchem dłoni wyjął z kieszeni, obszernej peleryny, malutką fiolkę Szkiele-Wzro. Autorski projekt jednego z jego podwładnych, na torbę z każdym potrzebnym eliksirem, był naprawdę genialny. Czarnoksiężnik musiał w duchu przyznać, sam przed sobą, że nie dałby rady takiego wynalazku stworzyć. Nie mógł jednak powiedzieć tego głośno. Straciła by na tym jego renoma, najpotężniejszego czarodzieja obecnych czasów. A kto jak kto ale dla Czarnego Pana reputacja jest wszystkim. Gdy poczuł, że już jego ciało się zregenerowało, ruchem różdżki przywrócił jako taki porządek w pomieszczeniu. Zależało mu by do stołu mogli usiąść wszyscy jego podwładni. Zostało ich na razie zbyt niewielu aby pozwolił na wewnętrzne podziały w jego organizacji. Musi na powrót rozbudować swoją siatkę agentów oraz pozyskać nowych popleczników. Po jego porażce sprzed laty, pozostali przy nim tylko najwierniejsi z wiernych. Nie miał nawet siedziby z prawdziwego zdarzenia. Musiał kisić się on i jego pomagierzy w jakiś zapuszczonych mugolskich klitkach.

- Tak dalej być nie może. – Mruknął do siebie. – Pizga tu jak w kieleckim na dworcu, a na dodatek jeszcze wieje. – Machnął różdżką i w kominku za jego plecami zaczął trzaskać ogień. Czarnoksiężnik zmarszczył brwi. Po kolejnym zaklęciu płomienie przybrały złowrogi zielony kolor.

- Zdecydowanie lepiej, odrobina dramatyzmu nikomu nie zaszkodziła. – Następnie przyjrzał się ułożeniu stołu w pomieszczeniu, najchętniej siadłby plecami do ognia, raz, wywołanie odpowiedniego poczucia grozy i respektu, a dwa mimo wszystko było mu zimno. Niestety nie mógł. Kominek był w połowie długości stołu. Czarodziej, jak na prawdziwego Lorda przystało, musi siedzieć u szczytu stołu. Gdyby zajął miejsce w połowie, przekazałby sygnał reszcie popleczników, że są mu równi. Kolejnym ruchem różdżki, obrócił stół prostopadle do kominka, demolując przy tym resztę mebli znajdujących się w pokoju. Następnie, zadbał o odpowiednie oświetlanie, wyczarowując magiczne aury dające światło. Najważniejsze było zadbanie o dobry klimat spotkania. Jego poplecznicy musieli z powrotem w niego uwierzyć i zacząć się go bać. Po odpowiednim przygotowaniu sali, zasiadł u szczytu stołu i swoim długim, bladym palcem nacisnął mroczny znak, wzywając swoich śmierciożerców.

Pokój powoli zapełniał się pojawiającymi się postaciami w czarnych pelerynach. Każdy zasiadał przy stole na najbliższym wolnym krześle. Dla tych dla których brakło miejsca, kuli się pod ścianami bojąc się reakcji Czarnego Pana na ich zbytnią opieszałość. Voldermort uśmiechnął się tylko drwiąco obserwując jak jego poplecznicy nerwowo przemieszczają się wokół stołu. Spokojnie poczekał aż wszyscy przestaną się ruszać w oczekiwaniu na jego słowa.

- Witam was ponownie moi drodzy przyjaciele. – Zaczął swa przemowę swoim zimnym, wyniosłym i ociekającym jadem głosem. – Zgodnie z informacjami od mojego drogiego sługi Severusa, do Hogwartu trafiła grupa czarodziejów z innego kraju. Chaos towarzyszący ich obecności tam, na pewno ułatwi nam penetracje zamku. Lucjuszu, zadbasz o to by ustanowić stała relacje z przybyszami. Gdy zaatakujemy szkołę, hogwartczycy nie będą się spodziewać ataku od strony przyjezdnych.

- Tak, mój panie. Zrobię co w mojej mocy. – rzekł usłużnie wywołany śmierciożerca.

- Wiem, nie chcesz mnie przecież zawieść. – Ostatnie słowo wysyczał przez zaciśnięte zęby. Przywołany olbrzymi wąż, Nagini majestatycznie wpełzł na stół i poruszał się w kierunku swojego pana, za nic mając przerażone spojrzenia reszty śmierciożerców. Czarny Pan rozkoszował się tym widokiem, uwielbiał patrzeć jak ludzie wokół niego okazywali czysty strach przed jego osobą. Najmniejsza oznaka braku lęku irytowała go bardziej niż czynny opór jaki dawał mu Harry Potter.

- Mój Panie, a co ja mogę dla Ciebie zrobić? Uniżenie proszę o zadanie od Ciebie – Służalczo powiedziała Bellatriks, patrząc na swojego przywódcę z uwielbieniem.

- Każdy wielki twórca ma swoje psychofanki – westchnął w duchu Czarny Pan. – Tak moja droga, istotnie, odegrasz ważną role w moim planie ale jeszcze nie dowiesz się jaką. Na razie, zajmij się infiltracją społeczności czarodziejów za granicą. Nasze idee muszą opanować cały świat, a nie tylko jedną wyspę.

- Tak panie, bardzo chętnie mój panie – odpowiedziała uniesiona i onieśmielona kobieta – Czy mogę zasugerować państwo od którego bym zaczęła?

- Mów śmiało, bardzo cenie sobie twoją opinie Bellatriks. – Mimo stosunkowo ciepłych słów Voldemorta, jego oczy pozostawały zimne. Już w szkole nauczył się, że pochlebstwem przeciągnie na swoją stronę więcej ludzi niż groźbą. W jego obecnej sytuacji nie stać go było na jakąkolwiek zdradę. Odzyskał ciało ledwie kilka miesięcy temu, a dopiero dwa tygodnie wstecz, udało mu się przywrócić pełnie mocy po wykańczającym pojedynku na cmentarzu, w dzień jego zmartwychwstania. Nigdy, co prawda, nie podejrzewał Lestrange'ów o zdradę. Ta kobieta i jej mąż byli zbyt w niego zapatrzeni. Niemniej inni patrzyli i oceniali. Jako mistrz legilimencji, potrafił dostrzec kłębiące się myśli swoich popleczników.

- Mój Panie! Chciałabym udać się do dalekiej Albanii, by twoim śladem poszukać najpotężniejszych bałkańskich czarodziejów i przekonać ich do poparcia naszej sprawy.

- Hmm. – Czarny Pan udał ze się zastanawia nad propozycją kobiety. Choć w istocie, była ona sensowna, musi dbać o to, by jego podwładni nie przejawiali zbytniej inicjatywy czy samodzielności w wykonywaniu jego rozkazów. – Na Bałkany udadzą się Carrowowie, z tego co wiem macie tam jakąś rodzinę.

- Mugolaków panie – odparł z pogardą Amycus, jego siostra splunęła na samo wspomnienie wygnanej części rodu. – Ale możemy udać chęć pojednania, by przedstawili nam sytuacje, byśmy mogli dotrzeć do tych prawdziwie liczących się czarodziejów.

Voldemort tylko kiwnął głową w kierunku rodzeństwa śmierciożerców usatysfakcjonowany ich odpowiedzią.

- Bellatrix, udasz się do mroźnej Skandynawii, zdobądź dla mnie nordyckich magów oraz krasnoludy żyjące w ich górach. Możesz obiecać im co tylko chcesz, byle by nas poparły. I tak nie będą mogły tego wyegzekwować. – Zaśmiał się okrutnie. Do jego mrocznego śmiechu, dołączyła się reszta popleczników. – Ciebie, mój drogi Severusie, czeka natomiast najtrudniejsze zadanie. Masz miesiąc by przekonać Harry'ego Pottera do rzucenia mi wyzwania w momencie konfrontacji.

- Tak Panie. – Odrzekł swym zwyczajowo zimnym i wypranym z emocji głosem Snape. – Ośmielę się spytać, dlaczego akurat miesiąc? Po tylu latach, wzajemnej nienawiści może to być zbyt mało by przekonać tego krnąbrnego chłopaka do siebie.

Voldemort tylko drwiąco się roześmiał, słysząc obawy swojego agenta w Hogwarcie.

- Severusie to ty nie wiesz? Nasza i słowiańska noc duchów wypadają po sobie. Obecność zbłąkanych dusz z tak wielu stron osłabi zaklęcia wokół zamku. Dzięki czemu, my damy rade przełamać barierę i zaatakować!

Zimny pot spłynął po karku Snape'a, wiedział ze musi natychmiast powiadomić o tym planie Dumbeldore'a licząc, że ten stary czarodziej coś wymyśli. Jeśli Czarny Pan ma racje, świat czarodziejów czekała zagłada. A nikt, poza dyrektorem Hogwartu, nie będzie w stanie nic z tym zrobić.

Czarny Pan przyglądał się swoim zwolennikom przez zmrużone oczy. Próbował dojrzeć wśród nich chociażby cień myśli o zdradzie czy lęku. Zobaczył jednak tylko spojrzenia pełne uwielbiania lub strachu. Ucieszyła go ta myśl. Jego plan musi się powieść. Zbyt długo już na to czekał. Początkowa komplikacja z obcymi przybyszami w szkole, finalnie wyszła na jego korzyść. Może łaskie pozwoli im żyć po wojnie? Oczywiście nie na długo. Przydatne narzędzia są mimo wszystko tylko narzędziami, a te przecież, wyrzuca się gdy przestają być potrzebne. Tak, zdecydowanie Lord Voldemort snuł mordercze wizje dotyczące najbliższej przyszłości świata czarodziejów. Jedynym problemem który wciąż mącił jego myśli był Albus Dumbledore, musi znaleźć sposób by go zneutralizować przed Nocą Duchów. Ten człowiek jest większym zagrożeniem dla jego planów niż Harry Potter.

- Mój Panie, a co reszta z nas ma w tym czasie robić? – zapytał jeden ze śmierciożerców stojących pod ścianą.

- To co do tej pory Yaxley, przeciągnijcie na naszą stronę kogo się da, zinfiltrujcie ministerstwo, a co najważniejsze, nie dajcie się złapać Zakonowi Feniksa. Stary Dumbledore nie jest już taki silny jak kiedyś, niemniej wciąż pokonałby każdego z was, bez przemęczania się. Mój plan jest zbyt istotny, by miał się wysypać przez waszą nieudolność!

Notatka od Autora:

Przypływ weny to pisze, co ja będę czekać. Wielu z was zwróciło mi uwagę na literówki i interpunkcje, ja wiem, serio staram się ale niestety bywam zbyt upośledzony. Jeśli ktoś chciałby mi w tym pomóc to niech wyśle wiadomość. Jakoś się dogadamy o szczegóły ;)