Anonimie, dokładnie, Sasori jest szpiegiem Jiraiyi.
Postaram się dodawać rozdziały co piątek.
Naruto ocknął się od dźwięku szmaty uderzającej w skrzący się płomień. Zobaczył, jak Sasori wali w niego ponad metrowym kawałkiem materiału z dziwnie dużej odległości i z powrotem wbił sobie do głowy, że teraz jest przecież Haku. Sasori, pomimo dźwięków wydawanych przez gruby, falujący materiał, usłyszał szelest śpiwora i spojrzał na niego oczami zwężającymi się w szczeliny.
– Może pomogę – powiedział teatralnym szeptem Haku, szczerząc zęby spod śpiwora.
– Najlepiej zrobisz, jak nie będziesz przeszkadzał – mruknął swoim niskim, nieco wyduszonym, nieco przytłumionym głosem.
Usiadł, wciąż trzymając wyprostowane nogi w śpiworze i oparł się rękoma za plecami. Przekręcił głowę w bok, żeby znowu spojrzeć na Sasoriego.
– Czy to jest twoje prawdziwe ciało? – spytał nagle.
– Za podobne pytania zwykłem ludzi zabijać – powiedział Sasori.
– Czyli tak…? Albo nie. Z twoją mimiką nie idzie się dowiedzieć.
– Gdybyś poznał odpowiedź na to pytanie, naprawdę musiałbym cię zabić – stwierdził, zdzierając coś, co wyglądało jak gruby, ciemnozielony płaszcz, z dogorywających płomieni.
W to miejsce wskoczyły natychmiast trzy klony cieniste, ubrane w pomarańczowe kombinezony. Sasori miał cichą nadzieję, że zniszczył ostatniego przedstawiciela tego gatunku.
Uniosły chmurę popiołu i pyłu, od której zaraz Jiraiya poruszył się i zaczął kaszleć. Deidara spokojnie przeciągnął się, ziewając trzema ustami.
– Mógłby się zasłaniać – stwierdził Haku bardzo cicho, mrużąc oczy. Sasori zerknął na niego z cieniem rozbawienia.
– Tak jak ty mógłbyś zasłaniać swój gust do ubrań – odparł spokojnie Deidara. – A poza tym nie lubię pocałunków z własną ręką.
– Blee – skomentował Haku, po czym wyślizgnął się ze swojego śpiwora i zaczął go powoli zwijać, stojąć gołymi stopami na suchej ziemi i rzadkiej trawie. Nad ich głowami był prześwit wśród drzew i słońce łatwo ten punkt wysuszało.
Sasori trzymał się konsekwentnie w cieniu koron. Haku zasypał ognisko skrupulatnie ziemią.
– Udajemy się na zachód – zwrócił się Sasori do Jiraiyi, gdy tamten już przetarł oczy. – Oddać ci teraz zwój? – Wyciągnął rękę i krawędź czerwonego papieru wysunęła się spod rękawa.
– Idziemy w tym samym kierunku – odparł Jiraiya. – Mogę wczytać się w niego po drodze?
Haku drgnął, zaskoczony. Myślał, że Ero-sannin spróbuje pozbyć się towarzystwa Akatsuki jak tylko nadarzy się okazja i będzie mógł to zrobić bez wzbudzania podejrzeń.
Uch, najwidoczniej do kosza z logiką. Sasoriemu też najwyraźniej było to nie w smak, bo powiedział:
– Wszystko jest tam jasno napisane.
– Czasami niektóre rzeczy nie są dla mnie oczywiste – wyjaśnił Jiraiya ze skruchą. – I muszę poprosić o komentarz.
Sasori spojrzał na niego swoim nieruchomym wzrokiem, nie wierząc ani jednemu słowu padającemu z jego ust, jak zresztą zwykle. Z drugiej strony może jego ewentualne dopowiedzenia przydadzą się w zniszczeniu tej przeklętej organizacji. A on przetrwa i będzie żył dalej, ukryty w kolejnych produktach swojego geniuszu.
– Czyli za Konohę zabierzecie się prawie na samym końcu? – spytał, gdy już zwinęli obozowisko i skakali po kolejnych drzewach, on rozkładając zwój przed sobą.
Haku patrzył na to z podziwem, bo naprawdę on w analogicznej sytuacji rąbnąłby głową o gałąź, nie ma innej opcji.
– Po porażce Itachiego i Kisame lider planuje wybrać się tam osobiście – odparł Sasori.
– Możesz coś więcej o nim powiedzieć? – spytał Jiraiya, odrywając oczy od zwoju.
– On zwerbował ze mną Orochimaru – odparł, zirytowany. – Nie dasz mu rady, Jiraiya i Trzeci Hokage też nie da.
– A dlaczego to? – spytał Jiraiya, ale nie brzmiał, jakby był pod wrażeniem. Podobne stwierdzenia słyszał już w życiu wielokrotnie.
– Ma Rinnegana – odparł Sasori, czekając, jakie wrażenie jego słowa wywrą na Jiraiyi. A on zaśmiał się donośnie pełną piersią. Sasori spojrzał na niego, zdumiony i nawet Deidara, biegnący z przodu, obrócił głowę.
– Czyli już wiem, co przez te wszystkie lata porabia mój uczeń!
– Słucham?! – krzyknęli Deidara i Sasori unisono.
– Co tu się w ogóle dzieje? Co to za Rinnegan? Miałeś przede mną ucznia, Rinnegana? – krzyknął Haku, który słyszał z tyłu trzy po trzy. Najpierw chciał podsłuchiwać rozmowę w milczeniu, ale zrobiło się za dużo zagadek i przestraszył się, że wszystkie mu uciekną, nim wreszcie pozbędą się Akatsuki, czyli nie wiadomo kiedy.
– Właśnie, Jiraiya. Masz tu sporo do wyjaśnienia. – Poparł go Sasori nieoczekiwanie. No, nie tak znowu bardzo nieoczekiwanie, ale Haku i tak był wdzięczny.
– Stare dzieje, stare dzieje – zaśmiał się, machając w górę i w dół rękami przed sobą w geście umniejszającym doniosłą wagę jego słów.
– Mów, Jiraiya i nie denerwuj mnie. Przez niego i tę papierową wampirzycę nie mogę się wydostać z tego bagna.
– Mistrzu, chciałeś chyba powiedzieć ognistego kręgu – wtrącił Deidara.
– O co chodzi z ognistym kręgiem? – zapytał szybko zdesperowany Haku, bo sens rozmowy uciekał mu coraz gwałtowniej.
– To taki żart – zaczął wyjaśniać Deidara.
– Którego nie doceniam – powiedział Sasori, uparcie wpatrując się w Jiraiyę. – Skąd znasz lidera.
– Papierowa wampirzyca, powiedziałeś. Czy jest z nimi ktoś trzeci? Rudowłosy?
– On jest rudowłosy.
Jiraiya momentalnie sposępniał.
– I ma Rinnegana?
– Tak i tak, nienawidzę się powtarzać.
– A więc Yahiko nie żyje… Hm.
– Jaki znowu Yahiko? - Zirytowali się jednocześnie Haku i Sasori i spojrzeli po sobie.
Jiraiya zamyślił się. Gdy już myśleli, że nic od niego nie wyciągną, zaczął.
– Blisko dwadzieścia lat temu brałem udział w wojnie na froncie w Amegakure. Spotkałem tam trójkę sierot. Jedno z nich miało Rinnegana. Moi towarzysze chcieli się ich pozbyć, ale ja zaopiekowałem się nimi, niestety na krótko. Od dawna zastanawiałem się, co porabiają. Najwidoczniej moi towarzysze mieli rację, a ja się myliłem.
Deidara drgnął.
– Żeby być uczciwym, to oni od zawsze mówią, że walczą w imię pokoju na świecie.
– Porywając ludzi z bestiami? – Nie wytrzymał Haku i skrzyżował ręce na piersi, przez co zaraz się poślizgnął. – To nie brzmi jak pokojowe dla mnie.
– Widzę, że mówisz swojemu tragarzowi o różnych sprawach – zauważył jadowicie Sasori.
– Przyszli w zeszłym roku po mojego kolegę! – warknął.
Jiraiya pozornie go ignorował i zachowywał zrelaksowaną twarz.
– Nazywasz nosiciela swoim kolegą? To raczej rzadkie w twoim kraju.
– W twoim też – odburknął Haku. – Jesteś z Suny, prawda? Stąd twoje imię, Skorpion. Wszyscy tam nienawidzicie swojego Jinchūrikiego!
– Widzę, że nie doceniłem twojej bystrości. Ale twój mistrz karmi cię ochłapami. Nic nie wiesz o nowym Kazekage?
– A co mam wiedzieć? – spytał podejrzliwie.
– A więc Piątym Kazekage został nosiciel Shukaku.
– Nie wierzę – wymamrotał. Sasori uśmiechnął się kącikiem ust szyderczo. A jednak był taki sam jak wszyscy. – Zdążył to zrobić przede mną! – Sasori utkwił w nim wzrok z zaskoczeniem. – Ja tu się męczę, trenuję z Ero-sanninem, choć mógłbym teraz jeść ramen z Sakurcią, moje życie nie ma sensu, muszę kupić mu naprawdę duże kwiaty, tylko jakie?
– Twój uczeń chyba się zapsuł – powiedział Sasori szeptem właściwym dla osób dyskutujących przy kimś obłożnie chorym.
– Ero-sanninie, musimy później koniecznie iść do Suny – stwierdził Haku, uderzając pięścią w otwartą dłoń.
– Jak nam będzie po drodze…
– Czyli nigdy – powiedział Haku, pokazując mu język.
W Jiraiyi już i tak się gotowało.
– Jesteś mi w stanie powiedzieć o liderze coś więcej? – spytał Sasoriego.
– Miałem cię spytać o to samo. Wiem, że używa dziwnej techniki. Potrafi wytworzyć rozszerzającą się energię, która wszystko od niego odpycha.
– Ja wiem tyle, że najprawdopodobniej ożywia zwłoki, ponieważ teraz porusza się w ciele swojego dawnego przyjaciela.
– To niewiele – stwierdził sucho Sasori.
– W Kraju Rzek zamierzam dowiedzieć się więcej.
Wydaje się zaskakujące, że największa biblioteka Kraju Rzek znajdowała się na wyspie otoczonej mokradłami i laskami olszynowymi. Im bardziej zagłębiali się w teren, tym mniej było bujnej, sięgającej po kolana roślinności, a tym więcej nitek wodnych, jakby puszczonych rowem, przez które trzeba się było po kłodzie przekradać. Drzewa nie miały tu mocnych, długich gałęzi, więc zmuszeni byli skakać od zgięcia drzewnego do zgięcia, z wyjątkiem Deidary, który leciał górą. Zaproponował im przejażdżkę, ale nikt jakoś nie chciał wsiadać na wielkiego ptaka, który mógł w każdej chwili wybuchnąć. W końcu jednak Haku czuł się zmuszony to rozważyć. Spod kęp traw zaczęło wychylać się ciemnobrązowe, gęste błoto, które z bulgotaniem wpływało mu do butów tak, że ślizgał się wewnątrz sandałów. Sasori wyglądał na tak wściekłego, jak Haku się czuł. Co jakiś czas oglądał uważnie swoje stopy, ruszając nimi. W końcu dotarli do bajora. Wyrastające spomiędzy wody, wyginały się i pochylały drzewa osadzone na rzadkich kępach.
Jeśli ktoś chciałby tutejszą ludność zaskoczyć, przepadłby w nocy lub został zauważony w dzień. Haku trudno było dobrać odpowiednią ilość czakry, by z łatwością iść po wodzie połączonej z gęstym mułem, dlatego wymyślił sobie inny sposób. Przeskakiwał mianowicie z jednej kępy na drugą. Inaczej tonął z każdym krokiem i musiał wyciągać dodatkowo nogę, by wydostać się na powierzchnię.
– Jest to trochę przerażające, nie powiem, że nie – powiedział, gdy po raz któryś zapadł się po kolana.
– Nie wykonuj gwałtownych, zbędnych ruchów, bo wtedy szybciej utoniesz – ostrzegał Sasori.
– Dobra, dobra – mruknął, kopiąc z irytacją błotnistą powierzchnię z bezpiecznej kępy, którą obejmował rękami. – Tylko które ruchy są zbędne?
– I nie chlap! – Zirytował się Sasori, oglądając brązowy płaszcz, którym się okrył na czas wspólnej podróży.
– Sam ochlapujesz sobie rzeczy, jak my wszyscy – wymamrotał Haku, patrząc w powierzchnię wody. Widział tylko cień swojego odbicia. – Kiedy nareszcie będziemy na miejscu?
Nie spodziewając się odpowiedzi od Jiraiyi, który znacząco ich wyprzedził, zebrał się i skoczył na kolejną kępę. Nagle prawa stopa mu się ześlizgnęła, zgiął lewą nogę w kolanie, oparł się o nią rękami i zamiast się dźwignąć do góry, zjechał do wody, lądując w niej na wysokości piersi. Wyciągnął rękę, by się nią podeprzeć i w ten sposób wydostać z wody, jednak ona nie utrzymała jego ciężaru i z chlupotem zapadł się jeszcze niżej. Nagle poczuł, jak ktoś łapie go pod ramiona, wyciąga powoli jak luźny ciężar i wysadza spokojnie na kępę.
– Uch, dzięki, sensei – powiedział, dziwiąc się samemu sobie, że tak Jiraiyę nazwał. Obrócił się i zobaczył twarz Sasoriego z bliska. Ten człowiek chyba robił sobie make-up.
– Hm, ciekawe… – powiedział, patrząc mu w oczy.
– Co jest takiego ciekawego? – Haku podejrzewał, że będzie chciał z niego zakpić.
– Wygląda na to, że stopniowo zwalczasz moją pieczęć – zauważył, przypatrując się mu uważniej.
– Coś z tym zrobisz, hehe? – zaśmiał się nerwowo. Pewnie będzie chciał na nim położyć coś mocniejszego. Może powinien zacząć się zastanawiać nad tym, jaki chce mieć tatuaż.
– Jeszcze nie wiem – odparł cicho.
– Co tu się dzieje? – spytał Jiraiya, lądując nagle na sąsiedniej kępie. – Chodźcie.
– Twój uczeń ma problem z chodzeniem po wodzie – powiedział szybko Sasori.
– Ej!
– Tak jest – dodał stanowczo. – Myślę, że trzeba go wsadzić na ptaka Deidary. Och, darujcie sobie, wiecie, co mam na myśli – dodał, widząc ich głupie miny i naprawdę imponująco przewrócił oczami. A potem wyjął z kieszeni płaszcza małą, glinianą sówkę, przyłożył ją do ust i cicho zahukał.
W chwilę później Deidara sfrunął do nich z trzepotem skrzydeł. Wiatr omiótł ich twarze i załopotał ubraniami. Sasori złapał na wszelki wypadek Haku za przód bluzy.
– Deidara! Podrzucisz go na miejsce? – zerknął na Haku i gdy ten już, już otwierał usta, by coś powiedzieć, rzucił nim w Deidarę.
– Aaaaa! – krzyknął. – Nie chcę latać, nie chcę.
– Spokojnie – Deidara usadowił go przed sobą. – Będziemy lecieć razem.
– W takim razie ja też poproszę o podwiezienie – stwierdził wesoło Jiraiya.
– Jak tam sobie chcecie – stwierdził Sasori. – Ale lepiej na mnie poczekajcie.
– Aj, mistrzu, nie dasz się chociaż raz przewieźć? Ty nie lubisz czekania, to my mamy czekać?
– Nie lubię też spadania – odparł kąśliwie.
– Och, daj spokój, mistrzu – przecież to było raz!
Haku był zachwycony i przerażony jednocześnie. Wiatr owiewał mu twarz, a w żołądku czuł nieznośną prawie lekkość, jakby zatrzymał się w podskoku. Przyglądał się czubkom drzew, które przemykały pod nimi, podobne do zielonej rzęsy jeziornej.
Gdy wylądowali przy bibliotece, cieszył się, że spróbował. Uznał to za wielki dowód odwagi ze swojej strony i postanowił zupełnie zapomnieć, że został do tego przymuszony, gdy będzie opowiadał swoje przygody Sakurci.
Biblioteka była niezwykła, zbudowana z kamienia białego i wyglądającego jak pleśń miału kamiennego z Kraju Wody. U dołu obrastały ją mchy, gromadzące się na płycie i w żłobieniach między nimi. Wielki budynek otaczały leszczyny. Przy wejściu rosły czerwone, rzadko pokryte liśćmi krzewy. Jiraiya zapukał do drzwi z ciemnego drewna.
Z wody wyłonił się sum wielkości małego hipopotama i zapytał:
– Kto zacz?
Haku się zagapił, a jedna z rąk Deidary zaczęła intensywnie żuć.
– Jiraiya ze znajomymi. Powiedz starszemu bibliotekarzowi. Powinien mnie pamiętać.
Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
Weszli do środka. Z wysokiego sufitu spływały girlandy roślin, zwieszających się z prawie niewidocznych żyłek i koszy z ziemią wraz z korzeniami. Przez duże, drewniane drzwi, przypominające kształtem bramę z wygrawerowanymi na nich rybimi kształtami, weszli do gigantycznego pomieszczenia z półkami pełnymi ułożonych na sobie zwojów, zabezpieczonych zielonym papierem przed wilgocią i robakami.
Jiraiya i Sasori od razu ruszyli do pierwszych dwóch rzędów. Starszy Akatsuki sunął po półkach palcem, co wydawało dziwny dźwięk, coś między pukaniem a skrobaniem.
– Czego właściwie szukamy? – spytał Haku, drapiąc się po głowie.
– Czegoś o Rinneganie – odpowiedział Deidara takim tonem, jakby sam do końca nie wiedział. Teraz widać było, że Jiraiya i Sasori muszą długo ze sobą pracować, bo rozumieli się bez słów w zaskakująco dużym stopniu. Z drugiej strony on też dość dobrze dogadywał się z mistrzem.
– Może ja pomogę? – zapytał miękki, głęboki głos zza pleców blondwłosego Akatsuki.
Deidara akurat utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, więc Haku zobaczył błysk przerażenia w jego oczach.
Przeniósł wzrok na tę dziwną bibliotekarkę. Miała papierowy kwiat we włosach. Coś mu się z tym kojarzyło, ktoś coś dzisiaj mówił, ale co dokładnie?
W tym czasie Sasori puknął w odpowiednią półkę i ruchem ręki przywołał Jiraiyę spomiędzy zwojów. Ten przeszedł przez najbliższy prześwit. Mężczyzna wskazał mu palcem odpowiedni przedmiot. Tylko ten, kto miał założoną kartę, mógł zdjąć go z półki. Tymczasem zwój, raz wzięty, rozsypał się w jego dłoniach w plik kartek. Pomimo niewielkiego tylko przeciągu skrawki papieru uniosły się w górę i odleciały w stronę wejścia, gdy tymczasem powinno być odwrotnie.
Konan, pomyślał Jiraiya. A wyszeptał krótkie:
– Naruto!
I tym samym koniec spokojnych rozdziałów.
