Umysł Pottera wygląda podejrzanie znajomo, jakby Evan już wcześniej się w nim przechadzał; w przeszłości… albo przyszłości. Ma niejasne wrażenie, że czas załamuje się w tym miejscu, prowokując go do działania. Rozmieszczone strategicznie pajęcze sieci dają mu coś do zrozumienia, choć sens ich istnienia pozostaje nieuchwytny. Nagły uścisk w piersi, wyciska powietrze z jego płuc do tego stopnia, że ciemnieje mu na moment przed oczami. Po chwili wszystko wraca do normy, chociaż krajobraz drastycznie się przeobraża.

Jest teraz w mugolskim domu. Nie wie skąd ta pewność, ale zna korytarz, w którym się znajduje. Nawet mimo panującej wokół ciemności. Coś niepokojąco brzmiące jak zduszony szloch rozprasza nieco nocną ciszę. Niemal instynktownie zmierza w odpowiednim kierunku. Przez moment stoi niezdecydowany przed drzwiami prowadzącymi do komórki pod schodami, nasłuchując uważnie nim odsuwa zasuwę, otwierając je. Niewielkie pomieszczenie pochłania mrok, ciemny i duszący, do złudzenia przypominający dym. Potrzebuje rzucić więcej światła na sytuację, ale gorączkowe przeszukiwanie kieszeni okazuje się bezowocne. Jego różdżka zniknęła w tajemniczych okolicznościach.

- Jesteś potworem spod łóżka? – pyta ktoś cichym, drżącym głosem. Dopiero teraz Evan widzi parę lśniących, jaskrawozielonych oczu z pionowymi jak u kota źrenicami. To umysł chłopca, przypomina sobie. Musi tkwić w jakimś systemie obronnym, jakby miał pozytywnie zaliczyć ten test, by przejść dalej. Uśmiecha się krótko, ostro, błyskając zębami.

- Ja zjadam potwory spod łóżka – oznajmia arogancko. Może zagrać w tą grę na podanych zasadach, nie ma z tym najmniejszego problemu. Pochłania go wszystko, co w jakikolwiek sposób wydaje się interesujące. Maca ręką w poszukiwaniu kontaktu, a kiedy go odnajduje, zapala światło. Słaba żarówka tylko częściowo przebija się przez ciemność, ale wystarczająco, żeby się do tego przyzwyczaić. Na czymś, co przypomina łóżko ledwie wciśnięte w przestrzeń pomiędzy dwoma ścianami, siedzi dziecko. Kuli się w sobie, wyglądając przy tym, jakby wahało się między zniknięciem, a atakiem. Jego sylwetka zamazuje się, tworząc pokraczny, nieproporcjonalny obraz.

- Powinieneś iść – oznajmia ostrzegawczym szeptem. – Wuj Vernon będzie zły, jeśli cię tu znajdzie.

Evan zamyka za sobą drzwi, czując dyskomfort już po pierwszej minucie przebywania w małym schowku. Musi lekko pochylać głowę, by nie uderzyć w sufit przy najbliższej okazji.

- Tylko ty możesz mnie zobaczyć – rzuca swobodnie w odpowiedzi, podchodząc do łóżka powoli, jakby chcąc w ten sposób przekazać, że nie ma złych zamiarów. To musi być jakieś wspomnienie Pottera, coś dręczącego go w koszmarach. Wiele ludzi ma takie miejsca w swoich umysłach. Często tkwią w przeszłości, rozpamiętując ją i zapętlając. Evan wie o tym doskonale, choć nie z własnego doświadczenia.

Dziecko przygląda mu się ostrożnie, jakby czekając na jakikolwiek nieodpowiedni ruch. Musi dostrzec coś przekonywującego w wyrazie twarzy Rosiera, bo rozchmurza się i w mgnieniu oka już wygląda całkiem zwyczajnie. Obejmuje ramionami swoje podciągnięte pod brodę kolana, ale milczy.

- Mam na imię Evan – przedstawia się przybysz, siadając na podniszczonym, cienkim materacu. – Ty jesteś Harry, tak?

Dziecko mruży swoje oczy, ale przytakuje. Nie drga nawet o milimetr, nie krzyczy ani nie próbuje uciec. Zachowuje się co najmniej dziwnie, niestandardowo. Rosier na ogół kojarzy małe bachory z wrzaskiem, płaczem i nieracjonalnością.

Coś pod łóżkiem drga, wywołując cichy trzask i zduszony jęk. Evan marszczy brwi.

- Boję się – mamrota Harry słabym głosem, zaciskając kurczowo powieki. Huśta się nieznacznie w swojej skulonej pozycji, a jego czoło perli się od potu. Istota zalegająca pod łóżkiem porusza się szeleszcząco, postukując czymś o ramę i wydając z siebie urywane syki. Rosier nie byłby sobą, gdyby nie zareagował. Pochyla się gwałtownie, wsuwając dłoń w szczelinę, a kiedy jego palce zaciskają się na czymś dziwnie chłodnym i śliskim, wyszarpuje to na zewnątrz. Unosi stworzenie na wysokość oczu, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Nie pochodzi z tego świata, wygląda raczej jak coś stworzonego z czarnej magii, choć nie jest całkiem iluzją, a raczej manifestacją. Przypomina węża, lecz faktura skóry nie odpowiada rzeczywistości. Ma spłaszczony, nieco trójkątny łeb i zdecydowanie jest ślepe. Evan spogląda na Harry'ego, który zdaje się czekać w napięciu na jakiś konkretny ruch z jego strony całkowicie porzucając na ten moment pozór strachu. Własne słowa wracają do Rosiera niczym zdradliwy cios, kpiąc z niego i poddając w wątpliwość prawdomówność. Ponownie przenosi wzrok na istotę wijącą się w jego dłoni, rozważając następny ruch. To musi być jakiś ważny rodzaj testu, a on naprawdę chce zobaczyć, co wydarzy się dalej.

Co prawda, jadał już wcześniej niekiedy żywe zwierzęta oraz inne obrzydliwe, dla reszty świata, rzeczy. Pierwszy raz jednak ma to być coś nie całkiem realnego, czego pochodzenia nawet nie potrafi określić. Jego reputacja nie bierze się znikąd. Przez lata ciężko pracował na miano szaleńca i nie uznaje teraz ewentualnej porażki. Wzrusza ramionami, po czym wgryza się w szyję tej namiastki węża.

- Smakuje jak kurczak – oznajmia, kiedy przeżuwa i połyka niematerialną substancję. Zostawia na jego języku słodkawy, mdławy posmak, podczas gdy reszta korpusu rozpływa się w powietrzu, znikając bezszelestnie. Chłopak przygląda mu się z wyrazem szczerej fascynacji, jakby nie wierząc, że to rzeczywiście się wydarzyło, a w jego oczach przez moment miga coś na kształt uznania. Evan posyła mu cierpki uśmiech. Czuje się zmęczony i nie ma pojęcia jak szybko zdoła wyplątać się z tego przedsięwzięcia. Kiedy wstaje, podchodząc do wyjścia, by zerknąć za drzwi, korytarz wygląda zupełnie tak samo jak wcześniej.

- Idziesz już? – pyta Harry, brzmiąc na rozczarowanego, kiedy wślizguje się pod koc. Evan wzdycha ciężko.

- Nie – odpowiada w końcu, gasząc światło. Sam nie wierzy w to, co ma zamiar zrobić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się spać wewnątrz czyjejś głowy, ale jego ręce są takie ciężkie, kiedy ciążą nieznośnie, wisząc luźno wzdłuż ciała, a kolana drżą od powstrzymywania reszty ciała przed upadkiem. Głowa pulsuje tępym bólem i spowalnia jego zdolność do szybkiego reagowania. Świat wokół zdaje się obcy, a widzialny obraz zaokrąglony o miękkich, gładkich liniach zamiast niezliczonych ostrych kątów. – Śpij.

Po ciemku jakoś dociera z powrotem do łóżka i siada na nim, opierając plecy o ścianę. Pozycja ta jest wysoce niewygodna i liczy, że pozwoli mu to się skupić, czuwając aż do nadejścia świtu. Zmęczenie bierze górę, więc już po chwili zapada w niespokojną drzemkę.

Evan wita poranek z niezadowoleniem, mamrocząc pod nosem liczne inwektywy pod adresem obolałych mięśni. Otwiera oczy i pierwsze co widzi to drobną twarz zaledwie kilka milimetrów od swojej własnej. Szarpie głową w zaskoczeniu, uderzając potylicą o ścianę.

- Niech to szlag! – wyrwa mu się, gdy rozmasowuje obite miejsce. Dobrze, że nie zaatakował jak ma w zwyczaju. Mógłby przypadkiem zabić dzieciaka nim ten zdołałby mrugnąć. Potter odskakuje od niego zwinnie, jakby spodziewając się ciosu. Obserwuje go uważnie, czekając na jakiś ruch, pochylony i napięty jak struna. Evan podnosi się powoli do pełnego siadu, a cienki koc zsuwa się z jego ramion. Dziwne. Nie pamięta, żeby się czymkolwiek okrywał.

- Przestań – rzuca oschle do chłopaka. – Nie biję dzieci.

Rosier jest z siebie dumny, bo przecież nawet nie kłamie. Torturował małe bachory, zabijał je dla zabawy i rozgniatał ich umysły na miazgę, a jednak na żadnego z nich nie podniósł fizycznie ręki. Prawie parska śmiechem, kiedy Harry zdaje się rozluźnić na te słowa.

- Myślałem, że mi się pan śnił – mówi cicho, jakby tłumacząc własną ciekawość.

- To byłby twój najgorszy koszmar. – Uśmiecha się krzywo, wstając. Jego kości trzeszczą cicho w proteście. – Zaufaj mi.

Nowy dzień nie przynosi niczego nowego, żadnych wskazówek podanych na tacy. Pociera twarz, wyczuwając kilkudniowy zarost. Jego różdżka zniknęła, a korzystanie z pokładów magii bez niej nie należy do jego mocnych stron. Musi więc znaleźć słaby punkt w zabezpieczeniach, dostać się do systemu operacyjnego mózgu Pottera, żeby móc go sobie podporządkować. To ciekawa sztuczka, której opanowanie zajęło mu długi czas, ale też niezwykle przydatna.

Nie sądzi już, że jest to tylko wspomnienie, choć zdecydowanie na tym bazuje. Z początku nie uznawał chłopaka za groźnego przeciwnika i musi przyznać, że poważnie pomylił się w swojej ocenie. Ciekawe, kto nauczył go równie zaawansowanej oklumencji. Obstawia tego starego manipulanta, Dumbledore'a. Albo Snape'a, który zdaje się wyraźnie uzdolniony w tym kierunku i w dodatku uczy w Hogwarcie, będąc tym samym nieustannie pod ręką. Poprawia swoją nieco sfatygowaną szatę, ruszając w stronę wyjścia. Harry odprowadza go wzrokiem, milcząc uparcie.

- Wrócę – zapowiada Evan, otrzymując w zamian blady, ale szczery uśmiech. Marszczy nos w pełnym niezrozumienia wyrazie, po czym potrząsa głową, wyrzucając z niej podejrzliwe myśli. Kiedy rzeczywiście pojawi się ponownie to zadowolenie odbije się Potterowi czkawką.

Wymyka się z domu niczym włamywacz, którym w gwoli ścisłości w jakimś stopniu jest. Słońce dopiero wschodzi, zalewając okolicę bladym, różowawym światłem. Zapamiętuje sobie numer budynku, żeby rozróżnić go od pozostałych. Wszystkie bowiem wyglądają tak samo, niemal identycznie. Mają podobną, nudną elewację i zdecydowanie zbyt zadbane, jak na jego gust, trawniki. Irytująco idealne, podsumowuje.

Dwie godziny później miasteczko nadal prezentuje się całkiem zwyczajnie i nie dostrzega w tym obrazie niczego nietypowego, choć przebył pieszo kawał drogi, rozglądając się uważnie za potencjalnymi nieścisłościami. Szuka choćby najmniejszych poszlak.

Pierwszą oznaką, że coś jest nie w porządku, są spojrzenia. Mijani przechodnie odprowadzają go zaniepokojonym wzrokiem. Jedni schodzą mu z drogi, często przechodząc prędko na drugą stronę ulicy. Inni gapią się, wytrzeszczając oczy bądź wskazując na niego palcami. Jakieś śmiechy, gorączkowe szepty za plecami…

Oblicze Evana chmurzy się, kiedy zaciska usta w wąską linię. Powinien być niewidzialny dla wszystkich poza Potterem. Przecież to w jego głowie tkwi, do cholery!

W prawdziwym świecie, paradowanie wśród mugoli w standardowej, czarodziejskiej szacie może zostać źle odebrane, więc nic dziwnego, że swoją obecnością wzbudza aż takie kontrowersje. Zwracano na niego uwagę, bo wyróżnia się z tłumu, a to koliguje z trzymaniem się na uboczu i obserwacją.

Evan przystaje przed jedną z witryn sklepowych, spoglądając na swoje odbicie i z wrażenia aż cofa się o krok. Nie miał tak krótkich włosów od czasu… Rozgląda się wokół ostrożnie, szukając jakichś oznak, że zdążyli go namierzyć. Nie życzy sobie, by ktokolwiek znów deptał mu po piętach.

Odnajduje najbliższe stoisko i umiejętnie kradnie z niego dzisiejszą gazetę. Robił to już wielokrotnie w swoim życiu, ot tak, mimochodem, ze zręcznością zawodowego złodzieja. Człowiek nigdy tak naprawdę nie wie jaka umiejętność może mu się przydać. Spogląda na datę zapisaną czarnym, tłustym drukiem u góry pierwszej strony. Siedemnasty września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Czy to w ogóle możliwe, żeby jakimś cudem cofnął się w czasie o równe osiem lat wstecz? Musi wziąć tą szaloną tezę pod uwagę, bo niebezpiecznym posunięciem byłoby pominięcie jej bez chwili zastanowienia. Poza tym… niech go dementor cmoknie, jeśli okolica też nie wygląda dziwnie znajomo. Może ostatnim razem po prostu nie przywiązywał większej uwagi do wyglądu otoczenia. Ach, tak, wtedy przecież uciekał. Zwija gazetę w rulon, zaciskając na niej palce ze złością.

Ktoś uważnie mu się przygląda. Czuje to wnikliwe spojrzenie całym sobą, a jego instynkt przetrwania bije na alarm. Kątem oka zauważa twarz zakwalifikowaną jako wrogą. Postać w mugolskich ubraniach ma na swetrze aurorski symbol, co tylko potwierdza wszelkie podejrzenia. Osobnik ten trzyma różdżkę stanowczo w dłoni, choć jego ręka niepozornie przylega wzdłuż ciała. A Evan pozostaje prawie bezbronny. Prostuje się powoli, a niewielki uśmiech rozświetla jego twarz. Zapowiada się nad wyraz zabawny poranek.

Zrywa się z miejsca i rusza biegiem wzdłuż ulicy, potrącając przechodniów stojących mu na drodze, śmiejąc się przy tym w głos.

- Rosier! Stój! – krzyczy za nim auror bez najmniejszego sensu. Pogoń byłaby dla niego znacznie łatwiejsza, gdyby nie liczne, ciekawskie spojrzenia mugoli. Skręca w najbliższą przecznicę, znikając na moment między budynkami. Zwykle preferuje rolę drapieżnika, ale wodzenie za nos różnych przeciwników w sumie też leży w zakresie jego upodobań. Zgrabnie wskakuje na śmietnik skąd łatwiej jest się przedostać przez wysoki, jednolity płot. Zaklęcie niemal uderza go w plecy nim zeskakuje po drugiej stronie, nie przerywając ani na moment swojej ucieczki. Przemyka po czyimś trawniku, wybiegając na ulicę.

Dwa skrzyżowania dalej znajduje się niewielki, ale zatłoczonym plac. Wie, że jego szanse na zniknięcie w tłumie plasują się bardzo nisko ze względu na rzucające się w oczy czarodziejskie szaty, ale może dać mu kilka dodatkowych sekund. Myśli gorączkowo nad najlepszym wyjściem z niekomfortowej sytuacji. Najchętniej odpowiedziałby na wyzwanie i stawił czoła śmiesznemu aurorowi. Ma jednak przy sobie zaledwie sztylet wciśnięty do pochwy umocowanej na wysokości łydki, więc nie uważa tego za opłacalne rozwiązanie. Facet posiada różdżkę i zamierza z pewnością doprowadzić Evana przed oblicze sprawiedliwości, więc nie ma nawet mowy o taryfie ulgowej. Przebiegając przez targowisko popycha energicznie dwa, wyglądające na najbardziej niestabilne, stragany, a ich zawartość rozsypuje się wokoło, kiedy ucieka dalej. Wypada nagle po drugiej stronie zbiorowiska, chowając się za załomem i znika. A przynajmniej tak może się wydawać.

Nikt nie wie, że Rosier jest niezarejestrowanym animagiem. Jadowitym pająkiem, ściśle rzecz biorąc. To jedna z tych umiejętności, które uważa za bezcenne, więc ukrywa ją starannie, bo potrafi dokonać przemiany bez pomocy różdżki. Obserwuje pojawienie się aurora ze szczeliny w murze, gdzie się ukrywa. W tej postaci odczuwa intensywniej zagrożenie ze strony przeciwnika i marzy o tym, by go ukąsić. Instynkt zmusza go do ataku, do wstrzyknięcia śmiertelnego jadu prosto w żyły człowieka, który ośmiela się na niego polować. Evan jednak nie jest bezmyślnym zwierzęciem i panuje nad sobą bez problemu. Nawet, jeśli obserwowanie zgonu aurora mogło okazać się niezwykle przyjemne oraz satysfakcjonujące to woli zostawić to na inną okazję.

- Szlag – warczy sam do siebie zdenerwowany mężczyzna, kopiąc ze złością w leżący mu na drodze kamień. Zapewne zakłada, że Evan się deportował skoro ten zaułek prowadzi donikąd. Ślepa uliczka mogła nieoczekiwanie okazać się zgubna, jeśli nie potrafiłby zmienić postaci. – Prawie go miałem. Moody mnie oskóruje.

Znika po chwili z cichym trzaskiem, ale Rosier zapobiegawczo odczekuje jeszcze pół godziny. Z aurorami nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza, jeśli dowodzi nimi Szalonooki. Ostatecznie zmienia się z powrotem w człowieka, ponieważ poruszanie się w postaci pająka, nie większej niż zaciśnięta pięść, zajmuje stanowczo zbyt wiele czasu, nawet po uwzględnieniu wszystkich odnóży. Poza tym zaczyna padać deszcz, dodatkowo pogłębiając jego już parszywy nastrój.

Wciska ręce w kieszenie szaty, zgarbiwszy plecy by zimne krople tak intensywnie nie skapywały mu za kołnierz. Pogrążony w ponurych myślach dociera do parku, gdzie przysiada na jednej z mokrych już ławek, opierając się o nią ze złością. Nie ma zielonego pojęcia jak zinterpretować i połączyć wszystkie fakty. Ten auror rzeczywiście ruszył za nim w pościg, ale to było dawno temu. Osiem lat wcześniej, jeśli ma być dokładny, czyli data się zgadza. Potter jednak nie może o tym wiedzieć, bo sprawę zatuszowano, nie podając choćby najmniejszej wzmianki do wiadomości publicznej. To wzbudza podejrzenia. Evan zaczyna rozważać znalezienie się w alternatywnej rzeczywistości, ale nie wie co to konkretnie oznacza dla niego samego.

Dwóch funkcjonariuszy podchodzi bliżej, przerywając jego rozważania.

- Przykro mi, ale nie może pan tu zostać – odzywa się jeden z nich, chwytając go poufale za ramię. – Mieszkańcy się niepokoją, a nie chcemy tu problemów.

Evan zaciska zęby, spoglądając z irytacją na rękę owiniętą wokół jego ramienia. Nie znosi być dotykanym, jeśli sam sobie tego nie życzy. Wyrwa się z uścisku, odruchowo podrywając się na równe nogi. Szata klei się do niego nieprzyjemnie, kiedy zamachuje się, uderzając obcego mężczyznę w nos z całej, skumulowanej siły.

Trzask łamanego nosa roznosi się po okolicy, ale Evan nie ma czasu nacieszyć się tym małym zwycięstwem, bo drugi z funkcjonariuszy uderza go w brzuch. Zgina się w pół, obrywając w twarz z kolana i zatacza się do tyłu, wypluwając niedbale krew, po czym szczerzy się w uśmiechu. Tego mu było trzeba, porządnego mordobicia, żeby wyładować nagromadzone emocje.

Odwraca się szybko, wysuwając nogę i pchając napastnika, żeby utracił równowagę. Z rozmachem nadeptuje na jego nadgarstek, a potem wyprowadza intensywny cios w twarz. Czuje obtarcia na własnych kostkach, ale uznaje je za odświeżające. Mężczyzna ze złamanym nosem łapie go od tyłu, ale Rosier szarpie się, uderzając ponownie w obolałe miejsce swoją własną potylicą. Drugi z nich wyciąga broń, kierując lufę w jego stronę.

- Stój, bo strzelam! – woła, ale Evan ani myśli się zatrzymać. Dlaczego wszyscy żądają, żeby zwolnił? To byłoby niedorzeczne posunięcie. Zaciska palce na jego gardle, ściskając mocno. I obrywa. Ręce funkcjonariusza trzęsą się niekontrolowanie, kiedy strzela, więc Rosier obrywa tylko w bark. Wściekły i rozżalony wytrąca mu broń z ręki, po czym uderza w jego szyję szybkim, mocnym ruchem. Mężczyzna wiotczeje, tuż przed tym jak Evan zrywa się do biegu, znikając między drzewami.

Nie ma się gdzie podziać. Bez różdżki czuje się raczej bezradny, a na przestrzeni lat jego wrogowie zdają się zwyczajnie mnożyć w oczach. Przestrzelone na wylot ramię zwisa bezwładnie wzdłuż jego boku, kiedy oddala się od miejsca akcji. Wygląda na to, że w najbliższym czasie będzie poszukiwany nie tylko w czarodziejskim świecie, ale też w mugolskim. Musi się ukryć, żeby zaplanować dalsze działania. Nie posiada przyjaciół, do których mógłby się zwrócić w potrzebie, ale zna miejsce, gdzie nikt się go nie spodziewa. Poza tym, obiecał przecież pewnemu chłopcu, że wróci.

Ukryty pod postacią pająka, czeka cierpliwie na zapadnięcie zmroku. Nie chce, żeby któryś z mieszkających pod numerem czwartym mugoli, odkrył jego obecność. Nie pragnie również zostać rozgniecionym na miazgę przez zatrzaskiwane z hukiem drzwi. Krew plami ziemię wokół miejsca, w którym przebywa, osłabiając go powoli, ale bez ustanku.

W tym czasie układa sobie w głowie wydarzenia z dzisiejszego dnia. Uznaje, że w najbliższym czasie powinien się przyczaić, zniknąć z widoku, żeby w spokoju dojść do siebie i rozpocząć snucie korzystnych planów, bazując na niejasnej przyszłości. Przede wszystkim musi jednak skombinować mugolskie ubranie. Nie może dłużej paradować po ulicach w swoich własnych szatach, które zresztą i tak do niczego się już nie nadają.

Wreszcie nadchodzi noc i Evan wlecze się mozolnie w kierunku docelowego domu. Wkrada się do środka, próbując nie wywoływać zbędnego hałasu, tocząc się z trudem w kierunku komórki pod schodami.

Harry zdaje się go oczekiwać. Coś wewnątrz Evana zaciska się mocno na tą myśl. Nikt nigdy nie wyczekuje jego powrotu. Wręcz przeciwnie, wszyscy starają się go pozbyć przy najbliższej okazji. Niewielka przestrzeń wydaje się tym razem działać na niego kojąco, pozwalając zebrać myśli. Dzieciak pomaga mu dostać się do łóżka, a jego twarz promienieje zmartwieniem.

- Co ci się stało? – pyta szeptem, dotykając delikatnie jego rozbitej wargi.

- To nic – odpiera Rosier, mierząc dziecko zmęczonym spojrzeniem. Dostrzega rozległego siniaka umiejscowionego na barku chłopca i znikającego pod obszerną koszulką. – A tobie?

- Wuj Vernon miał zły dzień – wyznaje, jakby to wszystko tłumaczyło. Evan marszczy brwi. Co kryje się za tą idealną otoczką? Za perfekcyjnie skoszonym trawnikiem i nudną elewacją? Na razie nie ma zielonego pojęcia. Pozwala odsunąć na bok brzeg swojej szaty, odsłaniając ranę. Zaschnięta krew wokół miejsca, gdzie kula przebiła się na wylot, nie wygląda wcale tak źle. Bywał w znacznie gorszych sytuacjach, ale miał wtedy do dyspozycji swoją niezawodną różdżkę.

- Zostaw – mówi Evan chłodno, odsuwając od siebie delikatne, ostrożne palce. – Samo się zagoi. Muszę tylko odpocząć.

Dzieciak wygląda na zagubionego, obejmując się obronnie ramionami. Przytakuje nieznacznie, ale kiedy wpakowuje się pod kołdrę, omija Rosiera szerokim łukiem.

Przynajmniej na tyle, ile pozwala ograniczone pole manewru. Evan zezwala sobie na ciche westchnięcie. Nie uśmiecha mu się spędzenie kolejnej nocy w równie niewygodnej, połamanej pozycji. Zwłaszcza teraz, gdy lewe ramię odmawia współpracy. Wstaje, żeby zgasić światło, po czym z wahaniem układa się obok chłopca.

Ten nie protestuje, wręcz wciskając się w ścianę, by zrobić dla niego wystarczającą ilość miejsca.

- Bardzo boli? – pyta Evan, nie mogąc znieść ciszy, która zdaje się go przytłaczać, a jednocześnie krępować.

- To nic – powtarza Harry jego własne słowa. Jest dość rezolutny jak na sześciolatka i zdecydowanie zbyt cwany.

- W takim razie śpij – odpiera Rosier, przewracając oczami mimo otaczającej ich ciemności.

Czy powinien założyć, że to wszystko rzeczywiście się działo, nie będąc jedynie wytworem wyobraźni Pottera? Czy właśnie odkrywa te brakujące elementy układanki, wypełnienie luk we wspomnieniach? A może to raczej następne osiem lat rozegrało się tylko w jego umyśle? Czyżby oberwał jakimś zaklęciem i tkwił w czymś na kształt bardzo realnej śpiączki? Tak wiele pytań, a żadnych konkretnych odpowiedzi.

Chłopiec odwraca się w jego stronę. Czuje wyraźnie ciepły oddech na swoim odsłoniętym ramieniu, kiedy przychodzi mu do głowy pewna myśl. Pomysł nie tyle niebezpieczny co zupełnie niedorzeczny. Nie może przecież wejść do czyjegoś umysłu już tam będąc. W najgorszym przypadku nic by się nie wydarzyło, gdyby spróbował, a przynajmniej mógłby wykreślić choć jedną z wielu opcji.

Podnosi dłoń, przesuwając ją powoli w kierunku dziecka w poszukiwaniu kępki włosów. Dotyka jego czoła ostrożnie, żeby go nie zbudzić, po czym przymyka oczy, wślizgując się do podświadomości. W czasie snu ofiara jest najbardziej odsłonięta i praktycznie się nie broni, jeśli nie przeszła odpowiedniego treningu o co nigdy nie podejrzewa sześciolatka. Poza tym łatwiej nawiązuje się połączenie na stosunkowo bezpiecznym terenie sennych marzeń zwłaszcza za pierwszym razem.

Czarny Pan i wielu mu podobnych, nie kłopota się takimi szczegółami. Niektórzy po prostu lubią brutalnie forsować umysły przeciwnika, dając znać o swojej obecności i czyniąc to doświadczenie niezwykle bolesnym. Evan woli subtelniejsze zabawy, działanie z ukrycia, bo zwiększa tym samym zasięg dostępnych możliwości i wykorzystuje je wszystkie. Nie może jednak teraz się nad tym rozwodzić, wspominać tych rozkosznych chwil, kiedy niszczył wrogów od środka, a oni nawet nie zdawali sobie sprawy z jego obecności.

Przemyka po zakamarkach głowy Harry'ego z właściwą sobie precyzją, pozostając przy tym absolutnie niewykrywalny. Stąpa lekko niczym pająk, muskając zaledwie poszczególne wspomnienia, które rejestruje ledwie świadomie, ale zamierza zgłębiać i roztrząsać dopiero w przyszłości. Szuka tego, co najbardziej istotne, czyli momentu, w którym się pojawił. Ku swojemu całkowitemu zdumieniu, dzieciak wcale nie jest zdziwiony jego obecnością. Co więcej, wierzy, że Evan zjawił się na Privet Drive z powodu jakiegoś życzenia, więc oczywistym posunięciem zdaje się odnalezienie odpowiedniego wspomnienia, choć trudno poruszać się w umyśle po brzegi przepełnionym przemocą i strachem.

Harry siedzi skulony pomiędzy krzewami w ogrodzie. Ci mugole zostawili go tam na noc, bo uważali, że zasługiwał na karę. Według nich był niewdzięczny, gardząc nieco czerstwym chlebem z masłem i słabą herbatą, podczas gdy oni zajadali się najlepszymi kąskami. Rosier widzi wyraz twarzy Harry'ego, niemal odczuwa targające nim emocje i w odpowiedzi prawie dostaje szału. Z trudem opanowuje się, nie chcąc roztrzaskać delikatnego umysłu w pył. Dzieciak patrzy pusto w rozgwieżdżone niebo, a jego spojrzenie wędruje uparcie w kierunku księżyca, który zdaje się go wzywać. Śpiewa i nuci, snując opowieści, przeplatając je ze zwodniczymi obietnicami wolności oraz spokoju. Magia Harry'ego odpowiada swobodnie na ten zew, skapując z jego palców na trawę niczym ciecz. Evan nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Chłopiec zdaje się pojmować świat zupełnie inaczej.

- Chcę by ktoś się mną zaopiekował – szepta w kierunku księżyca, patrząc jak ten migocze nieznacznie w odpowiedzi, jakby puszczał mu oczko. – Chcę, żeby komuś zależało. Chcę czuć się bezpiecznie.

Tuż obok dziecka na moment materializuje się wyblakła, niewyraźna sylwetka, w której Evan rozpoznaje samego siebie, po czym znika tak szybko jak się pojawia. Potter jest rozczarowany, kiedy z westchnieniem opada na trawę, piorunując wzrokiem oszukańcze niebo.

Rosier przeskakuje do następnego wspomnienia. Harry potrafi zmienić swoje oczy tak, żeby widzieć w ciemności, więc ma chwilę, żeby przyswoić obecność Evana nim ten zapali światło. Zaskoczenie przesłania pewność, że sam go stworzył. Tak samo jak te potwory i wiele innych stworzeń, które pojawiają się wbrew jego woli, a są skutkiem wyrzutów sumienia oraz innych intensywnych uczuć.

A jednak postanawia ostrzec go przed swoim wujem, jakby podświadomie czuł, że to nie tylko wytwór jego wyobraźni. Potter ewidentnie boi się ewentualnych konsekwencji, których mógłby doświadczyć, gdyby Vernon się o tym dowiedział.

Dopiero później znajduje w jego głowie wyraźne wątpliwości, które przemawiają za tym, że Rosier jest jednak prawdziwy, rzeczywisty. Wszystko, co pojawiało się do tej pory działało według określonych zasad, kierowało się specyficznym wzorem, a Evan funkcjonuje nieszablonowo. Harry życzył sobie kogoś kto go uratuje z tego piekła, wyzwoli i zabierze jak najdalej od okrutnych mugoli i powinien to dostać, gdyby mężczyzna uformował się z jego pragnień dotyczących szczęścia i bezpieczeństwa. Od tego czasu obserwuje go uważnie, zastanawiając się kim tak naprawdę jest i co oznacza obecność Evana przy jego boku.

Rosier wycofuje się, wskakując z powrotem do własnego umysłu, oszołomiony swoimi odkryciami. Chłopiec wydaje się coraz bardziej interesujący, pełen zagadek. I zdecydowanie jest najpotężniejszym czarodziejem jakiego Rosier spotkał na swojej drodze. Silniejszym niż Dumbledore, a nawet sam Voldemort. Wciąż wyczuwa na języku upajający, egzotyczny smak jego magii, która zdaje się nieograniczona, ale dzika i nieokiełznana jednocześnie. Och, już dostrzega nieprzebrane możliwości wynikające z tej wiedzy.

Wie, że pod żadnym pozorem nie nadaje się na czyjegoś opiekuna, a nawet mentora. Wszystko wokół niego reaguje na tkwiące w nim czyste szaleństwo, niszczejąc od środka i oddalając się stopniowo w kierunku śmierci. Nie potrafi jednak odrzucać w nieskończoność tej nieziemskiej pokusy.

Ma okazję poznać prawdziwego Harry'ego Pottera, a nie ten zmieniający się wizerunek ukazywany w mediach. Zobaczyłby o co tyle szumu i czy wybraniec jest godny jakiejkolwiek uwagi. Może nawet udałoby mu się przeciągnąć go na ciemną stronę, pokazać czym jest prawdziwa, przyzywająca i mroczna magia. Tak, to byłoby naprawdę coś. I nikt nie zorientowałby się w sytuacji. Nawet pieprzony Albus Dumbledore nie mógłby przewidzieć, że Evan dobierze się do jego Złotego Chłopca i ukształtuje go wedle własnego widzimisię. Piękna, frapująca perspektywa, wręcz życiowe wyzwanie. A mina Voldemorta, kiedy rzuciłby mu w twarz tymi nowinkami? Bezcenna. Niemal dostrzega ją już oczami swojej bogatej wyobraźni.

Zagrałby na nosie wszystkim czarodziejom magicznej Wielkiej Brytanii, a gdyby się zorientowali to byłoby już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Tak, to brzmi wystarczająco dobrze.

Postanawia zobaczyć co będzie dalej nim wymyśli odpowiedni plan postępowania, a potem usypia wreszcie, targany wątpliwościami, wsłuchując się w głęboki, równomierny oddech towarzyszącego mu dziecka.