A'baeth ar Dihenydd z elfickiego, a Pocałunkiem Śmierci również zwana, relatywnie prosta do uzyskania psychoaktywna substancja o działaniu pobudzającem a silnie uzależniającem. Dawniej uzyskiwana na drodze perkolacji suszu roślinnego, obecnie głównie poprzez syntezę chemiczną. Jej właściwości odkryły najprawdopodobniej elfy, które to natychmiast na niebezpieczeństwie się poznawszy, hodowli roślin zakazały, a nasiona ichnie spaliły. Wykorzystywana później na terenach dawniej Krainą Zerrikanii zwanych, gdzie w języku miejscowych Meaeteraes' określana była. Używana przez Zerrikańczyków w postaci wyciągu płynnego o dużo mniejszym potencjale halucynogennem i narkotycznem. Odkryta ponownie po latach przez Ludy Południa, które z soku roślinnego proszek czysty otrzymywać poczęły. Obecnie pod nazwą Mitraż (stąd też „zmitrężyć", „mitrężca") funkcjonuje, a która to nazwa zarównież roślinę, jak i narkotyk opisuje.
Rośliny rytualne, Abulcasis
Było już późne popołudnie i słońce powoli chyliło się ku zachodowi, kiedy portal wypluł Ciri niemal prosto w krzew winny. Dziewczyna zaklęła soczyście, po czym pobieżnie otrzepała skórzaną kurtkę i spodnie wpuszczone w wysokie myśliwskie buty. Kiedy zapukała do drzwi Corvo Bianco, otworzył jej nie majordomus, jak się spodziewała, a sam Geralt. Na widok zdziwionego, pełnego niedowierzenia uśmiechu na jego zazwyczaj niewyrażającej emocji twarzy poczuła, że wypełniają ją bąbelki szczęścia i unoszą się w górę, uderzając do głowy, aż zrobiła się dziwnie lekka i beztroska.
– Co, myślałeś pewnie, że zupełnie już o tobie zapomniałam, zgadłam? – zapytała, celując w pozorną niedbałość i brawurę, ale zdradził ją lekko drżący głos. Geralt nie odpowiedział, zamiast tego porwał ją w objęcia. Uścisk jego ramion, tak znany i pewny, mówił wszystko, co potrzebowała usłyszeć.
Usiedli na kamiennym murku przy wybujałym dębie, podziwiając zachód słońca. Geralt przyniósł karafkę wina z zeszłorocznych zbiorów i dwa kieliszki i długo opowiadał o ostatnim zleceniu, jakiego się podjął, na skolopendromorfy gnieżdżące się w piwnicy jakiegoś przekonanego o własnej wyższości arystokraty. Piwniczka, jak się okazało, pełna była ciekawych znalezisk. Po wykonaniu kontraktu zleceniodawca początkowo nie chciał wcale zapłacić, a potem dosłownie rzucił w wiedźmina sakiewką, kiedy ten zagroził, że rozpowie na dworze o składowanym pod ziemią fałszowanym winie.
Grosza rzuć wiedźminowi, czy jak tam leciała ta skoczna melodia.
– I co, naprawdę nie szepnąłeś księżnej ani słówka? – zainteresowała się przyjemnie rozleniwiona Ciri. Było akurat na tyle ciepło, żeby wygodnie siedzieć na świeżym powietrzu bez okrywania się kocami, a kiedy wsparła głowę na ramieniu Geralta, poczuła się bezpiecznie i całkiem błogo.
– Nie o fałszerstwie – odparł i wzruszył jedną ręką. – Być może szepnąłem Jej Miłości coś na temat niegodnego zaufania kupca… Ale to byłaby już zupełnie inna historia. – Ciri zachichotała i poczuła bardziej niż zobaczyła, że Geralt się uśmiecha. Po chwili spoważniał. – Ciri, powiedz mi jedno. Czy… Emhyr dobrze cię traktuje? – zapytał powoli, ostrożnie, unikając jej wzroku. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.
Usłyszała, jak wiele kosztuje go zadanie tego pytania. Ze względu na małomówność Geralta i pewną szorstkość w sposobie bycia łatwo było zapomnieć, że w głębi duszy zależało mu bardziej, niż by to kiedykolwiek przyznał.
Wypełniło ją dziwne połączenie rozbawienia i wzruszenia. Wiedziała, że gdyby teraz się poskarżyła, wykazała brak zadowolenia i chęć rezygnacji z roli cesarzowej, przyjąłby ją z otwartymi ramionami. I broniłby jej przed każdym, kto próbowałby ją zabrać, nieważne, czy byłby to jeden człowiek, czy cała armia.
– Wszystko w porządku – powiedziała, walcząc z łzami. – Naprawdę – dodała i dała mu kuksańca w ramię, kiedy spojrzał na nią bez większego przekonania. – Czasem nie jest lekko, muszę się jeszcze dużo nauczyć, a nadęci arystokraci przeważnie mocno testują pokłady mojej cierpliwości. Ale też czuję, że powoli robię się coraz lepsza w tym całym cesarzowaniu. I że jestem wreszcie na swoim miejscu. No, przynajmniej przez większość czasu – powiedziała po chwili. Na każde dwa dobre momenty przypadał jeden zły, ale to te dobre tak naprawdę się liczyły.
– Nic dziwnego, jesteś w końcu naszą córeczką – powiedział ciepło kobiecy głos za ich plecami. Ciri spojrzała z ukosa na wiedźmina, który musiał usłyszeć jej kroki dużo wcześniej, ale w żaden sposób nie dał tego po sobie poznać. Nie wyglądał, jakby było mu przykro.
Ciri wstała z murku i bez chwili wahania rzuciła się w objęcia czarodziejki.
– Yennefer – wyszeptała. – Mamusiu. Jak dobrze cię widzieć.
Yennefer długo trzymała ją w ramionach, przeczesując jej niesforne jak zawsze włosy dłonią i głaszcząc po plecach. Fiołkowe oczy, które spoglądały na Ciri, miały dziwnie miękki, tkliwy wyraz.
– No dobrze, dosyć już tych czułości – powiedziała w końcu czarodziejka zdecydowanym głosem, tracąc wszelką sentymentalność. – W środku czeka na nas ciepły posiłek. A ja czekam na opowieść o tym, co słychać obecnie na dworze. I to z największą niecierpliwością – zaznaczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu, tak dobrze znanym.
Ciri ponownie poczuła, jak coś dławi ją głęboko w gardle.
Zasiedli do kolacji przygotowanej przez Marlenę i długo rozmawiali o rzeczach w szerszej perspektywie pozbawionych znaczenia, a jednak dla nich ważnych i drogich. O prowadzeniu winnicy i zeszłorocznych udanych zbiorach. O Barnabie-Bazylim i jego niezwykłych zdolnościach do organizacji ludziom pracy, tym dziwniejszych, że nie potrafił wygrać nawet jednej partii gwinta. O Jaśnie Oświeconej Annie Henrietcie i jej ostatniej światłej idei, aby w książęcej bibliotece zgromadzić każdą książkę na temat upiorów i wampirów, jaka tylko została napisana i wydana. O wiążącym się z tym zupełnie nowym rodzajem poszukiwań prowadzonych przez błędnych rycerzy. O dniach spędzonych na uroczym lenistwie i na wytężonej pracy przy krzewach, i o coraz cieplejszej pogodzie. O najnowszej modzie na dworze na mocne podkreślanie oczu farbką i o wrażeniach Ciri po debiucie, który odbił się po cesarstwie na tyle szerokim echem, że dotarło ono i do księstwa Touissant zagubionego pośród górskich łańcuchów. O starszych arystokratkach, co w proteście przed „nowomodnymi" wymysłami zaczęły palić publicznie swoje zdobione koronką suknie.
Ciri czuła się przyjemnie rozgrzana od środka, mimo że na kominku nie płonął nawet lichy ogień. Kiedy patrzyła na Yennefer i Geralta, kiedy widziała, jak na siebie patrzą, czarodziejka znudzona polityką i intrygami i wiedźmin, mający dosyć Przeznaczenia i wędrówki po Szlaku, wiedziała, że dotyka czegoś wielkiego i do bólu wręcz prawdziwego. To mogła być zaledwie miłość albo aż miłość, zależy, jak na to patrzeć. Ale w tych chwilach niczego nie żałowała.
– Jedno tylko mnie trochę martwi – przyznała po kilku kieliszkach wina, najedzona i nasycona rozmową. Po prawdzie to głównie Yennefer mówiła, a Geralt milczał, ale z milczenia Geralta wiele można było wyczytać. Było niemal tak samo wymowne co rozmowa. – Potrzebuję znaleźć maga lub czarodziejkę, którzy znaliby się na alchemii bądź pracy z odczynnikami. Próbowałam odszukać Fringillę, ale po bitwie z Dzikim Gonem rozpłynęła się jak sen złoty.
– Iluzje zawsze były jej mocną stroną – zauważyła sucho Yennefer, manewrując zgrabnie widelcem i zbierając z talerza resztę groszku.
– Pytałam Cyntię, jedyną czarodziejkę, jaka znajduje się obecnie na dworze, ale nie ma na tyle doświadczenia, żeby mogła mi pomóc – kontynuowała Ciri. – A większość dawnych członkiń Loży jest obecnie zajęta szukaniem stosownego miejsca na nową akademię dla czarodziejek.
– Słyszałam o tym. – Yennefer poprawiła swoje czarne loki, i bez tego układające się w idealne fale wokół twarzy. Gwiazdka z obsydianu i brylantów zalśniła na jej szyi, odbijając płomienie świec. – To pomysł twój czy Emhyra?
– Yen – westchnął Geralt ciężko. Yennefer zmierzyła go wzrokiem.
– To całkiem niewinne pytanie – zaoponowała, nie przekonując tym nikogo. – No ale dobrze już, dobrze, po wyrazie twarzy widzę, że nie zmienisz zdania. Tak czy siak to nieistotne, pytałam z czystej grzeczności. – Geralt mruknął coś pełnego niedowierzenia i w spojrzeniu Yennefer błysnęła pełna sympatii irytacja. Pokręciła tylko głową ze źle skrywanym uśmiechem. – Jeśli pomysł był rzeczywiście twój, Ciri, czego się domyślam, chciałabym zaoferować moje usługi jako nauczycielka. Nie w trakcie całego roku, mam na to tutaj za wiele zajęć, ale mogłabym poprowadzić zajęcia od czasu do czasu, pod warunkiem, że transport przez portale nie zajmowałby całego dnia. Zostało nas tak niewiele, że chyba możemy skoncentrować się na czymś pożytecznym i na kilka dziesięcioleci zapomnieć dawne utarczki i sprzeczki. A w każdym razie nie wypominać ich na głos przy każdym spotkaniu – dodała cierpko, przesuwając palcem po brzegu pucharu.
Ciri obiecała, że przedyskutuje tę możliwość z Emhyrem i Margaritą, ale nie spodziewała się z ich strony sprzeciwu. Po chwili rozmowa zeszła na temat kapitana gwardii pałacowej, który popadł ostatnio w niełaskę, bo ośmielił się w obecności Jej Miłości nieco zbyt otwarcie skrytykować książęcą siostrę. Nikt, nawet sama Anna Henrietta, nie był pewien, czy niełaska wiązała się z tym, że słowa oficera były prawdziwe, czy też z tym, że nie były.
Powoli nadszedł późny wieczór i owinął się dookoła stołu jak kot o wyjątkowo miękkim futerku. Ciri ziewnęła właśnie po raz trzeci i doszła do wniosku, że najwyższa pora zbierać się z powrotem do stolicy cesarstwa. Zamierzała zacząć się żegnać, kiedy Yennefer powiedziała nagle, jakby chciała o tym wspomnieć już wcześniej, ale się powstrzymywała:
– Zastanawiałam się przez dłuższy czas, czy znam osobę obdarzoną umiejętnościami, których poszukujesz. W tej chwili nie mam takiej pewności, a nie chcę ci robić nadziei, Ciri moja najdroższa. Będę musiała najpierw napisać kilka listów. Jeśli uda mi się kogoś znaleźć, poślę go do ciebie.
Ciri przytuliła się do niej mocno, po czym równie silnie przylgnęła do Geralta. Kilka chwil później siedziała już na łożu w swojej cesarskiej sypialni, w pałacu wiosennym. Komnaty mieszkalne wydały się jej nagle przerażająco wielkie i ciche. Nikt nie wypytywał o to, czy czyści nadal miecz (czyściła z większą nabożnością, niż uczestniczyła w rytuałach ku czci Wielkiego Słońca, w którego boskie moce zresztą nie wierzyła), nikt się z nikim nie przekomarzał, nie czuła ciepła czyjejś obecności. Westchnęła, decydując się wziąć gorącą kąpiel – nilfgaardzkie łaźnie były jednym z tych drobnych luksusów, do których człowiek się przyzwyczajał, nawet tego nie zauważając – po której zakopała się w łóżku pod stosem grubych kołder.
Następny dzień ani kolejny nie przyniosły żadnych nowych wieści. Ciri nie spodziewała się po prawdzie efektów działań Yennefer tak szybko, ale kiedy od ich rozmowy powoli począł mijać tydzień, zaczęła myśleć, że być może nie powinna się spodziewać odpowiedzi w ogóle, a nie tylko w najbliższej przyszłości. Frustrowało ją to niesamowicie.
Swój czas dzieliła pomiędzy poznawanie bliżej kolejnych osób bywających na dworze, czytanie z cesarskiej biblioteki wszystkiego, co wpadło jej w ręce, a wydawało się chociażby odlegle interesujące, i długie rozmowy z Emhryem, w trakcie których zawsze udawało mu się przemycić jakieś istotne informacje o polityce, gospodarce albo rytuałach religijnych. Zupełnie jakby uważał, że uczenie jej w metodyczny, zwyczajny sposób przyprawiłoby ją o nagłą stratę zainteresowania niczym o rozstrój żołądka. Ciri potrafiła przyznać przed samą sobą, że miał w tym sporo racji.
Starała się też zupełnie świadomie spędzać więcej czasu z Morvranem. Nie zmieniła zdania ani nie naszły ją nagle ciągoty do brania ślubu, ale wolała nie zniechęcać do siebie generała z góry. Był ważnym graczem politycznym i jego głos liczył się wśród senackiej opozycji jak niczyj inny. Niczego mu jednak nie obiecywała i zbywała śmiechem, kiedy próbował wpatrywać się w nią pełnym oddania wzrokiem lub prawić wyszukane, wyćwiczone wcześniej komplementy, co pewnie większość nilfgaardzkich arystokratek uważała za szczyt romantyzmu.
Morvran zwyczajnie próbował traktować ją jak kogoś, kim nie była. A tego znieść nie mogła.
Dlatego też zaraz po debiucie wymogła na Emhyrze zgodę na publiczne ćwiczenia fechtunku, samotnie lub z wyznaczonym przez niego nauczycielem, było jej to obojętne. Zależało jej przede wszystkim na rozładowaniu energii i wywołaniu szoku u Morvrana, raz a dobrze, żeby dotarło.
Przeszła przez kilka porannych sesji ćwiczeniowych, zanim generał zdecydował się zaszczycić ją swoją obecnością (drugiego dnia dawania ujścia frustracji wobec drewnianego manekina pojawił się sam cesarz, poprzyglądał się przez chwilę jej walce, po czym odszedł bez słowa; najprawdopodobniej oceniał, jakiego nauczyciela szermierki należy zaangażować).
Poczuła czyjąś obecność bardziej niż usłyszała kroki. Skończyła już rozgrzewkę i była nieco zdyszana. Naszła ją przemożna ochota popisać się, przeskakując w czasie pomiędzy teraz i później, ale zdławiła to pragnienie, uginając lekko nogi i przygotowując się do wyprowadzenia mylącej finty i płynnego przejścia w odwrotną kwartę dexter. Kiedy przeszła z ćwiczenia walki do rozciągania, chowając gláeddyv vatt'ghern, jak mówiono w cesarstwie na wiedźmiński miecz, zauważyła, że Morvran nadal stoi na dziedzińcu i przygląda się jej.
– Jeszcze wieloma rzeczami nas zaskoczysz, Cirillo – oznajmił tylko generał tonem, z którego nie dało się nic wyczytać.
Po tamtym poranku Morvran zaczął podchodzić do niej nieco inaczej, z mniejszą pewnością siebie i pewnym zmieszaniem. Zupełnie jakby dotarło do niego wreszcie, że w rozgrywce pomiędzy nim i Emhyrem Ciri jest kimś więcej niż zwyczajnym pionkiem.
Zdawała sobie sprawę z krążących wszędzie plotek wieszczących ich rychłe zaręczyny, ale jej pozycja nie była obecnie na tyle mocna, by publicznie im zaprzeczyć. Wieczorami pracowała potajemnie z Cyntią i Ceghadhae, jedną z kapłanek pierwszego stopnia (przywiązywała większą wagę do godzin modłów i faz księżyca, niż Ciri uważała za zdrowe, ale mimo to ich współpraca przebiegała gładko), nad projektem, który pomógłby jej uzyskać większą niezależność. Tymczasem grała na czas i co jakiś zapraszała Morvrana to na wspólne przejażdżki konne, to na spacery po mieście, to na pokazy teatralne.
W czasie jednej z takich przejażdżek, osiem dni po wizycie w Corvo Bianco, przybiegł do niej posłaniec z pilną wiadomością, że ma gościa, który niecierpliwie jej wyczekuje.
Przeprosiła Morvrana i natychmiast pogalopowała do zamku, zastanawiając się, kogo zastanie w środku. Widok znajomej postaci w stroju podróżnym, którego szeroki kaptur skrywał przepyszne kasztanowe włosy, nie rozczarował jej ani trochę.
– Triss! – wyrwało jej się radośnie, po czym doszła do wniosku, że w takim razie może równie dobrze całkowicie zapomnieć o godności i pobiec czarodziejce na spotkanie, żeby ją wyściskać, co też zrobiła. Triss uśmiechnęła się na jej widok trochę niepewnie, sztywno, jakby nie wiedziała do końca, czego się spodziewać, ale entuzjazm Ciri przełamał szybko tę niepewność. Po chwili z czarodziejki zaczęło emanować zwyczajne dla niej ciepło i pozytywna energia. – Triss, och, Triss, jak dawno cię nie widziałam!
– Ciebie też dobrze zobaczyć całą i zdrową, Ciri – odparła Triss z uśmiechem, którego siła mogłaby wystarczyć do ogrzania całej sali tronowej w najchłodniejsze dni zimy.
Po rytuale odświeżenia się po długiej (w przypadku Triss) bądź nieco krótszej (w przypadku Ciri) podróży i posiłku zjedzonym na tarasie z widokiem na tętniącą życiem stolicę Imperium Nilfgaardu doszły do wniosku, że nacieszyły się dostatecznie swoim towarzystwem, wymieniły się najciekawszymi plotkami i mogą wobec tego przejść do rzeczy.
– Słyszałam, że szukasz czarodziejki z dobrą znajomością alchemicznych arkanów – powiedziała Triss ostrożnie, jakby bez przekonania co do swoich informacji. Spuściła wzrok na chwilę, po czym podniosła go na Ciri. Ta skinęła głową.
– Potrzebuję kogoś, kto zna się na fiolkach i alembikach.
– Nie wiem, czyje kandydatury do tej pory rozważałaś… – Triss zmierzwiła burzę loków dłonią.
– Nie było ich tak wiele, żeby mieć o czym rozmawiać – odparła Ciri, wzruszając ramionami. Dwie odmowy to nic, na temat czego można by się popisywać elokwencją.
– Ja rzecz jasna odpadam, w czasie studiów nawet siłą nie można mnie było zmusić do przesiedzenia w laboratorium dłużej niż kilka chwil, a uwierz mi, Tissaia próbowała. Ach, Tissaia – westchnęła Triss i uśmiechnęła się do swoich myśli ze smutnym rozrzewnieniem. – Pojęcia nie mam, czy żyła kiedyś bardziej wymagająca nauczycielka. Natomiast myślę, że znasz przynajmniej jedną czarodziejkę, której umiejętności pasują do twoich wymagań. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście będziesz chciała z nią współpracować.
Ciri, po tylu dniach bez cienia chociażby wieści i nadziei, była gotowa zaakceptować każdego i na tym etapie nie spoglądałaby w zęby za długo nawet wskrzeszonemu trupowi Vilgefortza.
– Mam dziwne przeczucie, że to, co zaraz usłyszę, mi się nie spodoba – mruknęła mimo to.
– Chodzi o Filippę Eilhart – powiedziała Triss i tak, Ciri słusznie się spodziewała. Wcale jej się to nie podobało. Ale naprawdę była gotowa szukać pomocy wszędzie, nawet u czarodziejki, której imię wywoływało u niej dziwne połączenie irytacji, współczucia i niewytłumaczalnego pragnienia.
– Nigdy nie podejrzewałabym jej o chęć urabiania się po łokcie w czarnym proszku, albedo i kwasie siarkawym – rzuciła tylko i uniosła lekko brwi, próbując dowiedzieć się więcej, ale szukając po omacku.
– Filippa zawsze była najzdolniejszą z nas – odparła Triss z rozbawieniem. – Tylko pod żadnym pozorem nie mów jej tego! Nie miała wcale największego talentu ani nie pałała miłością do przesiadywania wśród zakurzonych ksiąg. Te adeptki, które miały największy talent, zazwyczaj kończyły naukę najprędzej, nie dochodząc do stopnia mistrzowskiego. Ale Filippa chciała być najlepsza, osiągnąć najwięcej i ta determinacja pchała ją do przodu jeszcze jako młodą, nieopierzoną czarodziejkę. Wtedy nie kontrolowała tak dobrze swojej ambicji i łatwo ją było podjudzić. A przynajmniej takie krążą opowieści. Jakaś inna adeptka, chyba zresztą córka któregoś z kolei profesora chemii w Oxenfurcie, wyśmiała jej eliksiry i dekokty. Filippa wzięła to za osobiste wyzwanie i zaparła się. Przesiadywała w laboratoriach godzinami, byle tylko pobić tamtą jej własną bronią. Stała się pupilką mistrzyni alchemii i na koniec akademii uzyskała z egzaminu najlepszą notę w historii Aretuzy. Ta sama chorobliwa ambicja popchnęła ją później do zostania doradczynią króla Vizimira.
Ciri potarła czoło ręką. Słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi, rzucając długie cienie na okolicę. Turkot karoc i powozów w dole zaczynał cichnąć.
– Czemu więc nie zaczęła specjalizować się w alchemii? Czemu tak mało osób zdaje sobie sprawę z jej wiedzy?
W oczach Triss zaigrały złośliwe ogniki, jak zawsze, kiedy miała do przekazania jakąś ciekawą pogłoskę.
– Myślę, że dużo wygodniej jest jej być czarodziejką znaną z opanowania sztuki polimorfii, jedyną żyjącą obecnie z takim darem, niż zaledwie kolejną mistrzynią alchemii. Alchemików można w końcu znaleźć po miastach na pęczki, a Filippa lubi być jedyna w swoim rodzaju. I dzięki temu zyskała asa w rękawie po Loc Muinne.
Ciri pokiwała głową. Nie czuła potrzeby komentować wydarzeń z obrad pokojowych, które zamieniły się w krwawą jatkę.
– Pytanie brzmi, czy będę w stanie zapłacić jej cenę – odparła, splatając nerwowo dłonie i przyglądając się swoim idealnie wypielęgnowanym palcom. Żadna skórka nie była zadarta, żaden paznokieć dłuższy od pozostałych. Były to dłonie godne przyszłej cesarzowej, nie kogoś, kto trudnił się zabijaniem potworów za pieniądze.
– Myślę, że masz tutaj pod dostatkiem waluty, co do wartości której nie zdajesz sobie do końca sprawy – zauważyła Triss łagodnie i uśmiechnęła się do niej jak dawniej, z pełnią sympatii, przyjacielsko. Jakby dzieliły wspólny sekret. – Mieszkasz we wspaniałym pałacu, cesarz ogłosił cię swoją następczynią. Masz dostęp do wykwintnego jedzenia i ciepłej wody. Komfort i wygoda to moim zdaniem bardzo dobra cena jak na zapłatę za tę odrobinę pomocy.
Znalezienie kryjówki Filippy nastręczało wszelakiego rodzaju trudności. Po pierwsze trudności z przekonaniem kapitana gwardii pałacowej, Abecer, żeby nie spisywał swojego testamentu (zaczynała podejrzewać, że Emhyra bawią te jego pokazy dramatyzmu; nie miała pojęcia, dlaczego tolerowałby je w innym przypadku), mimo że następczyni tronu cesarskiego ma kaprys wyjechać ze stolicy bez stosownej obstawy. Po drugie w ciągu ostatnich kilku godzin Ciri zdążyła się dobitnie przekonać, że życie pałacowe ją rozleniwiło i przyzwyczaiło do pewnych wygód. Błąkanie się pieszo i bez towarzystwa po lesie okazało się może nie męczące, ale z całą pewnością nużące i bardzo frustrujące. Po wtóre, problemem w szukaniu dobrze zabezpieczonej i ukrytej prawdopodobnie pod iluzją magiczną najwyższej klasy kryjówki czarodziejki było samo znalezienie tej kryjówki, szczególnie jeśli nie znało się jej dokładnej lokalizacji. W tej kwestii Triss niestety nie mogła jej pomóc.
Koniec końców spocona, ubłocona i zmęczona już nieco Ciri natrafiła na grotę zupełnym przypadkiem. Natknęła się na wysmarowaną na pniu drzewa sokiem brzozowym elfią runę „gaer", bardzo podobną w wymowie do „gar'ean", słowa oznaczającego „uważaj" albo „ostrożnie". Dawno, dawno temu, zupełnie jakby w innym życiu, Iskra wytłumaczyła jej, że ukrywające się po lasach klany i komanda oznaczały w ten sposób zastawione na dh'oine pułapki i niebezpieczne miejsca aen Stràede, czyli na szlaku. Ciri wzdrygnęła się na to wspomnienie, jakby poczuła na plecach lodowaty podmuch Gonu.
Wyciągnęła z kieszeni jeden z podarowanych przez Triss amuletów. Przy jego pomocy łatwo było stwierdzić, że leżące jeden na drugim głazy to tak naprawdę iluzja, maskująca wejście do jaskini. Postanowiła nie próbować jej przełamywać, zamiast tego przeszła przez nią jak przez kłąb dymu. Wystarczyło wierzyć naprawdę mocno, że po drugiej stronie coś na nią czeka.
Musiała jednak uruchomić jakiś rodzaj magicznego alarmu, bo w jej kierunku pomknęły jedna po drugiej trzy strzały, które przeszyłyby na wylot kogoś o słabszym refleksie. Ciri uchyliła się natychmiast przed pierwszą, wymijając płynnie drugą, a nad trzecią po prostu przeskoczyła, dając susa do przodu. Zamarła w bezruchu. Kiedy zaczynała już myśleć, że być może po wszystkim, magiczny pocisk uderzył w skalną ścianę tuż obok niej.
– Nie wiem, kim jesteś ani czego ode mnie chcesz, ale żywcem mnie nie dostaniesz! – krzyknęła wściekle Filippa z drugiego końca groty. Ciri zaklęła pod nosem.
– Filippa! – zawołała. – Pani Eilhart! Nie mam złych zamiarów!
– Za kogo mnie niby uważasz? Za łatwowierną idiotkę? – prychnęła Filippa i posłała w jej stronę kolejną kulę magii. Ciri uskoczyła, pochwa jej miecza zafurkotała w locie, a ostrze wyskoczyło z niej płynnie. Dziewczyna przyjęła odruchowo postawę defensywną wyuczoną w Kaer Morhen, jedna noga ugięta, ciężar ciała nisko, miecz trzymany oburącz, tak że mogła przejść płynnie do ataku, kwarty bądź parady, w zależności od potrzeb. – Możesz sobie skakać i fikołkować do woli, ale prędzej czy później cię trafię!
– Mówisz do swojej przyszłej cesarzowej, cholera jasna! – wypaliła Ciri bezmyślnie, widząc, że Filippa zbiera energię do rzucenia kolejnego zaklęcia. Po chwili uzmysłowiła sobie, że po raz pierwszy określiła samą siebie jako następczynię tronu i pożałowała ogromnie, że nie może w nic walnąć pięścią. Albo czołem.
Niemniej przyciągnęło to uwagę Filippy, która na chwilę przestała rzucać czarami na prawo i lewo.
– Cirilla? – zapytała z niedowierzaniem, jednak otrząsnęła się szybko. – Podejdź bliżej, jeśli mówisz prawdę, nic ci nie grozi. Ale! Tylko, jeśli mówisz prawdę!
Ciri przewróciła oczami na ten teatralny popis dramatyzmu. Zrobiła kilka zdecydowanych kroków do przodu, wchodząc, jak zrozumiała po chwili, w zakres czaru identyfikującego Filippy. Schowała miecz z powrotem na miejsce, ale stanęła niemal niedbale w pozycji, z której mogła go wydobyć w ułamku sekundy.
– To naprawdę ty – westchnęła Filippa ze zdumieniem. Zaczęła odruchowo poprawiać włosy, po czym najwyraźniej doszła do wniosku, że nie ma w tym zbyt wielkiego sensu, bo poddała się w połowie ciasno zaplecionego warkocza.
– A kogo się niby spodziewałaś? Pachołków Radowida? Tak daleko na Południu? – zapytała Ciri z przekąsem, ale też pewną ciekawością. Elficka runa nie wzięła się na drzewie znikąd.
– Chociażby. – Filippa wzruszyła ramionami okrytymi ciepłym wełnianym szalem. Ubrana była po męsku, w długie watowane spodnie i pikowany kaftan narzucony na koszulę. – Kilka dni temu miałam utarczkę z, jak podejrzewam, elfami z rozwiązanego komanda Wiewiórek. Myśleli najwyraźniej, że czarodziejka pozbawiona wzroku nie zauważy braku kilku bardzo ważnych, bardzo cennych składników alchemicznych. Rzecz jasna pomylili się dość boleśnie, ale od tamtej pory stałam się dużo bardziej paranoiczna. – Nie tylko ty, pomyślała Ciri z pewnym rozbawieniem, ale nie powiedziała tego. – Prawdziwe wiewiórki nigdy nie sprawiały mi takich problemów, zostawiają mnie w spokoju, jak tylko dam im kilka orzechów. Czemu elfy nie mogą nigdy zachowywać się równie bezproblemowo, doprawdy.
Filippa obróciła się i, dotykając ścian groty, odnalazła jeden z wąskich tuneli, na które rozdzielała się jaskinia. Zdążyła w nim zniknąć, zanim Cirilla się zorientowała. Jedynym źródłem światła w grocie była przygasająca pochodnia; Filippa najwyraźniej nie potrzebowała blasku świec.
– No, idziesz za mną czy nie? – dobiegło Ciri jej zniecierpliwione pytanie. – Skoro poświęciłaś czas, żeby mnie znaleźć na tym wygwizdowie, musisz mieć do mnie jakąś ważną sprawę. Porozmawiamy w pracowni, będzie nam wygodniej.
Pracownia okazała się kolejną, nieco większą grotą, do której trzeba było iść kilka minut po omacku klaustrofobicznie wąskim tunelem. Wnętrze wypełniało dziwne połączenie woni suszonych ziół, siarki i czegoś niezidentyfikowanego, metalicznego. Ale rzeczywiście było tu wygodniej – zmieściło się tam kilka stołów z aparaturą, stos książek i odczynników, a także, co najważniejsze, trzy zydle. Ciri przysiadła na jednym, zastanawiając się pobieżnie, czy być może też jest zaklęty, ale nie poczuła tego zabawnego łaskotania magii na skórze, więc doszła do wniosku, że chwilowo nic jej nie grozi.
Filippa usiadła naprzeciwko niej, wyprostowana, jakby połknęła kij.
– Słucham – oznajmiła, patrząc nieco na prawo od Ciri.
Wiedźminka podrapała się po karku. Miała po drodze dostatecznie dużo czasu, żeby przemyśleć, co chciała powiedzieć, ale mimo to poczuła się zupełnie nieprzygotowana.
– Mam dla ciebie pewną propozycję – powiedziała nonszalancko. Filippa uśmiechnęła się pod nosem.
– Taką z gatunku tych nie do odrzucenia? – zapytała.
– Propozycje nie do odrzucenia odrzuca się w dziewięciu przypadkach na dziesięć – odparła Ciri. – Nie, mam na myśli coś o wiele bardziej pewnego. Propozycję, o odrzuceniu której nawet nie pomyślisz poważnie.
Filippa odchyliła głowę, unosząc podbródek.
– Ha! A to dobre! – odparła. – Po takim wstępie reszty wysłucham do końca z czystej złośliwej ciekawości, żeby móc ci wytknąć, jak bardzo się mylisz. – Uśmiechnęła się szeroko, drapieżnie. W każdym calu wyglądała teraz jak czarodziejka, która założyła kiedyś Lożę, organizację w zamyśle mającą się stać wszechpotężną i stojącą ponad wszystkimi.
– Chyba wolałam cię skruszoną i spolegliwą – stwierdziła Ciri z namysłem po chwili. Było to najczystsze kłamstwo. Filippa taka jak teraz, nieustraszona i szczera do bólu, podobała jej się o wiele bardziej, ale nie musiała o tym wiedzieć.
– W takim razie powinnaś była wtedy nacieszyć oczy tym widokiem, bo nie zobaczysz go znowu prędko – odparła czarodziejka z niezmąconym spokojem. – Zastałaś mnie wtedy w nietypowej sytuacji. W jednym z niewielu momentów, w których nie wiedziałam, na czym stoję. Ale dość już tych sentymentalnych wspominek, nic nie wnoszą do naszej dyskusji. A teraz, cóż, teraz to ty przychodzisz do mnie skruszona i spolegliwa, jak to ładnie ujęłaś. A ja nadal czekam, aż przedstawisz swoją propozycję.
Filippa siedziała z nogą założoną na nogę i wyrazem twarzy kogoś, komu obiecano złote góry, a kto spodziewa się zobaczyć co najwyżej posrebrzany pagórek, niski i mało imponujący. Wobec czego Ciri wyjaśniła jej, z czym przychodzi. Mówiła długo.
Pod koniec jej monologu z twarzy Filippy zniknął nawet ten pełen zadufania uśmieszek.
– Muszę się przyznać do błędu – podjęła po dłuższej chwili głosem, w którym nie zabrzmiała nawet najbardziej subtelna nuta przeprosin. Ciri nie spodziewała się niczego innego. – Jest to oferta w zupełności warta wstępu, jaki do niej poczyniłaś.
– Dziękuję – powiedziała dziewczyna z niemałą satysfakcją.
– Jeśli mamy udawać, że mogę odrzucić tę jakże hojną propozycję, powiedz mi, dlaczego miałabym tego nie zrobić? – ciągnęła Filippa, jakby jej nie usłyszała. – Czym zamierzasz mnie przekonać? Uwierz mi, kiedyś przyjęłabym ją bez wahania, ba, starałabym się uzyskać ten zaszczyt pierwsza, przed innymi czarodziejkami. Zależało mi na pozycji, władzy, poczuciu wyższości, jakie dawał status nadwornej magiczki. Teraz jednak, w tym świecie, świecie, w którym jeszcze do niedawna prześladowano magów na niespotykaną do tej pory skalę z rozkazu jednego zaledwie szaleńca, świecie, gdzie spod wzgórza Sodden trafiliśmy na pale i stosy Radowida, świecie bez Aretuzy, w którym Emhyr trzyma swoje czarodziejki pod kluczem, jeśli tylko ma taki kaprys, w tym świecie należy przynajmniej udawać, że się zastanawia nad tego typu propozycjami.
– Mieszkasz obecnie w wilgotnej jaskini pośrodku niczego, męczą cię przeciągi i konieczność żywienia się korzonkami roślin i jagodami. Nie wiesz, czy za dzień, dwa, tydzień, nie napadnie na ciebie kolejne komando Scoia'tael albo jakiś opętany patriotyzmem lub widmem śmierci głodowej redański lojalista – odparła Ciri. – Chcesz powiedzieć, że tak właśnie pragniesz spędzać dni? Nie w komnacie z wygodnym łóżkiem, nie w cieple kominka? Nie brakuje ci bliskości łaźni ani kuchni z prawdziwego zdarzenia? Nie przeszkadza chłód ani brak podstawowych wygód?
Filippa wstała nagle ze stołka i zrobiła kilka kroków przed siebie, po czym zawróciła, wyłamując nerwowo palce.
– Kiedy człowiekowi wyłupiają oczy, odkrywa się, do jak wielu rzeczy można się przystosować. Warunki, jakie znoszę, wydają mi się małą ceną do zapłacenia za odzyskanie wzroku. Mam obecnie spokój i moje skromne laboratorium, mogę prowadzić badania nad otrzymaniem ludzkiej tkanki bez obawy, że ktoś każe mi przerwać w połowie – zaczęła wyliczać. – Nie mam może towarzystwa poza wrednymi wiewiórkami kleptomankami i zabłąkanym elfem albo dwoma, ale nikt nie wie, że tu jestem. Nikt ważny.
– Ale się dowiedzą. – Ciri wiedziała, że czarodziejka zdaje sobie z tego sprawę. – To tylko kwestia czasu. Nie masz tu tak naprawdę nikogo ani niczego. Nic cię tutaj nie trzyma. Nie przynależysz nigdzie, jeśli ta kryjówka cię zawiedzie, znajdziesz kolejną. Czy tego właśnie pragniesz? Uciekać do końca życia? – Filippa przerwała nerwowe stawianie kroków po jaskini. Na jej twarzy malowało się czyste pragnienie mordu. – Załóżmy, że odzyskasz wzrok. I co dalej? Jaki masz następny wielki plan? – W jaskini zapadła cisza tak głęboka, że słychać było kapanie wody gdzieś w oddali. – Kiedyś byłaś ambitna. Chciałaś budować nowy porządek – podjęła Ciri. Wstała i zrobiła krok w stronę czarodziejki. – Wiem, że ta ambicja wciąż gdzieś w tobie jest, tli się może ledwo, ale nie zgasła.
Filippa podeszła do niej bardzo ostrożnie, starając się nie potknąć o żaden luźny kamień. Dźgnęła ją palcem w klatkę piersiową.
– Nie za cenę zamknięcia w klatce, nieważne, jak złota by nie była – odwarknęła. Ciri zauważyła z pewnym zaskoczeniem, jak blisko siebie teraz stoją. Mogłaby przesunąć palcem po wargach czarodziejki, sprawdzić, czy ich barwa jest naturalna, czy to efekt stosowania jakiegoś mazidła, i nawet nie musiałaby stawać na palcach. Poczuła, jak palą ją policzki na samą myśl.
– Nie widzę potrzeby zamykać cię w klatce. Nie jesteś wygłodzoną bruxą, która rzuci się na pierwszą lepszą ofiarę. A ja nie jestem Emhyrem – zaznaczyła. Już teraz miała dość podkreślania tego na głos, a podejrzewała, że to dopiero początek. – Chyba zapominasz, że to czarodziejki mnie wychowywały i to też czarodziejki przyszły mi na pomoc, kiedy musiałam stawić czoła Dzikiemu Gonowi. Nie uważam, że jesteście największym złem, jakie nosiła ta ziemia, nie myl mnie ze swoim dawnym wychowankiem. Planuję powołać nową szkołę dla czarodziejek, mam już nawet propozycję jej siedziby, jeden z cesarskich zamków na granicy z górami Amell. Nie pozwolę magii umrzeć. Także dlatego, że nie jest to w interesie cesarstwa, wyobraź sobie.
Filippa odetchnęła. Ciri poczuła muśnięcie jej oddechu na policzku i odkryła, że nie potrafi być na nią długo zła, że przy tej bliskości wciekłość szybko się z niej ulatnia. A potem Filippa cofnęła się o krok.
– Co z moimi badaniami? – zapytała podejrzliwie. Ale brzmiała, jakby podjęła już decyzję.
– Będziesz mogła je nadal swobodnie prowadzić przez część dnia, po wypełnieniu swoich obowiązków – zapewniła Ciri. – Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, miejsca, odczynników, rozpuszczalników, nieistotne, wystarczy, że powiesz o tym szambelanowi.
Filippa postukała palcem w policzek z namysłem.
– Więc powiedz mi, Cirillo – powiedziała. – Powiedz mi, dlaczego nie powinnam odrzucać twojej propozycji.
I Ciri nagle odkryła, że wie, że doskonale zna odpowiedź na to pytanie.
– Bo wtedy nie musiałabyś już dłużej obawiać się, że kiedyś znowu będziesz czuła się tak bezsilna i bezbronna jak wtedy, kiedy mężczyzna, któremu kiedyś ufałaś, przyłożył ci rozżarzony pręt żelaza do powiek – odparła.
Filippa skinęła głową.
Po powrocie do stolicy Ciri przez kilka tygodni miała wrażenie, że żyje w wiecznym niedoczasie. Do tego stopnia, że trzeciego dnia zaczęła całkiem na poważnie rozważać cofnięcie się w czasie o kilka godzin, żeby wreszcie porządnie się wyspać i spojrzeć na piętrzące się stosy dokumentów świeżymi oczami. Po czym pomyślała, ile cennych chwil będzie musiała przeznaczyć na wyjaśnienie wszystkim, że tak, czasem jest w dwóch miejscach na raz, nie należy być tym przerażonym, i porzuciła ten projekt z poczuciem klęski.
Trzeba było poświęcić kilka kwadransów dziennie Triss, która zatrzymała się na dworze cesarskim jako gość Jej Wysokości Cirilli, w związku z czym zaniedbanie obowiązków wobec niej stanowiłoby poważne naruszenie etykiety. Ciri w żadnym wypadku to nie przeszkadzało, kochała spędzać czas z czarodziejką i bardzo dobrze bawiły się na wspólnych przechadzkach po ogrodach pałacowych. Triss zawsze miała jakieś elementy wiedzy magicznej, którymi chciała się z nią podzielić, albo ciekawe plotki podchwycone to tu, to tam. Ktoś spłacił część długów markizy Conce, w Ebbing zauważono kolejne komando Scoia'tael (elfie oddziały zostały na mocy traktatów rozwiązane po wojnie, a ich członkowie otrzymali nadania ziemi w Dol Blathanna, ale nie wszyscy zaakceptowali rozkaz do złożenia broni wydany przez ludzkiego cesarza), księżna Toussaint przysłała na dwór kolejnego posła, domagając się zakończenia wojny Nilfgaardu z krajami Północy, choć pokój podpisano już dobre kilka miesięcy temu, kupcy handlujący nazairańskimi koronkami niespodziewanie odnotowali większe zyski niż kiedykolwiek.
Łącząca je więź była dużo bardziej siostrzana i przyjacielska niż z kimkolwiek innym, kogo Ciri uważała za swoją rodzinę. Paradoksalnie dużo łatwiej było otworzyć się przed nią niż przed Yennefer czy Geraltem, o Emhyrze nie mówiąc. W ten sposób któregoś popołudnia zupełnym przypadkiem Ciri w przypływie szczerości zwierzyła się Triss na temat swoich preferencji i opowiedziała o związku z Mistle – chociaż jej imię nadal paliło ją w przełyk jak krople kwasu – pytając pod koniec z pewnym zażenowaniem, czy coś można z tym zrobić. Siedziały na tarasie i piły popołudniową herbatę.
– To przecież zupełnie naturalne – wyrwało się Triss, która najpierw wyglądała, jakby miała ochotę wepchnąć sobie te słowa z powrotem do gardła, po czym tylko wzruszyła ramionami. – Nie wybałuszaj tak na mnie oczu, Ciri. Nie mam już pięćdziesiątki na karku, miewałam również kochanki. – Ciri zaniemówiła na bardzo długą chwilę, próbując pozbierać w całość rozsypującą się wizję świata. Nie szło jej to zbyt dobrze. – Nie mów, że… że inne osoby robiły ci z tego względu wyrzuty? – Triss znacząco zawiesiła głos, po czym resztę pytania zadała szeptem, całkowicie niepotrzebnie. Były otoczone trzema warstwami zaklęć zabezpieczających przed podsłuchiwaniem.
– Ja… ja nigdy nie… nikomu…
– Ach. Cholera. – Triss nerwowo postukała srebrną łyżeczką w talerzyk po cieście. Ciri wbiła w nią spojrzenie zielonych oczu, oczekując na każde słowo, jakby to miał być wyrok. – Dobra, dziewczyno, musisz zapamiętać dwie rzeczy. Po pierwsze, nigdy, przenigdy, nie daj nikomu sobie wmówić, że to coś niedobrego. To bzdury. A po drugie, możesz porozmawiać na ten temat ze swoimi opiekunami. Jeśli chcesz. Myślę, że ich reakcja by cię zaskoczyła. W tym dobrym sensie – dodała, ale dziewczyna nadal nie wyglądała na przekonaną. – A teraz chodź tu do mnie, muszę cię przytulić, wiedźminko.
Po rozmowie z Triss Ciri poczuła się nieco lepiej, jakby wielki ciężar spadł jej z serca. Zaczęła również z zaciekawieniem przyglądać się ludziom na dworze, szukając osób podobnych do siebie. Nie znalazła nikogo pewnego, dwie kobiety dzielące razem życie, ale mogły być siostrami albo kochankami, dwóch mężczyzn, którzy na wszelakie bale i posiedzenia zawsze przybywali razem, a równie dobrze mogli być po prostu serdecznymi przyjaciółmi. Jednak nie odkryła również żadnych pokładów niechęci ani oburzenia. Podniosło ją to trochę na duchu, chociaż nadal nie zamierzała poruszać tego tematu z nikim innym.
W międzyczasie należało również zająć się oficjalnym nadaniem powstającej szkole dla czarodziejek statusu cesarskiej akademii i uporać się z wiążącą się z tym biurokratyczną dokumentacją. Ciri co prawda nie musiała niczego własnoręcznie pisać, ale nadzorowała działania imperialnych urzędników, coś zupełnie dla niej nowego, i miała masę wniosków do przeczytania i zatwierdzenia. Prawdziwy powiew zmiany poczuła, kiedy przy użyciu megaskopu zaczęła uzgadniać z Margaritą, która z trudno maskowanym wzruszeniem zgodziła już się zostać rektorką nowej szkoły, jakie czarodziejki zaprosić do grona nauczycielskiego. Po kilku godzinach ostrych kłótni i rwania włosów z głowy stanęło na Fringilli Vigo, Keirze Metz i Triss Merigold na sam początek. Francesca Findabair poparła ich inicjatywę, ale odmówiła przyłożenia do niej własnej ręki ze względu na dobro Dol Blathanna. Ida Emean aep Sivney, obecna przy rozmowie, nie mówiła za wiele, ale widać było, że zdecydowała się pozostać przy swojej królowej.
I, rzecz jasna, do grona nauczycielek dołączyła także Cyntia, czego Margarita nawet nie próbowała kwestionować.
Kolejny szok Ciri przeżyła, kiedy któregoś wieczoru przyszła zapytać Cyntię o postępy w poszukiwaniu talizmanu niezbędnego do przeprowadzenia rytuału, i zastała jej rzeczy spakowane do waliz i tobołków. Wiedziała, że czarodziejka wróci jeszcze przed Belleteyn, dniem właściwej konfiguracji gwiazd i planet, ale odczuła na własnej skórze, jak wiele niedługo ulegnie zmianie.
Gdzieś pomiędzy jednym i drugim wydarzeniem nadzorowała również przygotowania na przybycie Filippy do pałacu. Czarodziejka dostała do swojej dyspozycji kilka pomieszczeń gościnnych połączonych w większą całość. W jednym z nich przygotowano spore laboratorium, z lśniącymi nowością alembikami i retortami, porcelanowymi i cynowymi moździerzami z pistlami, mosiężnymi tyglami i kociołkami, w innym spiżarnię ze starannie skompletowanymi składnikami, zgodnie z życzeniem Filippy, która podyktowała jej długą listę.
Ciri wiedziała, że czarodziejka będzie głównie badała zanieczyszczenia znajdujące się w narkotyku, żeby ustalić, gdzie hodowane są rośliny, z których pozyskiwany jest proszek. To powinno im pomóc w zawężeniu obszaru jego pochodzenia do przynajmniej prowincji, jeśli nie departamentu, do czegokolwiek bardziej dokładnego potrzebna będzie magia. Wobec tego Ciri zadbała, żeby laboratorium znajdowało się w stanie nienagannej czystości, tym samym ograniczając zanieczyszczenia do minimum. Poleciła też Vattierowi de Rideaux zdobyć więcej próbek narkotyku do badań, z czego arcyszpieg wywiązał się śpiewająco.
W ciągu tych tygodni rozpoczął się okres licznych zabaw dworskich i mniej lub bardziej oficjalnych przyjęć, poprzedzający jedno z ważniejszych świąt ku czci Wielkiego Słońca, na które zjeżdżali się wszyscy, którzy coś znaczyli. Cirilli wypadało bywać przynajmniej na części z nich, częstować się wytrawnym musującym winem i przesłodzonymi komplementami względem swojego wyglądu, a także wymieniać coraz bardziej absurdalnie brzmiące plotki. Póki mogła zabierać ze sobą Triss jako osobę towarzyszącą, znosiła te obowiązki z niejaką przyjemnością, ale po pewnym czasie kobieta przeniosła się do powstającej akademii dla czarodziejek. Ciri domyślała się, że nie chciała wchodzić Filippie w paradę. Sama oczekiwała przybycia pani Eilhart z przyjemnym napięciem.
Na szczęście na większości bankietów pojawiała się również Nilneanneth, która okazała się dobrą kompanką do rozmów i skarbnicą wiedzy na temat dworskich sympatii i animozji. Cirilla miała wrażenie, że znalazła w półelfce przyjaciółkę, a przynajmniej serdeczną znajomą. Tym bardziej frustrował fakt, że arystokratka nie chciała podzielić się informacjami na temat generała Voorhisa.
– N'te vaer'trouve Morvran, beag Zirael – odparła tylko wymijająco Nilneanneth na pytania Ciri, ucinając temat. Nie ufaj Morvranowi, Jaskółeczko. I więcej nie udało się z niej wiedźmince wyciągnąć.
Wszystko to sprawiało, że Ciri miała niezwykle mało czasu i ochoty do przeznaczenia na dalsze obłaskawianie Morvrana, który zdawał się tym zaniepokojony.
– Od wielu dni nie było mi dane oglądać twarzy Waszej Wysokości – zauważył flegmatycznie podczas jednego z bali, kiedy mieli okazję zatańczyć razem, ale w jego oczach błysnęło coś niebezpiecznego.
– Nie wiąże się to z utratą mojej przychylności – zapewniła Ciri skwapliwie, wykonując skomplikowany piruet i tylko siłą wiedźmińskich odruchów nie potykając się o skraj swojej zwiewnej sukni. – Wyłącznie z przytłaczającą ilością obowiązków.
To zdaje się nieco go uspokoiło, a do Ciri dotarło w tamtym właśnie momencie, że nie tylko ona tutaj wiele ryzykuje, on także. Gdyby nagle miał stracić jej łaskę, politycznie wiele by go to kosztowało.
Mimo to Emhyr przypomniał jej cokolwiek natarczywie – nawet jak na niego – następnego dnia z samego rana, że dał jej wolną rękę w kwestii generała Voorhisa, ale jeśli chce cokolwiek osiągnąć, musi się pospieszyć, żeby zdążyć przed wiosennym otwarciem obrad senatu. Było ono zaplanowane na dzień po Święcie Rozkwitu, pierwszego dnia piątego savaedu roku. Przeciągnięcie Morvrana – a z nim większości opozycji – na ich stronę stanowiło jedyną szansę na łatwe przepchnięcie przez senat edyktu, w którym Ciri była wymieniana jako oficjalna następczyni tronu. To z kolei było im potrzebne do zniwelowania ryzyka wybuchu wojny domowej.
Zresztą miała wciąż nowe tematy do poruszenia z Emhyrem, nawet nie licząc Morvrana i kwestii sukcesji. Rozmawiali często o polityce, o układzie sił w Senacie, o zmieniających się stronnictwach i o formalnościach związanych z mianowaniem nowej nadwornej czarodziejki. Wiązało się to z kolejną górą dokumentów do przejrzenia i opatrzenia cesarskim podpisem i pieczęcią. Na szczęście w tym przypadku, jak i w wielu innych, które nie dotyczyły podatków ani prowadzenia wojen, cesarz podejmował decyzję samodzielnie, bez pytania senatorów o opinię.
Ciri dowiedziała się z tych rozmów trochę o obecnej sytuacji Temerii, która w porównaniu z beczką prochu, jaką stanowiła Redania, zdawała się całkiem spacyfikowana. Najgorsze, co zdarzyło jej się przeczytać, to raporty o chłopach opuszczających swoje wsie w Velen ze względu na nagłe wyjałowienia gleby. Ciri podejrzewała, że musieli być to dawni poddani Pań Lasu, obecnie pozbawieni ich opieki. Czasami zastanawiała się, jaki los spotkał Prządkę, której nie udało jej się zabić w trakcie walki na Łysej Górze. Wysłane na miejsce cesarskie patrole nie wykryły niczego podejrzanego ani powiązanego z czarami, więc szybko wyrzuciła tę myśl z głowy.
Tym bardziej, że niedługo po tej informacji Enid an Gleanna, Stokrotka z Dolin, posłała do Nilfgaardu pilnego posła z prośbą o pomoc. Prośba brzmiała do tego stopnia absurdalnie, że Ciri dość niegrzecznie wytrzeszczyła oczy, słysząc posłanie, ale Emhyr bez chwili wahania zdecydował się ją spełnić. Wydawało się, że decyzję podjął, jeszcze zanim wysłuchał przemówienia do końca.
– Francesca jest Arcymistrzynią – powiedziała Ciri po tym, jak zostali w bibliotece sami. – Po co byłaby jej pomoc innej czarodziejki? I to przy tym zdecydowanie mniej doświadczonej.
Emhyr spojrzał na nią znad biurka, znad rozłożonych na nim notatek.
– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć – odparł zupełnie niewzruszonym głosem. – Albo próbuje wciągnąć nas w grę, której celu i przebiegu jeszcze nie znam, albo potrzebuje wypytać o coś jedyną czarodziejkę, jaka przebywa obecnie na cesarskim dworze. – Ścisnął nasadę nosa palcami, zastanawiając się nad czymś głęboko. – I w obu tych przypadkach nie ma potrzeby obrażać elfów odmową, kiedy w oczywisty sposób mamy zasoby, żeby spełnić ich prośbę, a nie będzie nas to nic kosztować. Cirillo, poślij Cyntię do Doliny Kwiatów. Przekaż jej, żeby zachowywała się grzecznie, ale dobitnie uświadom jej, że nie jedzie tam jako szpieg. I że po jej powrocie będę oczekiwał pełnego raportu. – Ciri skinęła głową. – Meredid! Poślij natychmiast po de Rideaux, mam dla niego inne zadanie.
Poza posłem z Dol Blathanna, który po otrzymaniu odpowiedzi Emhyra natychmiast wyjechał w drogę powrotną, na dworze przebywali również wysłannicy z Etolii, jednej z prowincji cesarstwa, Temerii (Ciri zupełnie niezgodnie z etykietą pomachała do Vernona Roche'a i Ves; Ves odmachała jej radośnie, a Roche tylko schował twarz w dłoniach), a także Koviru. Był to gest dobrej woli ze strony Tankreda Thyssena, pewnego rodzaju subtelne zapewnienie, że zamierza honorować zawarte w tajemnicy umowy z Imperium.
– Nie żeby miał zbyt wielki wybór w tej kwestii – skwitowała to Ciri cierpko któregoś wieczoru, ale Emhyr pokręcił głową.
– To dumny władca – odparł. – Kiedy odziedziczył tron, wszyscy wróżyli mu, że będzie złym królem i w ciągu roku roztrwoni to, na co jego ojciec pracował latami. A on postanowił zaskoczyć wszystkich. Kovir prosperuje, a Tankred obecnie pracuje bez wytchnienia nad reaktywacją dawnej Kapituły. Nie należy mu wypominać pozornie słabej pozycji na arenie międzynarodowej. – Emhyr spojrzał na nią z ukosa. – Poza tym warto docenić, że w ten czy inny sposób ofiarował nam dwoje potencjalnych zakładników.
Z tej perspektywy Ciri na to wcześniej nie spoglądała.
Z kolei posłanie z Etolii wydawało się częścią jakiejś dłuższej tradycji, ponieważ posłowie ukłonili się Emhyrowi głęboko i z najwyższym szacunkiem, po czym przekazali wobec całego dworu zgromadzonego w największej sali pałacu interpelację o pokojowe odłączenie ich krainy od Imperium Nilfgaardu. Cesarz wysłuchał ich również z najwyższą grzecznością i poważaniem.
– W tej chwili sprawy najwyższej wagi państwowej zaprzątają mą głowę – odparł od razu, co zdarzało się rzadko, żeby nie powiedzieć nigdy. – Przybądźcie, proszę, z tym ważnym posłaniem w mniej trudnych czasach, abym mógł je dokładnie rozważyć. Oczekuję waszej kolejnej wizyty za rok i jeden dzień od dzisiaj.
Posłowie zdawali się usatysfakcjonowani tą odpowiedzią, ponieważ podziękowali władcy z najwyższym uniżeniem i odeszli cali w uśmiechach i ukłonach. Emhyr spojrzał na Ciri wzrokiem, który nakazywał jej poczekać z pytaniami.
– To tradycja rozpoczęta przed wieloma laty – zaczął wyjaśniać dużo później, kiedy zostali już sami w jego komnatach. – Władca Etolii postulował jej natychmiastowe odłączenie się od cesarstwa ze względu na mocne nastroje separatystyczne wśród poddanych, natomiast politycy nie potrafili dojść między sobą do porozumienia, na jakich zasadach ten rozłam miałby nastąpić. Wobec czego przysyłali kolejnych posłów z coraz bardziej wydumanymi i nieosiągalnymi żądaniami, których ówczesny cesarz odsyłał z odmową podobną do tej, jaką dzisiaj usłyszałaś. Po kilku latach takich przepychanek nastroje polityczne zmieniły się drastycznie, król Etolii postanowił porzucić swoje plany, ale żeby mógł wyjść z tego z twarzą, tradycja corocznego składania interpelacji pozostała.
Ciri wybuchła szczerym śmiechem, na tyle widać zaraźliwym, że na twarzy Emhyra również pojawił się cień uśmiechu.
