Wreszcie kończymy walkę. Pisanie jej było dla mnie naprawdę dobrą zabawą (mimo opóźnień).
Anonim, cieszę się bardzo, że Ci się podoba. Coraz bardziej lubię myślenie głosem Naruto.
OlaUnisz, staram się wrócić do częstszego dodawania nowych rozdziałów, ale sporo poza tym mam do pisania. Postaram się dodawać nowe rozdziały częściej.
Też życzę Tobie i wszystkim dużo zdrowia i dobrego humoru.
– A pomyśleć, że kiedyś pracowałem z poważnymi ludźmi – westchnął żywy koszmar dla oczu.
– Brzmisz normalnie jak menadżerka w restauracji – stwierdził Naruto, który spotkał w swoim życiu zaskakująco dużo wywyższających się palantów. – Och, jakbym zjadł teraz ramen!
– Już marzysz o ostatnim posiłku, dzieciaku?
– Nie no, z ręki Orochimaru nie zginę. Twojej zresztą też nie, sobie nie myśl.
– Żądlę boleśnie, gnojku.
– A teraz to już brzmisz jak zboczeniec.
– Miałem na myśli dosłownie! – zirytował się brzydal. – Zresztą zaraz trucizna przeżre się przez ten pomarańczowy dyzgust i ja Ci do niczego nie będę w tym potrzebny.
To powiedziawszy skupił się i przeszukał zawartość swojego pancerza. Szmata na jego ustach wybrzuszyła się i wysunął się spod niej zwój, który zatrzymał się dwadzieścia centymetrów od domniemywanego podbródka mężczyzny.
Wśród kłębów dymu wypadła z niego szczupła lalka, wyraźnie wyższa od Naruto, ubrana w brązowe spodnie i szeroki, piaskowy płaszcz płócienny. Zwój zwinął się szybko i wessał z powrotem do jego paszczęki.
– To najlepsze, co w tej chwili mam. Proponuję przeskoczyć w nie z użyciem tak uwielbianej przez was techniki zamieniania się miejscami z kłodą. Ja w tym czasie uprzejmie odwrócę się w zupełnie inną stronę, licząc na to, że się pomylisz i nie zdążę ci pomóc.
Naruto zrobił, jak mu kazano.
– Masz w oku miarę krawca – stwierdził, podwijając szybko nogawki i próbując jednocześnie opanować szerokie, długie rękawy.
– Wybacz, nie prowadzę domu mody. – Mężczyzna spojrzał na kłodę, spojrzał na Naruto i stwierdził. – Rodzinne podobieństwo.
Kurzawa powoli opadała. Widać już było, że blondyn z Akatsuki kołuje nad nimi na wielkim, białym ptaku.
Widać było trupy przyzwanych, gigantycznych węży. Wreszcie dostrzegli Orochimaru. Trzymał przewieszonego przez siebie Kabuto i chyba miał zamiar się wycofać, mówiąc przy tym jak najbardziej podstawowy czarny charakter:
– Do następnego razu!
Naruto już wiedział, skąd się brał tak niski poziom wśród złoczyńców w książkach Jiraiyi, do których oczywiście nigdy nie zajrzał, no, może raz. Po prostu inspirował się swoim kolegą ze szkoły. Ciekawe, zważywszy na to, że kobiety naprawdę nie przypominały babci Tsunade. Ale może to dlatego że ona by go za to szybciej skopała. A Orochimaru pewnie nie czytał beletrystyki.
W każdym razie Naruto nie miał zamiaru dać mu uciec.
– Tak ci dokopię, dziadu, że Sasuke wyplujesz!
– Tsk, tsk! Głupie dziecko – powiedział i rozpłynął się w powietrzu.
– Ach, tylko nie to! – załamał ręce Naruto i ruszył do ślepego biegu. Ktoś złapał go za rękę tak mocno, że się prawie przewrócił. – Puść mnie, ty czworonożny…
– Jaki znowu czworonożny – powiedział doskonale znany mu głos.
No, tak. Czas na spore kłopoty.
Jirayia pobiegłby za Orochimaru, gdyby nie oznaczało to zostawienia Naruto z dwójką członków Akatsuki.
Dobrze, że najwyraźniej nie mieli podręcznego albumu ze zdjęciami nosicieli wszystkich bestii. To mu przypomniało…
– Przepraszam panów na chwilę. – Złapał pod pachę tego nieprawdopodobnego gnojka i mignął nad daleki brzeg pobliskiego jeziora, śliskiej glinianki, w której Naruto łowił rękami ryby.
– Nie wiem, po co ci to było, ale teraz mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Skoro już się wtrąciłeś, to musisz wiedzieć, że nic ci nie powiem o tej sytuacji poza tym, że to nie są przyjaciele. Ten młody to nie jest Setotaishō*, tylko piroman, a jego kolega to…
– …Skorpion z bajki, rozumiem.
Jak na faceta, który nie zamierzał mu nic powiedzieć, ero-sannin coś dużo mówił i Naruto nie zamierzał mu przerywać, owszem, chciał się dowiedzieć o dwóch Akatsuki jak najwięcej, skoro pewnie i tak będzie zaraz z nimi walczył. Natomiast nie chciał być traktowany jak kompletny idiota, do którego mistrz mówi zagadkami, żeby on potem myślał nad nimi w samotni przez następne sześć lat. Jiraiya wszystko to widział, więc przeszedł do rzeczy.
– Dlatego musimy używać twojej zapasowej tożsamości.
Zapasowa tożsamość to coś, co opracowali wspólnie już na początku podróży. W niektórych wioskach Naruto żył pod pseudonimem, by się do niego przyzwyczaić. Jiraiya pozwolił mu wybrać imię, tak, by łatwiej się z nim oswoił i by miał trochę ubawu z tej tragicznej konieczności.
Naruto odmawiał życia pod pseudonimem przez cały czas trwania ich podróży. „Lubię moje imię", mówił po prostu, bo wierzył, że dał mu je kiedyś ktoś, kto go być może kochał, a Jiraiya nie miał serca mu go odbierać. Zresztą było to imię z jego książek i w jakiś abstrakcyjny sposób łączyło ich ze sobą, poza oczywistym faktem, że jedno było źródłem drugiego. Dzięki niemu czuł się, choć był samotny, jak prawdziwy dziadek, jakkolwiek kiczowato by to nie brzmiało. Gdy byli sami lub pod osłoną genjutsu, mówił do Naruto po imieniu.
W kolejnych wioskach zmieniali jego tożsamość jak rękawiczki z koźlej skórki. Ale jedno imię wybrał sobie na specjalną okazję i się z nim naprawdę oswoił.
Znaczyło to, że instynktownie na nie reagował. Nie był i nigdy nie będzie mistrzem w tworzeniu iluzji, dlatego kark naprawdę musiał mu się spinać na dźwięk tego imienia. Naruto musiał mieć tę reakcję głębokiego, podświadomego rozpoznania. Gdy pozwolił mu wybrać, chłopak położył palec na brodzie, popukał się w usta i powiedział:
– Wiem!
– Tak? – Jiraiya odkrył, że sam jest zainteresowany, co też takiego wymyślił jego bystry uczeń.
– Sugoi**!
Jiraiya walnął się ręką w czoło.
– To głupie – powiedział, krzyżując ręce na piersi.
– Co? Dlaczego! – jęczał Naruto.
– Będziesz na to reagował, naprawdę? Sugoi? Kto by tak nazwał dziecko? – Od razu zauważył, że gdy użył tego słowa, Naruto nie miał żadnej reakcji. – To jest dla ciebie zwykłe słowo – powiedział wtedy. – Nie masz z nim związanych jakichkolwiek emocji.
Naruto spojrzał na swoje ręce.
– No, rzeczywiście – powiedział cokolwiek smutno.
Jiraiya westchnął i położył mu rękę na włosach, a potem je trochę zmierzwił dla zasady.
– Daj spokój, nie chodzi o to, że nie jesteś wspaniałą osobą, Naruto, tylko o to, że nic do tego słowa nie czujesz. To dobrze o tobie świadczy. Inaczej byłbyś próżnym matołem.
– A tak jestem tylko matołem.
– Tego nie powiedziałem.
– Dobra, dobra. Daj mi trochę czasu i wymyślę – powiedział, naburmuszony.
Szli niespełna pół godziny, gdy przystanął, co Jiraiya uznał za zabawny dramatyzm i powiedział, zamyślony:
– Chyba mam.
– Czyli jak chcesz się nazywać?
– Chcę się nazywać Haku – powiedział miękko.
– Dlaczego?
– Pasuje. – Śnieg pasowałby bardziej do niego niż złotowłosego Naruto o ciepłej karnacji. – Poza tym, jeśli kiedyś Sasuke je usłyszy, to będzie mnie szukał.
– Mogę spytać dlaczego?
– To taki chłopak, którego kiedyś pokonaliśmy.
– Przeciwnik z przeszłości? To trochę mało – stwierdził Jirayia. A potem się zamyślił. Czy on nazwałby się Hanzo tylko po to, by zwabić dokądś Orochimaru? Więcej niż prawdopodobne. Czy chce mieć na głowie drugiego smarkacza, biegającego za Itachim z Chidori? Czemu nie. Ale to jeszcze nie przesądzało sprawy.
Gdy zatrzymali się wreszcie w pensjonacie, Naruto, chyba z podświadomego głodu, zagapił się na pływające w akwarium rybki.
– Hej, Haku – powiedział Jirayia szybko. Reakcja była natychmiastowa. Ramiona Naruto uniosły się lekko, a jego oczy od razu skierowały na jego świątobliwego mistrza. Jirayia uśmiechnął się. – Chodź, zgarniemy klucze i pójdziemy szybko coś zjeść.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie. Możliwe, że ci dwaj zażądają ode mnie twojej śmierci – powiedział wiele miesięcy później, stojąc z Naruto nad brzegiem jeziora.
– Ale…
– Za dużo widziałeś. Jeśli do tego dojdzie, musisz się zgodzić na coś dość nieprzyjemnego, ale to może być nasza jedyna opcja poza otwartą walką o twoje życie. Zresztą, coś czuję, że to ci się może spodobać, znając twoje beznadziejne wścibstwo…
– Przepraszam, panowie. Mały nagana była potrzebna.
– Wprost nienawidzę czekać – stwierdził ten na czterech łapach. – Proponuję przerobienie twojego tragarza na najbliższy posiłek. Wtedy zaoszczędzimy też trochę grosza.
– Nie moja wina, że niektórzy tutaj potrzebują wygodnego posłania i smacznego posiłku. Noce robią się zimne. – odburknął ten, którego Naruto już w myślach ochrzcił jako Ręce, Które Mogą Lizać.
– A Ty masz cztery gęby do wykarmienia. Dla kogoś, kto przez pół życia smażył się na skale wszystko jest zimne – zauważył chłodno ten na czterech łapach.
– Cios poniżej pasa, mistrzu. Nie wybieramy miejsca urodzenia.
– W każdym razie chłopiec niech się szykuje – powiedział ze zniecierpliwieniem starszy z mężczyzn. – Spokojnie, twoja śmierć będzie długa i bolesna.
– E… – zaczął Naruto.
– Właściwie to wolałbym nie tracić dzieciaka – powiedział Jiraiya. – Jak widzieliście całkiem przydaje się w kłopocie.
– To bardzo jestem ciekaw, co proponujesz, bo ja go tak w świat nie puszczę – burknął brzydki typ.
– Może małe pieczętowanie? W końcu to twoja specjalność.
– I dasz mi chłopaka do rąk własnych?
– Bez przesady.
– Nie mam ochoty, by ktoś taki jak ty, Jiraiya, patrzył mi na ręce, choćbym miał pieczętować przy tobie muchę.
– Nie chcę zostać zapieczętowany jak mucha – powiedział Naruto cokolwiek zaniepokojony.
– Moje pieczęcie są bez skazy – żachnął się mężczyzna z Akatsuki.
– Nie chcę też żadnego dziwnego dotykania, dobrze? Chyba tyle mogę sobie życzyć.
– Nie będę cię dotykać w nic poza lewym bokiem twojej głowy, głupie dziecko.
– Nie jestem dzieckiem, nie jestem głupi i lubię swoją głowę taką, jaka jest.
– Dość, Haku – wtrącił ostro Jiraiya.
– Zostawcie nas – powiedział chłodno mężczyzna zwany mistrzem. Jego uczeń i Jiraiya spełnili polecenie. – W jakim kształcie chciałbyś mieć tatuaż? – zapytał jedwabistym tonem i zbliżył się z szybkością, jakiej Naruto się po nim nie spodziewał.
– Co?! Nie. Nie chcę mieć żadnego. Wykluczone! – Odsunął się nerwowo. Tak nerwowo, że potknął się o kamień i upadł.
Tamten natychmiast pojawił się za nim i przytrzymał zimnymi, twardymi rękami lub jakimś narzędziem obie strony jego głowy.
– Nie zdradzisz niczego, czego się dowiesz o mnie i o moim partnerze. Nie zdradzisz Sasoriego Czerwonego Piasku i Deidary, który wierzy, że sztuka jest eksplozją, choć to absolutnie idiotyczne. Zrozumiane?
Naruto nie odpowiedział, bo stracił przytomność.
*wojownik składający się ze zużytych wyrobów ceramicznych (za wikipedią).
**dosłownie „wspaniały".
