A jeśli chodzi o – jak plotka głosi – przyszłą cesarzową i okoliczności jej-że debiutu, nie mogę zdradzić za wiele, gdyż wszelkie te wydarzenia otoczone są wielką tajemnicą i pod ścisłym rygorem kary powtarzać ich postronnym nie należy. Wszakoż mogę chyba przekazać mojej najukochańszej kuzynce, że dziewczyna okazała się dokładnie taka, jak wszyscy się obawialiśmy – nieokrzesana, niechlujna w wyglądzie i pełna barbarzyńskich nordlińskich manier. Tak, tak, moja najdroższa F., cud to zaiste będzie, jeśli rzeczywiście na cesarskim tronie zasiądzie!

Wybrane listy hrabiny de Nuerra, wydanie zbiorowe

Podczas debiutu zaprezentowała C.niespotykane dotąd wcześniej na surowym niegdyś nilfgaardzkim dworze zachowanie, czym zapisała się na kartach historii cesarskiej etykiety, wprowadzając do niej swobodniejsze i bardziej naturalne elementy. Spotkało się to początkowo ze spodziewanym, choć irracjonalnym oporem ze strony części elit (por. protest koronkowy), zakończonym jednak ze względu na wsparcie innych frakcji kompletnym fiaskiem.

Encyclopaedia Maxima Mundi, tom III, Effenberg i Talbot

Po przekroczeniu nurtu Sylte wijącej się jak wstążka pomiędzy zielonymi równinami i po dotarciu do Ebbing, gdzie spędzili kilka dni, Emhyr oznajmił jakby mimochodem, że resztę drogi pokonają na galeonie. Ciri nie poruszyła jakoś szczególnie ta informacja. Morze jej nie przerażało, a podróże na statkach nie wzbudzały w niej mdłości. Emhyr mógł podjąć decyzję z wielu sobie tylko znanych względów – chwilowo nieprzejezdnych szlaków, czasu potrzebnego na dotarcie do stolicy, a nawet i intencji wjazdu do prowincji Dolnej Alby z całą pompą, na jaką było stać cesarstwo.

Jednak teraz, kiedy wpływali do Baccalà, najważniejszego imperialnego portu rozciągającego się wokół samej stolicy, zmieniła zdanie. Prawdopodobnie na decyzji Emhyra zaważyły wszystkie czynniki, o jakich pomyślała, ale też jeden, który wcześniej nie przyszedłby jej do głowy.

Nie tylko ona miała wywrzeć odpowiednie wrażenie na mieście i jego mieszkańcach. To także oni mieli zaimponować jej.

Gdy rozglądała się po porcie, większym i bardziej tłumnym niż wszystkie, jakie do tej pory widziała, po redach i dokach ciągnących się tak daleko, jak wzrok sięgał, próbowała nie czuć się przytłoczona. Gdzieś w oddali, na horyzoncie majaczyły złote wieże Nilfgaardu, stolicy prowincji i całego cesarstwa.

Przez chwilę Ciri nie potrafiła myśleć o niczym innym jak tylko o tym, że zupełnie tu nie pasuje. Poczuła się bardzo obco i nie na miejscu tutaj, w tym miejscu na końcu świata, tak różnym od wszystkiego, co do tej pory zobaczyła.

Członkowie straży przybocznej, przystrojeni w mundury galowe, nie ośmielili się nic powiedzieć, wypięli się tylko jak naciągnięte struny i karnie spuścili wzrok, kiedy schodziła na ląd po pospiesznie przygotowanym trapie.

Wiele dało się powiedzieć o Riataldzie de Verre, ale nie to, że był urodzony o szczęśliwej godzinie. Jako trzecie dziecko zubożałej pary szlacheckiej czwartej rangi nie mógł liczyć ani na zaszczyty, ani na pozycję, ani nawet na skromny, acz pewny spadek. Pierwsza wybranka jego serca utonęła podczas przeprawy przez Yarrę, a kolejna zapadła na Zarazę Catriony w czasie panującej na Północy plagi. Fajtłapowaty i życiowo nierozgarnięty w gruncie rzeczy Riatald po tych wydarzeniach zdecydował nie angażować się przesadnie w życie i spokojnie klepać arystokratyczną biedę do końca swoich dni. Czasem jednak jego mimo wszystko wciąż istniejące przywileje przypominały o sobie i domagały się wykorzystania.

Nie dalej niż wczoraj na przykład miał okazję stać się częścią wiekopomnego wydarzenia: debiutu przyszłej cesarzowej na dworze.

W związku z czym mógł opaść teraz z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku na krzesło zasłane mięciutkimi poduszkami przez uczynną Aike i rozsiąść się wygodnie.

– No nie siedź tak po cichu! Opowiadaj! – nie wytrzymał w końcu kupiec Mebrid, zajmujący się głównie handlem towarami do poprawienia wyglądu niewieściego. Zabawnie kontrastowało to z faktem, że swojego wyglądu, zaniedbanego w szorstki i nieco przykurzony sposób nawet przy najlepszych okazjach, poprawić nie zamierzał.

– Zaprawdę powiadam wam – zaczął z patosem Riatald, nadymając się jak wielka ropucha. – Zaprawdę powiadam, że istne tłumy zgromadziły się tej nocy w pałacu cesarskim, w naszym starym dobrym Malahide!

Mebrid spojrzał na niego w sposób, który dobitnie informował, jak niewiele interesuje go ilość szanownych i wielce poważanych gości na sali audiencyjnej, w przeszłości, obecnie, a nawet i w odległej przyszłości.

– Jak wyglądała! O tym mów! – syknął ze zniecierpliwieniem.

Cirilla Fiona Elen Rianon wkroczyła dumnym krokiem na salę tronową Caer Mal'huide, Zamku Złotych Wież, głównej oficjalnej siedziby Jego Imperialnej Wysokości, cesarza Emhyra var Emreisa. Wypełniający komnatę tłum ludzi jakby zamarł, wstrzymał oddech. Gdyby którejś z kobiet zsunął się teraz z dłoni pierścień, odgłos jego upadku odbiłby się od ścian echem.

Ciri szła powoli, ale zdecydowanie, pozornie nie rozglądając się na boki, lecz spoglądając przed siebie z arogancko uniesionym podbródkiem. W rzeczywistości kątem oka zerkała dookoła, oceniając przyglądające jej się tabuny arystokracji. Sala niemal pękała w szwach, bo każdy, kto tylko miał prawo do bywania na dworze przy oficjalnych okazjach, pośpieszył tego wieczoru na zamek, żeby w duchocie i ścisku móc wlepiać oczy w pretendentkę do tronu.

Szlachta w Nilfgaardzie dzieliła się na kasty, określane mianem rang. Najniższa, czwarta ranga, dawała wyłącznie możliwość brania udziału we wszystkich imperialnych uroczystościach, z kolei do pierwszej rangi zaliczano wyłącznie elitę, starą arystokrację, wywodzącą swoje pochodzenie od Czarnych Seidhe, pierwszych mieszkańców doliny rzeki Alby.

A jednak mimo tego zapełnienia sali po brzegi arystokratami wszystkich rang nikt nie śmiał choćby czubkiem buta, choćby skrawkiem szaty dotknąć szkarłatnego dywanu łączącego wrota wejściowe z cesarskim tronem. Ciri pozwoliła, żeby na tę myśl pojawił się na jej twarzy lekki uśmiech satysfakcji.

Zauważyła, że kilka starszych dam rzuciło jej zgorszone spojrzenia. Nie zdziwiło jej to; na taki efekt liczyła. Od nilfgaardzkich arystokratek, gardzących najdelikatniejszym nawet makijażem, musiała się różnić jak dzień od nocy ze swoimi mocno, po elficku podkreślonymi kholem oczami i ustami pomalowanymi jasnoróżowym barwnikiem.

Gdy podeszła do tronu, nie opadła w służalczym głębokim dygnięciu, które zmusiłoby ją niemal do dotknięcia czołem posadzki. Nie opuściła nawet wzroku. Skłoniła się miękko, lekko, ukłonem, którego uczyło się dzieci za młode, aby w pełni mogły zrozumieć zawiłości dworskiej etykiety, lecz na tyle dorosłe, by wymagało się od nich udziału w ceremoniałach. Ukłoniła się tak, jak dziecko mogło kłaniać się przed wielce szanowanym rodzicem.

– Córko – powiedział Emhyr, jednoznacznie potwierdzając jej pozycję.

Ktoś w tłumie zaczął wciągać z sykiem powietrze, ale urwał, najprawdopodobniej pod ostrzałem spojrzeń sąsiadów. Ktoś dostał ataku kaszlu. Ktoś inny westchnął z niedowierzeniem.

Cesarz Emhyr var Emreis obwieścił Nilfgaardowi następczynię tronu.

– Pięknie wszystko opowiadacie, panie Riataldzie, naprawdę pięknie. – Aike, żona Mebrida, podała szlachcicowi potężny kufel piwa i uśmiechnęła się przy tym ślicznie, jak tylko ona potrafiła. – Ale nie przerywajcie sobie moją obecnością, mówcie dalej. Nie będę wam przecie przeszkadzać.

– No tak… Tego… Gdzie to ja… – Riatald de Verre, urodzony orator, we własnym mniemaniu najlepszy mówca obecnego półwiecza, podrapał się ze stropieniem po głowie.

– Opowiadaliście o tańcu rozpoczynającym uroczystości – podsunęła Aike, przysiadając przy stole.

Zwyczaj wymagał, żeby uroczystości po debiucie rozpoczął podniosły taniec ku czci Wielkiego Słońca. Nie zdarzało się, żeby kapłanki postanowiły zaszczycić ceremonię swoją obecnością, ale religia imperialna była zawsze obecna, choćby tylko w postaci krótkiej empastiady. Tańczyła ją jedna para na oczach wszystkich. Tradycja nakazywała, aby była to pierwsza para Imperium, następca tronu i jego narzeczona. Byłby to idealny moment na zaanonsowanie przyszłego cesarskiego małżonka, subtelne zasygnalizowanie, kto znajduje się w łaskach tajemniczej dziewczyny i komu szerokie rzesze arystokracji powinny się obecnie przypochlebiać.

I ten zwyczaj przyszła cesarzowa zdawała lekce sobie ważyć. Rozejrzała się po sali, a gdy razem z jej spojrzeniem po tłumie przeszedł pełen spekulacji szmer, przekrzywiła lekko głowę, jakby tryumfalnie. I płynnie, z gracją obróciła się na pięcie na wcale wysokim obcasie czarnego pantofelka, i za towarzysza tańca wybrała sobie samego cesarza.

Emhyr nie zaprotestował. Skłonił się tylko swojej partnerce głęboko, jak było w zwyczaju. Odpowiedziała ukłonem. Gdy zaczęli wirować po parkiecie, arystokraci przeżyli kolejne wielkie rozczarowanie. Ze smutkiem i ciężkim sumieniem sami przed sobą musieli przyznać jedno – wiele złego można było o tej barbarzynce powiedzieć, ale niestety nie to, że nie potrafiła tańczyć z elegancją godną przyszłej cesarzowej.

– A ja bym najbardziejsiej chciała wiedzieć, jak książniczka wyglądała! – zapiszczała z całą powagą, na jaką mogła się zdobyć w wieku swoich pięciu lat i trzech miesięcy, Tivanealla, pieszczotliwie zwana Tivą, pierworodna córka Aike i Mebrida. – Musiała być przecież okropecznie przepiękna!

– Tiva, kochanie, dorośli teraz rozmawiają – próbowała delikatnie strofować ją matka, zerkając jednocześnie ukradkiem na męża. Mebrid tylko westchnął i pokręcił głową.

– Czy nie powinnaś teraz przypadkiem spać, młoda panno? – zapytał, ale ton jego głosu sugerował, że znajduje się na z góry przegranej pozycji.

– Ale księęężniiiiiczkaaaaa! – zaprotestowała Tiva, wykorzystując przy tym pełnię możliwości swoich młodych płuc.

– Dobrze już dobrze, nasza wielmożna panienka chce posłuchać, a, na honor, jej życzenie jest dla mnie rozkazem! – próbował rozładować sytuację Riatald, podnosząc dziewczynkę i sadzając ją sobie na kolanach. Udał przy tym, że niemal ją upuszcza lub też naprawdę prawie ją upuścił. Tiva zapiszczała z radości, bezbłędnie wyczuwając pomysł na wspaniałą zabawę. – A o czym to nasza szacowna panienka chciałaby posłuchać, hmmm? O księżniczce Cirilli aby?

– Taaaaak!

– Ależ pospolita uroda – zauważyła teatralnym szeptem hrabina de Nuerra, wachlując się obficie. Był to jeden z wielu tików nerwowych, jakie posiadała.

– Zupełnie niepodobna do ojca – przytaknęła jej markiza Conce, posiadaczka rozległych ziem w prowincji Ebbing i jeszcze rozleglejszych długów we wszystkich pozostałych prowincjach. – Wygląd musiała odziedziczyć po matce. Doprawdy, widać w niej tę barbarzyńską północną krew. I ta jej suknia! Coś wprost niespotykanego! Że też cesarz nie protestuje! – Wykrzywiła się z obrzydzeniem.

– Jeśli rzeczywiście jest córką cesarza – mruknęła z niechęcią baronowa Ainne, najmłodsza i najbardziej nieostrożna z całej trójki. Dwie pozostałe damy wciągnęły głośno powietrze i spojrzały na nią szeroko otwartymi oczami. Hrabina de Nuerra zapomniała nawet na moment o wachlarzu, który wysunął się z jej zdrętwiałej dłoni.

– To z pewnością wiele by wyjaśniało – stwierdziła w końcu zjadliwie markiza Conce. – Trzymanie jej w tajemnicy przez te wszystkie lata. Brak oficjalnego błogosławieństwa dziecka w oczach Wielkiego Słońca. – Wygodnie dla siebie i rozwijającej się właśnie plotki przemilczała, że w czasie całej ceremonii niedwuznacznie Cirillę pobłogosławił Emhyr var Emreis, będący tytularnie Najwyższym Kapłanem Wielkiego Słońca.

– To, ile musieliśmy czekać na jej oficjalny debiut! – podchwyciła hrabina de Nuerra. – Wszystko jasno wskazuje na próbę zatuszowania czegoś!

– Czegoś skandalicznego – dokończyła baronowa Ainne, emanująca samozadowoleniem na samą tę myśl.

Nagle markiza Conce zakaszlała nienaturalnie. Dwie pozostałe arystokratki rozejrzały się szybko i umiarkowanie dyskretnie. I ze zdumieniem skonstatowały, że w ich stronę zmierza właśnie osoba, na której oczernianiu spędziły pracowicie ostatnie trzy kwadranse.

Przyszła następczyni tronu szła zupełnie swobodnie, jakby urodziła się w pantofelkach, które wyglądały na tyle szykownie, że nie mogły być wygodne, i przepysznej ceremonialnej sukni. Materiał szeleścił delikatnie po posadzce, gdy się poruszała. Prezentowała się z pewnością siebie godną osoby, która całe swoje życie spędziła na najznamienitszych królewskich dworach.

Ale to nie długość sukni przyszłej cesarzowej tak bulwersowała markizę Conce i większość pozostałych arystokratek. Wzburzały je aplikacje na gorseciku, wykonane z najdelikatniejszej koronki, a przy tym tak skomplikowane i zawiłe, że musiały pochodzić z jednej z manufaktur w Nazairze. Nigdzie indziej nie można było dostać równie pięknych i żmudnie wykonywanych ażurów.

Tradycyjnie arystokracji w Nilfgaardzie wolno było nosić czerń, czasem przełamaną bielą, ale zgodnie ze zwyczajem stroje miały być proste, pozbawioną ozdób i aplikacji, aby nikt przypadkiem nie przyćmił swym wyglądem blasku cesarza. Niektóre młodsze damy decydowały się co najwyżej na subtelną, nierzucającą się przesadnie w oczy biżuterię, stając tym samym na czele modowej awangardy.

Gloir aen Ard Feainn, Wasza Cesarska Mość – wyszeptała pokornie hrabina de Nuerra, skromnie spuszczając wzrok i opadając w pokłonie niemal do samej posadzki. Baronowa Ainne i markiza Conce również pospieszyły również z ukłonami, jakby próbując się prześcignąć w gorliwości. – Jakże miło Waszą Miłość poznać osobiście.

– Jakiż to zaszczyt! Jaka wspaniała okazja! – zawtórowała hrabinie jedna z towarzyszek.

Gloir aen Nilfgaard!

– Wasza Wysokość pozwoli, że Wasza wierna poddana pokornie się przedstawi.

Ciri skłoniła lekko głowę, wyrażając łaskawe pozwolenie. Z jej twarzy nie dało się niczego wyczytać. Nawet tego, że domyślała się doskonale, o czym arystokratki szeptały za jej plecami.

– Słyszałam, że księżniczka ma się wkrótce zaręczyć – westchnął z rozmarzeniem Mebrid. – Pomyślcie tylko, mielibyśmy cesarski ślub, przynajmniej tydzień uroczystości w całym mieście, teatry na ulicach, deszcze z płatków kwiatów… Przepyszne makijaże, moje kremy i dekokty na twarzach wszystkich szlachetnie urodzonych panien…

– Ulgi podatkowe – wtrąciła Aike z rozmarzeniem. W jej głosie zabrzmiała obietnica złotych gór. – I amnestie cesarskie, w tym dla tych, którzy przypadkiem zapomnieli zapłacić należne cła czy myta…

– Zaiste, generał Voorhis wpatrywał się w księżniczkę jak w malowane wrota – podchwycił Riatald, podniesieniem kubka prosząc o więcej piwa, którego natychmiast dolał mu sam gospodarz. – Mówi się, że ich zaręczyny mają zostać ogłoszone na jesieni, zaraz kiedy princesa uzyska więcej posłuchu na dworze i usamodzielni się wobec Senatu, żeby nie było wątpliwości, że nikt jej męża nie wybierał, ino ona sama.

Ciri zauważyła idącego w jej stronę Morvrana Voorhisa, najważniejszego generała trzeciej wojny północnej, dowódcę dywizji Alba. Przełknęła nerwowo ślinę. Obecność Morvrana wprawiała ją w stan zdenerwowania, chociaż zawsze zachowywał się w stosunku do niej dwornie i z pełnią galanterii. Jednak za tą maską kryło się coś, czego jeszcze nie rozszyfrowała. Szczególnie natomiast irytowało ją, kiedy wpatrywał się w nią tym swoim wodnistym spojrzeniem smutnego psiaka, któremu ktoś odebrał ulubioną kość. Choć po prawdzie podejrzewała, że trochę tak musiało to wyglądać, kiedy pojawiła się nagle u boku Emhyra pod koniec wojny, krzyżując tym samym plany opozycji na posadzenie na tronie członka Korporacji Handlowej.

Morvran był obecnie ostatnią osobą, z którą miała ochotę rozmawiać. Na samą myśl o niezadanych przez niego, a mimo to bardzo wyraźnie obecnych w jego oczach pytaniach o zaręczyny, ślub, wspólną koronację czuła nieprzyjemne dreszcze. Nie chciała o tym teraz myśleć. Najchętniej nie myślałaby o tym nigdy.

Udając, że nie zauważyła generała, skręciła lekko, niby to zupełnym przypadkiem omijając go szerokim łukiem. Czuła, jak serce wali jej w klatce piersiowej, wybijając podenerwowany rytm. Niech tylko do mnie nie podejdzie, niech tylko do mnie nie podejdzie, niechtylkodomnieniepodejdzie.

– Wasza Cesarska Wysokość – przerwały jej nagle słowa wypowiedziane z wyraźnie południowym akcentem. Towarzyszył im głęboki, nienaganny pod względem etykiety ukłon. - Gloir aen Ker'zaer an aen Ker'zaerin.

Ciri niemal na głos odetchnęła z ulgą, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.

Gloir – odparła zupełnie odruchowo, zgodnie ze zwyczajem. Dopiero po chwili zauważyła, że szlachcianka wymieniła również ją personalnie w swoich życzeniach chwały, co było olbrzymim pokazem dobrej woli. – Z kim mam przyjemność rozmawiać? – zapytała, uspokajając się powoli.

– Zwą mnie Nilneanneth, Wasza Wysokość. – Drobna szatynka podniosła się z ukłonu i błysnęła w uśmiechu drobnymi ząbkami. Wyglądała zupełnie jak półkrwi elfka, co w Nilfgaardzie nikogo by przesadnie nie zaskoczyło. Tutejsza arystokracja wręcz szczyciła się krwią zmieszaną z elfią, w przeciwieństwie do szlachetnie urodzonych panów i pań na Północy. – Czy Wasza Miłość zechciałaby mi towarzyszyć w spacerze po sali balowej? – ciągnęła dalej Nilneanneth. – Pragnę Wam pokazać niezwykły widok, jaki o tej godzinie rozpościera się z okien po stronie południowej. Doprawdy zapiera dech w piersiach.

Ciri skinęła głową, wyrażając zgodę.

– Będzie to dla mnie czysta przyjemność – odparła dwornie. Zauważyła szybko, że okno, do którego prowadzi ją szlachcianka, znajduje się po przeciwnej stronie komnaty niż generał Voorhis. Miała ochotę tym serdeczniej jej podziękować za idealny pretekst do strategicznego odwrotu, podczas którego wymieniały się oklepanymi, zgodnymi z etykietą i zwyczajem formułkami.

D'hoine t'esse ceisio aen gamarwair, Ker'zaerin – powiedziała nagle kobieta na tyle cicho, że szmer sunących po posadzce sukni niemal zupełnie zagłuszył jej słowa. Odeszły na tyle daleko od pozostałych zgromadzonych, że nikt poza nimi dwiema nie mógłby usłyszeć tych słów pośród gwaru rozmów i tańców.

Dopiero wtedy Cirilla zaczęła uważniej przyglądać się Nilneanneth, otumaniony wcześniej wdzięcznością umysł powrócił do pracy. Czy to ostrzeżenie, że ktoś spróbuje ją oszukać, było tylko przypadkiem? Czy też tak bardzo na jej twarzy odbijała się niechęć do rozmowy z Morvranem? I, co najważniejsze, czy jej słowa były szczere?

Trzeba będzie bardziej uważać. I głębiej zapoznać się z tą całą Nilneanneth, zadecydowała Ciri.

Riatald otarł usta z piwnej piany i przeciągnął się potężnie. Robiło się już późno, mała Tiva najpierw zaczęła marudzić, potem przysypiać, na jego kolanach, a wreszcie została odprowadzona przez rodziców do wspólnej komnaty sypialnej i otulona mięciutką pierzyną.

– Czy o czymś jeszcze zapomniałem wspomnieć… – zastanowił się na głos Riatald, po czym wytężył pamięć. Po wypitym antałku mocnego i przyjemnie goryczkowego jasnego piwa nie było to takie proste, szczególnie, że de Verre zawsze miał słabą głowę. – Ach, wszakże nieomal bym nie wspomniał! – olśniło go. – Jakem obserwował goszczących na dworze, w oczy rzucił mi się brak czarnoksiężników. Zaiste błogosławiony był to brak – dodał po chwili z całym przekonaniem osoby, która nigdy nie ośmieliła się zamienić więcej niż dwa słowa z kimś parającym się jakimkolwiek magicznym rzemiosłem.

Odnalezienie Cyntii w tłumie zajęło Ciri więcej czasu, niż przypuszczała. Czarodziejka w niczym nie przypominała magiczek z Północy – strojnie ubranych i umalowanych, gdy tylko miały okazję, a czasem i wbrew okazjom i zdrowemu rozsądkowi. Wśród kobiet takich jak Keira Metz, Margarita Laux-Antille czy Filippa Eilhart panowało przekonanie, że być może nie szata zdobi człowieka, ale adeptkę sztuki magicznej już z całą pewnością. Dodaje też prestiżu i godności zawodowi. W porównaniu z nimi Cyntia wyglądała jak szara myszka, utrefione niedbale włosy byle jakiego odcienia brązu nie wyróżniały jej z tłumu możnych i wysoko postawionych, a jej prosta czarna sukienka z dyskretnymi śnieżnobiałymi aplikacjami mogłaby zdobić figurę każdej innej arystokratki.

– Wasza Cesarska Mość – powiedziała Cyntia cicho, kłaniając się i potulnie spuszczając wzrok. Ciri przypomniały się nagle potwory na pustyni, ukrywające się pod zwałami piasku i czatujące na nieostrożnego przechodnia. Przeszedł ją dreszcz.

– Zastanawia mnie, czemu wszyscy moi rozmówcy zgodnie tytułują mnie w ten sposób – zaczęła mówić, zastanawiając się gorączkowo, jak poprowadzić tę rozmowę. – Czy zdążyli już wygodnie zapomnieć, że muszę wpierw zostać nazwana następczynią tronu w senackim edykcie? Czy też kieruje nimi chęć pustego pochlebstwa? Do której z tych grup się zaliczasz, Cyntio?

Czarodziejka ponownie się skłoniła. Nie wydawała się poruszona pytaniem.

– Być może twoi rozmówcy, Wasza Wysokość, zdają sobie sprawę z tego, że słowo cesarza jest nadal prawem w naszym Imperium – odparła czystym, pozbawionym nerwowości czy wzburzenia głosem. – I mimo rosnących wpływów opozycji, Senat wciąż przegłosuje to, co Emhyr var Emreis nakaże mu przegłosować. – Wypowiedziała słowo „opozycja" z taką odrazą, z jaką inna osoba mogłaby powiedzieć o nurkowaniu w ściekach. Podniosła wzrok i spojrzała Ciri prosto w oczy. – Być może twoi rozmówcy, a przynajmniej ich część, są najzwyklej w świecie lojalnymi poddanymi Jego Cesarskiej Mości. Ja w każdym razie chciałabym na twoim miejscu w to wierzyć.

Ciri uniosła brwi. Wielu różnych odpowiedzi się spodziewała, ale nie takiej.

– Skąd ta niezachwiana lojalność wobec cesarstwa? – zapytała. Cyntia zdawała się cenić sobie bezpośredniość. A w każdym razie nie broniła się przed nią barwnymi metaforami i aluzjami.

– Dojrzałam do niej – odparła czarodziejka. – Wpajano mi ją do znudzenia w dzieciństwie, mogłam recytować dzieje Nilfgaardu pięć wieków wstecz, a nawet opowiadać o czasach, kiedy na terenach stolicy nie znajdowało się nic poza bagnami i trzęsawiskiem. Nie rozumiałam wtedy lojalności, którą próbowano mi siłą wtłoczyć do głowy. Ale z czasem się to zmieniło. Moje obowiązki wysłały mnie poza granice cesarstwa, zobaczyłam inne państwa, poznałam je nieco lepiej. I wtedy dopiero uwierzyłam w ideę jednego Imperium, rozciągającego się na cały kontynent, od morza do morza. Z jednolitym systemem prawnym, siecią dróg, bezpiecznych dla handlarzy i wędrowców i otwartym dla każdego systemem uniwersytetów i koleżów. Bez wojen i konfliktów zbrojnych. – Spojrzała na Ciri hardo, wyzywająco, jakby czekała na słowa niedowierzania. Znikła zupełnie jej pozorna potulność i uległość.

– A ty pragniesz być częścią tej zmiany, częścią nowego, lepszego i spokojniejszego świata? – drążyła Ciri. Wydawało jej się, że już rozumie, że wie, jakim typem osoby jest Cyntia. Ale musiała się upewnić. – Świata, w którym człowiek nie będzie obawiał się niezasłużonej kary za złamanie prawa, o którego istnieniu nie wiedział, świata, gdzie w czasie nieurodzaju chłop nie będzie chodził głodny, bo dostanie swój przydział ziarna, dość, żeby wyżywić rodzinę i obsiać pole w przyszłym roku, świata, gdzie magia nie jest celem samym w sobie, nie służy do zdobywania własnej władzy i potęgi, a wspiera funkcjonowanie państwa?

Oczy Cyntii rozbłysły blaskiem tak jasnym, że zdawałoby się, że magicznym.

– W taką przyszłość Imperium Nilfgaardu chcę wierzyć – odparła pewnie. – I taką przyszłość chcę tworzyć. Dla nas wszystkich.

Idealistka, westchnęła w duchu Cirilla, na poły z podziwem, na poły ze zdziwieniem. Znalazłam czystym przypadkiem czarodziejkę idealistkę. Nie mogłaby być bardziej zdumiona, nawet gdyby natknęła się na kryształową kulę w stogu siana.

– Chciałabym ci zaoferować pozycję, dzięki której będziesz miała szansę wspomóc taki rozwój cesarstwa – powiedziała na głos. Twarz Cyntii spochmurniała na chwilę.

– Czy… – zaczęła, ale nie dokończyła, urwała.

– Emhyr wie o wszystkim – zapewniła Ciri. I tym prostym sposobem zaledwie chwilę później rozmawiały o ufundowaniu cesarskiej akademii dla adeptek czarodziejstwa, która mogłaby zastąpić zniszczoną Aretuzę na wyspie Thanedd. Dyskutowały o położeniu szkoły, jej statucie, pozycji i obowiązkach nauczycielek, zasadach przyjmowania uczennic i zakresie nauk. Ciri znalazła w Cyntii zaangażowaną i pełną entuzjazmu partnerkę do rozmowy. Czarodziejka mówiła z energią i lekkością kogoś, kto od dawna rozważał podobny projekt, ale nie miał dobrego pretekstu, żeby podjąć temat.

– Kogo planujesz uczynić rektorką? – zapytała, gdy przeszły już przez wszystkie najbardziej palące tematy.

– Margaritę Laux-Antille. – Ciri nie wahała się ani chwili w przypadku odpowiedzi na to pytanie. Dopiero po chwili poczuła, że pytanie było jakimś rodzajem testu, sprawdzenia jej intencji.

– Trafny wybór – odparła Cyntia. Zmarszczyła brwi w zadumie. – Ciężko mi sobie wyobrazić, że północne czarodziejki będą skore przystosować się do obyczajów panujących w Nilfgaardzie.

– Nie mają zbyt wielkiego wyboru. – Gdyby znajdowały się w jakimkolwiek innym miejscu, Ciri wzruszyłaby ramionami. Nie zamierzała pozwolić sobą rządzić ani Loży, ani nikomu innemu. Myśl ta przypomniała jej o czymś innym, co rozważała od dłuższego czasu. – Ciekawi mnie jeden z nilfgaardzkich magicznych rytuałów, na całym kontynencie nie spotkałam się wcześniej z tego rodzaju zaklęciem. Czy zechciałabyś może…

– Innym z wielkich nieobecnych był wicehrabia Eiddon, o którego popadnięciu w niełaskę mówi się na dworze już od wielu miesięcy – kontynuował opowieść Riatald. – Ale pora już późna, widzę, żeśmy się zasiedzieli, jak to się często przydarza w tak doborowej kompanii! Pora już na mnie. Pani Aike, panie Mebrid, moje serdeczne podziękowania za tak wspaniałomyślną gościnę! Kłaniam się, do stópek padam!

Ogrody cesarskie opromieniało miękkie, rozmyte światło księżyca, w którym krzewy roślin wyglądały na nierealne, zupełnie jak twory z innego świata. Ciri czuła się z tą myślą dziwnie nieswojo. Upiła kolejny łyk wina z trzymanego w dłoni kieliszka.

Kiedy podszedł do niej wysoki mężczyzna w średnim wieku, początkowo ogarnęło ją zdumienie. Myślała, że przynajmniej tutaj zazna chwili wytchnienia od rozmów i etykiety. W ogrodach schowała się za nieśmiałą sugestią roznoszącego wino służącego, który wspomniał o ciszy i samotności. A Ciri wprost marzyła o chwili, w której będzie mogła zdjąć ze stóp eleganckie pantofelki.

Po chwili rozpoznała mężczyznę i przestała dziwić się jego obecności. Prawdopodobnie ten sam służący, który zasugerował jej udanie się do ogrodów, natychmiast poinformował go, gdzie będzie można ją znaleźć. Nie spodziewałaby się po nim niczego innego.

Najwyraźniej będzie musiała wytrzymać w butach jeszcze przez chwilę.

– Vattier de Rideaux – powiedziała.

– Wasza Wysokość. – Arcyszpieg skłonił się nieprzesadnie głęboko. W mlecznym świetle księżyca etykieta wydawała się zjawiskiem bardzo odległym.

– Co ciekawego dzieje się w cesarstwie? – zapytała Ciri, przesuwając palcem po brzegu kielicha. – Czy wydarzyło się coś, na co należy natychmiast zwrócić uwagę?

– W moich raportach…

– Wicehrabio, poprosiłabym o streszczenie waszych raportów – przerwała mu sucho. – Odnoszę wrażenie, że jesteście człowiekiem, który nigdy nie przybywa z pustymi rękoma. Macie nowe wiadomości. Chciałabym je usłyszeć.

De Rideaux skłonił się ponownie. Z wyrazu jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Cirilla miała wrażenie, że próbuje zmierzyć ją spojrzeniem tak samo jak ona jego.

– Wasza Wysokość. Redania ogarnięta jest chaosem i niepokojami w obliczu naszego niedawnego miażdżącego zwycięstwa nad ich armią. Niedobitki ich wojsk wycofały się do Koviru, tak jak wcześniej magowie i alchemicy w ucieczce przed Radowidem Szalonym. Król Tankred Thyssen, zgodnie z wcześniej zawartymi ugodami w zamian za uszanowanie neutralności Koviru i Poviss rozwiązuje formacje wojsk redańskich i osiedla ich członków bądź wciela do straży pomocniczej.

– Czy magowie i alchemicy są tak samo zachęcani do pozostania w Kovirze?

– Nic na to nie wskazuje. Król Thyssen nie wydaje się ich wielkim zwolennikiem od czasu obrad w Loc Muinne. Przy czym wobec krwawych kaźni i pogromów wykazuje jeszcze mniej solidny entuzjazm. I żołądek.

Ciri pokiwała głową. Odstawiła pusty już kieliszek pod pokryty bluszczem murek, na którym przysiadła. Księżyc świecił olśniewająco.

– Temeria sprawnie się organizuje przy sporym wysiłku dawnych partyzantów, wśród których wymienić należy przede wszystkim Vernona Roche'a. Wszystko wskazuje na to, że pola zostaną w tym roku obsiane na czas, a wewnętrzne temerskie systemy niezależne od cesarstwa zostaną ustanowione w przeciągu najbliższych miesięcy.

– Bardzo dobrze. Głód jest ostatnim, czego w tej chwili potrzebujemy. – Ciri nie odzywała się przez dłuższą chwilę, a Vattier czekał cierpliwie. Przyzwyczaił się do milczenia przy swoich władcach. – Czy masz jakieś wieści na temat moich… na temat Geralta i Yennefer? – poprawiła się.

De Rideaux pozwolił sobie na cień uśmiechu. Uśmiechu, który zakrawał na impertynencję. Nic nie mógł na to poradzić, poczuł nagły przypływ sympatii do siedzącej przed nim młodej kobiety. W przeciwieństwie do ojca zdawała się mieć funkcjonujące serce.

– Żadnych nowych doniesień, Wasza Wysokość. Winnica prosperuje. Oboje zdają się czerpać radość z chwili spokoju i wytchnienia. Na rozstajach dróg, szczególnie w Velen, zaczęły pojawiać się nowe wiedźmińskie kontrakty, ale nic nie wskazuje na to, że vatt'ghern je przyjmie.

Ciri odetchnęła. Sama nie wiedziała, czy z ulgą, czy ze znużeniem.

– W Velen znalazłoby się zajęcie nie dla jednego i nie trzech wiedźminów na długie tygodnie – skwitowała. Tamtejsze bagna emanowały złą, ponurą energią, która wbijała w człowieka pazury, zaciskała je i pochłaniała go w całości kawałek po kawałeczku. – Jeśli Geralt rzeczywiście się tam nie wybiera, tym lepiej dla niego. Jakieś nowe wieści o ruchach opozycji? – zapytała bez szczególnego przekonania. Vattier pokręcił głową.

– Większość nadal uważa Morvrana Voorhisa za swojego przywódcę. Zdobądź, pani, jego oddanie, a opozycja nie stanie ci na przeszkodzie w niczym.

– Chyba że postanowią w międzyczasie się mnie pozbyć jak zawadzającej wszystkim panny na weselu i wyproszą z zebrań Senatu. Albo z polityki w ogóle. – Uśmiechnęła się pozbawionym radości uśmiechem. Wicehrabia nie skomentował jej słów. Nie było czego do nich dodać. – Czy jeszcze jakieś wieści wpadły w twoje uszy?

De Rideaux zawahał się krótko. Wiedział, że osobie z jego statusem dłuższe niezdecydowanie nie przystoi.

– W niektórych prowincjach cesarstwa pojawiły się pogłoski o nowym, niezwykle silnym narkotyku, innym niż fisstech, który ma być rozprowadzany przez separatystyczne komórki pragnące doprowadzić do rozłamu cesarstwa. Żadna z większych organizacji przestępczych nie przyznała się do udziału w tym procederze, niemniej sprawa robi się coraz poważniejsza. Narkotyk szybko uzależnia, a pozostawione bez używki osoby stają się agresywne i nieprzewidywalne. – Princesa zacisnęła palce na połach sukni. – Według moich raportów narkotyk znajduje się w dystrybucji w Maecht, Vicovaro, Cintrze i…

– I Metinnie – wyszeptała Ciri pobladłymi nagle wargami.

– Dokładnie, Wasza Wysokość – potwierdził arcyszpieg. Cirilla wzięła głęboki oddech, a potem następny.

– Panie Vattier – odezwała się w końcu, wstając jednym płynnym, zdecydowanym ruchem. – Cesarz oczekuje mnie w bibliotece. Miałam z nim przedyskutować kilka kwestii związanych ze zbliżającym się posiedzeniem Senatu. W tej sytuacji może to poczekać. Musi pan powtórzyć te informacje Jego Wysokości. Natychmiast! – dodała władczo i de Rideaux dopiero po chwili zorientował się, że idzie za nią, że ślepo podąża za tą młodą kobietą, która urodziła się z głosem stworzonym do wydawania rozkazów i która jeszcze przed chwilą wydawała mu się miękka i nieco bezbronna.

Księżyc obojętnie przyglądał się ich drodze do pałacu.

– Ładnie nam się zapowiada ta cesarzowa, co, Meb? – szepnęła Aike, otulając się kołdrą po uszy. Pokój sypialny wypełniały odgłosy chrapania małej Tivy, które w brzmieniu przypominały bardziej ryk rannego łosia.

– Tak, tak, kochanie – zgodził się sennie kupiec, obejmując żonę ramieniem.

Aike obróciła się jeszcze kilka razy na sienniku, próbując znaleźć najwygodniejsze miejsce, po czym przymknęła oczy. Myślała ciepło o młodej cesarzowej, o niedługim początku jej panowania, o tym, jak bardzo chciałaby ją zobaczyć, choćby z daleka, i móc przyjrzeć się jej szlachetnej twarzy.

Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale podobne myśli krążyły teraz pod strzechami wielu domów w stolicy cesarstwa.

Kiedy weszli do środka, Emhyr z ociąganiem podniósł głowę znad dokumentów. Spojrzał najpierw na Ciri, skinął jej głową, po czym przeniósł wzrok na de Rideaux i uniósł brwi pytająco. Arcyszpieg skłonił mu się za płytko, żeby uznać ten ukłon za spełniający jakiekolwiek wymogi etykiety, po czym wskazał podbródkiem księżniczkę zamiast wyjaśnienia. Cesarz oparł się plecami o krzesło i splótł palce obu dłoni w zamyśleniu. Mimo późnej pory nie wyglądało na to, żeby zamierzał niedługo kończyć pracę, wciąż miał na sobie odświętny kaftan i ciężki złoty alszaband, symbol cesarskiego urzędu.

Z oddali dobiegały ich dźwięki bankietu, który nadal trwał. A właściwie, sądząc po chóralnych śpiewach, powoli dogorywał.

– Ufam, że nie przyprowadziłaś tutaj Vattiera bez powodu – oznajmił Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów tonem, który nie domagał się co prawda wyjaśnień, ale zapewniał, że jeśli takowe nie nastaną, to wydarzy się coś wielce nieprzyjemnego.

Cirilla nerwowo odgarnęła kosmyki niesfornej grzywki z twarzy, po czym opanowała się i buńczucznie skrzyżowała ramiona na piersi.

– Pan Vattier przekazał mi przed chwilą wieści, które powinieneś natychmiast usłyszeć – powiedziała głosem, jak miała nadzieję, zupełnie pozbawionym wyrazu, emocji czy ekscytacji.

Emhyr spojrzał na wicehrabię i ruchem głowy nakazał mu mówić.

– Jej Wysokość Cirilla raczyła przyprowadzić mnie tutaj, usłyszawszy o pewnym ewenemencie, o niezwykle silnym narkotyku, jaki zdaje się zyskiwać popularność na terenie cesarstwa – wyjaśnił płynnie Arcyszpieg. Mówił gładko, głosem, którego dałoby się słuchać godzinami. Tym dziwniej brzmiały słowa układające się w zwięzły, żołnierski niemal raport. – Od dwóch miesięcy bez trzech dni dostaję raporty na jego temat, z czasem zaczęły się one stawać coraz bardziej liczne i poważne. W chwili obecnej substancja ta nie stanowi jeszcze bezpośredniego zagrożenia dla porządku i ładu w cesarstwie, lecz sytuacja powoli i stabilnie zbliża się do tego punktu. – Vattier skończył mówić i wyprężył się sztywno, po wojskowemu. Kiedy zaczynało się karierę jako oficer, zawsze pozostawało się w jakimś stopniu oficerem, pomyślała Ciri.

Emhyr spojrzał na nią z uniesioną brwią, bez słowa prosząc o dalsze wyjaśnienia. Ciri odchrząknęła.

– Podczas naszego pobytu w Metinnie zauważyłam ludzi po zażyciu tego narkotyku. Zdawali się nie mieć zupełnie kontaktu z rzeczywistością, a przy najlżejszym sygnale, że ktoś się do nich zbliża, stawali się niezwykle agresywni. – Spojrzała Emhyrowi prosto w oczy. – Na tyle agresywni, że nawet straż królewska trzymała się od nich z dala. A i ja wolałabym się do nich nie zbliżać bez miecza. Słyszałam też opowieści o handlarzach prochami, którzy najpierw rozdają swój towar, zachwalany jako fisstech, za półdarmo, a potem robią dwustukrotną przebitkę. Uzależnieni, jeśli nie stać ich na tę cenę, z desperacji porywają się na napaści wobec cesarskich konwojów i porwania dla okupu.

Emhyr zasępił się, zmarszczył brwi. Jego czoło przecinała pojedyncza linia zmarszczki.

– Wykazujesz niezwykle wysoką empatię, Cirillo – zauważył beznamiętnie. Ciri usłyszała to, czego nie powiedział. Zbyt wysoką empatię jak na cesarzową. Zbyt wysoką, by poświęcić życia setek, tysięcy ludzi, jeśli sytuacja będzie tego wymagała.

Rozmawiali już o tym wcześniej wielokrotnie.

– Tym razem jest to empatia podbudowana racjonalnym myśleniem – odcięła się. W jej głosie zabrzmiały skrywane wcześniej emocje. Nie zamierzała powtarzać tego, co mówiła już wielokrotnie. Że zamierza być cesarzową pokoju i rozkwitu Imperium, nie cesarzową wysyłającą poddanych do walki. Nie planowała kolejnych podbojów; nie zostało już nic do podbicia, żaden kawałek ziemi, którego przyłączenie do terenów cesarstwa stanowiłoby korzyść. Wiedziała, jak Emhyr odpowiedziałby na jej słowa. I wiedziała, że miałby rację. – Zażywający narkotyk są zdesperowani i niebezpieczni. Nie istnieje dla nich nic poza chwilową przyjemnością, jaką czują, odurzając się. Cierpią na tym cechy i gildie. Jeśli nie zadziałamy szybko i zdecydowanie, ucierpią też tegoroczne zbiory.

– Nie zamierzam obrażać twojej inteligencji i zaprzeczać tym spostrzeżeniom. Pragnąłbym jednak, abyś spojrzała na sytuację z chłodniejszą głową – podjął Emhyr po chwili. Ha, pomyślała Ciri, niedoczekanie twoje. Nie zmienisz mnie w sopel lodu. – Wierzę, że twoje raporty, Vattier, potwierdzają spostrzeżenia księżniczki.

Vattier skłonił się ponownie, jego imponującym wąsom udało się w większości skryć cień uśmiechu, jaki przebiegł mu przez twarz.

– Nie inaczej, Wasza Cesarska Mość. Moi informatorzy donoszą, że zasięg siatki handlującej narkotykiem rozszerza się, obejmuje już nawet Vicovaro i Metinnę.

Ciri zabębniła nerwowo palcami po swojej dłoni. Wybitnie nie podobała jej się obecność narkotyku na ulicach Metinny. Fakt, że poznała Mairead, dziewczynę, której niechcący, wbrew złożonym samej sobie obietnicom, pomogła, sprawiał, że miasto stawało się dla niej bardziej realne, prawdziwe.

– Bez cienia wątpliwości będziemy potrzebować więcej informacji na temat siatki handlarzy.

– Tak jest, Wasza Wysokość – odparł natychmiast Vattier. – Moje obecne raporty sugerują, że należy do niej głównie element wywrotowy i aspołeczny, sympatycy decentralizacji władzy lub kompletnego zaniku jej struktur. Żaden z bardziej znaczących oponentów Waszej Miłości.

– To się jeszcze okaże – mruknął Emhyr. – W zależności od potrzeb. Natomiast to zdecydowanie za mało informacji na ten moment. Potrzebujemy nazwisk, de Rideaux. Konkretów. Zezwalam, abyś uczynił z tej kwestii obecnie swój priorytet.

– Oczywiście, Wasza Wysokość.

– Cirillo, czy masz coś do dodania? – zapytał pozornie niewinnie Emhyr. Ciri, która od kilku dobrych minut wręcz wibrowała z potrzeby powiedzenia czegoś, przytaknęła.

– Potrzebujemy znaleźć antidotum – oświadczyła. – Coś, co pozwoli ludziom odejść od narkotyku, wyzwolić się spod jego działania.

– Słusznie – odparł Emhyr. – Wicehrabio, nie udało ci się przypadkiem uzyskać próbki tego narkotyku? – Zerknął na Vattiera, jakby z góry znał odpowiedź.

– Oczywiście, Wasza Cesarska Mość – odparł Arcyszpieg, dowodząc tym samym, że do swojej rangi nie dotarł w żadnej mierzej przypadkiem. – Zademonstrować?

Po niecierpliwym skinieniu głowy Emhyra var Emreisa wydobył z kieszeni wewnątrz kaftana sakiewkę wyglądającą na pustą. W środku mogła znajdować się czwarta część lub nawet mniej białawego proszku. Vattier de Rideaux wysypał ją na pusty pergamin leżący na biurku cesarza.

– Patrzymy teraz – podjęła po chwili Ciri ostrożnie – na coś o wartości sporej wsi, słusznie zgaduję?

– I kilku koni z oporządzeniem – odparł arcyszpieg. Ciri pokręciła głową jakby z niedowierzeniem.

– Mererid! – zawołał nagle Emhyr. Szambelan zjawił się w bibliotece niemal natychmiast, jak gdyby cały ten czas czekał za drzwiami na wezwanie. – Sprowadź tutaj jak najszybciej nadwornego alchemika. Jeśli trzeba, obudź i pomóż doprowadzić się do porządku, byle bez zbędnego zwlekania. Przekaż mu, że mam dla niego zadanie najwyższej wagi i wymagające absolutnej dyskrecji. Gdyby nie zrozumiał od razu, możesz wyjaśnić mu dobitniej, co go czeka, jeśli zdecyduje się rozpowiadać na dworze czy gdziekolwiek indziej, o czym tu usłyszy. Na razie to tyle. – Cesarz poczekał, aż szambelan opuści pomieszczenie. – Nie pokładam za wiele nadziei w mistrzu Razacraku – przyznał zupełnie szczerze. – Natomiast warto dobitnie przekonać się o jego bezużyteczności, zanim zaczniemy szukać gdzieś dalej.

Cirilla przestąpiła z nogi na nogę, nadal w swoich pantofelkach z wysokim obcasikiem. Towarzyszący temu odgłos poniósł się po bibliotece.

– Mam pomysł, gdzie możemy szukać dalej, jeśli mistrz alchemii nie będzie mógł nam pomóc – oznajmiła, ale nie powiedziała na ten temat nic więcej. Emhyr skinął głową, Vattier nie skomentował jej słów w żaden sposób. – Emhyr, muszę ci coś jeszcze przekazać. – Na jej twarzy zagościł nagle uparcie poważny wyraz, przez co wyglądała bardziej jak dziecko stojące przed surowym ojcem, a mniej jak dorosła i samodzielna przyszła cesarzowa. – Kiedyś, zanim jeszcze zgodziłam się zostać twoją następczynią, obiecałeś mi, że mogę poprosić cię o jedną rzecz przed koronacją.

Vattier rozejrzał się niespokojnie po bibliotece. Książki nie wyglądały na takie, co zamierzają rzucić mu się do gardła, ale mimo to atmosfera w komnacie wybitnie zgęstniała.

– Wasze Wysokości… – zaczął niepewnie.

– Zostań, Vattier – przerwał mu natychmiast cesarz tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Mam wrażenie, że możesz się nam jeszcze przydać, bo podejrzewam, że wiem, jaką prośbę za chwilę usłyszę.

De Rideaux zamilkł posłusznie i tylko splótł ręce za plecami. Nauczył się rozpoznawać sytuacje, w których próby protestu mają jakikolwiek, najmniejszy chociażby sens.

– Emhyr. Nie oczekuj ode mnie, że poślubię Morvrana. Ani też nikogo innego – wyrzuciła z siebie Ciri z wyraźnym trudem. – Morvran wydaje się zdolnym generałem i udanym dowódcą. Nie chciałabym, żeby przytrafiło mu się coś nieprzyjemnego. – Zacisnęła dłonie w pięści, żeby nie było widać, jak drżą, i spojrzała na cesarza z całą determinacją, na jaką mogła się zdobyć. Tym czymś nieprzyjemnym byłaby prawdopodobnie ona sama niedługo po ślubie.

Razem z Vattierem czekała na odpowiedź cesarza. Czekała długo.

– Nie tego się spodziewałem – przyznał wreszcie Emhyr poniekąd wbrew samemu sobie. – Podejrzewałem, że będziesz prosić o jakieś korzyści dla swoich przybranych rodziców bądź o wyraz łaski dla przyjaciół. Nie zgadywałbym, że będziesz chciała czegoś dla samej siebie. Tym stosowniej, że Vattier został z nami. Jak zapewne będzie mógł potwierdzić, Morvran jest obecnie najważniejszą personą w senackiej opozycji. Czy zastanawiałaś się już, jak zamierzasz sobie z tym poradzić? – zapytał, patrząc na nią z wyczekiwaniem.

Ciri wzięła głęboki oddech.

– Mam pewien pomysł, który zamierzam wkrótce wprowadzić w życie.

– Ufam twoim zdolnościom i zdobytej przez ciebie wiedzy – skwitował tylko cesarz. – Tym bardziej jednak nie możemy pozwolić sobie na destabilizację sytuacji w cesarstwie, choćby i z tak prozaicznego względu jak odurzająca substancja chemiczna. Wszelkie przejawy chaosu stanowiłyby dowód dla opozycji, że należy mnie tym szybciej odsunąć od władzy. Na zdobycie przez nich przewagi nie możemy sobie pozwolić, jeśli chcesz przeżyć pierwsze sześć miesięcy swoich rządów – podsumował sucho, głosem wypranym z wszelkich emocji. Ciri tylko skinęła głową.

Zdawała sobie sprawę z ryzyka, zanim podjęła decyzję. I podjęła ją mimo to, planując zobaczyć, gdzie ją to zaprowadzi.

– Zrobię, co tylko będę w stanie – odparła po prostu.

Emhyr oparł dłonie na biurku. Nie powiedział, że być może będzie to za mało. Nie musiał.

– Zdaję sobie sprawę, że nie masz za sobą doświadczeń, które można by określić jako przyjemne. Za każdym razem, gdy mężczyźni próbowali się do ciebie zbliżyć, chcieli coś przy tym uzyskać, nie zważając przy tym na twój komfort czy zgodę. Nie zapomniałem o tym, co niemal wydarzyło się w warowni Stygga. – Słowa Emhyra były dziwnie łagodne, pozbawione zwykłej surowości. Gdyby wymawiał je ktokolwiek inny, mogłyby brzmieć nawet na pełne współczucia. – Nie będę cię przekonywał, ani teraz, ani nigdy.

Ciri stłumiła w sobie pierwszy odruch, jakim był płacz, przełknęła napływające do oczu palące łzy wstydu i ulgi jednocześnie. Nie odpowiedziała, zacisnęła tylko wargi najmocniej, jak potrafiła.

Na szczęście niedługo później nadszedł rozkojarzony mistrz Razacrak prowadzony przez niewzruszonego szambelana, co skutecznie zmieniło temat.

Ciri wiedziała, że śni, a jednocześnie zupełnie nie docierało do niej, co to znaczy, kiedy wznosiła się i opadała miękko pośród nocnych mar. Dawno już nie nawiedził jej sen taki jak ten, kołyszący się gdzieś na granicy koszmaru i rzeczywistości. We śnie miała skrzydła, na których zwinnie prześlizgała się pośród chmur, bystre oczy i zakrzywione szpony.

Dostrzegła w dole coś błyszczącego i zanurkowała, opadając na balustradę. Świecący przedmiot, na który polowała, był gdzieś tutaj, musiała go tylko znaleźć.

– Naprawdę, Filippo, nie sądzę, żebyśmy miały o czym dyskutować – powiedział czyjś melodyjny głos. W słowach tych pobrzmiewała stanowczość. – Loża już nie istnieje, zginęła razem z męczeńską śmiercią Sheali. Powinnyśmy się skoncentrować na nauczaniu przyszłych pokoleń. Na odbudowie.

Ciri zajrzała ciekawsko przez otwarte drzwi. W środku coś błyszczało zachęcająco i bardzo, bardzo pięknie.

– A próby reaktywacji Loży w obecnym momencie przypominałyby próby eksperymentów na zwłokach. Mało wdzięczne zajęcie, a można sobie znacznie pobrudzić ręce – powiedział inny, dość zrzędliwy głos.

– Tak, Keira, wszystkie słyszałyśmy, ile wycierpiałaś w Velen, możesz nam oszczędzić kolejnego przypomnienia – odparł sucho głos kogoś przyzwyczajonego do wydawania poleceń. – Czyli, jeśli dobrze rozumiem, wszystkie zgromadzone są przeciw, poza mną? No proszę. Nawet ty, Triss?

– Sytuacja w Kovirze jest obecnie bardzo delikatna. Reaktywacja Loży zdestabilizowałaby równowagę. Tę samą równowagę, którą udało mi się wypracować w pocie czoła przez ostatnie miesiące. Nie, Filippa. Nie zamierzam ryzykować. W tym przypadku jesteś sama.

Ciri odkryła, że to, co tak pięknie błyszczało i przyciągało jej wzrok, mieniło się do niej ze spoczywającej na biurku dłoni. Skoczyła w tamtą stronę, próbując chwycić błyskotkę dziobem, ale nagle wizja się urwała. Poczuła, że zaczyna spadać, opadać coraz niżej i niżej, aż ocknęła się z krzykiem.

Mairead porządkowała przesuszone zioła na tyłach apteki, rozdzielając menthę piperitę od salvii officinalis i jagód atropy belladonny i przekładając je następnie do stosownych słoi z barwionego na czarno szkła, kiedy mistrzyni Alkanea zawołała po nią nagle. Mairead zdziwiła się nieco, ponieważ tego dnia nie miała robić niczego poza porządkowaniem suszu roślinnego, ale wychynęła z wychłodzonej izdebki z zaciekawieniem.

– Wołaliście, pani – powiedziała ostrożnie, skłaniając głowę.

Mistrzyni Alkanea była przysadzistą kobietą z burzą siwych włosów związanych luźno na czubku głowy w kształt przypominający obwarzanek. Słynęła z surowych kar dla nieposłusznych uczennic i niezwykłej łaskawości dla potencjalnych klientów.

– Jakaś panienka z cesarskim pismem przyszła tu do ciebie – oznajmiła mistrzyni tonem jednocześnie ponaglającym i przepełnionym ciekawością. Mairead zamrugała kilka razy, bardzo szybko, po czym poszła za nią prędkim krokiem, siłą powstrzymując się przed biegiem.

Ku swojemu zaskoczeniu w izbie głównej apteki ujrzała nikogo innego jak Fháinleog, Jaskółkę, która jakiś czas temu uratowała jej mieszek, a potem pozwoliła się oprowadzić po Metinnie. Jedyną różnicę w jej wyglądzie stanowił przypasany na plecach miecz.

Nie miała jak o tym wiedzieć, ale Abecer, szef cesarskiej straży przybocznej, na wieść, że princesa zamierza udać się do Metinny sama, bez obstawy, niemal dostał apopleksji. Ciri westchnęła tylko głęboko i zapewniła, że pojedzie uzbrojona i w związku z tym będzie nie mniej bezpieczna niż w towarzystwie strażników. Słysząc to, Abecer był bliski płaczu, przekonany, że grozi mu śmierć przez powieszenie, jeśli nie łamanie kołem.

Umiejętności Ciri na razie stanowiły na dworze pilnie strzeżoną tajemnicę.

– Skąd wiedziałaś, gdzie terminuję? – zapytała Mairead, marszcząc brwi. Zaraz po wypowiedzeniu tych słów sklęła się duchu za pytanie o takie głupoty kogoś, kto trzymał w dłoni dokument z podpisem samego cesarza.

– Zaglądałam do wszystkich aptek po kolei, aż w końcu mi się poszczęściło – odparła Jaskółka rozbrajająco. – Może w to nie uwierzysz, ale tym razem to ja potrzebuję twojej pomocy. Mam kilka pytań do alchemików z Zerrikanii i obawiam się, że jeśli zadam je sama, bez ciebie, bez cienia wątpliwości wyślą mnie do biesa. – Uśmiechnęła się zawadiacko i wyciągnęła do Mairead rękę ponad kontuarem. – W imieniu Wielkiego Imperium Nilfgaardu i Jego Wysokości cesarza Emhyra var Emreisa zwracam się o twoją pomoc. Czy wyrażasz zgodę?

Mairead spojrzała najpierw na mistrzynię, która na dźwięk tytułu władcy wyprężyła się jak struna mimo tuszy i kilku krzyżyków na karku, potem zerknęła na leżący na ladzie dokument podstemplowany jedną z oficjalnych pieczęci, tą samą, co wiszące dumnie w izdebce pracowniczej zezwolenie, jakie ich apteka uzyskała ledwo kilka lat temu, na prowadzenie kramu z substancjami uznawanymi za niebezpieczne. Na samym końcu podniosła wzrok na Fháinleog. Miała tak wiele pytań.

– Wyrażam zgodę – odparła formalnie, jak wymagał tego zwyczaj, żeby jej odpowiedź została uznana za wiążącą. Dygnęła głęboko i złożyła pocałunek na dłoni Jaskółki.

Ciri poczuła się z tym niezaprzeczalnie dziwnie. Do tej pory miała nadzieję, że uda jej się pozostać dla Mairead zwykłą dziewczyną jakich wiele. Pokazanie jej papierzysk od Emhyra sprawiało, że miała wrażenie, jakby złamała jakieś decorum.

Kilka chwil później ramię w ramię przemierzały uliczki Metinny w kierunku Dzielnicy Zerrikańskiej. Mairead pozbyła się w rekordowym tempie farmacyjnego fartuszka, a kiedy chciała go odwiesić na miejsce, mistrzyni Alkanea machnęła na nią ręką, oświadczając, że sama się tym zajmie. Stanowiło to miłą odmianę od jej zwykłego zrzędliwego gadania. Mairead czuła się dziwnie lekko, jakby zaraz miała unieść się w powietrze niczym rybi pęcherz wypełniony gorącym powietrzem.

Fháinleog biegła przed siebie pewnie, z rzadka zerkając na towarzyszkę, żeby upewnić się, że nie błądzi.

– Jakim cudem pamiętasz drogę? – krzyknęła Mairead, a jej słowa odbiły się echem od murów ciasnego zaułka, który mijały.

– Ja nie gubię się nigdy – odparła tylko Jaskółka ze śmiechem, przyspieszając kroku. Bieg przychodził jej naturalniej niż oddychanie większości ludzi. Mairead pokręciła tylko głową, słysząc taką osobliwą odpowiedź.

Szyld kramu, do którego weszły, kołysał się lekko na wietrze. Tym razem nie minęły po drodze bawiących się dzieci, uliczki wydawały się wręcz wyludnione. Stara Zerrikanka oderwała się od czytanego zwoju i spojrzała na nich podejrzliwie. Być może ze względu na godzinę, a być może z powodu przepasanego na plecach Fháinleog miecza. Mairead gestami przekazała, że potrzebuje kogoś mówiącego we wspólnym, na co kobieta pokręciła głową z dezaprobatą i znikła na chwilę za gęsto plecioną kotarą odgradzającą sklep od części mieszkalnej budynku.

Wróciła z wysokim jak tyczka młodzieńcem, najprawdopodobniej siostrzeńcem. Wśród Zerrikańczyków każdy był czyimś siostrzeńcem.

Mairead spojrzała na Jaskółkę i przekrzywiła głowę.

– Przychodzę z pytaniem i prośbą o pomoc – powiedziała Fháinleog głośno i wyraźnie, patrząc w oczy starszej kobiecie. – Z polecenia cesarza. – Wyciągnęła w ich stronę zwój, pokazała, po czym schowała go ponownie w wewnętrznej kieszeni kaftanika. Twarze Zerrikańczyków pozostały obojętnie neutralne, choć wymienili między sobą kilka świszczących słów. Ciri nie zrozumiała żadnego z nich, ale domyślała się ich treści. – Ani cesarza, ani mnie nie interesuje, czy osiedliście tutaj po wypełnieniu stosownych dokumentów w magistracie, czy nie. Jeśli potrzebujecie czegokolwiek tego rodzaju, mogę to załatwić, powiedzcie tylko, czego wam brakuje. Poszukuję informacji na temat tego proszku. – Wyciągnęła zza pazuchy sakiewkę tak chudą, że wyglądającą na niemal pustą.

Stara Zerrikanka zajrzała do środka, po czym nagle zmieniła się na twarzy, która skurczyła się i wykrzywiła w pełnym złości grymasie. Mówiła długo i nienawistnie, wygrażając im dłonią, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła za kotarą. Wyglądała, jakby miała ochotę splunąć im pod nogi.

Jaskółka spojrzała na młodzieńca, który stał jak wmurowany w posadzkę.

– A teraz poproszę we wspólnym – rzuciła, unosząc brwi. Prawdę mówiąc, nie spodziewała się aż tak żywiołowej reakcji.

– Dużo trza mieć odwagi, żeby chodzić po mieście z czymś takim bez zbrojnej ochrony – powiedział chłopak i pokręcił głową. – A jeszcze więcej, żeby zachodzić tutaj do nas i pytać. – Ciri wbiła w niego spojrzenie swoich zielonych oczu płonących jak latarnie. Zmieszał się, ale nie przeprosił. – Ciotka mówi, że to substancja odurzająca, mocna jak diabli. I że nie powinnaś jej mieć ani ty, ani nikt inny.

–Ta substancja krąży teraz po ulicach Metinny. Ludzie biorą ją, myśląc, że to fisstech. Nie mam innego wyboru jak pytać o nią nieznajomych. Mistrz alchemii, którego ostatnio ciągnęłam za język, okazał się całkowicie niepomocny, nawet jego eksperymenty za wiele nam nie powiedziały. – Biedak pewnie do teraz trząsł się z przerażenia, że Emhyr obmyśla za to jakąś perfidną karę.

Chłopak krzyknął parę słów po zerrikańsku, po których wróciła jego ciotka i wyrzuciła z siebie kilka zdań tak szybko, że ich słowa niemal zlewały się ze sobą.

– Mówi, że nie może wam pomóc ponad to, co już powiedziała. To ludzie spoza Plemienia Oaz wypaczyli znaczenie meaeteraes' i oni muszą sobie z tym poradzić. Dla nas ta roślina jest święta, z jej błogosławionej pomocy korzystają tylko najwyższe kapłanki w czasie obrzędów. Nigdy w tej zohydzonej postaci. Żaden Zerrikańczyk nie dotknie tego proszku, musiałby ze wstydu obciąć se prawą dłoń. Ale ciotka mówi też, że będziesz potrzebowała pomocy maga i to najlepiej takiego, który przesiedział swoje wśród fiolek. Meaeteraes' nie rośnie poza pustynią bez pomocy saletry czy czegoś tam jeszcze, a magowi najłatwiej będzie wyniuchać i wymagikować, co zostało użyte jako wspomagacz. – Chłopak zerknął na ciotkę. Spoglądała na niego, marszcząc brwi. – To już naprawdę wszystko, co mogę wam powiedzieć. Niech smoczy bogowie wezmą cię pod swą opiekę.