Tak więc powołała Wielka Cesarzowa Cirilla Akademię, od góry Karmentis, na której wznosić się miała, Karmentą zwaną. I zgromadziła Cesarzowa najzdolniejsze i najmądrzejsze czarodziejki: Margaritę Laux-Antille, Fringillę Vigo, Cyntię Àit i Triss Merigold, by nauki prowadziły i o pilność adeptek dbały. Przysięgły jej one zgodnie i ochoczo wierność aż po grobową deskę i o swym oddaniu gorąco zapewniły. I skłoniła im się wtedy Wielka Cesarzowa, mówiąc, że wiedzy i doświadczeniu cześć oddaje, w ręce ich przyszłość magii składa, albowiem, jak rzekła, wiedza magiczna tyle jest zaprawdę tylko warta, ile czarodzieje i czarodziejki o niej pamiętają. A to, co zapomniane, pozostaje się na wieki wieków utracone.

Historia Wielkiej Akademii Karmenta, przez Jej uczennice ku pamięci pokoleń przyszłych spisana

Finnaville Nilneanneth, znana również jako Nilnth, niezwykle utalentowana politycznie arystokratka na dworze Emhyra var Emreisa (ob.), zauszniczka Cirilli Fionny var Emreis (ob.), pochodzenia nieznanego. Stopień szlachecki uzyskała poprzez małżeństwo z hrabią Edding, niedługo później tragicznie zmarłym. Zdolna polityczka, działająca głównie w kuluarach, ze względu na urodzenie bez prawa do zasiadania w Senacie. Uwikłana w aferę rowańską, przypuszczalnie jako jedna z jej głównych inicjatorek, z której jednak wyszła obronną ręką. Wobec pozostałych uczestników spisku wydano kary śmierci bądź długoletniego uwięzienia.

Poczet ważnych osobistości na dworze nilfgaardzkim, autor nieznany

Przybycie Filippy Eilhart na dwór cesarski poprzedziły wiadomości dostarczone przez zaufanych posłańców. Jednak listy nie podawały dokładnej daty, a tym bardziej godziny przybycia, wobec czego Ciri zaczęła z przyspieszonym biciem serca wypatrywać czarodziejki niemal wszędzie. Przyglądała się podejrzliwie każdej lecącej po wschodzie słońca sowie i wypytywała szambelana o wieści przynajmniej dwa razy dziennie, za każdym razem bezskutecznie. Obawiała się, że Filippa zamieni z nią kilka zdawkowych słów, po czym zniknie w przygotowanych dla niej pokojach.

Mogła spodziewać się, że czarodziejka jej rangi nie zjawi się po cichu, skromnie i bez rozgłosu, żeby natychmiast po przybyciu zaszyć się w laboratoriach.

Kiedy Filippa wreszcie zdecydowała się zjawić, zrobiła to z całym rozmachem, jaki można było uzyskać na dworze cesarskim. Ciri prowadziła właśnie audiencję w zastępstwie Emhyra (nic szczególnie istotnego, jak sam powiedział, zaledwie wysłuchanie delegacji jednego z cechów miejskich) i znajdowała się w połowie zdania, gdy szambelan ogłosił swym donośnym głosem:

– Filippa Eilhart, mistrzyni magii i nadworna cesarska czarodziejka!

Oczy wszystkich zgromadzonych na sali tronowej zwróciły się w jej stronę. Przyjęła ich po królewsku, w długiej do ziemi aksamitnej czarnej sukni falującej przy każdym ruchu, z warkoczami splecionymi na głowie w skomplikowaną fryzurę i z nieodłączną opaską na oczach. Wyglądała bardziej groźnie niż pięknie i ten efekt niechybnie chciała osiągnąć.

Ciri z trudem przełknęła ślinę. Ktoś w tłumie interesantów westchnął; jakaś czcigodna matrona zemdlała prawdopodobnie na widok dekoltu Filippy. Po zgromadzonych na sali mieszczanach przeszedł szmer szeptu równie wyraźny jak zmarszczka na gładkiej tafli wody. Delegaci cechowi spojrzeli po sobie, jakby zastanawiali się, czy jest sens kontynuować przedstawianie swojej petycji, po czym jednocześnie zamknęli usta i umknęli na bok, schodząc czarodziejce z drogi. Filippa już płynęła w stronę tronu zgrabnie i z gracją, która wydawała się niemożliwa przy takich obcasach. Przed tronem dygnęła głęboko, pochylając głowę niemal teatralnie, po czym uklękła przed Ciri w oficjalnym homagium, jakie tradycyjnie stanowiło część ceremonii hołdu lennego i symbolizowało uznanie przez wasala swego poddaństwa.

Widok Filippy na kolanach zrobił ciekawe, okropne rzeczy z sercem Ciri, które zaczęło trzepotać tak szybko, jakby chciało wyrwać się z jej klatki piersiowej. W tym momencie przyznała przed samą sobą, że czarodziejka nie jest jej zupełnie obojętna, bo po prostu nie mogła tego dłużej wypierać.

– Wasza Cesarska Wysokość – powiedziała Filippa miękko i nadal na kolanach, skłaniając głowę. – Pragnę oddać się pod twoją opiekę jako mojej władczyni i oddać mój los w twoje ręce. Od dziś znajduję się w twojej mocy.

Jej słowa odpowiadały zwyczajowej treści przysięgi zaledwie w pewnym stopniu i w każdej innej sytuacji zostałby wzięte za próbę skandalicznie niesubtelnego flirtu. Ale czarodziejki zawsze pisały swoje własne reguły, nawet w Imperium Nilfgaardu. Ciri doszła do wniosku, że to chyba jeden z najgorszych momentów na odkrycie, że bycie tytułowaną władczynią przez kogoś niesamowicie potężnego i to tym tonem podoba jej się o wiele za bardzo. Wzięła głęboki oddech i podała Filippie dłoń, wsuwając ją w jej rękę. Palce czarodziejki zacisnęły się na niej, jakby nigdy nie zamierzały jej wypuścić ze swoich szponów. Ciri zrobiło się przyjemnie słabo na tę myśl.

– Niech więc tak się stanie – odparła nieco ochrypłym głosem. Odkaszlnęła i w jej głowie pojawiła się myśl, że należy wykorzystać tę sytuację. Być może Filippa zauważyła jakimś cudem jej rumieńce i drżący głos i postanowiła zabawić się jej kosztem, a być może nie. Tak czy siak Ciri kusiła opcja odpłacenia jej pięknym za nadobne. – Twoje obietnice przyjmuję, najdroższa wasalko. Twój hołd pozostanie na zawsze obecny w moim sercu, a twe słowa wyryte w mej pamięci. Mój zamek staje się twoim domem, moi poddani twymi pomocnikami. Nie będzie ci niczego brak w czas twojej służby, na Wielkie Słońce! – Odpowiedź Ciri również nie była słowo w słowo zgodna z tradycyjną wersją, ale pasowała, jeśli nie do litery, to przynajmniej do jej ducha. I nie przekraczała granicy otwartego flirtu dużo bardziej niż słowa czarodziejki.

Filippa złożyła krótki – o wiele za krótki – pocałunek na dłoni Ciri, przypieczętowując tym samym hołd. Uśmiechnęła się z satysfakcją, zwycięsko.

– Wasza Wysokość – rzekła jeszcze, ciągle na kolanach. Ciri była w stanie przysiąc, że czarodziejka wie dokładnie, co ten widok z nią robi.

– Meredid! – zawołała szambelana. – Zaprowadź proszę panią Eilhart do jej komnat i zatroszcz się o jej wygodę. Czarodziejko, możesz odejść – zezwoliła. Głos zadrżał jej tylko raz.

Filippa podniosła się z kolan z dumnie wzniesionym czołem, ukłoniła się wiedźmince jeszcze raz i odeszła prowadzona przez Meredida. A do Ciri dotarło, że musi teraz zmobilizować umysł do wysłuchania delegatury z nilfgaardziego cechu i zdać Emhyrowi raport ze swojej decyzji, zanim w ogóle będzie mogła pomyśleć o odwiedzeniu czarodziejki w laboratorium i porozmawianiu z nią po raz kolejny. Jęknęła w duchu.

Na szczęście rzemieślnicy cechowi wydawali się równie rozproszeni przerwą w audiencji i z największą trudnością powrócili do przedmiotu swojej petycji, co umożliwiło Ciri zmuszenie się do pracy. Jako że ich wniosek formalny brzmiał na uzasadniony, a sprawa generalnie na nieskomplikowaną – potrzebowali zgody na przesunięcie części funduszy z puli reprezentacyjnej do budowniczej, sklepienie budynku głównego cechu wymagało naprawy – Cirilla wydała oficjalne cesarskie pozwolenie bez dalszego inwestygowania sprawy. Zaskoczyła tym ogromnie mieszczan, którzy ewidentnie spodziewali się zdawkowej odpowiedzi i rzucenia na pożarcie potężnej machinie imperialnej biurokracji.

Czy tak właśnie wygląda to całe rządzenie?, przemknęło jej przez głowę. Człowiek podejmuje jakąś decyzję na temat życia kogoś, kogo widzi po raz pierwszy w życiu, a potem nie ma nikogo, kto mu powie, czy dobrze zrobił?

– Tym lepiej, że tak właśnie, a nie inaczej, brzmiała twoja decyzja – oznajmił Emhyr zza biurka, kiedy zrelacjonowała mu wydarzenia. Ciri poczuła się ku swojemu zdziwieniu uspokojona, co z kolei mocno ją zirytowało. – W ten sposób zapamiętają cię jako dobrą, sprawiedliwą władczynię, która nie zapomina o ich interesach nawet wtedy, kiedy sami byli gotowi je poniechać. Jak najbardziej dobrze sobie poradziłaś. Córko – dodał po chwili wahania.

To był pierwszy raz, gdy zwrócił się do niej w ten sposób poza otoczeniem wścibskiego dworu. Ciri nie wiedziała zupełnie, co ma powiedzieć ani co w związku z tym czuje, ale skinęła głową. Miała wrażenie, że stanowiło to w ich relacji jakiś kamień milowy. Nie potrafiła tylko zgadnąć, w jaką stronę ona zmierza.

Po rozmowie z Emhyrem spotkała się jeszcze z de Rideaux, który miał dla niej nowe, nieprzyjemne wieści, po czym pobiegła szybko w stronę nowych kwater Filippy, ciekawa, czy czarodziejka znalazła w nich wszystko, czego potrzebowała. Popychała ją też – co pewnie powinna przyznać chociaż przed sobą – dziwna, niewytłumaczalna potrzeba przebywania w jej towarzystwie, poczucia na sobie jej spojrzenia, porozmawiania z nią o czymkolwiek, choćby na najbardziej nudny i wyświechtany temat. Po skręceniu w skrzydło zamku, w którym znajdowały się pokoje gościnne, Ciri zwolniła kroku i przeczesała włosy ręką, starając się zachować pozory spokoju i niewzruszenia.

Pozory, jak to często w takich sytuacjach, bynajmniej nie zamierzały współpracować i planowały opuścić ją przy pierwszej lepszej okazji.

Zastała Filippę całkowicie pochłoniętą pracą. Czarodziejka zdążyła się już przebrać w coś mniej widowiskowego i przeglądała właśnie zasoby laboratorium w legginsach i długiej, ale nieograniczającej ruchów tunice. Najwyraźniej znalazła wreszcie alembik, który był jej potrzebny, bo cmoknęła z zadowoleniem i przelewitowała go ostrożnie na długi, zajmujący sporą część pomieszczenia stół alchemiczny.

– Wasza Wysokość – rzuciła ostro, nieprzyjemnie, tonem zupełnie odmiennym niż ten z sali tronowej. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj tak szybko.

Ciri wzruszyła ramionami, po czym przypomniała sobie, że Filippa nie może tego zobaczyć, więc mruknęła pod nosem coś, co pozostawiało pole do interpretacji.

– Ciekawa zmiana nastawienia – zauważyła pozornie obojętnie.

Filippa zacisnęła mocno usta i wyprostowała się, jakby przywołana do porządku.

– Przepraszam, Cirillo – powiedziała już delikatniej. – Nie przywykłam do dzielenia mojej przestrzeni w czasie pracy.

– Po czym poznałaś, że to ja? – zapytała Ciri ciekawsko, opierając się plecami o ścianę i zakładając ramiona na piersiach.

Filippa prychnęła cicho śmiechem.

– Kiedy otaczają cię ciemności, zaskakująco łatwo zacząć polegać na innych zmysłach – odparła. – Na słuchu. Zapachu. Aurze magicznej. Czymkolwiek, co w danym momencie najbardziej ci odpowiada. Nie wiem, czy wiesz, ale jesteś jedyną osobą na całym zamku, która używa olejków z jaśminu i wanilii. Rytm twoich kroków jest zwodniczo podobny do kroków wiedźmina. Jest to chyba jedna z tych rzeczy, które wbijają wam do głów w tych waszych warowniach, a których potem nie da się z nich wybić. Jak notoryczne zapominanie o pukaniu – wytknęła dziewczynie, ale jej ciepły ton przeczył ostrym słowom.

Ciri nadęła się i wykrzywiła w stronę czarodziejki. Po czym coś ją tknęło.

– W takim razie dlaczego… – zaczęła, ale Filippa jej przerwała.

– Dlaczego nie rozpoznałam cię już wtedy, w jaskini? – zapytała, przesypując do alembiku szczyptę czegoś, co pachniało jak sproszkowane oczy traszki. Po chwili dodała do nich kilka owoców berberki i garść liści jaskółczego ziela. Albedo i rubedo. – Składa się na to szereg czynników, z których bezsprzecznie najważniejszy to ten, że się ciebie nie spodziewałam. Poza tym nakładanie iluzji na obiekty przestrzenne powoduje daleko idące interferencje, nie tylko magiczne, które zaburzają postrzeganie zmysłowe i pozazmysłowe. Innymi słowy, w moim poprzednim warsztacie nie rozpoznałabym najprawdopodobniej nawet Dijkstry. A jego utykanie, musisz przyznać, jest dość charakterystyczne. – Machnięciem ręki rozpaliła płomień pod aparatem, po czym zaczęła rozstawiać kolejne sprzęty.

Na to Ciri nie miała odpowiedzi. Doszła też do wniosku, że pytanie, czy Filippa potrzebuje czegoś jeszcze, nie ma sensu – gdyby tak było, z pewnością usłyszałaby o tym na samym początku.

– Nie musiałaś robić aż tak dramatycznego wejścia – powiedziała w końcu, głównie z braku lepszego tematu. I z ciekawości, co usłyszy w odpowiedzi.

Filippa przerwała rozstawianie stalowego trójnogu tylko po to, żeby spojrzeć na nią jak na kogoś, komu brakuje piątej klepki. Gdyby, rzecz jasna, mogła patrzeć.

– Ależ oczywiście, że musiałam. W przeciwnym wypadku ludzie nie wiedzieliby, że w pałacu jest nowa czarodziejka – odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

– A to byłoby wprost niedopuszczalne? – zapytała Ciri ze śmiechem.

– Jeszcze jedno takie pytanie i zacznę się poważnie zastanawiać, czy nie przeceniłam przypadkiem twojej inteligencji – zastrzegła Filippa tonem kogoś, kto musi codziennie znosić rozmowy z nieprzebranymi hordami idiotów i powoli kończy mu się cierpliwość. – A tę oceniłam przecież całkiem wysoko. – Skończyła walczyć ze sprzętem i odczynnikami i wpatrywała się przez chwilę w bulgoczące reakcje, po czym przyłożyła do jednej z nich błyszczącą od magii dłoń, prawdopodobnie za pomocą zaklęcia zmieniając temperaturę. – Gotowe – mruknęła jakby do siebie.

– Co zamierzasz zrobić z tak otrzymanym wyciągiem z alchemicznych substancji dodatkowych? Przeprowadzić reakcję Wurtza-Fittinga? – Ciri zdecydowała się zmienić temat na bezpieczniejszy. Zarówno w Kaer Morhen, jak i na Szlaku liznęła na tyle podstaw ważenia eliksirów, żeby rozpoznać część składników.

Filippa spojrzała na nią, a na jej twarzy malowało się coś niebezpiecznie podobnego do uznania.

– Blisko – odparła, a w jej głosie brzmiał cień zupełnie nowego rodzaju szacunku. – Syntezę Kolbego, który zmodyfikował metodę zapisaną przez Wurtza i Fittinga. Pozwoli to stwierdzić, czy narkotyk był wytwarzany w pobliżu metali ziem rzadkich. Wynik negatywny skreślałby z podejrzeń przynajmniej połowę prowincji w cesarstwie. To najszerszy czynnik identyfikujący, jaki można zastosować w poszukiwaniach zanieczyszczeń substancji. – Odgarnęła z twarzy kosmyki włosów, które wysunęły się z upięcia. – Natomiast te reakcje przez najbliższe dwie, trzy godziny nie będą potrzebowały niczyjej uwagi. Usiądźmy – zaproponowała dziwnie łagodnie, niepewnie.

Usiadły przy niskim stoliku w sąsiednim pokoju.

– Arcyszpieg przekazał mi dzisiaj, że jego ludzie w Maecht przejęli pokaźny transport mitrażu – podjęła Ciri po chwili niezręcznego milczenia, w trakcie którego gorączkowo zastanawiała się, jaki temat poruszyć. – Powiedział mi, że jeśli nie spieszyłam się do tej pory, to powinnam zacząć. Jeśli udało im się stworzyć zaplecze do otrzymywania narkotyku na taką skalę, sprawy mogą się skomplikować. – Wyłamała nerwowo palce.

Filippa zabębniła palcami o stół. Wyglądała na nieprzyjemnie zaskoczoną, jakby coś niespodziewanie poszło nie po jej myśli, ale po chwili ten wyraz znikł z jej twarzy i zastąpiła go czysta, głodna determinacja.

– Wasza Wysokość – powiedziała z niezwykłą intensywnością. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby sprawy nie uległy zaostrzeniu i żeby odkryć miejsce otrzymywania narkotyku najszybciej, jak to tylko możliwe. Ostatecznie nikomu z nas nie zależy obecnie na kryzysie. No, jeśli nie liczyć senackiej opozycji – dodała z cierpkim uśmiechem. – Ale nie mogę zagwarantować szybkich i dokładnych wyników. Ciągi identyfikacyjne zajmują czas. Może być tak, że poszczęści mi się za drugim, trzecim razem. A może być tak, że za dwudziestym. I z tą ewentualnością trzeba się liczyć.

– Wierzę w łut szczęścia. I w twoje umiejętności, żeby go przywołać – zapewniła Ciri z całym przekonaniem, jakie potrafiła włożyć w te dwa zdania. Bardzo chciała wziąć czarodziejkę za rękę, ale nie odważyła się. Po chwili to Filippa wyciągnęła dłoń w stronę Ciri, która ujęła ją ostrożnie w swoje ręce. Bliskość czarodziejki oszałamiała i odurzała. Ciri zapomniała już, jak to jest czuć ciepło ciała kogoś, kogo się pragnęło, tuż obok swojego, ale nie móc wyciągnąć ręki i dotknąć.

– Być może… – Filippa zawahała się. Przez chwilę wyglądała, jakby wykonywała w pamięci jakieś skomplikowane obliczenia. – Być może udałoby nam się szybciej uzyskać odpowiedzi, gdybyśmy wiedziały coś więcej o kupcach, którzy sprzedają w Imperium towary z Zerrikanii. Ludzie stojący za tym spiskiem musieli gdzieś zdobyć sadzonki, nawóz, musieli skądś uzyskać informacje o tym, jak wydobywać soki z rośliny. De Rideaux powinien być w stanie zdobyć dla ciebie te informacje.

Ciri wiedziała, że nie wymieniła przy Filippie nazwiska Vattiera. Celowo się powstrzymywała.

– Jesteście starymi znajomymi? – zgadła.

– Można to tak nazwać. – Czarodziejka uśmiechnęła się drapieżnie, ale na tym poprzestała, nie dodała nic więcej. – Zastanawiam się, kto z opozycji zamieszany jest w tę sprawę. „Kto", nie „czy". W spisek o tym rozmiarze musi być zaangażowany przynajmniej jeden gracz z pokaźnymi zasobami pieniężnymi. Kto przychodzi ci na myśl? – Pogładziła palce Ciri czule, opiekuńczo. Razem z jej dłonią po ciele wiedźminki przesunął się dreszcz.

Ciri miała wrażenie, że już dawno nikt jej tak nie namieszał w myślach. W jednej chwili Filippa była chłodna, oficjalna i pełna profesjonalizmu, a w następnej potrafiła dotknąć jej tak tkliwie, delikatnie, że sam ten gest stopiłby lód pokrywający nawet najbardziej nieczułe serce.

Wzięła głęboki oddech, żeby uporządkować myśli.

– Opozycji w jej obecnym kształcie przewodzi Morvran Voorhis, ale myślę, że możemy go usunąć z grona podejrzanych. Stojąc na czele tak licznej i wpływowej grupy, nie spiskowałby potajemnie.

Ciri spojrzała na Filippę, która tylko krótko skinęła głową.

– Voorhis nie brudziłby sobie tym rąk, tylko zaaranżował przewrót pałacowy – stwierdziła czarodziejka i ścisnęła dłoń Ciri. – To raczej ktoś o niewyróżniającej się pozycji, kto ma dużo pieniędzy i motywację, by osłabić pozycję Emhyra. Nie może być przy tym bliskim zausznikiem Morvrana. To byłoby zbyt… nieeleganckie.

– Niech Wielkie Słońce sławi zakulisowe intrygi i kłótnie wśród każdego jakże zgodnego stronnictwa – mruknęła Ciri z przekąsem. – Diuszesa Eilan aep Ardal miałaby i środki, i motywację, jej ojciec bezskutecznie próbował uczynić z niej cesarzową poprzez małżeństwo. Ale zawsze też trzymała się na uboczu, nie brała udziału w życiu dworskim. Hrabia Renuald de Wett definitywnie ma środki, dorobił się na udziałach w kompaniach handlowych. Jest też na tyle śliskim typem, że jestem skłonna podejrzewać go o udział w każdym spisku. Markiza Conce z całą pewnością miałaby motywację, ale nie środki. Zbankrutowała w czasie podboju Północy, spekulując ziemią i próbując tworzyć na nowo zajętych terenach rozległe latyfundia. Nikt więcej nie przychodzi mi do głowy. Znalazłoby się więcej mniej lub bardziej niezadowolonych, ale żadne z nich nie jest materiałem na dobrego spiskowca.

– Wobec tego radzę skoncentrować się na tej trójce, moja cesarzowo – odparła Filippa filuternie. Spoglądała na Ciri z wyrazem twarzy na poły kpiącym, na poły przepełnionym sympatią. Dziewczyna poczuła, jak ogarnia ją uczucie ciepła, bijące gdzieś spod żeber i rozlewające się na całe ciało. Więc może… Więc jednak…

– Tak zrobię – udało jej się wydukać, chociaż miała wrażenie, że musi przekrzykiwać zdradziecko głośne bicie własnego serca.

– Wobec tego życzę powodzenia nam obu – wymruczała Filippa i zalotnie przekrzywiła głowę. Wysunęła rękę z dłoni Ciri i ostrożnie, nieco po omacku pogładziła policzek dziewczyny. – Oby wszystkie nasze cele i marzenia się spełniły.

Belleteyn, Święto Rozkwitu, zawsze było hucznie czczone na terenach na południe od Wzgórza Sodden. Jeszcze zanim kult Wielkiego Słońca stał się oficjalną religią w Imperium, tej nocy, kiedy kwiecień przechodził w maj, tłumy gawiedzi gromadziły się na placach i drogach, żeby rozniecać ogniska i palić na nich jodłowe gałązki, przesycając powietrze zapachem tlących się igieł i szyszek.

Z czasem zaczęto organizować państwowe obchody tej nocy, festyny, konkursy taneczne, puszczanie petard i rozpalanie czarodziejskich ogni, które ślicznie błyszczały, ale nie parzyły w palce. Kapłani przewodniczyli uroczystościom, wygłaszając modły i błogosławieństwa dla wydłużającego się dnia. Wielkie Słońce wchłonęło ludowe niegdyś święto i zaadaptowało je do własnych potrzeb.

Nawet na zamku Ciri słyszała odgłosy zabawy, śmiech ludzi i elfów, i szybką, ponaglającej do wywijania hołubców muzyki. Co jakiś czas rozlegały się gromkie okrzyki „Va faill, invaerne!", żegnające wreszcie na dobre zimę, i „Belleteyn, Belleteyn!". W czasie obchodów solstycjów, ekwinokcjów i świąt związanych z pulsowaniem magii w naturze szczególnie nie dało się zapomnieć, że Nilfgaard wyrósł na elfich fundamentach, na elfim kamieniu, elfim zwyczaju i Starszej Mowie.

Przelotnie pomyślała, że brakuje jej tutaj Jaskra i Priscilli, szczególnie w dzień taki jak ten, dzień swoich urodzin, ale szybko zdławiła w sobie tęsknotę. Tej nocy miała do zrobienia coś o wiele ważniejszego niż oddawanie się ograniczenie produktywnej nostalgii.

W pokoju rozległo się pukanie, po czym drzwi uchyliły się delikatnie i do środka wsunęła się głowa okryta szczelnie kapłańskim kapturem.

– Wasza Wysokość chciała mnie widzieć? – zapytał łagodny głos. Jego łagodność przywoływała na myśl doświadczoną pasterkę stada owiec, która za wszelką cenę będzie starała się zaprowadzić swoje zwierzęta do celu cierpliwością i wyrozumiałością. Ale jeśli to nie zadziała, to zrobi to chociażby i siłą.

– Ceghadhae, już czas – odparła Ciri, poprawiając wiązanie tasiemek gorseciku sukni. – Znajdź Morvrana i przyprowadź go do sali balowej.

Kapłanka skinęła głową i znikła. Ciri westchnęła, po raz kolejny przyjrzała się sobie w lustrze i doszła do wniosku, że w czarnym jedwabiu gdzieniegdzie przełamanym szkarłatnymi akcentami wygląda akceptowalnie jak na okazję.

Dotarła do komnaty balowej pierwsza, chwilę później dołączyła do niej jak zawsze spokojna i pozornie uległa Cyntia i wymieniły parę zdawkowych zdań. Rozmowa nie kleiła się, obie czekały na coś, co miało się wydarzyć już niedługo. Morvran Voorhis wszedł na salę prowadzony przez kapłankę pierwszego stopnia i rozejrzał się, a na jego twarzy, zazwyczaj tak opanowanej i pełnej uprzejmej obojętności, odbiło się zdumienie. Ciri miała wrażenie, że niemal słyszy jego myśli. Córka Emhyra, o której rękę zabiegał przez długie miesiące, zaprasza go w odosobnione miejsce w noc Rozkwitu, a towarzyszą im przedstawicielka kapłaństwa i czarodziejka. Wyglądało to tak, jakby miała zamiar zawrzeć z nim potajemnie ślub.

Otóż nie.

– Nie chcę, żeby pojawiły się pomiędzy nami jakiekolwiek nieporozumienia – zastrzegła Ciri, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. – Nie zamierzam brać udziału w ceremonii zaślubin, ani z tobą, ani z nikim innym. – Milczała chwilę, czekając na jego rekcję. Nie doczekała się. Wpatrywał się w nią tylko z tą arystokratyczną wyższością, z którą musiał się już urodzić. Wszelka pozorowana wcześniej sympatia i czułość znikły z jego twarzy. Jego oczy przypominały studnie bez dna. – Ale też wymykałam się śmierci wiele razy i za każdym kolejnym staje się to coraz bardziej nużące, a ja nie mam zamiaru rozstawać się w najbliższym czasie z życiem ani z tym światem – kontynuowała, patrząc na niego pewnie, hardo. – Nie mam dla ciebie propozycji do rozważenia, żadnej sugestii czy układu do przedyskutowania. Chcę ci tylko przedstawić dwie możliwości tego, co stanie się dzisiaj wieczorem. Dwie – powtórzyła z naciskiem – bo trzeciej drogi nie ma.

Morvran skinął głową, z powagą, ale też z dumą, z całą wielkopańskością, jaką udało mu się włożyć w ten jeden prosty gest. Wpatrywał się w nią dalej intensywnie.

Dobrze, niech nie spuszcza wzroku.

Ciri wzięła oddech i pomyślała o Filippie, o jej drobnej dłoni, która pogładziła ją po plecach krótko, przelotnie, kiedy stały w laboratorium i czekały na wyniki testów alchemicznych. Na to wspomnienie jej stopy ponownie odnalazły grunt i oparły się na nim mocno. Pomyślała, że być może czarodziejka sobie z nią pogrywa, bawi w kotka i myszkę, ale spokój, jaki na nią zsyła, jest prawdziwy.

– Pierwsza z opcji wygląda tak, że możesz wyjść z tego pomieszczenia w każdym momencie. Nie zamierzamy cię tu przetrzymywać wbrew woli. Wiąże się to jednak z pewnymi konsekwencjami. Będziesz martwy przed końcem tego tygodnia. – Kącik ust Morvrana uniósł się lekko w nieprzyjemnym grymasie. – To nie groźba, zaledwie stwierdzenie faktu. Zapewniam cię, że śmierć, jaka cię spotka, będzie zupełnie przypadkowa i do tego stopnia niewinna, że nikomu, nawet członkom opozycji, przez usta nie przejdzie choćby słowo podejrzenia. – Ciri odgarnęła włosy z twarzy wypraktykowanym ruchem. Generał Voorhis wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie cofnął się tylko o kilka kroków w stronę drzwi. – Emhyr nie chciałby, żebym przekazywała ci tę informację, ale Emhyra tu teraz nie ma. Ja natomiast ufam w tej kwestii moim sojuszniczkom. – Spojrzała na Cyntię, która zrozumiała dany bez słowa sygnał i złożyła palce do zaklęcia, mamrocząc coś pod nosem. Wymalowany farbką krąg, w który Morvran niezamierzenie wszedł, rozbłysnął, w powietrzu zasyczała magia.

Zaklęcie wykrzykiwane właśnie przez Cyntię w żargonie adeptek sztuki magicznej było powszechnie zwane kneblem i zazwyczaj używały go młode czarodziejki, aby powstrzymać konfraterki przed donosicielstwem. Uniemożliwiało przedmiotowi powtarzanie dalej pewnych informacji, a każdorazowa próba wypowiedzenia ich na głos wiązała się ze znacznym dyskomfortem i atakami duszności.

Morvran po raz pierwszy zaczął wyglądać, jakby docierała do niego świadomość, że nie ma pełnej kontroli nad sytuacją. Nie wydawał się z tego zadowolony, delikatnie mówiąc. Na jego policzkach pojawiły się szkarłatne plamy, a w oczach buzowała pełna oburzenia wściekłość. Po prawdzie Ciri zupełnie mu się nie dziwiła.

– Możesz też zostać w tej komnacie jeszcze chwilę i zgodzić się zostać moim partnerem – wyrzuciła z siebie szybko, starając się uprzedzić jego wybuch.

– Jak śmiesz… – wycedził Morvran, po czym zamknął usta. Widać było, jak wiele go to kosztuje. Knykcie jego zaciśniętych w pięści dłoni pobielały niemal do barwy świeżo spadłego śniegu.

Zmusił się do dalszego słuchania jej słów.

– Nie moim małżonkiem, ale równorzędnym partnerem – kontynuowała Ciri. – Nie będziemy dzielić małżeńskiego łoża, tylko przyszłość i cele. Mistrzyni Cyntia i Jej Ekscelencja Ceghadhae przyjmą od nas wobec Wielkiego Słońca przysięgę wzajemnego szacunku i wierności, czy też lojalności wobec siebie aż do śmierci.

Zza okien pałacu dobiegły ich pierwsze wybuchy petard i fajerwerków, a zaraz później pełne zachwytu okrzyki zgromadzonego tłumu. Wyłożone brukiem place targowe pełne były spragnionych rozrywki ludzi.

– Czy myślisz o corras corratum? – zapytał Morvran pełnym zdumienia tonem po tym, jak na sali zaległa już cisza.

Ciri nie była szczególnie zaskoczona, że odgadł, jaki rytuał zamierzała wykorzystać. Corras corratum czy też serce serc we wspólnym, stanowiło przedmiot wielu barwnych opowieści o zakazanej miłości. W historiach tych dwójka młodych ludzi, którzy kochali się potajemnie i bez wiedzy czy zgody rodziny, postanawiała złożyć sobie magiczny ślub, aby już zawsze być razem. W zależności od barda i publiczności zakochani żyli później długo i szczęśliwie gdzieś na końcu świata lub w dramatycznych okolicznościach musieli wyjawić rodzicom swój związek. W jednej z najbardziej tragicznych wersji, jaką słyszała, rodzina dziewczyny nie uwierzyła, że ta ślubowała sercu serc, wobec czego kochanka udawała martwą, aby nie musieć poślubić innego, postępując wbrew przysiędze. Chłopak z kolei popełnił samobójstwo w grobowcu, do którego ją złożono, bo nie wyobrażał sobie bez niej życia. I kiedy ona to ujrzała, przebiła swoje serce tym samym sztyletem.

Corras corratum nie dało się magicznie anulować ani złamać bez konsekwencji. A karą za brak lojalności była każdorazowo śmierć, wyznaczająca jednocześnie koniec przysięgi.

– Dokładnie – odparła Ciri. – Właśnie corras corratum zamierzam tutaj wykorzystać.

Stanęła prosto, opierając dłonie na biodrach, starając się wyglądać na pewną siebie i nieustraszoną. Morvran zaskoczył ją. Parsknął krótkim, pozbawionym radości śmiechem.

– Czy nie umknęła ci przypadkiem ironia tego scenariusza, księżniczko? – zapytał z pewnym niechętnym rozbawieniem i pokręcił głową. – Przywołujesz mnie tutaj, aby oświadczyć, że nie uczynisz mnie swoim cesarskim małżonkiem, przekreślając tym samym od lat tkane intrygi, a potem nakazujesz złożyć przysięgę rozdzielonych przeciwnościami losu kochanków? Polecasz rzucić na mnie agresywne zaklęcie, bez uprzedzenia czy pytania, pragnę nadmienić, a potem proponujesz, abym z własnej woli wyraził zgodę na udział w kolejnym, tak samo obrazoburczym czarze. Nie przeczysz samej sobie przypadkiem?

– Serce serc jest w swojej esencji najniewinniejszą i najświętszą z przysiąg – odezwała się nagle Ceghadhae, która wcześniej ukrywała się w grubych fałdach kapłańskiej szaty. Teraz odrzuciła kaptur i zmierzyła Morvrana ostrym spojrzeniem zmrużonych oczu. – Wypaczyły ją opowieści baśniarzy i wierszokletów, dodając jej aspekt pożądania i cielesności. A to przede wszystkim obietnica obopólnej lojalności i pamięci. Trwania przy drugiej osobie niezależnie od kolei losu, aż do samego końca. – Karcące słowa kapłanki rozchodziły się po pomieszczeniu w taki sposób, jakby miały swoją własną odczuwalną obecność.

Morvran przez chwilę wyglądał, jakby musiał przełknąć kawałek wyjątkowo kwaśnej cytryny. Ostatecznie skłonił się kapłance wyjątkowo dwornie bez słowa sprzeciwu.

– Jej Ekscelencja ma rację – przytaknęła Ciri. – Corras corratum daje nam obojgu coś, czego w żadnym innym przypadku nie moglibyśmy mieć. Zaufanie do siebie nawzajem. Będziesz miał gwarancję, że w każdej sytuacji, w jakiej się znajdę, będę musiała pomyśleć o twoim dobru.

– I nawzajem – powiedział Morvran z ironicznym uśmieszkiem.

– I nawzajem – odparła Ciri ze wzruszeniem ramion. – Ale też zyskasz na tym o wiele więcej, niż mógłbyś stracić. Nie zmienisz przynależności rodowej ani pozycji na dworze, to prawda. Jednak w prawach i obowiązkach zrównasz się z członkami rodu var Emreis. W związku z czym, jak zapewnił mnie blisko tuzin urzędników zarówno administracyjnych, jak i sądowych, twoje przyszłe dzieci będą pierwsze w kolejce do odziedziczenia tronu. Pod niedającym się znieść warunkiem, że w chwili mojej śmierci przysięga pozostanie niezłamana.

Morvran wciągnął powietrze z głośnym sykiem. Ciri wyobrażała sobie, jak jego umysł, umysł generała i stratega, który kilkukrotnie poprowadził już armię Nilfgaardu do zwycięstwa, rozkłada jej słowa na czynniki pierwsze, obraca je jak elementy łamigłówki, próbując znaleźć w nich słaby punkt. Ich rozmowa musiała być dla niego kolejnym polem bitwy i to takim, gdzie musiał się najpierw dobrze rozeznać, poznać każdy pagórek i każdy wilczy dół.

– A co z twoimi potomkami? – zapytał w końcu nieufnie, ale z jego twarzy znikł przynajmniej ten nieprzyjemny, irytujący uśmieszek.

Ciri pokręciła głową.

– Nie będę miała dzieci. Tych spoza małżeństwa również. – Postanowiła to dawno, w tych chwilach po wydostaniu się z zamczyska Vilgefortza, w których jeszcze wydawało jej się, że od tego momentu wszystko będzie dobre i łatwe. – Mogę ci to przysiąc, na co tylko zapragniesz – dodała po chwili, dla świętego spokoju.

– Uwierz mi, rozumiem – odparł boleśnie szczerze, czym ją zaskoczył. Poczuła do niego odrobinę sympatii po tych słowach. Zaledwie odrobinę, ale wciąż więcej niż nic. – Jedna z moich sióstr… Ach, nieważne. – Na jego twarz powrócił ten arystokratyczny wyraz. A szkoda, pomyślała Ciri. O wiele bardziej lubiła go bez tej pozorowanej wyższości. – Cała ta sytuacja nosi znamiona nadmiernej komplikacji i pogmatwania.

Nie dało się temu zaprzeczyć. Mimo corras corratum Voorhis lub ktoś z jego otoczenia mógłby z całą pewnością spróbować zaaranżować przejęcie władzy albo wynająć płatnych morderców, żeby się jej pozbyć. Jednak żeby to zrobić, musiałby złamać przysięgę, w związku z czym nie nacieszyłby się długo zwycięstwem. Ponadto przekreśliłby w ten sposób przejęcie tronu przez swoje dzieci, a Cirilli zerwanie serca serc dałoby odpowiednio wcześniej ostrzeżenie o planowanym przewrocie i miałaby czas zadziałać.

– Dlatego właśnie wybrałam corras corratum – odparła Ciri z bezczelnym uśmiechem. – I dlatego, że prawdopodobnie nikt inny nie wpadłby na ten pomysł – dodała po chwili w przypływie uczciwości. Jako wyraz dobrej woli. – To jak? Podjąłeś decyzję? – zapytała, chociaż znała odpowiedź.

– Tak, księżniczko – powiedział. – Trudno się z tobą negocjuje i mam najwyższą nadzieję dostąpić tego zaszczytu również w przyszłości. Interesujące drogi przed nami kreślisz. Zupełnie, jakby plotki, które o tobie krążą, miały być prawdziwe i jakbyś rzeczywiście znała przyszłość. – Morvran postąpił o krok do przodu, w stronę Ciri. – Jak głosi stare elfie przekleństwo, oby przyszło ci urodzić się w ciekawych czasach. Złożę ci obietnicę corras corratum.

– To właśnie miałam nadzieję usłyszeć – stwierdziła Ciri.

Na jej znak Cyntia wypowiedziała kilka inkantacji w Starszej Mowie, trzymając w ręce błyszczący jasno amulet, a powietrze aż zawibrowało od czystej, potężnej Mocy, jaka ich otoczyła. Serce serc nie należało do najtrudniejszych zaklęć, ale wymagało współpracy maga i kapłana. To czyniło je tak unikatowym.

Cyntia rozcapierzyła palce w sposób, który wyglądał na zupełnie przypadkowy, a który z całą pewnością wymagał godzin cierpliwej nauki, i wykrzyknęła słowa czaru. Pozornie nie dało się po niej poznać, że używanie magii wymaga wysiłku, ale stała trochę sztywniej, oddychała trochę głębiej i wyglądała na bardziej szarą, przytłumioną.

– Ceghadhae! – wyrzuciła z siebie. Kapłanka skinęła głową. Wzniosła ręce do nieba, rozłożyła je szeroko i zaczęła się bezgłośnie modlić. Otaczająca Ciri i Morvrana Moc zgęstniała, owinęła się szczelniej, po czym zaczęła wibrować, co dało się czuć aż w kościach.

– Na Wielkie Słońce! – zawołała nagle Ceghadhae, przekrzykując buzowanie magii. W jej oczach błyszczało bezwolne, fanatyczne wręcz oddanie. U większości obserwujących wywoływało ono nieprzyjemne dreszcze. – Oto na Nie właśnie przysięgacie i Ono spogląda czujnie na waszą obietnicę! Ono też dopełni waszego przeznaczenia, jeśli któreś zaniecha obyczaju i splami się zdradą!

Ciri chwyciła Morvrana za ręce. Wczepił się silnymi, poznaczonymi odciskami palcami w jej dłoń mocno, niemal boleśnie. Przywarli do siebie, próbując razem przetrwać ten natłok Mocy, myśli, wszystkiego.

– Przysięgnijcie! – zażądała kapłanka. – Przysięgnijcie sobie!

– Obiecuję! – wyrwało się Ciri. Zupełnie jakby czyjaś ręka sięgnęła do jej gardła i wyciągnęła z niego siłą to słowo. Przez chwilę czuła zaskoczenie Mocą emanującą z Ceghadhae, jak każdy niewierzący w obliczu potęgi wiary kapłańskiej, ale tylko przez chwilę. – Obiecuję ci moją lojalność, moją wierność, że cię nie opuszczę! – Próbowała spojrzeć na Morvrana, ale nie była w stanie podnieść wzroku, tak bardzo kręciło jej się w głowie.

– Obiecuję! – krzyknął Morvran i urwał nagle, jakby coś w środku tłamsiło mu głos. – Obiecuję – zaczął znowu – że nigdy cię nie zdradzę, nigdy nie opuszczę, że zawsze będę miał na myśli twoje dobro! – Ciri ogarnęła ulga, że to już wszystko, że to za nimi, że zaraz się skończy.

Nagle poczuła, jakby coś wybuchło, ale nie obok, koło nich, a w niej. Jakby jakaś pojedyncza wiązka Mocy dotknęła jej ciała i zmieniła ją w trzęsącą się, błagającą o pomoc i poniechanie kupkę nieszczęścia. Miała wrażenie, jakby całe ciało ją paliło, a ból pulsował w niej miarowo. Chciała krzyczeć, ale nie mogła złapać oddechu. Nie wiedziała, czy nadal ma czym złapać oddech.

– I oto stało się! – oznajmiła kapłanka potężnym, dudniącym głosem, który odbił się echem od ścian sali, rozpraszając ostatnie pozostałe strzępki magii. Po czym jakby zapadła się w sobie, ręce jej opadły i nagle znowu była zwykłym człowiekiem, nie emanacją bóstwa wśród śmiertelnych.

Ciri podniosła się z marmurowej posadzki, na którą opadła nie wiadomo kiedy. Nie pamiętała tego. Leżący kilka kroków dalej Morvran otworzył oczy i potarł czoło ręką. Radosne okrzyki dobiegające z uliczek miasta przybrały na sile. Prawdopodobnie to elfia delegacja, przysłana z okazji święta przez Francescę Findabair, przyłączyła się wreszcie do zabaw.

– Tak widowiskowego zakończenia rytuału się nie spodziewałam – mruknęła Cyntia zmęczonym głosem, w którym pobrzmiewały jednak iskierki rozbawienia. Ciri chciała spiorunować ją wzrokiem, ale nawet na to nie miała siły. Wszystko ją bolało. A najbardziej pachwina w miejscu, w którym kiedyś dała sobie wytatuować pąsową różę, taką samą jak Mistle.

Coś ją tknęło. Corras corratum, jeśli prawidłowo przeprowadzone, pozostawiało po sobie magiczne znamię, wypaloną na ciele pieczęć obietnicy. Opadła ostrożnie na posadzkę i podwinęła suknię. Po wewnętrznej stronie uda, dokładnie na tatuażu, pysznił się czarny okrąg wypełniony skomplikowanym, jakby lejącym się wzorem.

Dotknęła go, mając wrażenie, że dotyka jakiegoś obcego, nie swojego ciała. Wzór był suchy, a skóra pod nim zagojona i chłodna w dotyku. Opuściła głowę i pozwoliła sukience opaść na kolano.

W tym momencie oddałaby całe cesarstwo za szklankę wody.

W Corvo Bianco słońce chyliło się już ku zachodowi, rzucając na winnicę coraz dłuższe cienie. Malowało przy tym niebo w barwne wzory, które człowiek spodziewałby się prędzej odnaleźć na pejzażu spod pędzla mistrza malarstwa niż w rzeczywistości.

Geralt już z oddali słyszał jej kroki, ale nie przerwał polerowania miecza. Dopiero kiedy była już przy drzwiach jego zaimprowizowanej zbrojowni, a on już skończył, odłożył miecz z powrotem na stojak i wyszedł jej na powitanie. Wpadła w jego objęcia bez słowa, wtuliła się w niego, jakby znowu miała pięć lat i jakby znowu była przestraszonym, zagubionym dzieckiem.

– Ciri – powiedział tak, jak ktoś inny mógłby powiedzieć „córeczko" albo „kochanie". Pogładził ją po plecach delikatniej, niż można by się domyślać, patrząc na jego szorstkie, przyzwyczajone do miecza dłonie. – Ciri.

Poczekał, aż się uspokoi i przestanie się w niego kurczowo wczepiać. Dopiero wtedy usiadł na stole i przyjrzał się jej uważniej. Płakała, rozmazany khol spływał jej po policzkach. Przesunął po nich palcem, zgarniając łzy. Milczał.

– Brakowało mi ciebie, Geralt – wyszeptała. Zupełnie jakby brakowało jej tego milczenia. Jakby brakowało jej odrobiny ciszy i stabilności pośród chaosu. Ale nie powiedziała tego.

Ich relacja zawsze w dużej mierze opierała się na wspólnej ciszy i na słowach, których nie mówili. Zresztą nie musieli nic mówić.

– Co się stało? – zapytał w końcu ostrożnie, przeczesując jej włosy palcami. Grzywkę miała już tak długą, że w całości dało się ją założyć za ucho.

Usiadła obok niego z pełnym rezygnacji westchnieniem i pociągnęła nosem.

– Mam do ciebie pytanie – powiedziała. To moja dzielna i niezależna córka, pomyślał. Na tyle dorosła, żeby poprosić o pomoc w potrzebie. Na tyle pewna siebie, żeby się tego nie wstydzić. Jaki jestem z niej dumny.

– W takim razie być może będę miał dla ciebie odpowiedź – odparł, uśmiechając się półgębkiem. Spojrzała na niego z ukosa i dźgnęła go łokciem pod żebra. Nie odchylił się.

– Nie śmiej się ze mnie – burknęła. – To bardzo poważna sprawa. Jest to kwestia, w której masz pewne, mmmm, doświadczenie – dodała. Geralt zapytał siebie w duchu ze zmęczeniem, czy znowu przypadkiem zaczyna się mieszać do polityki i jeśli tak, to co też najlepszego robi. – Co… co się robi, kiedy próbuje cię uwieść czarodziejka?

Wiedźmin myślał przez chwilę, że z zaskoczenia spadnie ze stołu. Wielu rzeczy się spodziewał, ale akurat nie tego. Podrapał się po głowie. Miał wrażenie, że Ciri udała się z tym pytaniem do niewłaściwej osoby; on ostatnio nie odmawiał Yen zbyt często.

Po prawdzie nigdy nie nauczył się jej odmawiać, po prostu przestała prosić go o rzeczy, których nie mógł jej dać.

– Bardzo grzecznie, i mówię to nie bez powodu, wierz mi, bardzo grzecznie i delikatnie mówisz jej, że nie jesteś zainteresowana – odparł w końcu. – A potem cicho i dyskretnie oddalasz się na bezpieczną odległość, na wszelki wypadek, gdyby twoja grzeczność i delikatność nie wystarczyły.

Ciri otworzyła usta, po czym zamknęła je, nic nie mówiąc. Po chwili spróbowała znowu.

– A co jeśli… czysto hipotetycznie… nie ma się nic przeciwko byciu uwiedzionym przez tę konkretną czarodziejkę? – zapytała nietypowo dla siebie cicho i nerwowo zaczęła nawijać kosmyk włosów na palec.

Geralt spojrzał na nią z uwagą i dotarło do niego, jak wiele zależy teraz od jego odpowiedzi. Nie potrafił znaleźć w sobie słów, które by wyraziły to, co chciał powiedzieć, ale objął Ciri ramieniem i przytulił ją mocno.

– Czy ta czysto hipotetyczna czarodziejka to przypadkiem Filippa Eilhart? – zapytał po dłuższym czasie podejrzliwie.

– Tak – odparła Ciri, pociągając nosem dramatycznie. – Ale pamiętaj, tylko czysto hipotetycznie.

– Oczywiście – potwierdził Geralt z uśmiechem. – Gdzież bym śmiał zapomnieć.

– Hej! – ofuknęła go Ciri, nagle całkowicie zapominając o zakatarzonym nosie. – Mówiłam ci już, nie śmiej się ze mnie!

– Ależ ja się z ciebie nie śmieję – odparł, śmiejąc się pod nosem. – Ja się do ciebie uśmiecham. Ciri. – Przez chwilę próbowała wydostać się z jego objęć, aż w końcu doszła do wniosku, że nie ma po co. – Jeśli naprawdę myślisz o Filippie, choćby i czysto hipotetycznie – dodał, widząc jej spojrzenie – to myślę, że po prostu daj sobie popłynąć z nurtem. Jeśli uważasz, że jej zależy, to uwierz mi, w pewnym momencie straci cierpliwość do podchodów i twojego błądzenia po omacku i powie ci wszystko prosto w twarz. Ewentualnie wykrzyczy.

Ciri powierciła się przez chwilę uporczywie obok niego. Patrzyła przed siebie i wyglądała na odległą o wiele czasu i światów.

– A jeśli… jeśli wcale tak nie uważam? – zapytała. Na nierozumiejące spojrzenie Geralta tylko westchnęła niecierpliwie i z trudem zdusiła w sobie pragnienie przewrócenia oczami. – Że jej zależy! No bo skąd miałabym wiedzieć? – dodała ciszej, z wahaniem.

Wiedźmin stwierdził, że w idealnym świecie w tym momencie do zbrojowni wparowałaby Yen. Przez chwilę miał nawet na to prawdziwą nadzieję, bo usłyszał jej kroki i to zupełnie niedaleko. Ale nie żyli w idealnym świecie.

– Filippa zawsze wysoko ceniła sobie bezpośredniość. Myślę, że od tego możesz zacząć – podsunął. Ciri spojrzała na niego, jakby niedawno stracił piątą klepkę, a ona nie zauważyła tego do tej pory. Pokręcił głową, zły na siebie, że niewłaściwie to wyjaśnia.

Drzwi zaskrzypiały nagle przeciągle. Ciri i Geralt spojrzeli po sobie, po czym obrócili się w stronę wchodzącej do zbrojowni z najniewinniejszą na świecie miną Yennefer.

– Bycie szczerym na temat swoich pragnień to sztuka, która nieszczęśliwie nie udaje się większości dorosłych ludzi – oznajmiła, stając obok nich z szelestem koronek i aksamitu. Obsydianowa gwiazda na jej szyi zalśniła. – Wymaga to pewności siebie i pewnego rodzaju szaleńczej odwagi, zupełnie innej niż przy walce z ghulem czy utopcem – zastrzegła, bo Ciri już chciała protestować, zapewne mówiąc, że odwagi to ona akurat ma na pęczki. Yen zmarszczyła swój śliczny nos. – Rzadko się to zdarza i, jak wszystkie rzadko trafiające się rzeczy, jest szalenie atrakcyjne i cenne. Szczególnie dla czarodziejki, która na dworze spotyka się głównie z mniej lub bardziej nieudolnie maskowaną niechęcią i przesłodzonymi komplementami bardziej wyświechtanymi niż stroje pokutne. – Yennefer spojrzała na nich wielkimi, fiołkowymi oczami, wyjątkowo bardzo poważnymi, po czym odgarnęła włosy z ramion niedbałym gestem.

Pierwszy po tej przemowie otrząsnął się Geralt.

– Jak długo… – zaczął.

– Wcale nie podsłuchiwałam – zapewniła go Yennefer z przekonaniem. – Po prostu wyjątkowo głośno dzisiaj myślicie. Oboje. – Ciri zachichotała, po czym zamknęła sobie usta dłonią, ale znowu zatrzęsła się od tłumionego śmiechu. Yen nie powstrzymywała się ani przez chwilę i przewróciła oczami. – No dobrze – przyznała z najwyższym poświęceniem – być może usłyszałam, jak bardzo ktoś nie radzi sobie z odpowiadaniem na pytania naszej córki, więc pospieszyłam z pomocą.

– Podejrzewam, że o mnie teraz jest mowa – odciął się Geralt, ale nawet nie próbował udawać naburmuszonego. Wiedział, że Yennefer nienawidzi pasjami, kiedy tak robi.

Czarodziejka zignorowała zupełnie jego uwagę, zamiast tego podeszła do Ciri i przytuliła ją mocno.

– Witaj w domu – powiedziała z prostotą, na jaką zazwyczaj nie było jej stać.

– Mamusiu.

– Och, Ciri – kontynuowała Yennefer, opadając na stół obok niej. – Mam nadzieję, że nie mówiłaś nam nic wcześniej nie dlatego, że bałaś się naszej reakcji. – Ujęła dłoń dziewczyny w swoje i ścisnęła mocno. – Zawsze będziesz naszą córeczką, niezależne, co by się nie wydarzyło. Aczkolwiek… dociera do mnie teraz, że swego czasu dałam ci zupełnie nie te porady, co trzeba. – Ciri przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, o jakie porady może chodzić, po czym pokryła się w kilka sekund rumieńcem i ukryła twarz w dłoniach. – Ale też chyba nie mogę sobie niczego zarzucić pod tym względem, bo sama pytałaś – ciągnęła czarodziejka, nie zważając na rzucane jej ukradkowe spojrzenia.

Geralt patrzył na nie ze zmarszczonymi brwiami.

– O jakie porady chodzi? – zapytał, próbując nie dojść do niewłaściwych konkluzji. Bezskutecznie.

– Wtedy były to jak najwłaściwsze porady – wydusiła Ciri, nadal próbując schować twarz pomiędzy palcami, jakby dzięki temu mogła wymazać z pamięci ostatnie pięć minut rozmowy.

– Hmmmmm. W sumie zawsze mądrze spróbować jest pewnych rzeczy, żeby móc z całą pewnością stwierdzić, czego się nie lubi – mruknęła Yennefer do nikogo konkretnego, majtając nogami nad drewnianą podłogą, do której nie dosięgała. Spojrzała z ukosa na Ciri, która nagle zaczęła się krztusić, kraśniejąc jeszcze mocniej.

– Yen – powiedział Geralt z pewną desperacją, ale został całkowicie zignorowany. – Jakie porady? Yen?

Yennefer westchnęła ciężko.