Ze specjalną dedykacją dla Lobo, najsłodszego ciumka na całej planecie, któremu sprawdzałam kiedyś przecinki w doktoracie metodą "jedna butelka wina na jeden rozdział".
Przy obróbce tego rozdziału cierpiałam najwięcej jak do tej pory, dopisałam jakieś 5 stron do początkowej objętości. Ból i cierpienie, powiadam wam.

Dziękuję jak zawsze Abu, mojej najwspanialszej becie, za oko do literówek i za czas.

Morvran Voorhis, wywodzący się z Rodu Voorhisów, w trakcie Trzeciej Wojny Północnej (ob.) dowódca zwycięskiej dywizji Alba, członek Korporacji Handlowej. W opozycji do cesarza Emhyra var Emreisa (ob.), po przejęciu władzy nad państwem przez cesarzową Cirillę Fionę var Emreis (ob.) jej najbliższy zausznik, ceniony doradca i bliski przyjaciel. Ze względu na pozostanie cesarzowej aż do śmierci w stanie panieńskim przez wielu za cesarza małżonka uważany. Miał M. V. dwójkę dzieci, Aigulfa (ob.) i Alexandrę (ob.), oboje przez cesarzową formalnie adoptowanych, z czego Aigulf tron Imperium objął, a Alexandra do Akademii Karmenty (ob.) wstąpiła, później jej rektorką na długie lata zostając.

Encyclopaedia Maxima Mundi, tom III, Effenberg i Talbot

Cesarzową i jej najbliższego powiernika, generała Voorhisa, łączyła przedziwna, seksualnie nacechowana relacja. On to jej nadskakiwał, o względy czule i dwornie zabiegał, a ona od czasu do czasu łaskawie i jak gdyby od niechcenia wyrażała zgodę na jakiś projekt, jaki jej przedstawiał. W tym rodzaju więzi nietrudno dopatrzeć się swoistej słownej erotycznej gry wstępnej, w której cesarzowa udawała pozornie niezainteresowaną, ale nadal pragnęła być zdobywaną. Liczni historycy zauważyli już, że generał Voorhis jako jedyny z tzw. „starej gwardii" jej dowódców nie wypadł nigdy z łask. W związku z czym konkluzja, że to on spośród wszystkich doradców Cirilli musiał zdobyć klucz do jej serca, nie wydaje się nadmiernie nieprawdopodobna. Bardzo możliwe jest, że był tym kluczem nie tak znowu niewinny flirt z cesarzową, do końca swoich dni przecież pozostającą dziewicą.

Krótka historia życia i rządów cesarzowej Cirilli, Bungo Adelbrand

Liczne biografie Cirilli przedstawiają sobą zadziwiająco wąskie i fallogocentryczne pole interpretacyjne. Sama postać cesarzowej wymykała się do tej pory szerszemu, feministyczno-queerowemu odczytaniu, a jej kondycja ludzka nigdy nie została poddana stosownej analizie, czemu postaram się dać zadośćuczynienie w mojej pracy.

Kiedy spojrzy się na poprzednie biografie Cirilli, można z łatwością zauważyć, że były pisane wyłącznie przez historyków płci męskiej, co pozwala się w pewnym stopniu domyślać powodu obecnego stanu rzeczy. Jej biografowie próbowali najczęściej przedstawić powiernika cesarzowej, Morvrana Voorhisa, jako jej sekretnego kochanka, od czego był jak najdalszy. Idea romansu utrzymywanego w tajemnicy przed całym dworem wydaje się szczególnie absurdalna, biorąc pod uwagę zainteresowanie cesarzowej skierowane wyłącznie w stronę kobiet, tak wygodnie do tej pory ignorowane. Ponadto Cirilla znajdowała się w niezwykle komfortowej pozycji, pozycji władzy, którą mogła łatwo stracić w wyniku plotek i intryg. Wszelkie dowody tej niby tak intymnej relacji, jakimi szafują historycy, a wśród nich służalczy stosunek Morvrana wobec władczyni, można wyjaśnić faktem, że pozostawał jej poddanym i jako taki był jej winien wierność i oddanie. Reinterpretacja niektórych jego listów pozwala wręcz dopatrzeć się prób subtelnego szantażu i nadużycia sympatii cesarzowej, o czym piszę szerzej (…)

Nowe odczytanie postaci cesarzowej Cirilli, rozprawa doktorska, Ellie Andhill

Hrabia Brengratsam był postawnym mężczyzną, górującym nad towarzystwem niezależnie od tego, w czyim towarzystwie by się nie znalazł. Dublet, jaki akurat miał na sobie, wyglądał, jakby został uszyty na młodszego brata, ewentualnie kuzyna. A w każdym razie kogoś zdecydowanie mniej imponująco szerokiego w barkach.

Obecnie zajmowało go przede wszystkim opluwanie sobie poczerwieniałej od wściekłości twarzy. Nie przejmował się przy tym losem biednego dubletu, którego szwy trzeszczały ostrzegająco przy co gwałtowniejszym ruchu.

– I klnę się na Wielkie Słońce, po tym, jak zostałem tutaj potraktowany, zamierzam wnieść oficjalną apelację! – wyrzucał z siebie Brengratsam razem z pełnymi oburzenia spojrzeniami ciskanymi w stronę siedzącej na tronie osoby. Osoby, która zachowywała idealnie neutralny wyraz twarzy i wydawała się nieco znudzona pretensjami hrabiego. – Jest to skandal w czystej postaci! Żeby człowiek o moim pochodzeniu rozmawiał na tak drażliwe tematy publicznie i to z kimś… z kimś spoza stanu cesarskiego!

Stojąca w kącie komnaty i pozornie nie przysłuchująca się audiencji Nilneanneth skrzywiła się mocno. Vernon Roche, znajdujący się zdecydowanie bliżej tronu i prawdopodobnie wbrew etykiecie uzbrojony po zęby, wymienił spojrzenie z Ves. Wyglądali przy tym, jakby planowali rozpocząć samosąd. Gorączkujący się hrabia zupełnym przypadkiem nie cieszył się sympatią dawnych ludzi Foltesta.

Brakuje tu tylko Zoltana, pomyślała Ciri, rozbawiona wbrew samej sobie. Gdyby tutaj był, pierwszy rzuciłby się wygarnąć, co myśli o takiej impertynencji.

Tak po prawdzie czekała na moment, w którym zakończy się czas przeznaczony na cesarskie audiencje. Marzyła o tym, aby móc się wreszcie przeciągnąć. Tron nie należał do najwygodniejszych siedzisk.

Kiedy Brengratsam zamilkł, w komnacie zapadła cisza. Cirilla uśmiechnęła się łagodnie, serdecznie, tak jak można się uśmiechnąć do zaufanego kompana podróży, który z oślim uporem próbuje prowadzić karawanę drogą ciągnącą się na około celu. Po czym odsunęła z policzka popielate kosmyki włosów, odsłaniając tym samym bliznę szpecącą drobną, dziewczęcą twarz.

– Na ten moment decyzja kogoś zajmującego tak niską pozycję w hierarchii będzie ci musiała wystarczyć, hrabio – powiedziała, ze skandaliczną obojętnością pomijając grzecznościową formę „wam", zwyczajową w takich sytuacjach. Nie wzruszyła jej ani pulsująca na czole Brengratsama żyłka, ani los jego przyciasnego dubletu. – Pragnę przypomnieć, że możesz się od niej odwołać w trakcie najbliższego posiedzenia Senatu. Tym samym sprawę oddalam.

W Ciri nie pozostało za wiele z babki, którą pamiętała o wiele gorzej, niż pragnęła. Ale gdyby ktoś z niegdysiejszego dworu królowej Cintry spojrzał teraz na twarz dziewczyny, rozpoznałby w niej natychmiast wnuczkę Calanthe. W jej zielonych oczach płonął ogień, którego nie dało się pomylić z niczym innym.

Posiedzenie otwierające Senat zawsze miało miejsce po Belleteyn. Żadne edykty nie regulowały jego daty z pełną dokładnością, ale zgodnie z niepisanymi zasadami i spisanymi przebiegami obrad, sięgającymi w przeszłość aż do jedenastego wieku, nie zdarzyło się, aby Senat rozpoczął obrady później niż pięć dni po Święcie Rozkwitu. Potrzeba było więc wielu zakulisowych machinacji, niezwykle zręcznego połączenia wypadków losowych, a wreszcie ogłoszenia tymczasowej niedyspozycji samego cesarza, aby Emhyrowi udało się dopiąć swego. Senat został otwarty dopiero w tydzień po Belleteyn.

Nikt nie wiedział, z jakiej racji te środki zostały podjęte, ale plotkowano, że musi mieć to związek z pierwszą mającą trafić pod obrady sprawą, kwestią wagi państwowej.

Budynek Imperialnego Senatu wznosił się u boku jednego z najbardziej imponujących placów stolicy, placu cesarskiego. Bruk, jakim ten był wyłożony, tworzył skomplikowany wzór, kształtem przypominający gwiazdę składającą się z wielu mniejszych gwiazd. Po mieście krążyła nieżyczliwa plotka, że plac został tak nazwany, aby senatorowie zawsze pamiętali, z czyim zdaniem muszą się zgadzać, aby dobrze głosować. Nie mogła być to jednak prawda, ponieważ plac cesarski zyskał swoje miano dobre sto lat przed wybudowaniem prostokątnego, pnącego się ku niebu gmachu ozdobionego kolumnami z wyrzeźbionymi roślinnymi motywami i tympanonami wieńczącymi okna.

Drzwi Senatu otworzył uroczyście sam Imperator, Jego Cesarska Wysokość Emhyr var Emreis. Towarzyszyła mu Sehnena, Pierwsza Kapłanka, najwyższa dostojniczka kultu Wielkiego Słońca zaraz po władcy, kobieta o surowym spojrzeniu i twarzy tak rzadko zmieniającej wyraz, że mogłaby być wyciosana z kamienia. Kiedy wszyscy wielmożni senatorowie weszli już na salę obrad i zajęli swoje miejsca, Sehena udzieliła im błogosławieństwa i zmówiła krótką modlitwę, prosząc Wielkie Słońce o obdarzenie ich łaską produktywnych obrad. Ciri pochyliła głowę, udając, że modli się z wszystkimi, choć nie znała słów. W chwilach takich jak ta w Nilfgaardzie władza i religia splatały się na tyle silnie, że niemal nie dawało się ich rozdzielić.

Obecność senatorów w czasie błogosławieństwa była częścią obrad. Spóźnionych nie wpuszczano na do środka, a jeśli czyjaś nieobecność została zauważona, jego nazwisko rodowe okrywała hańba.

Ciri podniosła głowę i rozejrzała się szybko po sali obrad. Na chwilę oślepiły ją promienie słońca odbijające się w złotych zdobieniach ścian i sufitu. Emhyr stał na podwyższeniu za Seheną, która kończyła modły. Grono senatorów w znamienitej większości składało się z przekonanych o własnej wyższości i przeceniających swoje znaczenie arystokratów. Usadzeni byli w dwóch rzędach ław, przedzielonych pośrodku marmurową posadzką. Ciri dostrzegła Morvrana w rogu sali, z dala od niej, ale blisko cesarza. Wiedźminka została usadzona zaraz przy wejściu, w miejscu przeznaczonym dla interesantów.

Wśród zgromadzonych dostrzegła też kobiety, co zaskoczyło ją bardziej, niż powinno. Nie szukała jednak znajomej twarzy Nilneanneth; wiedziała, że elfka mimo wysokiej pozycji zapewnionej dzięki małżeństwu nie ma prawa do uczestniczenia w obradach. Zazwyczaj po śmierci senatora zaszczyt ten przechodził na najwyżej postawioną osobę noszącą nazwisko rodowe, niezależnie, czy była to wdowa, czy też najstarszy żyjący potomek. Jednak w uzasadnionych przypadkach rada senacka mogła ten przywilej cofnąć. Nie wiadomo było, jaki z tych przypadków tyczył się Nilneanneth aen elanie disglair, o pięknym spojrzeniu, ale domysły dało się usłyszeć niemal wszędzie. Czy przyczyniła się do śmierci męża? Czy też roztrwoniła większość rodowej fortuny? A może chodziło o niezwykłą, jakże skandaliczną zażyłość łączącą ją z kimś niestosownym?

Emhyr stanął na środku podwyższenia z dłońmi splecionymi na plecach. Nie dało się słyszeć stawianych przez niego kroków, nie powiedział nic nawet, a jednak uwaga wszystkich zgromadzonych w jednej chwili skupiła się na jego wyprostowanej sylwetce.

– Poddaję pod głosowanie pierwszy wniosek, dotyczący zapewnienia Imperium Nilfgaardu nieprzerwanej sukcesji. Wnioskuję o uczynienie mojej córki, Cirilli Fiony Elen Rianon, następczynią tronu cesarskiego – oznajmił cesarz.

W każdym innym miejscu w tej sytuacji Ciri spodziewałaby się wybuchu krzyków, głosów poparcia i protestu, spekulantów próbujących ugra na głosach jak najwięcej. Ale to był Nilfgaard. Nakaz zachowania ciszy na sali obrad traktowano jako święty. Senatorowie zaczęli spoglądać po sobie znacząco, próbując uniesieniem brwi i skrzywieniem ust zakomunikować to, czego nie mogli przekazać słowami. Po kilku chwilach tej milczącej pantomimy Morvran powstał ze swojego miejsca i odchrząknął dwukrotnie.

Zanim przemówił, Emhyr rzucił Ciri spojrzenie pełne napięcia. Dziewczyna poczuła mrowienie znaku pozostawionego przez corras corratum. Z trudem zdusiła odruch podrapania się po udzie.

– Chciałbym całym moim autorytetem i przy wykorzystaniu całego posłuchu, jakim się cieszę, udzielić temu wnioskowi poparcia. Jest to wniosek niezwykle ważny dla całego Imperium i wszystkich jego poddanych. I tego samego poparcia oczekuję od senatorów zgromadzonych razem ze mną w jednej opcji politycznej – powiedział Morvran powoli, jakby ważąc słowa. Przelotnie zacisnął dłoń na łokciu drugiej ręki, mocno, niemal boleśnie, po czym puścił go jak poparzony.

Po sali obrad przeszedł pomruk, niepewny, ale zauważalny. Morvran Voorhis zdecydował się poprzeć kandydaturę do tronu tej młodej panny znikąd, podobno córki Emhyra, ale kto mógł tego dowieść? I to bez małżeństwa ani przysięgi dozgonnej lojalności? Bez zadzierzgnięcia wyraźnego aliansu? Jakże to tak?

Ciri musiała powstrzymać uśmiech tryumfu, który uparcie próbował wypłynąć jej na twarz. W tamtym momencie wiedziała już, że wygrała. I poczucia tego nie stłumiła nawet długa i zacięta dyskusja na temat wniosku, jaka wynikła pomiędzy senatorami. Ciri wiedziała swoje.

Wniosek przeszedł.

Ciri padła na swoje wielkie łoże absolutnie wyczerpana. Wtuliła policzek w mięciutki koc z drobno tkanej wełny i zdecydowała, że nie rusza się nigdzie przez najbliższe dwadzieścia lat. Niech ktoś inny zajmuje się czytaniem raportów i planowaniem bali, ona jest już zajęta. Niech kto inny godzinami udziela audiencji arystokratom pokłóconym o jakąś absurdalnie małą rzecz, kto inny próbuje wyciągnąć z Keiry Metz szczegóły na temat jej badań nad pielęgnacją chorych w trakcie zarazy Catriony. Ktokolwiek, byle nie Ciri.

Jeszcze kilka dni temu, w trakcie drogi powrotnej do stolicy Nilfgaardu, obiecywała sobie, że pierwsze, co zrobi po przybyciu do pałacu, to porozmawia z Filippą. Być może nawet odważy się być szczera i odważna, powie na głos kilka rzeczy, które nosiła w sobie już od dawna. Jednak wyczerpanie przekreśliło te plany. W tym momencie nie liczyło się nic poza wygodnymi poduszkami.

Trzy tygodnie temu wyruszyła razem ze skromnym orszakiem do Maecht w celu złożenia oficjalnej cesarskiej wizyty lokalnemu władcy, lennikowi cesarstwa. Skromny (wyłącznie zdaniem Abecera, kapitana straży pałacowej) orszak składał się z dwóch tuzinów zbrojnych na koniach i był definitywnie większy, niż to Ciri odpowiadało, a do tego skutecznie uniemożliwiał zachowanie chociażby pozorów wolności i swobody.

Oficjalnie jechała do Maecht z długo wyczekiwaną czysto formalną wizytą, żeby wziąć udział w kilku nudnych przyjęciach na cześć Emhyra i jego córki, i poznać bliżej ziemie, którymi będzie kiedyś zarządzać. Nie chciała tego przyznać, ale jednocześnie czuła ulgę i rozczarowanie, że po raz kolejny nie padło na Cintrę czy też, jak Nilfgaardczycy pisali, na Xintrę. Równocześnie bała się ponownie zobaczyć kraj swojego dzieciństwa i nie mogła się tego doczekać.

Nieoficjalnie Ciri miała w Maecht za zadanie skontrolować kluczowe obszary prowincji, sprawdzić raporty i wyciągi z ksiąg bankowych pod kątem ewentualnych malwersacji pieniężnych i nie tylko. Emhyr uważał, że w ten sposób zyska wiedzę z pierwszej ręki, jak sprawnie działa imperialna administracja i jakie standardy pracy powinny przyświecać urzędnikom.

I miał rację – Maecht pod względem dobrego prowadzenia się mogłoby stanowić obiekt zazdrości matek wielu panów i panien na wydaniu. Wystarczyło, że Ciri pokazała swój pierścień rodowy z herbem var Emreisów i w każdym budynku państwowym otrzymywała wyciąg z raportów pisanych przez urzędników, a także wszystkich kopii tych raportów, sygnowanych przez zwierzchników po stosownym przejrzeniu. Każdy przecinek był na swoim miejscu, każda korona i denar rozliczone, najmniejszy nawet wydatek odnotowany z imieniem i nazwiskiem zgłaszającego go oraz datą dzienną.

Ciri starała się nie okazywać tym zaskoczenia, ale chyba nie szło jej to za dobrze, bo następnego dnia jeden z niższych szczeblem urzędników zaprowadził ją do naczelnika, który raporty przechowywał w piętnastu wielkich dębowych kufrach ze stalowymi okuciami. Znajdujące się w nich dokumenty były posegregowane według stopnia ważności sprawy, daty, fazy księżyca, a nawet alfabetycznie względem nazwiska osoby składającej raport. Pół godziny, jakie u niego spędziła, zdawało się trwać całe wieki. I przez cały ten czas miała wrażenie, że jeśli choć odrobinę szerzej rozdziawi usta, to wypadną jej zęby.

Ta podróż pomogła jej uświadomić sobie, jak daleko sięgają wszechwiedzące macki Imperium i z czego tak naprawdę cesarstwo czerpie swoją wiedzę. Emhyr, jak zawsze, miał rację. Była to bardzo irytująca cecha u cesarza, a co dopiero ojca.

Kiedy po kilku dniach balów, rautów i ślęczenia nad papierami Cirilla poczuła się zmęczona całą tą historią i asystą brygady imperialnej, oznajmiła strażnikom, że potrzebuje kilku godzin spokoju na kobiece sprawy. Pod groźbą najwyższej możliwej kary nakazała im nie wchodzić do jej komnat, nieważne, co by się nie działo, i z lekkim duchem otworzyła portal do Metinny – wybrała się na centralny plac, żeby obejrzeć przedstawienie akrobatów cyrkowych.

Nie przyszło jej wtedy do głowy, że grozi tym biednym ludziom śmiercią przez ćwiartowanie; dotarło to do niej dopiero jakieś dwa miesiące później podczas studiowania edyktów prawnych. Miała wtedy ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.

W samej Metinnie, oplecionej skrzącą się radośnie glys Sylte, także wszystko poszło niezgodnie z jej zamiarami. Na samym początku nie potrafiła odnaleźć Mairead, a nastrój skwaśniał jej od razu jak za długo stojące mleko. Od kiedy kilka tygodni temu pokazała dziewczynie świeżo podpisany przez cesarza edykt uprawniający ją do kilku naprawdę przerażających rzeczy – wyłącznie ku chwale Imperium, rzecz jasna – miała wrażenie, że w jakiś sposób zniszczyła łączącą je więź. Przestała być dla Mairead anonimową poddaną Nilfgaardu z dziwnym akcentem, bezpiecznym nikim, a stała się w jej wyobrażeniach kimś istotnym i wielkim, kimś z nieograniczoną władzą.

Nienawidziła tego. Chciała pozostać kimś mało ważnym i niewyróżniającym się w tłumie choć dla jednej osoby.

Po drodze na rynek Ciri minęła kilka straganów opatrzonych mozolnie namazanymi, koślawymi napisami „CAŁKOWICIE POZBAWIONE MAGIJI". Sprzedawca, zapytany, skąd miałaby się wziąć Moc w kręgu sera, odparł, że nie wie, ale może z całą pewnością okazać certyfikat, że jego wyroby mleczne są jej w całości pozbawione. Inny kupiec z kolei zachwalał, że na jego towary „nie popatrzał nawet żaden czarodziej ni czarodziejka". Każdego innego dnia prawdopodobnie by ją to rozbawiło, tego akurat dokładało tylko do jej irytacji.

W dodatku występy cyrkowców, które oglądała, dłużyły jej się niemiłosiernie i nudziły do łez, zamiast przynieść radość, ekscytację i wprowadzić w stan lekkiej euforii. Ciri nie cieszyła się razem ze zgromadzonymi gapiami, kiedy akrobatka wykonała wyjątkowo trudne salto nad grzbietem pędzącego wierzchowca, nie dostrzegała w tym piękna ani artyzmu. Widziała tylko zwykłych, zmęczonych ludzi, którzy z wykalkulowaniem kryjącym się w spojrzeniu odtwarzają swoje role i nawet uśmiechy dla publiczności rzucają tylko w tych momentach, w jakich im się to najbardziej opłaca. Cały występ wydawał jej się mechaniczny i przewidywalny.

Czy to akrobaci tak bardzo się zmienili przez te minione tygodnie? Czy też to ona uległa zmianie, której sama nie zauważyła? Nie potrafiła powiedzieć.

Wróciła do Maecht szybciej, niż się tego spodziewała, ale strażnicy potulnie zostawili ją w spokoju, co tylko bardziej ją poirytowało. A potem z Maecht po kilku dniach czekała ich konno długa droga z powrotem do stolicy.

Po chwili odpoczynku Ciri poturlała się ku brzegowi łóżka z westchnieniem, złapała równowagę idealnie przed upadkiem na podłogę i przeciągnęła się, aż strzyknęło. Po cichu przemknęła się do skrzydła zamku, w którym mieściły się komnaty Filippy. Nie miała żadnych wątpliwości, że szczególnie tutaj ściany mają uszy i – czasem – dodatkową parę oczu.

Zapukała do laboratorium, po czym wemknęła się do środka, nie czekając na odpowiedź. Powitał ją wybuch w alembiku, prawdopodobnie zaplanowany, bo czarodziejka nawet nie drgnęła.

– Tobie również dzień dobry, Cirillo – rzuciła Filippa, nie ruszając się nawet ze swojego miejsca przy stole pełnym mało interesująco wyglądających eksperymentów. Ale, jak kiedyś powiedziała z irytacją, alchemia tylko wydaje się być pełna jarmarcznych kolorów i efektownych kłębów pary układających się w kształty; większość rzeczywistej pracy odbywa się nad substancjami z zakresu barw od czerni do co najwyżej jasnej szarości.

– Filippo – odparła Ciri. I bez pytania o pozwolenie podeszła do czarodziejki.

– Jak być może widzisz, a może nie, znajduję się coraz bliżej identyfikacji głównego dostawcy narkotyku na rynek nilfgaardzki – podjęła mistrzyni Eilhart głosem pełnym frustracji. – W próbkach, jakie de Rideaux łaskawy był mi dostarczyć, zidentyfikowałam różne domieszki substancji i w związku z tym wysnułam teorię, że pracujemy nad poznaniem lokalizacji czterech, być może pięciu manufaktur produkcyjnych.

Ciri zajrzała jej chciwie przez ramię. Z bliska nie zobaczyła więcej niż z daleka: mnóstwo szkła laboratoryjnego ubrudzonego czarnym osadem przypominającym popiół.

– Nic nie widzę, Filippo – odparła zgodnie z prawdą, uśmiechając się zawadiacko.

– To jest nas w takim razie dwie – stwierdziła tylko czarodziejka sardonicznie, kręcąc głową z udawanym wzburzeniem. Ale Ciri wiedziała swoje. Gdyby była rzeczywiście wzburzona, cisnęłaby jakąś pustą fiolką o ziemię. Względy bezpieczeństwa nigdy wcześniej jej nie powstrzymały. – W każdym razie, sądząc po wyniku reakcji mitrażu z kwasem siarkawym w wysokiej temperaturze, której efekty tak uroczo tutaj pachną, główne laboratorium spiskowców znajduje się w prowincji Geso, prawdopodobnie gdzieś u podnóża gór. Rośliny nie wytrzymałyby innej pogody, chyba że z potężnym magicznym wsparciem. A całe warte czegokolwiek magiczne wsparcie na Kontynencie odesłałaś sprytnie do Karmenty, względnie znajduje się ono w tym pomieszczeniu.

Ach, więc to był ten zapach.

– Kiedy będziesz miała konkretną lokalizację? – zapytała Ciri, marszcząc brwi.

Filippa zacmokała karcąco.

– Jeszcze nie nacieszyłaś się koroną na głowie, a już mówisz jak prawdziwa władczyni – powiedziała, krzywiąc wargi. – A kiedy, a konkrety, a dlaczego to tyle zajmuje. Magiczne nanoszenie lokalizacji na mapę to delikatna sprawa. – Poprawiła tasiemki przy warkoczach powolnymi, ale pewnymi ruchami rąk. – Odpowiadając na właściwe pytanie, którego co prawda nie zadałaś, ale które pomyślałaś, zacznę jutro przed świtem. Wieczorem powinnam móc powiedzieć coś konkretnego, jeśli nie napotkam żadnych nieprzewidzianych trudności.

– Na przykład jakich? – zainteresowała się Ciri, podnosząc ze stołu jeden z nietypowych noży, które Filippa musiała przywieźć ze sobą na zamek. Miał na ostrzu cienką warstwę srebra, a jego rękojeść pokrywały runy przypominające Starszą Mowę.

– Na przykład magicznego maskowania wysokiej klasy – odparła Filippa, ignorując pełen przekąsu ton Ciri. – Obecnie działamy pod przypuszczeniem, że spiskowcy nie mają po stronie żadnego mistrza czy mistrzyni magii z prawdziwego zdarzenia, ale może okazać się, że to przypuszczenie jest mylne. – Milczały przez chwilę, po czym czarodziejka ewidentnie znudziła się ciszą i zmieniła temat. – A jak tam twoje śledztwo w kierunku potencjalnych zdrajców w Senacie?

Pytanie było zadane tak pozbawionym emocji tonem, że mogłoby równie dobrze dotyczyć pogody albo zasady działania kuchni pałacowych. Ciri aż drgnęła z zaskoczenia. Miała tylko nadzieję, że nałożone przez czarodziejkę bariery ochronne, w tym te zabezpieczające przed podsłuchaniem, są obecnie aktywne.

– Nie dało żadnych jednoznacznych odpowiedzi – odparła ze znużonym westchnieniem. Nie czuła się tym szczególnie zachwycona, ale jeszcze przez jakiś czas dyskrecja i ostrożność liczyły się bardziej niż absolutna pewność. Wszystkie dokumenty, jakie otrzymała na temat trójki podejrzanych arystokratów, dawały jej silny arsenał, gdyby planowała szantaż lub przekupstwo, ale nie potwierdzały tego konkretnego przewinienia. Nawet raporty, o jakie prosiła w Maecht, nie naprowadziły jej na żaden nowy trop. – Niewyjaśnione wzbogacenia się, nagłe popadnięcie w długi, zaniechanie zemsty rodowej, wszystko to mówi nam o nich coś, ale nie to, czego akurat potrzebujemy.

– Istnieje szansa, że niedługo będziesz mogła dowiedzieć się czegoś więcej – mruknęła Filippa. Zabrzmiało to dość złowrogo.

– Co takiego?

– Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię – prychnęła poirytowana czymś czarodziejka. – Cały dwór szepcze po kątach o tym, jak udało ci się ugłaskać Morvrana. Zrobili się w tym tak bezczelni, że pogłoski dotarły nawet i do mnie. – Filippa zacisnęła dłonie na blacie stołu. Jej twarz była równie pogodna i przyjazna co chmura, która zbierała się na urządzenie komuś burzy stulecia. – Przekazuję to bez szczególnego zainteresowania tematem, wierz mi. Tak tylko, żebyś miała świadomość, iż podejrzewają cię o cały szereg rzeczy, z czego najniewinniejszą wydaje się potajemne użycie napoju miłosnego.

Ciri parsknęła śmiechem.

– Tak, bo ja i Morvran jesteśmy wprost nierozłączni i tak zapatrzeni w siebie, że świata nie widzimy – stwierdziła głosem ociekającym sarkazmem i czymś jeszcze, co zupełnie jej się nie podobało. – Dwór będzie plotkował, o czym tylko sobie zamarzy. Tego jednego nie mogę im zakazać ani ja, ani Emhyr.

Filippa przyłożyła palec do ust z namysłem.

– A więc udało ci się wywieść w pole także tych zazwyczaj trzeźwiej myślących przedstawicieli arystokracji? – zapytała z pewnym zaskoczeniem. W zupełności udawanym i fałszywym, gdyby Ciri miała zgadywać. – Nawet najwięksi sceptycy są przekonani, że owinęłaś go sobie wokół palca.

– Po prostu porozmawiałam z Morvranem, długo i szczerze. Koniec końców udało mi się go przekonać do mojego punktu widzenia – odparła Ciri, ostrożnie dobierając słowa. Mogły mieć z Filippą wspólny cel, mogła wpatrywać się w czarodziejkę z bolesnym, natrętnym pragnieniem uciskającym klatkę piersiową, ale corras corratum powinno pozostać tajemnicą. Tak długo, jak to było możliwe.

Filippa obróciła się w jej stronę z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy. Po chwili uśmiechnęła się uwodzicielsko. Nigdy wcześniej w oczach Ciri nie wyglądała bardziej okrutnie.

– Rozumiem. Wszakże w twoim sercu znajduje się już kto inny, ktoś inny jest ci najdroższy, czyż nie? – zapytała, robiąc powolny, ostrożny krok w stronę dziewczyny. Wyciągnęła na oślep rękę i dotknęła delikatnie policzka Ciri. Pogłaskała go pieszczotliwie. W tej niewinnej pieszczocie było coś niebezpiecznego.

A w Ciri coś się zagotowało. Poczuła, że ma dosyć tego nieokreślenia w ich sytuacji, tego rytmu, w jakim się przemieszczały, kroku w przód, a potem dwóch kroków w tył, że chce, nie, musi, wiedzieć i to najlepiej teraz, zaraz, już.

Złapała Filippę za rękę akurat, kiedy tamta chciała ją cofnąć.

– Przestać się bawić moim kosztem, proszę cię – wyrzuciła z siebie głosem pełnym emocji do tego stopnia, że nawet dla jej uszu brzmiał na zupełnie obcy. Palce zaczęły jej drżeć tak mocno, że musiała wypuścić z ręki dłoń Filippy. Czarodziejka przyjrzała jej się z zaskoczeniem tak namacalnym, że Ciri miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Z trudem się powstrzymała. – Wiesz przecież dobrze.

– Nie, nie wiem – odparła Filippa powoli, absolutnie poważnie. W rysach jej twarzy kryło się napięcie. Chwyciła trzęsące się ręce Ciri w swoje, zdecydowanie, ale nie boleśnie. – Co masz na myśli?

Ciri nie wiedziała, gdzie podziać oczy, ostatecznie wbiła wzrok w posadzkę i nie śmiała go podnosić.

– Wiesz bardzo dobrze, że dla mnie Morvran mógłby nie istnieć, że wszyscy inni, cały dwór i reszta arystokracji, wszyscy oni mogliby zniknąć z powierzchni ziemi, póki ty byś czasem na mnie spojrzała – wyrzuciła z siebie Ciri, prawie zupełnie się nie jąkając. Mimo to nie czuła się z tego względu jakoś szczególnie dumna z siebie. Tylko bardzo mała i bardzo bezbronna. – I używasz tego, tej… tej świadomości co jakiś czas, wykorzystujesz ją, żeby wprawić mnie w zakłopotanie. Mam tego serdecznie dosyć! Albo rzeczywiście coś do mnie czujesz, albo powinnaś, po-powinnaś natychmiast przestać. Bo pragnę w tej chwili tylko ciebie, nikogo więcej. Ale nie mogłabym znieść bycia kolejną twoją zabawką.

Filippa milczała bardzo długo, aż Ciri miała wrażenie, że bijące jej jak oszalałe serce podda się w końcu i stanie w miejscu. Ale czarodziejka nie puszczała jej dłoni, co dawało nadzieję. Choć trochę, odrobinę nadziei.

– Musiałam zrobić coś bardzo, bardzo źle – stwierdziła w końcu Filippa z namysłem, kręcąc głową. Brzmiała przy tym na poirytowaną samą sobą. – Jeśli naprawdę masz chociażby cień wątpliwości co do moich intencji.

I zanim Cirilla zdążyła chociażby otworzyć usta, żeby zapytać, co to ma niby znaczyć, czarodziejka nachyliła się i pocałowała ją długo, wymagająco. Był to z całą pewnością słuszny ruch, trudny do niewłaściwej interpretacji i jasno pokazujący kierunek, w jakim zmierzały pragnienia Filippy. Natomiast Ciri nie pomyślała o żadnej z tych rzeczy, zbyt zajęta gorączkowym oddawaniem pocałunku.

Przywarła do Filippy mocno, blisko, zupełnie jakby bała się, że ta za chwilę zniknie jak sen złoty. Po chwili desperacja Ciri osłabła, przestała zbierać pocałunki pośpiesznie i na zapas, jakby wreszcie dotarło do niej, że to się dzieje naprawdę, nie tylko w jej wyobraźni. Wsunęła rękę we włosy czarodziejki, przesunęła nią po jej szyi i plecach, badawczo, ucząc się i poznając. Wciągnęła powietrze z sykiem, kiedy Filippa ugryzła ją mocno w dolną wargę, a potem przesunęła po niej językiem. Zacisnęła dłonie na ramionach czarodziejki, czując, jak kolana nagle próbują się pod nią ugiąć.

Filippa odsunęła się po chwili, całując ją jeszcze kilka razy, krótko i o wiele za grzecznie. Uśmiechnęła się tryumfalnie.

– Mam nadzieję, że teraz nie masz już żadnych wątpliwości co do moich intencji – oznajmiła z zupełnie nieskrywaną satysfakcją.

Ciri zadrżała. Ten uśmiech satysfakcji przypominał jej czerpanie Mocy z ognia. Uczucie przytłaczającej potęgi, władzy nad wszystkim, co w zasięgu wzroku, nieskończonych możliwości.

Bardzo niebezpieczne, a jednocześnie uderzające do głowy jak nic innego.

Ciri spojrzała na raport, listy, noty dyplomatyczne i résumé, które szczelnie przykrywały jej biurko warstwą grubą na palec. Postanowiła posortować je w zależności od stopnia ważności, mając nadzieję, że to jakoś zmotywuje ją do pracy. Niestety, kiedy wzięła pierwszy lepszy dokument ze stosu, na której znajdowały się te najpilniejsze, odkryła, że wcale jej to nie pomogło. Relacja jednego ze szpiegów z wciąż tlących się ognisk chaosu w Redanii brzmiała nadal na tak nudną jak kilka minut temu. Ciri westchnęła ciężko.

Jak to jest, pomyślała, że de Rideaux potrafi relacjonować wszystkie te wydarzenia płynnie, bez zająknięcia i w sposób, który przykuwa uwagę zamiast usypiać. Jak to jest, że kiedy tylko umieści swoje słowa na papierze, nagle tracą one wszelką ciekawość.

Odłożyła raport na spód stosu papierów i wzięła z niego kolejny. Okazał się marginalnie bardziej interesujący, więc zmusiła oczy do podążania za ciągiem run.

Z niekończącego się stosu dokumentów do przeczytania ocknęła się dużo później. Dobre kilka godzin później, biorąc pod uwagę to, jak cienie zdążyły się wydłużyć. W komnacie zrobiło się na tyle ciemno, że zapaliła świecie.

– No proszę, pracuję po godzinach – powiedziała sama do siebie, uśmiechając się krzywo. – Zupełnie jak Emhyr. – Myśl ta dziwnie ją rozbawiła.

Zamierzała już pochować wszystkie papierzyska, kiedy jej wzrok przykuł nagle list pozbawiony wszelkich oficjalnie wyglądających pieczęci. Była zaskoczona, że udało mu się dotrzeć tak daleko, aż na jej biurko – wiedziała doskonale, że szambelan wnikliwie przegląda jej pocztę, także tę prywatną – ale uczucie to prysło, gdy tylko odnalazła wzrokiem nadawcę. To Yennefer do niej napisała.

Kiedy szukała noża do otwarcia koperty, do jej komnat ktoś zapukał mimo późnej pory. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Ciri oderwała wzrok od listu i odłożyła go na bok. Chwyciła pospiesznie pióro i kawałek pergaminu, udając zajętą pisaniem.

– Odnalezienie twoich pokoi na własną rękę nie należy do najprostszych– oznajmiła Filippa umiarkowanie uradowanym tonem. Podeszła na tyle blisko, że Ciri była w stanie zobaczyć w świetle świec jej wygięte w zdawkowym uśmiechu usta.

– Fil – powiedziała z zaskoczeniem. – Co ty… Potrzebujesz czegoś?

– Mmmmm, nie do końca – odparła Filippa, uśmiechając się szerzej, niebezpieczniej. Był to uśmiech na tyle ostry, że jeśli nie było się ostrożnym, można by się skaleczyć o jego brzegi. Ciri zadrżała w oczekiwaniu. – Wszystkie przygotowania do jutrzejszego rytuału zaklinania przebiegają bez zakłóceń, w najdoskonalszym porządku. W związku z czym postanowiłam wprosić się na noc. – Filippa przeciągnęła się w celowy, obliczony na efekt sposób. Sposób ten bez pudła przyprawiłby cnotliwą zakonnicę o zawał, a Ciri dzięki niemu wszystkie możliwe słowa uwięzły w gardle. – Ale może przeszkadzam… Zdaje się, że pisałaś do kogoś? – zapytała z fałszywą troską.

Ciri upuściła na blat biurka trzymane w dłoni pióro, rozlewając atrament. Zupełnie się tym nie przejęła. Filippa tylko uśmiechnęła się szerzej.

– Czy… – Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że czarodziejkę bawią jej reakcje, ale nie zamierzała czuć się z tego względu w jakimkolwiek stopniu skrępowana. – Czy nie przeszkodzi ci to w jutrzejszym rytuale?

Filippa podeszła do niej powoli, a z każdym jej krokiem napięcie pomiędzy nimi gęstniało.

– Wręcz przeciwnie – oznajmiła czarodziejka, odgarniając zalotnie włosy z twarzy. – Energia, Moc, występuje pod różnymi postaciami i może przybrać wiele kształtów. Spędzenie z tobą tej nocy, słuchanie, jak wzdychasz, sprawianie ci przyjemności… Wszystko to pomoże mi jutro przeprowadzić zaklinanie tym precyzyjniej i bezlitośniej. Być może myśli o tobie będą mnie nieco rozpraszały, ale cóż… Nie bez powodu wszystkie mistrzynie magii mają samokontrolę opanowaną do perfekcji. – Jej ręka spoczęła na głowie Ciri, gładząc ją delikatnie, przeczesując włosy. Po chwili przesunęła ostro zakończonymi paznokciami po jej szyi w sposób, który nie powinien być aż tak przyjemny.

– I to… to jedyny powód, dla którego chcesz… – Ciri miała wrażenie, że złożenie zdania przekracza w tym momencie jej możliwości, ale przynajmniej próbowała. Palce czarodziejki nacisnęły boleśnie na skórę pod obojczykiem dziewczyny, w miejscu, gdzie wcześniej ją ugryzła.

– Ależ skąd – odparła czarodziejka krótko, zdecydowanie. Władczo uniosła podbródek Ciri jednym palcem. – A teraz, skoro nie masz już więcej pytań, zaprowadź mnie do łóżka.

Łoże było miękkie, zapadające się pod ich ciężarem, a przy tym wielkie na tyle, że zmieściłyby się na nim ze spokojem jeszcze dwie inne osoby. Ciri poczuła przelotną wdzięczność dla tego, kto przygotowywał dla niej pokoje wieki temu, kiedy sama jeszcze żywiła przekonanie, że tego rodzaju mebel to nadmiar ostentacyjnego luksusu.

Zdolne dłonie Filippy rozebrały ją szybko z kaftanika i koszuli, zupełnie jakby czarodziejka widziała wszystko, każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Jej dotyk pozostawiał na skórze dziwne, obce wrażenie, jakby przechodziły przez nią magiczne iskierki, zmieniające się w przyjemne dreszcze. Kiedy palce Filippy zacisnęły się jakby od niechcenia na jej piersiach, wrażenie było na tyle niesamowite i intensywne jednocześnie, że Ciri jęknęła głośno, zaskakując tym samą siebie.

Przez następne długie minuty czarodziejka zajmowała się wydobywaniem z ust Ciri kolejnych westchnień, sapnięć i urywanych oddechów. Co do niektórych z nich dziewczyna była wcześniej przekonana, że nie jest w stanie ich z siebie wydać. Powolny, ciągle za delikatny i za mało zdecydowany dotyk rąk Filippy przekonał ją, że jest w stanie zrobić wiele rzeczy, które wcześniej uważała za nieoczywiste.

Kiedy wreszcie poczuła palce czarodziejki na łechtaczce, z szoku i niemożliwego pragnienia niemal sturlała się z łóżka. Doszła tak szybko, że przez chwilę czuła się tym rozczarowana. I wtedy Filippa wsunęła w nią palce i zaczęła niespiesznie, cierpliwie nimi poruszać, aż Ciri znowu poczuła wzbierającą w sobie, buzującą przyjemność, która nie mogła znaleźć ujścia. Zaczęła prosić. Dotyk ciepłego, wilgotnego i chętnego języka doprowadził ją kolejny raz do szczytowania. A kiedy myślała, że więcej nie da rady, nie ma już w sobie przyjemności do odnalezienia, wyczerpała całą możliwą, czarodziejka zaczęła ją ssać, początkowo delikatnie, potem coraz silniej, aż intensywna rozkosz zmieszała się z bólem i rzeczywistość Ciri skurczyła się, po czym eksplodowała w krzyku.

Wróciła do siebie kilka chwil później. Leżała na miękkim wełnianym kocu, a siedząca przy niej Filippa odgarniała jej z twarzy kosmyki włosów pozlepiane od potu.

– A więc jednak żyjesz – zauważyła czarodziejka z przekąsem, ale kąciki jej ust uniosły się w pełnym samozadowolenia uśmiechu.

– Pogłoski o moim zbyt wczesnym końcu były mocno przesadzone – odparła Ciri ochryple. Z irytacją zauważyła, że głos jej się nadal nieco łamie. – Trzeba czegoś więcej, żeby się mnie pozbyć. – Chociaż biorąc pod uwagę, jak jeszcze chwilę temu waliło jej serce, Filippa znalazła się zaskakująco blisko osiągnięcia tego czegoś więcej.

– Cieszę się – odparła czarodziejka. – A teraz twoja kolej. Na kolana – poleciła. Ciri przeszedł po plecach kolejny przyjemny dreszcz. Podejrzewała, że gdyby nie wszystkie poprzednie orgazmy, objąłby on również podbrzusze.

Gdy Ciri uklękła przy brzegu łóżka, Filippa odgarnęła na bok materiał swojej sukni i rozchyliła uda. Nie miała na sobie bielizny. Ciri westchnęła głośno, po czym zanurzyła głowę między nogami czarodziejki, całując ją w kolano, a potem gryząc delikatnie w biodro. Filippa wsunęła rękę w jej włosy i zacisnęła palce, tym razem władczo, boleśnie.

– Do rzeczy – oznajmiła. – Ty już nacieszyłaś się widokiem mnie na kolanach. Czas, żebym to sobie odbiła.

I, sądząc po zduszonych westchnieniach wydobywających z się jej gardła przez następne minuty, tak się właśnie stało. Ciri w każdym razie zrobiła wszystko, by jej to wynagrodzić.

Dużo, dużo później opadły obie na poduszki, zmęczone, szczęśliwe, łapiące z trudem oddech. Ciri pocałowała Filippę w policzek inaczej, niż przy wszystkich dotychczasowych pocałunkach, jakie wymieniały. Czule, bez żadnego podtekstu. Czarodziejka zamruczała z przyjemnością jak zadowolony kot.

– Kiedy już znajdę to laboratorium – powiedziała cicho, sennie – winny będzie próbował uciec. Pamiętaj o tym, Ciri. Nie daj mu się wymknąć. – Ciri chciała coś jeszcze powiedzieć, o coś zapytać, ale nie zdążyła. Zasnęła.

Obudziły ją wpadające do pokoju promienie światła. Nie zaciągnęła wieczorem kotar łóżka. Obróciła się na drugi bok, wymamrotała coś pełnego urażenia, owinęła się szczelniej kołdrą i ponownie zasnęła. Kiedy znowu się ocknęła, był już późny poranek, a po Filippie nie pozostał nawet ślad. Przez chwilę zastanawiała się, czy to wszystko jej się przypadkiem nie przyśniło, ale przeciągnęła się i poczuła przyjemne zmęczenie mięśni, zupełnie jak po dobrym treningu. Był to dla niej aż nadto wystarczający dowód.

Ciri doszła do wniosku, że czarodziejka zniknęła pewnie z powodu konieczności przeprowadzenia rytuału lokalizacji, więc dziewczyna wyturlała się z łóżka, wzięła długą gorącą kąpiel, przyznała sama przed sobą po raz tysięczny, że nilfgaardzkie łaźnie to jeden ze skarbów południowej cywilizacji, podkradła z kuchni coś do zjedzenia i poszła na spacer po ogrodach pałacowych, żeby ułożyć sobie rzeczy w głowie. Kiedy dzwony w mieście wybiły południe, wróciła do zamku, nie napotkawszy po drodze żywej duszy. O tej porze zwyczajowo spotykała się z Emhyrem, żeby porozmawiać o czymś z niekończącej się listy tematów.

Szambelan rzucił jej spojrzenie pełne dezaprobaty, gdy wchodziła do komnat ojca, ale Meredid rzucał tego rodzaju spojrzenia wszystkim, którzy jego zdaniem nie opanowali sztuki nienagannego wyglądu. Ciri, szczególnie z trzewikami ubłoconymi po spacerze, z całą pewnością mogła być zaliczona do tego szerokiego i mało honorowego grona.

Siedzący za biurkiem Emhyr przyglądał jej się uważnie, o kilka sekund dłużej niż zazwyczaj, ale zanim zdążyła się zastanowić, o co może mu chodzić, zapytał o postęp w pracach nad rozszyfrowaniem siatki pozyskującej mitraż i handlującej nim. Ciri streściła pokrótce to, co udało jej się razem z Filippą ustalić, po czym zapowiedziała, że przyciśnie Morvrana, żeby dowiedzieć się więcej na temat potencjalnych podejrzanych wśród opozycji. Emhyr skinął głową na znak, że się zgadza.

– Trzymaj ludzi ze swojego kręgu blisko – powiedział po chwili zastanowienia. – Nieistotne, czy byliby to przyjaciele, czy wrogowie. Kiedy po dworze rozniesie się wieść o tym, że planujemy zamknąć główne laboratorium spiskowców, a wierz mi, rozniesie się ona błyskawicznie, zamieszani w tę sprawę będą próbowali wymknąć się niepostrzeżenie i wrócić do swoich posiadłości ziemskich, żeby obmyślić plan działania. Nie możesz im na to pozwolić.

Przytaknęła. Jego słowa brzmiały zaskakująco podobnie do tego, co usłyszała od Filippy poprzedniej nocy.

– Planowałam nie czekać, aż wieści się same rozniosą – odparła Ciri. W czasie błądzenia pomiędzy krzewami róż i magnolii w jej głowie wykiełkował plan. Emhyr spojrzał na nią z zainteresowaniem i uniósł brwi na znak, że powinna mówić dalej. – W przyszłym tygodniu odbędzie się bal z okazji rocznicy podniesienia Wielkiego Słońca do rangi religii imperialnej. Chciałabym w jego trakcie ogłosić planowaną akcję cesarskich sił specjalnych, mój rychły największy tryumf. Akcja, rzecz jasne, rozpocznie się jeszcze przed otwarciem przyjęcia, ale nikt z arystokracji nie musi o tym wiedzieć.

Cesarz z namysłem postukał palcami o blat biurka.

– Utrzymanie tego typu interwencji w tajemnicy, choćby i przez kilka dni, nastręczy nam wielu problemów – stwierdził. – Wierzę w karność i dyskrecję moich ludzi, ale mobilizacja wystarczająco dużego oddziału sama w sobie przyciągnie uwagę niewłaściwych ludzi.

Ciri podeszła do okna, spojrzała na panoramę miasta. Jak zawsze zachwyciła ją jego rozległość, dachy domów wyglądające na ciągnące się w nieskończoność.

– Więc rozgłoś konieczność zbrojnej interwencji w Redanii. Przy obecnej niespokojnej sytuacji na dawnych ziemiach Radowida nikt nie będzie powątpiewał w zasadność takiego działania. Mały, karny oddział dowodzony przez sprawdzonego generała byłby w stanie osiągnąć wobec buntowników więcej niż kilka chorągwi regularnego wojska.

– Myślisz o wysłaniu z nimi Morvrana? – zapytał Emhyr.

Ciri skinęła głową w zamyśleniu.

– Powszechnie uważa się go za mojego faworyta. Jego przewodzenie tej wyprawie miałoby najwięcej sensu. A gdy mu nakażesz przyjąć tę odpowiedzialność, nie odmówi. Gwarantuję ci to. – Magiczna pieczęć po wewnętrznej stronie jej uda zapulsowała, jak to się czasem zdarzało, gdy intensywnie myślała o sercu jej serca. Z trudem powstrzymała odruch podrapania się po niej.

Emhyr spojrzał na nią z pewną zmęczoną dezaprobatą.

– Mogę się tylko domyślać, jak zdobyłaś jego poparcie i posłuszeństwo, ale żadna z nasuwających się na myśl opcji mi się nie podoba. – Ciri uśmiechnęła się tylko, słysząc te słowa.

– Wobec tego jeszcze nie wpadłeś na tę właściwą – rzuciła w odpowiedzi trochę butnie. Jeśli Emhyr się tego nie domyślił, znaczyło to tylko, że prawdy nie domyślił się do tej pory nikt. Było to spore osiągnięcie.

Postanowiła, że nie powie mu nic o magicznym rytuale, jaki połączył ją i Morvrana na dobre i na złe, póki Emhyr sam tego nie odgadnie. Znając jego dziwny umysł, przypominający mechanizm z wielką ilością kół zębatych i zapadek, było to tylko kwestią czasu.

Czarne, przenikliwe oczy cesarza przyglądały jej się długo, ale nie doszukały się na jej twarzy chyba niczego nowego.

– Nie będę publicznie rozgłaszał konieczności wysłania do Redanii zbrojnego oddziału, wzbudziłoby to powszechną panikę – zadecydował Emhyr. – Ale mogę pozwolić, żeby hrabia de Eddinbourgh usłyszał, jak rozmawiam na ten temat z generałem Voorhisem. Zaniesie on moją wiadomość do wszystkich nadstawionych par uszu.

– Wtedy pozostanie tylko uważnie obserwować, kto będzie próbował opuścić zamek w trakcie przyjęcia – odparła Ciri. Bale z okazji uroczystości religijnych miały tę niewątpliwą zaletę, że wymagały obecności wszystkich członków dworu, niezależnie od pozycji. Czyjaś nieobecność czy nagłe zniknięcie bez wątpienia rzucą się w oczy.

Emhyr wydawał się zadowolony z jej planu, a w każdym razie nie krytykował go nadmiernie, co oznaczało w sumie to samo. Wziął na siebie przygotowanie oddziału służb specjalnych z odpowiednio dobranych agentów i żołnierzy, którzy początkowo zostaną poinformowani, że mają rozkaz wyruszyć do Redanii, a dopiero później, kiedy będą mijać sąsiadujące z Geso Maecht, przekaże się im wiadomości o prawdziwym, tajnym celu podróży. Ciri zaoferowała, że użyje do tego swojej mocy, pewniejszej niż jakikolwiek cesarski goniec, co Emhyr przyjął z aprobatą podszytą lekkim zaskoczeniem. Starał się tego po sobie nie pokazać, ale w ciągu ostatnich miesięcy dobrze nauczyła się wypatrywać drobnych zmian na jego twarzy.

Do tej pory Cirilla protestowała za każdym razem, kiedy sugerował wykorzystanie jej zdolności ku chwale Imperium.

Być może, pomyślała Ciri, to właśnie dlatego, że on to zawsze sugerował, nie ona. A może chodziło jej o zwrot „ku chwale Imperium", który mógłby oznaczać wszystko, nawet mordowanie kobiet z dziećmi? Nie była pewna.

Niemniej dopiero kiedy wróciła do swoich komnat i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze, ujrzała to, na co szambelan i cesarz wcześniej spoglądali z pewnym zdziwieniem. Na szyi, wysoko ponad kołnierzem kaftana, pysznił się aż nazbyt wyraźny ślad po ugryzieniu.

Zaklęła cicho. To tyle, jeśli chodziło o zachowanie sypiania z Filippą w tajemnicy.

Wyniki magicznego eksperymentu Filippy Cirilla poznała dopiero następnego dnia, wcześniej nie mignął jej nawet cień czarodziejki, a drzwi do jej laboratorium i sąsiadujących komnat były zamknięte na głucho, zupełnie jakby ich mieszkanka zapadła się pod ziemię. Albo znajdowała się w magicznym transie, co brzmiało na dużo bardziej prawdopodobne.

Główna manufaktura produkująca mitraż znajdowała się rzeczywiście w Geso, w od dziesiątek lat opuszczonej ruinie zamku należącego kiedyś do wielkiego diuka prowincji, tuż przy Tir Tochair, jednym z bardziej majestatycznych i niedostępnych łańcuchów górskich Imperium Nilfgaardu, zasiedlonym od wieków przez gnomy. Było to jedno z miejsc tak opuszczonych i oddalonych od większych ludzkich osad, że nikomu nie przyszłoby do głowy rozpocząć poszukiwania akurat tam.

Filippa, gdy już wychynęła ze swoich komnat, żeby przekazać Ciri wieści, wyglądała na zmęczoną i bardzo osłabioną. Miała mocno podkrążone oczy, co dało się zauważyć nawet pomimo zawsze noszonej przez nią opaski, i słaniała się na nogach. Można było policzyć, niemal co do piędzi, ile ten rodzaj zaklinania wymagał od niej wysiłku. Cirilla podziękowała jej pomiędzy pełnymi entuzjazmu pocałunkami, po czym musiała złapać czarodziejkę, pod którą dosłownie ugięły się nogi.

Przygotowania do ataku na zamek ruszyły nagle przed siebie, w niespodziewanie gwałtownym tempie. Emhyr zgodnie ze swoim słowem dobrał w ciągu godziny najlepiej nadających się agentów wywiadu i żołnierzy sił specjalnych. Morvran bez namysłu zgodził się im przewodzić, a pakował się w takim pośpiechu, że niemal nie zdążył pożegnać się z Ciri. Cała sprawa była utrzymana w ścisłej tajemnicy, a więc już w kilka godzin po wyruszeniu oddziału cały dwór rozprawiał energicznie i – jak im się wydawało – całkiem dyskretnie o nowo pomyślanej akcji tłumienia powstań w Redanii. Sprawa była niezwykle podejrzana, jak szeptali między sobą arystokraci, ponieważ nikogo nie dobiegły świeże wieści o rebelii, w związku z czym cesarz musiał działać na podstawie informacji zebranych przez wywiad. A, jak tłumaczyli sobie nawzajem z ukontentowaniem hrabiowie i markizowie, to mogło oznaczać dosłownie wszystko.

Ciri uśmiechała się lekko sama do siebie, słysząc krążące po zamku plotki. Bardzo dobrze, myślała za każdym razem. Niech rozsiewają pogłoski. Niech próbują się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. Niech wymyślają zupełnie nowe historie, uzasadniające konieczność posłania generała Voorhisa na odległą Północ. Niech się udławią swoimi domysłami.

Dwa dni później dwórki z pełnym przekonaniem opowiadały sobie nawzajem, jak to zamek Roggeveen został przejęty przez siły redańskich buntowników, a posłane w stronę północnej granicy cesarskie chorągwie miały za zadanie odbić go za wszelką cenę, nie bacząc na koszta.

Filippę, jeśli to możliwe, bawiło to jeszcze bardziej. Zresztą trudno się dziwić, nastawienie nilfgaardzkiej arystokracji wobec czarodziejki można było określić tylko jako wrogość ponad podziałami. Pani Eilhart, mistrzyni magii pochodząca gdzieś spoza Imperium, z dalekiej Północy, jeszcze niedawno w służbie redańskiemu władcy, łączyła w sobie dwie budzące powszechną niechęć rzeczy: obce pochodzenie i władanie magią.

W ciągu tych kilku dni wytężonych przygotowań do zsynchronizowanej akcji, jednoczesnego przejęcia głównego laboratorium i wychwycenia wśród szlachty zdrajców z najsłabszymi nerwami, widywały się bardzo często. Przynajmniej po części dlatego, że miały wiele do przedyskutowania. Filippa zdawała się posiadać nieograniczoną wiedzę na temat tego, co mogą zastać w ruinach zamku, a Ciri notowała jej słowa bardzo pilnie, żeby później przekazać je Morvranowi i reszcie oddziału specjalnego. Rozmawiały też na temat dalszych prób identyfikacji pozostałych laboratoriów – czarodziejka na razie utknęła w miejscu, bo większość standardowych testów nie dała możliwych do zinterpretowania wyników. Ciri próbowała wyciągnąć z Filippy porady na temat tego, jak zachowywać się w czasie balu, żeby nie zdradzić za wcześnie, że ma do obwieszczenia coś ważnego, ale zazwyczaj czarodziejka uśmiechała się wieloznacznie i sugerowała, żeby nie przejmować się na zapas, albowiem coś na pewno odwróci uwagę zgromadzonych w stosownym momencie.

Dziewczyna miała co do tego swoje podejrzenia, ale wolała na razie zachować je dla siebie.

Widywały się tak często również ze względu na rozwijającą się wzajemną fascynację. Łączyło je cielesne, namacalne niemal pragnienie przebywania w swoim towarzystwie tak często, jak się tylko dało. Zazwyczaj wiązało się to z wymienianymi pospiesznie w ciągu dnia pocałunkami, gdzieś pomiędzy jedną fazą eksperymentu a drugą, i niespiesznym, celowo powolnym dotykiem wieczorami, kiedy mogły mieć ułudę prywatności.

Filippa w tych spokojnych chwilach, kiedy obie leżały wśród pościeli zdyszane i pełne satysfakcji, lubiła przesuwać dłonią po udzie Ciri, kreśląc palcami skomplikowane wzory po jego wewnętrznej stronie. Tuż obok śladu wypalonego głęboko w ciele przez corras corratum.

– Czuję od ciebie wibracje Mocy, tu, wokół tego miejsca – powiedziała czarodziejka z namysłem jednej z ich pierwszych wspólnych nocy, gładząc delikatną skórę pachwiny. – Odległe, ale wciąż obecne. Zupełnie, jakby…

Ciri, patrząc na twarz Filippy, zrozumiała, że jeśli nie dokończy tego zdania za nią, czarodziejka nie przestanie się nad tym zastanawiać. I kiedyś domyśli się prawdy. A na to było o wiele, wiele za wcześnie.

– Mam w tym miejscu tatuaż – odparła cicho, odruchowo spuszczając wzrok, jakby nie potrafiła teraz spojrzeć Filippie prosto w oczy. Niepotrzebny odruch. – Głupi, szczeniacki wybryk. A przy tym zrobiony, żeby upamiętnić kogoś, kogo kiedyś bardzo… bardzo ceniłam. – I była to nawet prawda.

Ze swojej strony Ciri odkryła, że nie ma nic przeciwko, kiedy czarodziejka jej rozkazuje, ale tylko w łóżku, bo poza nim niezmiernie ją to irytuje; że wprost uwielbia dostawać klapsy w tyłek i bardziej bolesny, gwałtowny seks. Ten jeden raz, kiedy czarodziejka założyła na siebie uprzęż z marmurowym dildem i zostawiła Ciri z uczuciem bycia przyjemnie wykorzystaną, nadal śnił jej się po nocach.

Starała się o tym nie myśleć w czasie rozmów z Emhyrem, a tym bardziej z jedną z wyższych kapłanek, z którymi musiała wynegocjować przebieg uroczystości. Święta związane z kultem Wielkiego Słońca okazały się zaskakująco sformalizowane, biorąc pod uwagę, że łączyły się z wystawnym przyjęciem dla całego dworu, a więc pijaństwem, tańcami i obżarstwem. Z niespodziewaną pomocą przyszła Ciri Ceghadhae, która wstawiła się za nią u Wielkiej Matki, przeoryszy wszystkich kapłanek w stolicy. Dziewczyna nie miała pojęcia, czym mogła sobie zasłużyć na tę pomoc, ale nie zamierzała protestować. Przedstawiono ją Pierwszej Kapłance jako jedną z „prawdziwych wyznawczyń", a jej życzenie zostało spełnione – z pewnym ociąganiem i powściągliwością.

W kilka dni przed balem Cirilla otworzyła portal do miejsca wyznaczonego na spotkanie oddziału Morvrana z cesarskim gońcem. Żołnierze zostali już po odjeździe poinformowani, żeby przed opuszczeniem Maecht wyczekiwać posłańca z dokładniejszymi informacjami na temat celu podróży. Ciri czekała na nich przez kilka godzin tuż przy granicy prowincji, na przystanku cesarskiej drogi, który musieli minąć prędzej czy później.

Jeśli generał Voorhis był zaskoczony jej pojawieniem się, nie okazał tego. Jego wodniste oczy nie wyrażały również żadnych emocji w czasie czytania rozkazów od Emhyra, spisanych eleganckim skryptem na zaledwie jednym zwoju pergaminu.

– Spodziewałeś się czegoś takiego – zauważyła Ciri, zastanawiając się, co to znaczy dla ich planów. Czy ktoś inny mógł się domyślić?

– Tylko dlatego, że to nie ty zwróciłaś się do mnie z rozkazem pokierowania wyprawą, Wasza Wysokość – odparł gładko, ale zupełnie bezbarwnie, głosem wypranym z uczuć. Ciri wzdrygnęła się na myśl, że miałaby kiedyś poślubić tego człowieka, zupełnie innego od Filippy, zawsze wściekłej, zawsze zdeterminowanej, zawsze tryumfującej, zawsze jakiejś. – A czułem dzięki twojemu… darowi, ile ta sprawa dla ciebie znaczy. Nie miałem przecież innego wyboru.

Ciri, niepewna, czy mówił o zaakceptowaniu funkcji zwierzchnika, czy o wglądzie w jej umysł, skinęła głową, po czym pożegnała się z nim krótko, formalnie, i zeszła z traktu, żeby móc wrócić do pałacu bez podążających za nią ciekawskich spojrzeń.