Cześć wszystkim! W końcu wracam z kolejnym rozdziałem. Za każdy komentarz dziękuję. Mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądacie i Wam się spodoba. Miłego czytania!


Nim Naruto zdążył zareagować, a najchętniej wyskoczyłby z krzaków i kopnął Orochimaru prosto w białą gębę, ktoś złapał go w pas i zakrył usta ręką.

W pierwszym ułamku sekundy pomyślał, że to mistrz Jiraiya zauważył go i wysłał klona, by powstrzymał go od interweniowania i był nawet trochę rozczarowany, że jednak nie udało mu się zaczaić, ale jedno spojrzenie w dół zweryfikowało te nadzieje.

Ręka, która ściskała go w pasie, była ukryta pod szerokim, czarnym rękawem z wielką, ozdobną, obramowaną na biało, czerwoną chmurą.

Miał zamiar ukąsić dłoń i krzyknąć, trudno, przeszkodzi w spotkaniu starych przyjaciół, Jiraiya będzie mu musiał wybaczyć.

I w ogóle co to ma być. Orochimaru, Akatsuki, w co się Jiraiya wpakował?

Nim zdążył wykonać swój plan, coś śliskiego dosłownie zatkało mu usta, na granicy zakrztuszenia. Tak skutecznie, że nie miał jak wydobyć dźwięku. Postanowił w tej sytuacji wyszarpnąć się, ale jego buty utknęły w czymś, a uścisk na brzuchu blokował jedną rękę, złapaną poniżej łokcia.

Naruto nie był Sasuke ani Kakashim-senseiem i nie umiał wykonywać pieczęci pojedynczą dłonią, ale jeśli nie będzie się wygłupiał z machaniem łokciem w tył, tylko sięgnie szybko po kunai, to może…

— Przestań kombinować, gnojku — usłyszał głęboki głos tuż przy swoim uchu. — Bo cię jeszcze ten napudrowany palant zabije. — A to ciekawe, Orochimaru i Akatsuki znaleźli się tu razem przypadkowo? Chyba, że mają w zwyczaju obrażać się nawzajem. To bardziej prawdopodobne. — I nie próbuj gryźć, bo zabiję cię ja.

Naruto, który taki właśnie miał zamiar, powstrzymał się i próbował dostrzec coś więcej z trzymającej go osoby. Zauważył tylko blond włosy.

Nie próbował go donikąd zabrać. Może lepiej go na razie posłuchać i zobaczyć, co w ogóle jest grane, zamiast wbiegać tam od razu. Tak radziłby Kakashi-sensei. Chrzanić Kakashiego-senseia.

Zaczął się szarpać, nie zważając na możliwy hałas. Lepiej, żeby Jiraiya wiedział, że jest tu razem z cholernym członkiem Akatsuki.


— Co cię tu przyniosło, Orochimaru? — spytał tymczasem Jiraiya.

— Wyobraź sobie, że podążałem za dawnym kolegą z pracy, a tu nagle spotykam ciebie — stwierdził Orochimaru. — To chyba ja powinienem zadawać to pytanie, co, stary druhu?

— Straciłeś prawo do nazywania mnie starym druhem, czekaj… Może wtedy, gdy odkryto twoje wynaturzone laboratorium? Albo gdy próbowałeś zniszczyć Konohę? Albo gdy zabiłeś naszego mistrza? Sam nie umiem zdecydować.

— A ty jesteś idiotą, który najwyraźniej uznał, że na spotkanie ze swoim drogim szpiegiem można zabrać dzieciaka i trzymać go w krzakach, żeby sobie słuchał.

Naruto, który słyszał piąte przez dziesiąte, przeżył szok życia, uznając, że najwyraźniej szpiegiem Jiraiyi jest Orochimaru.

Zdołał wyszarpnąć rękę ze swoich ust i tak odkrył, że tym, co w nich miał, jest wystający z dłoni język.

— Cooo?! — krzyknął, nie wiadomo, w reakcji na rewelacje dotyczące szpiega Jiraiyi czy na odkrycie, że przeżył długi francuski pocałunek z czyjąś ręką.

Są szczegóły z jego treningu, których nigdy nie zdradzi Sakurci. Jakby się nad tym zastanowić, to niewiele było nadających się do opowiedzenia.

Jiraiya westchnął głęboko z rezygnacją. Orochimaru wybrał ten moment na to by zaatakować. Z rękawa wyślizgnęło się kilka węży. Długie, suche, pobłyskujące ciała poszybowały w powietrzu. I zamarły. Długie ogony opadły na trawę. Rozwarte łby ruszały jedynie oczami, zawieszone ponad ziemią.

Po przyjrzeniu dało się zauważyć odchodzące od nich delikatne, oszczędne linie czakry.


— No i świetnie — mruknął przetrzymujący Naruto wróg. — Dzięki za zdradzenie nas, gnojku. Wchodzę do gry. Teraz radzisz sobie sam.

— Ej, to nie ja ci wsadzałem język do ust! — krzyknął Naruto. — Szlag!

W jednej chwili był wolny, obok niego przemknęła bezkształtna w płaszczu sylwestka, z powiewającymi za nią długimi włosami z kucykiem.

Naruto lekko się zarumnienił. Jakaś dziewczyna chciała być w Akatsuki?

A potem ocknął się i szybko ruszył za nią. Przepchnął się przez gęsty las, który skutecznie go ukrywał, nie kłopocząc się wskakiwaniem na gałęzie. Duża liczba drzew iglastych nie budziła w nim najmniejszego zaufania, a teraz tylko one osłaniały go od walki. Z Orochimaru. Z Akatsuki?

Czy przyszli tu go dorwać?

Dlaczego więc ta z Akatsuki nie złapała go i nie zabrała?

Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. I nie miał czasu na zastanowienie. Wyskoczył spomiędzy drzew już z gotowym klonem i formującym się Rasenganem. Pominął Akatsuki i skupił się na Orochimaru. Jeden oczywisty wróg. I nie zamierzał walczyć z dziewczyną.

— Naruto, uważaj, z lewej. — Dobiegł go głos Jiraiyi. Naruto zobaczył Kabuto w ostatniej chwili. Wyższy chłopak zdarł mu rękaw, nie trafił swoim skalpelem pod pachę. Naruto obrócił się napięcie i próbował wepchnąć Rasengan prosto w brzuch tego zdrajcy.

Kabuto złapał go za rękę.

— Przestań pchać w to czakrę, bo inaczej złamię ci rękę.

— Idź i umrzyj — odparł Naruto, czując, jak czakra Kyūbiego zaczyna powoli w nim buzować. Przestań, pomyślał rozpaczliwie, ale już było za późno. Rasengan stracił jednolitość i prędkość i rozpadł się.

Kabuto puścił go i cofnął się. Węże Orochimaru zatopiły kły w ramieniu, którym się błyskawicznie zasłonił.

Nic już z tego nie rozumiem, pomyślał Naruto.

Kabuto ostrożnie odciągnął ich głowy.

— Mistrzu Orochimaru — zaczął spokojnie. — Czy mogę liczyć na antidotum? — Orochimaru tylko na niego spojrzał. — Rozumiem. Proszę na mnie nie polegać przez najbliższe pięć minut.

Szybko odskoczył za Orochimaru. Naciął rany i przyłożył do nich rękę, pokrytą czymś w rodzaju wielkiego bąbla.

— Ero-sanninie. Co jest — spytał płasko Naruto i obejrzał się. Jiraiya wpatrywał się w dziewczynę z Akatsuki. — No, nie.

— Co taka piękna dama robi w takiej instytucji? — zagadnął jego mistrz.

— Ej, Ero-sanninie, ona jest jakaś dziwna! — krzyknął. — Wepchnęła mi język do ust.

— Powiadasz? — spytał Jiraiya. I podszedł bliżej.

— Trzymaj się ode mnie z daleka, facet — odparła głębokim głosem.

— Może moglibyśmy się lepiej poznać? — kontynuował niezrażony.

— Jiraiya, przecież to mężczyzna — zauważył Orochimaru, najwyraźniej lekko urażony, że o nim zapomniano. Albo po prostu zdumiony, że jego stary druh potrafi się tak pomylić.

— To co on mówi — powiedziała blondynka, wskazując go kciukiem.

— Och, w taki sposób mnie jeszcze nie odrzucano.

— Jiraiya, uwierz mi. Miałem już w życiu różne płci. Jesteś nowym partnerem mojego starego partnera? — spytał konwersacyjnym tonem, zwracając się do członka Akatsuki.

Naruto uznał, że ta rozmowa robi się tylko dziwniejsza.

— Tak — odezwał się nowy głos. Naruto obejrzał się, ale ze swojego miejsca jeszcze nikogo nie widział. Spojrzał znowu na blondyna z Akatsuki.

— Cześć, mistrzu Sasori. Wreszcie się pojawiłeś — krzyknął, machając ręką tak, że widać było wyraźnie usta na dłoni.

— Mówiłem! — krzyknął Naruto. — Mówiłem.

— Deidaro, ja się nigdy nie spóźniam — dało się słyszeć chropowate, nietypowo brzmiące dźwięki mowy.

Naruto zobaczył najpierw dziwny, żółwiowy kształt. A potem dostrzegł szczegóły fizjonomii absolutnie najbrzydszego faceta, jakiego widział w życiu.


Oto za nami pierwsze spotkanie naszych miśków. W tym rozdziale światło uwagi oświetla głównie Deidarę, ale nie umiałam się oprzeć. W następnym rozdziale więcej szorstkiego Sasoriego, którego tak uwielbiamy. Trochę się stresuję!