Hej, hej! Po takim czasie milczenia nie chciałam zostawiać Was z jednym, krótkim rozdziałem. Tutaj też chciałabym podziękować Anonimowi za zagrzewający do pisania komentarz. Mam nadzieję, że jeszcze tu zajrzysz.
Nie wierzył w to. Będzie musiał jakoś uciec, nie chciał umrzeć. Jeszcze niczego nie udowodnił. Przegapi wszystkie nowe rameny i już nigdy nie zje żadnego, za jakim tęskni. Sakura dalej uważała go za irytującego tylko kolegę. Nie został Hokage. Nie wiedział, jak wyglądało wyjmowanie z ciebie bestii, ale przecież na pewno nie była to ceremonia herbaty z ciasteczkami, zakończona śmiercią.
– Ej, czy można u was wybrać swoje ostatnie danie? – krzyknął.
– Poruszasz się jak pożerany przez ruchome piaski muł. Nie przeszkadzaj – powiedział szorstko.
– Najbrzydszy facet na świecie. Nic dziwnego, że nazywają cię starym! Wypuść mnie! Ugh! – Ledwo widoczne, błękitne linie szarpnęły nim ostro w lewo, siła zaczęła się od jego brzucha i pociągnęła nogi.
W miejscu, w którym stał, wylądowało kilka kłębiących się, suchych, szarych węży.
– Hm, dawno nie poruszałem niczego żywego – stwierdził z zamyśleniem.
– Naprawdę?! – wrzasnął Naruto. – Puść mnie natychmiast!
– Milczenie jest złotem, dzieciaku. Siedź wreszcie cicho, bo aż ziemia drży.
– Nie wiem, bo nie pełzam po ziemi. Au! – Uniósł się nagle w powietrze i pociągnięty do tyłu. – Nie mścij się na kimś, kto ci prawdę mówi!
– Patrz pod nogi – mruknął.
Ziemia w miejscu, w którym stał, zasyczała. Kłębowisko węży z furią kąsało się na trawie.
– Jak mnie puścisz, to sam będę mógł się bronić!
– Cicho, dzieciaku. Rozpraszasz.
Spod chustki na jego twarzy wysunął się zwój. Naruto nie chciał zbyt długo myśleć nad budową anatomiczną tego chyba-człowieka. Zwłaszcza znając jego partnera.
Zwój rozwinął się w powietrzu i wypadła z niego lalka. Naruto nie miał szczególnie dobrej pamięci, jeśli chodzi o rzeczy, które go bezpośrednio nie zajmowały. Shino nigdy nie pojawił się na horyzoncie zdarzeń, które był w stanie zapamiętać. A tym bardziej jego przeciwnik, kiedy nawet nie pojawił się na arenie.
Jego wspomnienia były związane z tymi momentami, podczas których w różnym stylu, ale jednak wygrywał. I to wygrywał ze złem wynikającym z ludziego cierpienia.
Dlatego pamiętał Hinatkę, Rocka Lee i wreszcie Gaarę, którego uważał właściwie za brata. Brata może dalszego od Sasuke, ale wciąż brata. Co nie zmienia faktu, że jego prawdziwego rodzeństwa nie przypominał sobie ni w ząb.
A już na pewno nie Kankurō. Dlatego nie skojarzył kukiełki z Sunagakure. Skojarzył ją z objazdowym teatrem kukiełkowym, wystawiającym przedstawienia dla dzieci. Teatrem z okutanymi w ciepłe płaszcze obcokrajowcami, wokół których pojawiało się zawsze kilku ANBU.
Kiedy przychodzili, nikt nie wpuszczał ich do domów. Nie byli zapraszani do teatrów. Stawali na ulicy wieczorem i zaczynali przedstawienie. Kiedyś, kiedy pewnej ciepłej jesieni przyszli do Konohy, Naruto akurat był na ulicy. Nie pamiętał, co robił wcześniej. Chyba krążył bez celu. Zauważył, jak ustawiają się za drewnianą sceną. Jak wyjmują delikatnie kukiełki. Przerażała go i fascynowała biała, porcelanowa maska lalki kobiecej, jakby opętany przedmiot pojawił się tuż przed jego oczami. Zza białych masek błyszczały oczy lalkarzy. Szare i brązowe płaszcze unosiły kurz z ziemi.
Pamiętał ciepło niepłonącego ognia pod sceną, rozświetlającą postacie na pomarańczowo. Historia dotyczyła wojownika, zwanego Skorpionem i kobiety-żaby, która rechotała, wyłaniając się zza wielkich liści.
– Żabo, żabo, przenieś mnie przez bagna – prosił ochrypłym głosem.
– Ach, Skorpionie, jeśli pozwolę ci się zbliżyć, z pewnością wstrzykniesz we mnie truciznę – powiedziała i zatańczyła za wielkimi liśćmi, jak za zasłoną z barwnych wachlarzy.
– Jaki miałbym cel w zatruciu cię? Sam nie przepłynę przez bagna.
– Skorpionie, ach, Skorpionie. Jestem pewna, że jeżeli uniosę cię i popłyniemy mym kochanym bagnem, zaraz mnie użądlisz.
– Żabo, żabo – mówił, kręcąc głową, a ciepło światła lizało jego gładkie, lakierowane policzki. – Jeśli cię użądlę, sam też utonę. Nie bądź głupia.
– Nie, Skorpionie, nie zgadam się. I nie nazywaj mnie głupią.
I schowała się, przycupnięta, za liśćmi. Lalkarze zamarli w pozach wielkiego napięcia.
Do tego momentu przed sceną siedziała grupka dzieci. Rodzice czujnie stali nieopodal, wpatrując się z taką uwagą, że raz w życiu nie zauważyli Naruto, który ze swojej strony całkiem dobrze się ukrył, przycupnąwszy w krzakach, dzięki czemu nie musiał uciekać i mógł wreszcie patrzeć, jak złodziej, na coś, co przekraczało życie.
Kobieta-żaba siedziała tam, aż inne dzieci zaczęły się nudzić. Rodzice opuszczali skrzyżowane wcześniej ręce i wzdychali z irytacją. W końcu jedno po drugim, dzieci zostały przywołane z ziemi i zabrane wśród pomruków niezadowolenia i pełnych konfuzji zerknięć na artystów, dalej zamrożonych bez ruchu. Na końcu odchodzili z lekkim popłochem. Zostali tylko oni, Naruto i ANBU przypatrujący im się z dachu. Atmosfera zaczynała przypominać tę przed bitwą. I w końcu Naruto zauważył drgnienie liścia. ANBU drgnął także, choć to chyba musiał być wiatr, skoro żaden z lalkarzy się nie poruszył.
Liść tym razem już wyraźnie zafalował. Upiorna głowa kobiety-żaby wysunęła się zza niego i usłyszał cichy chichot, jak brzęczenie dzwoneczka. A może to właśnie było brzmienie dzwoneczka. Nie był pewien.
Jej dłoń wysunęła się powoli zza liścia wraz z ruchem jednego z lalkarzy. Zaklęte przerażenie opuściło Naruto razem z tym pokrzepiająco ludzkim, wyjaśnialnym fizycznie ruchem kobiety-żaby.
Dłoń zachęcała go do podejścia. Odwrócił głowę, sprawdzając, ale nikogo za nim nie było. Przyłożył palec do swojej piersi.
Lalka powtórzyła ruch. Wydobył się zza krzaka, powoli podszedł do sceny i będąc dwa metry od niej, usiadł szybko na ziemi, bojąc się podejść bliżej, ale nie chcąc stchórzyć.
Kobieta-żaba wyszła zza liści.
– Przeniosę cię, Skorpionie.
Naruto wciągnął głęboko powietrze i zerknął na lalkarzy.
– Dziękuję, Żabo – powiedział i ukłonił się jej z szacunkiem. – Wiem, jak trudno zaufać mordercy.
Ogień przybrał kolor gorącej czerwieni.
Skorpion uniósł się i usiadł na karku kobiety-żaby. Dało się słyszeć plusk, gdy wchodzili do nieistniejącej wody. Gdy już tylko szyja i kark kobiety-żaby były widoczne zza sceny, nagle dało się słyszeć krótki krzyk.
– Czy to, co poczułam, było twoim żądłem? – spytała cicho.
– Przepraszam. Przykro mi, uwierz. Ale nie mogę panować nad swoją naturą.
I oboje utonęli.
Wyobraźnia uzupełniła luki w pamięci. Może wszystko to sobie wyobraził jego osamotniony, dziecięcy umysł. Jednak wspomnienie było tak jaskrawe w jego pamięci, że jego świadomość znieruchomiała w nim jednym i nim jednym się cieszyła, uderzona nagłą tęsknotą.
Poczuł delikatny wiatr na twarzy.
– Co to za cielę – spytał chropowato ten straszny brzydal.
– To mój tragarz – odparł Jiraiya.
– Ej! – To go obudziło.
– Wyglądasz jak skorpion – stwierdził, wskazując go palcem oskarżycielsko, żeby nie było wątpliwości, o kim tu mowa. A potem zorientował się, że znowu może się ruszać. – Hurra! Technika Cienistego Klona!
Chciał się rzucić na Orochimaru, ale go zwiało. Za to jeden z klonów dorwał w locie ramię Kabuto, dzięki czemu mógł je radośnie wykręcić i wepchnąć mu kunai w bok.
– Ten dzieciak… – stwierdził zamaskowany Akatsuki z zaskoczeniem.
– Ta, potrafi zaskakiwać – stwierdził Jiraiya.
– Och, czyli jest tak, jak myślałem. Nie jesteście tu po dzieciaka – stwierdził Orochimaru, wyłaniając się z dymu. – Ciekawie, Sasori, być takim zdrajcą.
– Cóż, jestem tu, by upolować pewnego zdrajcę, to na pewno – stwierdził Sasori chłodno. Za plecami Orochimaru wyłoniła się lalka, otwarta do połknięcia. Obrócił się szybko i wsunął w mechanizm kilka węży.
– Za długo się znamy. Jesteś tym członkiem Akatsuki, na którego mam najwięcej sposobów – mruknął.
Drobny pajączek na babim lecie przemknął mu tuż pod białą brodą. Bum! Odrzuciło Orochimaru do góry.
– Hm, to zobaczymy, jak poradzisz sobie ze mną – stwierdziły lepkie ręce i rzuciły się w sam środek kłębów, które same wzniosły.
– Ty też znalazłeś sobie niezłego – skomentował Jiraiya.
– Ma ten głupi entuzjazm – stwierdził Sasori takim tonem, jakby wzruszał ramionami. Nie oszukało to Jiraiyi.
– I co, ufasz mu jak widzę całkiem bezwarunkowo.
– Tyle jest warte jego życie w tej organizacji, co i moje. Równie dobrze możemy mówić otwarcie.
– Dość subtelności?
– Tak bym zakładał.
– No, to do boju!
Jiraiya nie chciał wzywać żab do tej walki, ale chyba musiał. Współpraca z Sasorim likwidowała pewien problem, status bycia żywym każdego innego partnera, z jakim dotąd pracował. Dlatego przyzwał Yubarito, swoją piękną i śmiertelnie niebezpieczną przyjaciółkę.
– Twoja skóra lśni jak rozświetlone głębie oceanu, moja droga.
– A twoje włosy błyszczą jak soczyste termity.
Sasori spojrzał na jego włosy bez entuzjazmu. Jiraiya pocieszył się, że on zawsze tak patrzył.
Wiedział, że są węże odporne na truciznę Yubarito. Ostatnim razem, kiedy o nich słyszał, nie dogadywały się zbyt dobrze z Orochimaru. Wypadało ją chyba ostrzec…
– Och, Orochimaru i jego węże. Jak cudownie – powiedziała słodkim głosem. – Mogę zostać zjedzona!
– Nie, nie – bronił się słabo Jiraiya. Ale wtedy ona wskoczyła w kurzawę.
Tymczasem pył i gryzący dym nie pomagały Naruto w walce. Kabuto już się wyleczył, był szybki, a jego skalpel odciął płat skóry z jego ramienia, co było uciążliwie bolesne, gdy sypał się na nie cały ten kurz i resztki materiałów wybuchowych.
Śliskie ręce krzyczały gdzieś, rozsadzając powietrze. Kabuto zdążył prawie wbić mu skalpel w ramię, gdy natarła na niego wielka, niebieska, oślizgła żaba i zmiotła na bok.
– Dlaczego ciągle ja – stwierdził ze sztucznym jękiem i zachwiał się na nogach, lekko zaskoczony, jakby mu się zrobiło nagle bardzo niedobrze.
– Cześć, mały! – powiedziała do Naruto i natarła znowu na Kabuto jak wściekła.
Już, gdy miał szukać Orochimaru, tuż obok niego prześlizgnęło się grube cielsko.
– Uważaj, Yubarito! – usłyszał krzyczącego Jiraiyę. Działał z błyskawicznością instynktu. Zabić!
Wąż był czerwony, z wielkimi, czarnymi pasami, jak odbiciem zaciśniętych palców. Ale nie palce na nim zacisnął Naruto, lecz odskoczył i wepchnął w niego klonem Rasengana.
Mięso rozbryznęło się na kilka metrów w każdą stronę. Klon przebił się na wylot.
– Co jest – stwierdził, oglądając swoje ręce, spojrzał za siebie na cielsko, ale nie widział niczego dalej niż za trupem węża i zniknął.
Naruto wycofał się o parę kroków i nagle spadł na coś twardego.
– Uważaj, bo upaćkasz mnie kawałkami wężowego mięsa – warknął mężczyzna, na którego plecach wylądował. – Lepiej ściągnij te spodnie.
– Cooo? Kolejny zboczeniec!
– Na litość, ten wąż był pewnie jadowity – odwarknął chropowato z irytacją. – Przyda nam się tu każda para rąk, inaczej bym cię nie oszczędzał.
– Wyczerpująca odpowiedź jak na kogoś, komu jest wszystko jedno – odparł zaczepnie Naruto do osoby, która pewnie chciała go zapakować w paczkę i doręczyć do kwatery głównej Akatsuki. Nagle zdał sobie z czegoś sprawę. – Zresztą dlaczego pozwoliłeś mi na siebie upaść?
– Jestem trochę zajęty – mruknął i tak, to była irytacja.
– Czyli też nic nie widzisz, tak jak ja.
– Widzę na tyle, że nie nadziałeś się na mój ogon.
Dobra, potwierdzone, ten koleś nie jest człowiekiem.
– A dlaczego?
– Bo jest nasączony trucizną – odparł i niech Naruto będzie przeklęty, ale brzmiał na zadowolonego z siebie.
– A okej. A masz jakieś spodnie? – spytał szybko.
