Bartemiusz Crouch Junior przemierza korytarze w swoim, zdawałoby się, idealnym przebraniu. Eliksir wielosookowy działa dokładnie tak jak powinien i dzięki niemu udaje mu się zwieść samego Albusa Dumbledore'a, choć gra przecież jednego z jego dobrych przyjaciół – Alastora Moody'ego. Najwyraźniej nie znają się aż tak dobrze, by dyrektor wychwycił różnicę.
Jest jednak ktoś w Hogwarcie, kto spędza mu sen z powiek i sprawia, że staje się nierozważny, a to może zaszkodzić wszelkim planom. Barty rozgląda się nerwowo wokół, ale zamek pozostaje opustoszały jak zwykle o tak późnej porze. Większość mieszkańców śpi zapewne po kolejnym, ciężkim dniu zajęć. Proteza nogi jaką musiał przywdziać, działa mu na nerwy i utrudnia swobodne poruszanie się, nie mówiąc już o stukocie, który towarzyszy każdemu krokowi, niosąc się echem po całym piętrze. Z największą przyjemnością zrzuciłby już tą obcą powłokę z pokiereszowaną, poznaczoną bliznami twarzą, a odzyskanie brakującej części nosa byłoby wyłącznie miłym dodatkiem. Żałuje natomiast, że musiałby zapewne rozstać się również z magicznym okiem, które nadal uznaje za naprawdę przydatny wynalazek.
Wreszcie dociera do własnych kwater, z ulgą zatrzaskując za sobą drzwi. Zabezpiecza je wieloma zaklęciami, których ściągnięcie zajmuje przynajmniej kilka minut, żeby zdążyć ponownie przywdziać swoje przebranie w razie niespodziewanej wizyty. Opada na fotel z ciężkim westchnieniem, ocierając spocone z wysiłku czoło i zabiera się za zdejmowanie sztucznej nogi. Ma już tylko chwilę, żeby pozbyć się wszelkich dodatków na czas powrotu do własnej postaci.
Jego żołądek ściska się nieprzyjemnie z nerwów na samą myśl o nadchodzącej godzinie. Zaledwie wczoraj o świcie wysłał sowę z prośbą o rozmowę z najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na tej planecie. Już nawet Czarny Pan wydaje się bardziej zrównoważony i przewidywalny, choć zapewne rozerwałby go na strzępy, słysząc podobną opinię lub – co gorsza – zgodziłby się z nim. Twierdząca odpowiedź pojawiła się zadziwiająco szybko i wtedy wydawała się koić jego nerwy, ale teraz przyprawia go jedynie o mdłości.
Barty zaciska zęby, kiedy jego ciałem wstrząsa dreszcz, tuż przed tym jak zaczyna powracać do normalnej postaci. Nie jest to przyjemne doświadczenie i raczej bolesne, ale jego umysł błądzi innymi ścieżkami, skutecznie odwracając uwagę.
Wierzy, że uda mu się załatwić sprawę w odpowiedni sposób, czyli bez większego uszczerbku na zdrowiu. Mimo wszystko, nie chce się narażać na gniew swojego Pana. Nie jest przecież samobójcą. Chociaż… ostatnio podjęte decyzje mogą świadczyć na jego niekorzyść i ktoś postronny miałby prawo uznać go za niepoczytalnego. Przebiera się w swoje własne szaty, ukrywane bezpiecznie w zaczarowanym kufrze, gdzie przetrzymuje również prawdziwego Szalonookiego.
Bierze głęboki wdech, próbując przekonać samego siebie, że nie ma innego wyjścia. Może rzeczywiście tak jest, a może po prostu nie chce utracić wiary jaką Czarny Pan pokłada w jego poczynaniach. Ostatecznie decydując się iść za ciosem, klęka przy kominku, wrzucając w ogień nieco proszku fiuu i mamrocze pod nosem odpowiedni adres.
Jego głowa pojawia się w obcym miejscu, wznosząc w górę nieco popiołu i iskier. Z trudem tłumi kichnięcie.
- Pewnego dnia pajączek… - Ciche, melodyjne nucenie rozbrzmiewa w pokoju, przyprawiając go o dreszcz niepokoju. Barty zna tą notabene mugolską piosenkę dla dzieci, ponieważ Evan z sobie tylko znanych powodów wielokrotnie do niej wracał w przeszłości.
Jego wzrok przyzwyczaja się wreszcie do panującego wokół półmroku i dopiero wtedy dostrzega mężczyznę siedzącego przy stole z nogami położonymi niedbale na blacie. Długimi palcami, które do złudzenia przypominają pajęcze odnóża, gładzi niewielkie ostrze, by zaraz przesunąć po nim ostrzałką, prowokując tym samym nieprzyjemny zgrzyt. - …się w rynnie śliskiej skrył…
- Rosier – rzuca w przestrzeń Barty, z trudem uprzednio przełykając ślinę. – Mam mało czasu, a to jest ważne. Mógłbyś, proszę, choć na moment powstrzymać swoje szaleństwo?
Evan zdaje się w ogóle go nie słyszeć, choć może tylko go ignoruje.
- Wtem deszczyk spadł… - kontynuuje niezrażony, kołysząc się lekko do rytmu. - … i wnet pajączka zmył!
Z ostatnim słowem jego głos się zmienia, nabierając szorstkiego, niskiego tonu tuż przed tym jak wbija krótki sztylet w stół silnym, gwałtownym ruchem. Nadal jednak się nie odwraca ani nawet nie zerka przez ramię. Przydługie włosy sięgające ramion opadają mu na twarz, skutecznie kryjąc jej wyraz.
- Czego chcesz? – warczy z niezadowoleniem.
Barty zamiera na moment, wstrzymując oddech. Obmyślał przebieg tej rozmowy całymi godzinami, układając sobie w głowie starannie dobraną przemowę, a kiedy przychodzi co do czego, zupełnie zapomina własnego języka. Nie tak to miało wyglądać.
- On wie, Rosier – wydusza wreszcie z siebie pierwsze słowa. – Potter wie, że nie jestem prawdziwym Moodym.
Mężczyzna przy stole wystukuje palcami jakiś skomplikowany rytm.
- Skąd ta pewność? – W jego głos wkrada się kpiąca nuta, jakby uważał, że Barty może mieć po prostu urojenia.
- Obserwuje mnie nieustannie od kiedy pojawiłem się w Hogwarcie.
Kolejna minuta ciszy zdaje się przeciągać w nieskończoność.
- A wziąłeś pod uwagę, że może zwyczajnie jest zainteresowany aurorem o reputacji szaleńca?
Crouch gryzie się w język nim z jego ust wymyka się coś nieodpowiedniego. Ty akurat wiesz wszystko na ten temat, prawda?– myśli kwaśno, ale racjonalnie rzecz biorąc, woli zachować przytyk dla siebie. Ma na to wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, choć – kto wie – może Evan ostatecznie uznałby to za zabawne.
- Nie, to nie to – zaprzecza wreszcie. – Jest nieufny i podejrzliwy. W zeszłym tygodniu natknąłem się na niego, kiedy wracał do wieży. Mijając mnie, rzucił mimochodem: niektóre potwory potrafią ukraść czyjąś twarz. – Oddycha głęboko kilkakrotnie nim jest gotów kontynuować. – Musi wiedzieć! Wczoraj wyraźnie czułem jego magię… to dziwne… jakby rzeczywiście dotknął mojej ręki, kiedy przerywał klątwę. A siedział z samego tyłu! Kiedy wszyscy wyszli, podszedł do biurka i powiedział: Ja bym uważał z tym badaniem granic. Dyrektor może i jest teraz ślepy, ale nie pozostanie taki na wieczność.
Evan wreszcie odwraca głowę w jego kierunku z żywym zainteresowaniem. Szczerzy swoje białe, równe zęby w uśmiechu, zdając się być naprawdę rozbawionym, ale to nie wyraz jego twarzy przeraża Croucha, tylko oczy. Zimne i puste… nieludzkie. Widywał takie wyłącznie u tych, którzy doświadczyli pocałunku dementora.
- Co robisz w Hogwarcie, Barty? – pyta nagle, zmieniając temat, po czym wstaje rozprostować nogi. Zbliża się do kominka, wyglądając przy tym jak drapieżnik namierzający swoją ofiarę. – Jaki jest plan Czarnego Pana?
Crouch mruga zdezorientowany, po czym drży na samą myśl o wyjawieniu czegokolwiek.
- J-ja nie… nie mogę ci powiedzieć – mamrota gorączkowo. – On… on zabiłby mnie za zdradę.
Evan znajduje się tuż przed nim w dosłownie ułamku sekundy, po czym szarpie go za włosy, unosząc jego głowę nad palenisko. Zdaje się zupełnie nie przejmować płomieniami liżącymi leniwie jego palce, choć z pewnością muszą sprawiać mu ból.
- Chętnie go wyręczę – cedzi ostro, podczas gdy Barty z całych sił zapiera się o kominek po drugiej stronie połączenia. Przerażony wytrzeszcza oczy, a zaskoczone sapnięcie roznosi wokół tumany popiołu przez co krztusi się i charczy. W końcu Rosier puszcza go, wstaje i wybucha śmiechem, odrzucając głowę w tył. – Mógłbym – zapewnia go po chwili.
- A może sam go zapytaj? – pyta Crouch ochryple, kiedy udaje mu się już wypluć popiół z ust. Strach zostawia na jego języku goryczkowaty posmak. Wie, że Evan ma nie całkiem równo pod sufitem, ale nie podejrzewał, że aż w takim stopniu. Ten facet jest kompletnie szalony.
- Nie ma ucieczki przed pająkami – rzuca Rosier lekko, pozornie bez żadnego związku. Obserwuje swojego gościa drapieżnym spojrzeniem. – Wiem czego chcesz. I dostaniesz to jako zapłatę za dawną przysługę. Od tego momentu jesteśmy kwita, czy to jasne?
Barty potakuje nieznacznie głową, choć niezbyt podoba mu się ten układ. Ma świadomość, że ich następne spotkanie może przynieść mu śmierć, jeśli Evan będzie w złym nastroju. A bywa w takowym raczej często.
- Zaproś pana Pottera na szlaban jutrzejszego wieczoru. Będę tam.
Chce zapytać o jakieś szczegóły, o jakikolwiek zarys planu, ale nie zdąża. Rosier wyciąga różdżkę i mamrota zaklęcie przez co Crouch ląduje z powrotem w swoim gabinecie. I gdy tak leży na lodowatej posadzce, dysząc ciężko, podczas gdy jego serce wali w piersi jak oszalałe… w tle rozbrzmiewa dalsza część piosenki o pająku. Zdaje się, że tym razem wyjątkowo udaje mu się uniknąć śmierci. Nie jest tylko pewny czy to taka wspaniała wiadomość.
Po raz pierwszy w życiu, Evan odczuwa szczery niepokój i towarzyszące mu nieznane poczucie zagubienia. Coś umyka jego uwadze, jakiś… nieodzowny element układanki.
W ciągu ostatnich ośmiu lat zdaje się podejmować naprawdę dziwaczne decyzje i wciąż nie rozgryzł dlaczego. W jego umyśle, skryte pod wieloma sieciami stworzonymi dla własnego bezpieczeństwa, tudzież pewnego rodzaju rozrywki, zieją potężne wyrwy w pamięci. Luki, jakby żywcem wydarte z głowy, choć przecież nie ma takiej możliwości. Szczyci się swoimi umiejętnościami, pozostając daleko poza wszelkim zasięgiem ewentualnej destrukcji. Nie zna też nikogo, kto z własnej woli chciałby w ogóle dostać się do wnętrza jego mózgu, już nie wspominając o jakiejkolwiek próbie ingerowania w zawartość. Nawet Czarny Pan stara się tam nie zaglądać.
Tak czy inaczej, szybko odkrywa, że każdy ruch kierowany jest irracjonalnymi przeczuciami i pokręconym instynktem, a jednak wygląda na to, iż do czegoś zmierza. Jedno posunięcie prowadzi do następnego, tworząc swego rodzaju niezidentyfikowany wzorzec.
Evan wzdycha cierpiętniczo, gwałtownym gestem wyrywając z blatu ostry jak brzytwa sztylet, po czym podrzuca go w górę niczym niegroźną zabawkę i łapie bez większego problemu. Skóra na jego palcach przybiera czarną, spopieloną barwę, piekąc irytująco. emNiech cię szlag, Barty/em, myśli.
Śmieszy go nieco ta ślepa lojalność wobec Czarnego Pana. Nie jest zwolennikiem bezkrytycznie wypełniającym rozkazy i często podąża własnymi ścieżkami, co w jakimś stopniu okazuje się do zaakceptowania o ile pozostaje przydatny. Lubi myśleć, że jest niezastąpiony i nikt jak dotąd nie wyprowadza go z tego toku rozumowania. Gra swoją rolę bezbłędnie, stwarza odpowiednie pozory i doprowadza towarzyszy do białej gorączki. Utożsamia się z czystym, nieprzewidywalnym szaleństwem, podejmując decyzje pod wpływem chwili, choć nigdy nie są one zupełnie nieprzemyślane. Zaprzęga swój nieprzeciętny umysł do nieustannej pracy, rozważania ewentualnych korzyści. Jest mu łatwiej, ponieważ niczego się nie boi.
Nadal nie potrafi logicznie wytłumaczyć jakim cudem mroczny znak któregoś dnia zniknął z jego ramienia. Tak po prostu, bez jakiegokolwiek uprzedzenia. Czarny Pan był wściekły i podejrzliwy, jakby Evan w jakimkolwiek stopniu zawinił. Oburzające! W końcu jednak wrócił do łask, więc nie ma potrzeby roztrząsać niewygodnego tematu.
- Harry Potter – rzuca krótko w pustą przestrzeń, marszcząc przy tym czoło i smakując wypowiedzianych głośno słów na języku. Ciepłe, nienazwane uczucie lokuje się gdzieś na wysokości klatki piersiowej, zbijając go z pantałyku. Naprawdę wierzy, że Crouch się nie myli. Potter drażni się z nim, jakby sam prosił się tym o obecność Rosiera. Ta myśl wydaje się nierealna, ale z jakiegoś powodu również niezwykle właściwa. Przyjemna, rzekłby nawet.
- Wyszło słoneczko i woda wyschła w krąg – nuci pod nosem ciąg dalszy ulubionej przyśpiewki, uspokajając tym swój rozchwiany umysł. Czeka na niego wyzwanie, którego nie potrafi sobie odmówić i musi być na nie absolutnie przygotowany. Potrzebuje maksymalnego skupienia. – Po chwili już pajączek znów się po rynnie piął…
Evan nie może się już doczekać, więc kiedy następnego dnia spotyka się z Crouchem w Zakazanym Lesie, groteskowy uśmiech nawet na moment nie znika z jego twarzy. Ma przeczucie, że wydarzy się coś niezwykłego. Czuje mrowienie w kościach na samą myśl o przeróżnych scenariuszach zaprzątających od rana jego głowę. Jest tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Ten dzień zdaje się przeważyć szalę, zdecydować o dalszej przyszłości. Nie boi się tego, co zbliża się nieuchronnie. Nie istnieje bowiem rzecz, przed którą by się cofnął. Nie on. Nie w tej rzeczywistości.
Skóra na policzkach Barty'ego aż napina się w odpowiedzi na wyraźne zdenerwowanie, kiedy spory worek upada tuż obok jego nogi. Zadowolony z siebie Evan odsuwa się od drzewa, którego fakturę od kwadransa bada w skupieniu palcami, po czym zdecydowanie narusza przestrzeń osobistą znerwicowanego Croucha. Pociąga nosem w okolicach jego szyi, rejestrując nagłą sztywność w postawie swojego towarzysza.
- Pachniesz strachem – oznajmia rozpromieniony. – Przepysznie! Niemal nie mogę się powstrzymać.
Piegi na twarzy mężczyzny bledną, kiedy próbuje zrozumieć sens tych słów, ale dalsze obcowanie w towarzystwie Rosiera coraz bardziej przekracza jego wytrzymałość psychiczną. Zaczyna marzyć by to wszystko się skończyło. Żałuje natomiast, że nie wypił czegoś mocnego, co pozwoliłoby mu przetrwać całe szaleństwo, na które zdecydował się z własnej woli.
Unosi drżącą dłoń, w której ściska flakonik wypełniony eliksirem wielosokowym. Wciąż może się wycofać, zrezygnować z tego przedsięwzięcia, choć woli nawet nie wyobrażać sobie reakcji Evana na odwołanie prośby o pomoc. Robię to dla powodzenia misji, powtarza nieustannie w myślach.
- Idź i dowiedz się czy nasz Pan czegoś nie potrzebuje – mówi Rosier wesoło, przechwytując szklany przedmiot. – Dam ci znać, kiedy skończę.
Barty waha się na ułamek sekundy, po czym potrząsa głową. W tym momencie pragnie tylko zapomnieć, że cokolwiek się wydarzyło. Oczywiście nie zamierza informować Pana o czymkolwiek co właśnie ma tu miejsce, więc zaczeka po prostu w jakiejś podrzędnej gospodzie, upijając się do nieprzytomności.
- Potter zjawi się w moim gabinecie za pół godziny – informuje go na jednym wdechu, po czym odwraca się na pięcie i znika między drzewami tak szybko, jakby od tego zależało jego życie.
Evan wzrusza ramionami, wypijając eliksir. Nowa, ciekawa, a przede wszystkim eksperymentalna rola zasługuje na dokładne przygotowanie. Lubi tą nutkę niebezpieczeństwa, powiew świeżości naruszający nudnawą rzeczywistość. Kompletuje więc przebranie bez pośpiechu, z właściwą sobie starannością. Zawsze przestrzega zasad gry, a ta właśnie się rozpoczyna.
Hogwart wygląda identycznie jak za czasów jego młodości. Wciąż pachnie nieco wilgocią, zmurszałym kamieniem i starością, ale wiążą się z tym wspaniałe wspomnienia. Evan upaja się doznaniami, krocząc dobrze znanymi korytarzami, choć czuje, jakby minęło zaledwie kilka miesięcy od kiedy jego stopa przekroczyła ten próg po raz ostatni.
Odnalezienie gabinetu fałszywego Alastora okazuje się dziecięcą igraszką. Z podekscytowania nie potrafi usiedzieć w miejscu, wstając wielokrotnie, by przestawiać wedle uznania najróżniejsze bibeloty. W odpowiedzi na ciche pukanie prawie oblewa się wrzątkiem rozlewanym właśnie do dwóch, identycznych filiżanek.
- Wejść! – decyduje, machając różdżką, żeby otworzyć gościowi drzwi. Potter wsuwa się do środka nieco niepewnie, a na jego widok w ogóle zamiera w pół kroku, przekrzywiając głowę i mierząc go zaskoczonym spojrzeniem. Nieśmiały uśmiech wpływa nieoczekiwanie na jego twarz, łagodząc jej rysy i czyniąc bardziej młodą.
- Strach czy mądrość czyni tą sytuację niecodzienną? – pyta, mrużąc swoje intensywnie zielone oczy.
- Nierozważne postępowanie – odpowiada Evan, wskazując miejsce naprzeciwko siebie. Od szerokiego uśmiechu drętwieją mu policzki. Czeka na tą chwilę od dłuższego czasu, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Chłopiec siada posłusznie, zadowolony, jakby odpowiedź okazała się nad wyraz właściwa. Ma bladą, dość mizerną twarz, wyraźne cienie pod oczami i zgarbione ramiona. – Znowu się przemęczasz.
Słowa zdają się opuszczać usta Rosiera bez udziału jego woli, ale są prawdziwe. Nie wie skąd ta nagła pewność, ale nie może się mylić.
- Prawdopodobnie – przytakuje Harry lakonicznie, pochwyciwszy swoją filiżankę, jakby robił to wielokrotnie wcześniej. Tłumi ziewnięcie nim upija łyk parującego napoju. Evan obserwuje go uważnie, czekając na reakcję. Eliksir usypiający, który wlał tam zapobiegawczo powinien zacząć działać w ciągu minuty. Może dwóch. Potter chichota z nikłym rozbawieniem, kiedy głowa zaczyna mu ciążyć, a powieki opadać. – Nie znoszę, kiedy to robisz – mamrota sennie, opierając się o blat ze znużeniem.
Sytuacja nabiera nowego odcienia irracjonalności, co powinno wzbudzić w Evanie niepokój. Ten jednak nawet nie wydaje się zaskoczony. Z zadowoleniem malującym się na twarzy przymyka oczy i wkracza w głąb umysłu młodego gryfona jak do swojego własnego. Dopiero następujące później wydarzenia okazują się zgoła nieoczekiwane i uruchomiają ciąg wydarzeń prowadzący do zdumiewającego zrządzenia losu.
