Zniknęłam na długo i przepraszam za to, ale wreszcie stworzyłam czwarty rozdział i prezentuję wszystkim do przeczytania!


– Co to jest?! – Krzyknął Naruto. – Au! – Poczuł ból z tyłu głowy i zerknął w bok. – Fuj! Nie dotykaj mnie tą obślinioną ręką!
– Chyba się starzeję albo dzieci naprawdę stają się coraz bardziej irytujące – stwierdził człowiek, którego status rodzajowy nie był jeszcze dla wszystkich całkiem jasny. – Albo jesteś nad wyraz dobrym mistrzem, mistrzu.
– Nie bądź bezczelny, gówniarzu.
– O to, to.
– I nie jestem stary. Ale czy nie marnujemy czasu, gdy mój mały zdrajca liże rany? Choć sztuka jest wieczna i utrwalona w śliskim kamieniu, blasku gwiazdy i stukocie wypolerowanego drewna, w tym gnoju nie ma nic z dzieła czystej formy. Proponuję go wysadzić.
– Robi się.
Tylko dwa liście ściągnięte jeszcze z krzaków, w których się ukrywali, zostały w powietrzu, gdy śliniące ręce ruszyły do ataku na Kabuto. Z miejsca, w którym stał, Naruto wiele nie widział. Tylko płaszcz powiewający na plecach. Uznał, że to jego szansa. Ruszył w stronę Orochimaru. Wyciągnął kunai. Pamiętał, jak tamten zablokował demona, pamiętał, że może to zrobić. Gdzieś z tyłu głowy zaczęła się formować myśl. Niebezpieczna i zdradziecka. Może czas pozwolić Kyūbiemu na trochę wolności. Płomień furii lizał dno jego świadomości. Naruto nie był jeszcze gotowy by z nim wygrać.
Nagle jego nogi zatrzymały się, a stopy oderwały od ziemi, jakby potknął się o kłodę. Tylko żadnej nie było. Nagle coś, nie dotykając go, pociągnęło go do nienaturalnego pionu.
– A, a! – Jęknął.
Był jak poprzybijany gwoźdźmi. Obrócił głowę, na szczęście ona się jeszcze nie zablokowała! i zauważył, że dziwny, pokraczny stwór wyciąga w jego stronę dłoń, z której wydobywa się delikatna, błękitna pajęczyna.
Nici czakry, pomyślał, przypominając sobie różne swoje koleżanki z Konohy, używające ich przy różnych okazjach. Pamiętał walkę Ino i Sakury, pamiętał porażkę Tenten. Czymkolwiek był, facet go unieruchomił.
Naruto oblał zimny pot. Obejrzał się na Jiraiyę, wzywającego żaby. Ziemia zadrżała od wybuchu. Jego ręka prawie wypadła z obręczy barkowej, gdy szarpnęła się, by ochronić jego oczy, wbrew jego woli, skupionej na pobudzeniu nóg do biegu.
Chmura gorącego pyłu wypełniła polanę.
Musiał uciec. Musiał uciec teraz, bo inaczej Akatsuki go porwie!