Evan śni o pajęczych sieciach pokrywających cały świat i ludziach zdjętych strachem. To miły sen, więc nic dziwnego, że natrętny, wtrącający się głos wprawia go w irytację.

- …musi się pan obudzić – prosi cicho nachalny dzieciak, nie przestając go szturchać. – Jeśli wuj Veronon tu pana znajdzie…

- Zabiję go wtedy – mamrota Evan sennie, chcąc przewrócić się na drugi bok i nakryć głowę kołdrą, ale obolałe, spuchnięte ramię skutecznie mu w tym przeszkadza. – Kurwa.

- Co to znaczy „zabiję"? – dopytuje Harry z nagłym zainteresowaniem, więc Rosier niechętnie uchyla jedno oko, ale w ciemności nie jest w stanie zobaczyć wyrazu jego twarzy.

- Nieważne – odburkuje, poprawiając swoją pozycję na nieco wygodniejszą. – Dowiesz się jak będziesz starszy.

- Co to znaczy „kurwa"?

Evan przewraca się na plecy, westchnąwszy ciężko, po czym przysłania twarz dłonią. Dzieciak zaczyna go powoli denerwować do tego stopnia, że rozważa uduszenie go w trybie natychmiastowym. Zastanawia się, co ujrzałby w tych ostrożnych, zielonych oczach, gdy jego palce coraz mocniej zaciskałyby się wokół chudej szyi.

- Nie powinieneś się zbierać do szkoły? – pyta zamiast tego głosem zimnym niczym lód.

- Mam dopiero sześć lat – odpiera dzieciak bez najmniejszego przejęcia.

- I co z tego?

- Nie chodzę jeszcze do szkoły – wyjaśnia, próbując wydostać się z łóżka i nie przygnieść za bardzo leżącego mu na drodze Evana. Ma zbyt krótkie nogi, żeby sięgnąć bez problemu podłogi i ostatecznie wbija łokieć w jego brzuch zanim osiąga zamierzony sukces. Rosier jęczy przeciągle. Za jakie grzechy spotykają go same nieprzyjemności? Nie, to może niekoniecznie odpowiednie pytanie. Za KTÓRE z nich jego życie wywrócono do góry nogami? – I jest sobota.

Harry włącza światło. Wygląda zupełnie jak małe, ciemnowłose czupiradło, a stara, spłowiała piżama za duża o przynajmniej dwa rozmiary, wisi na nim jak na haku. I to miała niby być nadzieja całego czarodziejskiego świata? Wolne żarty! Aż podnosi się do pozycji półleżącej, obserwując dzieciaka z najwyższym zainteresowaniem, kiedy ten z niemrawą miną próbuje przygładzić swoją fryzurę, stojąc przed niewielkim, kosmetycznym lusterkiem.

- Nie powinno cię tu być – powtarza Harry z czymś pomiędzy strachem, a rozżaleniem brzmiącym w głosie, więc Evan znika z jego pola widzenia nim ten zdąża się odwrócić. Zmienia się w pająka, nie przestając mierzyć chłopca uważnym spojrzeniem ze swojej kryjówki pod małą, przechyloną szafeczką. Jego mina sugeruje nagłe zagubienie, po czym przechodzi w smutny, osamotniony wyraz.

- Wstawaj, dziwolągu! – warczy na wstępie wielki mężczyzna przypominający Rosierowi wielkiego, idiotycznego prosiaka odzianego w coś, co równie dobrze mogło udawać namiot. Wpada on do komórki pod schodami, z rozmachem otwierając drzwi i niemal siłą wywlekając chłopaka na zewnątrz. - Nie ma wylegiwania się do południa.

- Vernon, proszę – syczy kobieta będąca zapewne jego żoną, zezując w kierunku swojej jedynej pociechy, wyglądającej zza kuchennych drzwi i obserwującej scenę z wyraźnym zaciekawieniem. – Nie przy Dudley'u.

Wielki prosiak łypie na swojego jedynego syna, którego w żadnym wypadku by się nie wyparł, biorąc pod uwagę wygląd zewnętrzny, po czym zaciska zęby, poluzowawszy jednak uścisk na kołnierzu Harry'ego, który upada ciężko na podłogę. Chłopiec nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, podnosząc się szybko do pozycji pionowej. Ma spuszczoną pokornie głowę, choć za plecami mocno zaciska małe piąstki. Nie płacze, choć inne dzieci w jego wieku tak właśnie zapewne by postąpiły. Petunia zabiera syna z powrotem do kuchni, zaniepokojona rozgrywającą się w przedpokoju sceną, ale nie na tyle by się wtrącić.

- Dzisiaj będziesz pracował w ogrodzie – mówi zadowolony z siebie wielki prosiak. Evan zastanawia się czy smakowałby wieprzowiną, gdyby go ukąsił.

- Ale ma być upał – protestuje słabo Harry, otrzymując w zamian silny cios w twarz. Łapie się za zaczerwieniony policzek, który zaraz zdobi niedbały, powoli blaknący ślad męskiej ręki. Rosier przechodzi wzdłuż ściany, pozostając niezauważonym. Nadal nie rozumie, co tu się właśnie dzieje.

- Powiedziałem coś! – podnosi głos mężczyzna o purpurowej twarzy i tych żałośnie wyłupiastych oczkach.

- Tak, wuju – odpowiada chłopiec, ponownie spuszczając głowę, choć jego duma zapewne na tym cierpi. Evan dostrzega w jego spojrzeniu ten buntowniczy wyraz, niezadowolenie, ale też instynkt przetrwania. Zżerany wścibską ciekawością, podąża za nim do ogrodu. Jedno z jego odnóży nie jest w pełni sprawne, więc kuśtyka pokracznie, podczas gdy umysł przepełniają setki pytań. Czy istnieje możliwość, że to dzieje się rzeczywiście? Czy Dumbledore naprawdę umieścił chłopca u mugoli, którzy się nad nim znęcali? Czy ktokolwiek ma chociaż blade pojęcie o tym, co rozgrywa się wewnątrz tego, na pozór, zwyczajnego domu?

Harry musi pracować na zewnątrz nie po raz pierwszy, bo zdaje się zaznajomiony ze swoimi obowiązkami. Ręce drżą mu pod ciężarem dużego sekatora, którym operuje, próbując równo przystrzyc rozległy żywopłot. Rozmieszczone wokół krzewy dają niewiele cienia, choć wystarczająco dla kogoś nieco mniejszego od sześcioletniego chłopca. Evan łapie się na odczuwaniu głębokiego gniewu. Przecież ten dzieciak nawet nie zjadł jeszcze śniadania! Rosier swoje dzieciństwo pamięta zupełnie inaczej. Pochodzi z dość bogatej, czystokrwistej rodziny, której członkowie aktualnie już nie żyją. Nigdy niczego mu nie brakowało, zwłaszcza, że był jedynakiem. Rodzice traktowali go może nieco chłodno, z dystansem, ale nie wymagali od niego robienia niczego wykraczającego poza naukę. W końcu mieli od tego służbę. Generalnie, nawet sam Evan nie wie tak naprawdę, co sprawiło, że stał się odrobinę szalony czy pozbawiony jakichkolwiek zahamowań. I to nie tak, że wpadł w złe towarzystwo, bo raczej właśnie przed nim dorośli zwykle ostrzegają swoje dzieci. Nigdy na odwrót.

Chłopiec przemieszcza się w prawo, rozglądając się wokoło podejrzanie, jakby miał coś do ukrycia. Z tego miejsca zapewne pozostaje niewidoczny dla mieszkańców domu, a przynajmniej dopóki któryś z nich nie postanowiłby wyjść poza próg. Zaciekawiony Rosier obchodzi krzew, pod którym się ukrywa i zerka na to, co absorbuje uwagę Harry'ego i zaraz potem zapewne wytrzeszcza w szoku wszystkie cztery gałki oczne. Olbrzymi wąż sunie sobie swobodnie po mugolskiej posesji, nie zauważony jak dotąd przez nikogo niepożądanego. Bądź co bądź, wieść o nim szybko rozniosłaby się po okolicy, a panice nie byłoby końca. Evan cofa się głębiej pod liście krzewu, obserwując sytuacje. Choćby nawet chciał – a trzeba przyznać, że niezbyt mu zależy - to nie ma jak pomóc temu dziecku, kiedy gad owija się wokół jego chudych nóg, przewracając go na ziemię. Rosier podejrzewa, że za krótki moment stworzenie dokona konsumpcji, ale nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego Harry śmieje się szczerze, obejmując węża swoimi wątłymi ramionami.

Gad wydaje z siebie przeciągły, absolutnie niezrozumiały syk, a chłopiec odpowiada mu tym samym. Evan uznaje, że widział już w swoim życiu wystarczająco, żeby nic go nie zdziwiło. Nie po tym jak ta dwójka syczy sobie w najlepsze, prowadząc jakąś zawiłą konwersację. Robi się coraz ciekawiej. Nie miał wcześniej pojęcia, że syn Potterów jest wężousty. Nie podano tego do wiadomości publicznej. Zresztą, o czym on w ogóle myśli skoro Dumbledore zadbał o ukrycie chłopca z dala od całego czarodziejskiego świata. To jednak może okazać się przydatne w przyszłości, zwłaszcza, jeśli powinie im się noga i zajdzie potrzeba konfrontacji z rozwścieczonym Czarnym Panem. Trzeba mieć w zanadrzu jakiś plan B.

Ponownie skupia uwagę na obserwowanym dzieciaku, próbując zanotować jak najwięcej. Przez twarz Harry'ego przepływa cała gama emocji. Znika gdzieś początkowy rozpromieniony wyraz, a na jego miejsce wkrada się dojmujący smutek, więc najwyraźniej nie podoba mu się to, co słyszy. Scena pożegnania przerasta Evana, który ewakuuje się z ogrodu tak szybko jak tylko pozwalają mu na to krótkie nóżki.

Po powrocie do schowka pod schodami, Harry jest dziwnie milczący i zamknięty w sobie. Przynosi talerz, na którym leżą dwie kanapki posmarowane zaledwie masłem i bez słowa stawia je na niskiej szafce. Nie odzywa się do Evana ani jednym słowem, nawet kiedy ten zagaja na powitanie. Nie może znaleźć sobie miejsca, przechodząc nieustannie z kąta w kąt, aż wreszcie przysiada na skraju łóżka, obejmując się ochronnie ramionami. Cały czas wygląda, jakby usilnie się nad czymś zastanawiał.

- Co to „sługa"? – pyta w końcu, wbijając wzrok w swoje kościste kolana. Rosier unosi w zdumieniu brwi, bo czegoś podobnego się nie spodziewał.

- To ktoś kto komuś służy. Pomaga, wykonuje polecenia.

- A co to „Czarny Pan"?

- Nie „co" tylko „kto" – poprawia go Evan, zastanawiając się w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. – Nie sądzę jednak, żeby był to odpowiedni temat dla chłopca w twoim wieku. Skąd w ogóle te pytania? Gdzie usłyszałeś podobne słowa? Czy to ma coś wspólnego z twoim potajemnym spotkaniem w ogrodzie?

Harry ponownie zmienia pozycję, przesuwając się głębiej na łóżku w kierunku ściany, o którą zaraz opiera się plecami, podciągając kolana pod brodę. Jego oczy szklą się, jakby zbierało mu się na płacz, a wargi drżą.

- Nagini powiedziała, że nie jest mi już dłużej potrzebna – wyznaje łamiącym się głosem. – Że wyczuwa tu sługę swojego Pana i teraz on się mną zajmie.

Rosier siedzi wsparty o poduszki i gapi się na dziecko z otwartymi w szoku ustami. No tak, nic dziwnego, że ogromny pyton wyglądał tak znajomo. W zasadzie powinien już wcześniej skojarzyć fakty, ale jakoś nie było mu z tym po drodze. Co ta sytuacja oznacza w praktyce? Czy Voldemort wie? Czy to z jego rozkazu Nagini czuwała nad młodym Potterem? Jak ona w ogóle się znalazła w pobliżu chłopca, który odpowiada za śmierć ich wspólnego Pana? Niejasne odpowiedzi budzą tylko coraz więcej wątpliwości. Musi lepiej rozeznać się w sytuacji.

- Mówiła o tobie, prawda? – kontynuuje Harry, patrząc na mężczyznę z ukosa. Niesforne włosy zasłaniają bliznę i wpadają mu do oczu, ale wcale się tym nie przejmuje. – Jesteś sługą Czarnego Pana?

Evan przytakuje, skupiając się głównie na własnych myślach i próbie uchwycenia ogólnego sensu.

- Co jeszcze powiedziała?

Potrzebuje znacznie więcej informacji niż otrzymał do tej pory. Liczy, że wciągnie go w rozmowę i wyciągnie wszystko co się da, ale dzieciak jest niezbyt chętny do rozwinięcia konwersacji.

- Zje cię na obiad, jeśli ją zawiedziesz – uświadamia Rosiera wspaniałomyślnie, marszcząc przy tym nos. Sekundę później uderza w przepraszający ton, jakby chcąc koniecznie coś mu wytłumaczyć. – Ale ja jej nie powiem! Wcale nie musisz tu ze mną siedzieć.

Dzieciak wygląda jak kupka nieszczęść z tym swoim rozpaczliwym wyrazem twarzy. Evan czuje się samotny po prostu na niego patrząc. Zielone oczy zdają się w jakiś sposób złamane, jakby ich właściciel pogodził się ze swoim losem. Skąd biorą się te dziwne, negatywne emocje? To zgarbienie ramion charakterystyczne dla ludzi, którzy większość życia mają już za sobą? Skąd to pesymistyczne nastawienie?

- Nigdzie się na razie nie wybieram – oznajmia w końcu Evan, odchylając głowę w tył i wbijając wzrok w sufit, po czym dodaje zgryźliwie: - I zobaczymy kto kogo zje przy następnym spotkaniu.

Harry przemieszcza się na czworakach bliżej, by móc spojrzeć mężczyźnie w twarz. Jakaś iskierka nadziei czai się w jego spojrzeniu, skryta głęboko pod podejrzliwością.

- Zostaniesz? – upewnia się, a otrzymawszy oczekiwane potwierdzenie, posyła mu promienny uśmiech. – Przyniosłem kanapki. Musisz być głodny.

- Nie mam apetytu. - Głos Evana staje się oschły, kiedy brzuch chłopca daje o sobie znać. Ten rumieni się ze wstydu, odwracając wzrok. Najwyraźniej postanowił oddać obcemu mężczyźnie własny posiłek. Być może nawet pierwszy jaki otrzymał tego dnia. Rosier mięknie nieco na tę ponurą myśl. Dzieciak jest zbyt dobry i zasługuje na coś więcej niż towarzystwo niebezpiecznego szaleńca. Wzdycha cierpiętniczo, podnosząc się by dosięgnąć talerza i podaje go Harry'emu z wyraźnym nakazem. – Jedz.

Evan przespał wcześniej większą część popołudnia, postanawiając załatwić swoje sprawy w nocy. Wtedy też może coś zjeść na mieście, więc nie żałuje niczego, kiedy dzieciak pochłania kanapki szybciej niż sądzi, że jest to możliwe. Ze względu na wyjątkową sytuację jest skłonny zaczekać, aż chłopca zmorzy sen nim ostatecznie wymknie się z domu.

Czas płynie, a Harry w ciemności i ciszy przewraca się niespokojnie z boku na bok, grając Evanowi na nerwach. Zapisuje w myślach, żeby zorganizować jakiś eliksir nasenny przy najbliższej możliwej okazji. I może jeszcze fiolkę lub dwie uspokajającego. Sapie z niezadowoleniem, wierząc, że pewnego dnia nabawi się jakiejś rozedmy płuc od tego ciągłego wzdychania.

- Pewnego dnia pajączek się w śliskiej rynnie skrył – zaczyna nucić cicho, ale melodyjnie, rejestrując nagłą sztywność w postawie Harry'ego nim ten pozwala sobie na rozluźnienie. – Wtem deszczyk spadł i wnet pajączka zmył. Wyszło słoneczko i woda wyschła w krąg… po chwili już pajączek po rynnie znów się piął…

Evan zdąża zaśpiewać piosenkę przynajmniej cztery razy nim zmęczony chłopiec wreszcie zasypia. Nie zna żadnej innej, więc nie ma zbytniego wyboru. Powoli zwleka się z łóżka, przykrywając swojego małego towarzysza kołdrą i rusza na podbój nocy.

Zanim wymyśli konkretny, dalekosiężny plan, musia najpierw wtopić się w tłum. Jest poniekąd uwięziony w okolicy, bo dalekie podróże bez różdżki i środka lokomocji nie plasują się zbyt wysoko na liście jego pragnień. Zwłaszcza, że poszukuje go cała aurorska śmietanka. Musi rozwiązać ten uciążliwy problem w najbliższej przyszłości. Tak, to zdecydowanie priorytet.

Najpierw niepozorne ubranie, a później się zobaczy. Najprościej byłoby zgarnąć cokolwiek w domu, w którym się kryje, ale nie zamierza tonąć w stercie materiału.

Krzywi się na samą myśl, wciskając dłonie głębiej w kieszenie.

Na jego dzisiejszą ofiarę zapowiada się dość młody chłopak, mniej więcej podobnego wzrostu i postury. Evan wciąż uważa mugolskie ubrania za co najmniej dziwaczne, raniące jego czystokrwistą dumę do żywego, więc zamierza zobliviatować się przy pierwszym kontakcie z jakąkolwiek różdżką. Co by na to powiedziała jego biedna matka? Wstyd! Hańba! Na szczęście może się jedynie w milczeniu przewracać w grobie.

Podąża za nim niecierpliwie, przeskakując z nogi na nogę. Ma w głowie tyle możliwości, że nie wie na co się zdecydować. Może zadźgać go swoim zgrabnym, ostrym jak brzytwa sztyletem, ale zaplamiłby swoje nowe ubranie, a tego woli uniknąć. Może też zgarnąć jedną z tych cegieł ułożonych w stosik za śmietnikiem po lewej i rozwalić głowę niespodziewającej się niczego ofiary. Nie, nie jest akurat w nastroju na wyciąganie z włosów szczątków tkanki oraz mózgu. Uduszenie… za nudne. Grożenie śmiercią i napawanie się widokiem tego lalusia wracającego ulicami w samej bieliźnie… mógłby to zgłosić, zapamiętać sprawcę, a Evan przecież chce pozostać niezauważony. Zdołałby mu wydrapać oczy, może nawet wyrwać język, ale to kosztowałoby go zbyt wiele zachodu. Nie, nie i jeszcze raz nie, kaprysi, postukując paznokciem o przednie zęby w zamyśleniu.

Chłopak potyka się i klnie, po czym schyla się by zawiązać morderczą sznurówkę, podczas gdy Rosier wpada na idealne rozwiązanie. Podchodzi bezszelestnie, bardzo blisko, dziwiąc się, że nie zostaje zauważony. Najwidoczniej jego ofiara już jest wystarczająco ślepa lub pochłania ją siarczyste przeklinanie pod nosem. Evan wykorzystuje tą nieuwagę na swoją korzyść, zmienia się w pająka i kąsa wystającą spod spodni kostkę.

Chłopak odskakuje i krzyczy, a w następnej sekundzie próbuje zmiażdżyć go podeszwą buta! To już nie jest tak zabawne, kiedy Evan usiłuje nie zginąć, przebierając prędko swoimi chudymi nóżkami. Zwłaszcza ta jedna, po postrzale, wciąż mu dokucza i wlecze się niewspółmiernie do pozostałych. A niech to, było blisko! Teraz z prawej… o, jak dziwnie wygląda świat z czubka buta. Zaraz zwymiotuję…

Rosier przyczepia się do wierzchniej części adidasa i trzyma mocno, choć nie tak całkiem z własnej woli, bo jedna z jego nóg zaplątała się w sznurówkę, więc chcąc nie chcąc bierze właśnie udział w karkołomnym wierzganiu i potrząsaniu obuwiem w wykonaniu jego domniemanej ofiary. Kilka sekund później, z głośnym, nieprzyjemnym plaśnięciem, uderza mocno w elewacje sąsiedniego domu. Zsuwa się na ziemię, chwiejąc się na roztrzęsionych nóżkach i potrząsając głową by odzyskać ostrość widzenia.

Zaatakowany wcześniej chłopak rozglądał się podejrzliwie, po czym odchodzi prędko z miejsca zdarzenia, a Evan zmienia się w człowieka i z rezygnacją rusza w drogę powrotną. Noc jest pochmurna i bezksiężycowa, pozwalając mu wtopić się w ciemność. Jego głowa pulsuje tępym bólem, pogłębiając niezadowolenie z rozwoju wypadków.

Zły na cały świat mija właśnie kolejną przecznicę, gdy jego uwagę przykuwa stojący na poboczu niewielki kontener z obdrapanym, ale wciąż widocznym na przedzie ,napisem: "POJEMNIK NA ODZIEŻ UŻYWANĄ". Podchodzi do niego z zastanowieniem, marszcząc brwi, ale dolne drzwiczki pozostają zamknięte, a górna, ruchoma część otwiera się nieznacznie do wewnątrz. Kuca obok niewielkiego zamka i skupiwszy uwagę wypowiada zaklęcie.

Ubrania znajdujące się wewnątrz nie są pierwszej świeżości, śmierdzą nieco wilgocią i stęchlizną, a w dodatku prezentują się raczej mizernie. Rosier uznał jednak, że i tak są lepsze niż to co wciąż miał na sobie, więc wyszukuje najmniej uszkodzony podkoszulek i spodnie w niezgorszym stanie, choć może nieco za duże.

- O Wielki Slytherinie, lepiej, żeby moje poświęcenie nie poszło na marne, bo nie ręczę za siebie - narzeka pod nosem, ściskając mocniej w garści swoją zdobycz.

Tymczasem Harry budzi się w środku nocy, czując bliżej nieuzasadniony niepokój. Ostrożnie, z wahaniem przesuwa rękę nieco dalej, badając materac i przestrzeń ponad nim, po czym zamiera w bezruchu. Łóżko okazuje się zupełnie puste. Serce chłopca wali jak młotem, podczas gdy do oczu, którymi wpatruje się z obawą w panującą wokół ciemność, napływają łzy.

- Evan? - rzuca szeptem w przestrzeń, przełykając z trudem i próbując stłumić nadciągający strach. Odpowiada mu cisza, więc mocno zaciska powieki, powtarzając sobie w myślach, że potwory zniknęły. Oczywiście wie, że mogą wrócić w każdej chwili. To była przecież jego wina. To przez niego wuj Vernon zmiażdżył wężom głowę. Nagini przysyłała je czasem, żeby dotrzymywały mu towarzystwa. Gdyby nie był takim... dzieciakiem... gdyby nie uznała, że potrzebuje opieki... Wracają, by przypomnieć mu, że to przez niego stała im się krzywda. A przecież nie zapomniał. Pamięta aż nazbyt wyraźnie, że wuj kazał mu je później zebrać z podłogi. „Posprzątać", tak wtedy powiedział. A w umyśle Harry'ego wyrył się głęboko obraz tych pustych oczodołów, zniekształconych, zalanych krwią głów jego niedawnych przyjaciół. Nie ruszały się już, nie mówiły... przypominały makabryczne, sztuczne zabawki. Zwymiotował wtedy, będąc w szoku i miał później jeszcze więcej do sprzątania, choć czuł się słabo, a jego ręce oraz nogi trzęsły się niekontrolowanie.

Nie chce ich zobaczyć już nigdy więcej. Te konkretne potwory są bardziej straszne niż wszystkie inne z jakimi miał dotąd styczność, bo sprawiają, że coś w jego wnętrzu zaciska się nieprzyjemnie i niemal zupełnie odbiera mu dech.

Harry nie pojmuje jeszcze znaczenia śmierci. Nikt nigdy nie wytłumaczył mu o co w tym wszystkim chodzi. W jakimś stopniu oczywiście odczuwał ból straty, potęgowany tęsknotą, ale nie rozumie. Nie tak naprawdę.

Drzwi trzeszczą ostrzegawczo, zwracając jego uwagę. Nasłuchuje w panice, nie mając pojęcia co nadchodzi. Nauczył się już, że pewnych rzeczy lepiej nie widzieć, więc boi się choćby zerknąć w kierunku wejścia dopóki żarówkowe światło nie zalewa komórki.

Nie ma pojęcia jak ani kiedy, ale pojawia się nagle po drugiej stronie pomieszczenia, wszczepiając się palcami w ciemną, poszarpaną pelerynę mężczyzny, który zjada potwory. Evan jest dla Harry'ego czymś na kształt bohatera, nawet jeśli jeszcze nie sprecyzował czy może mu ufać. Nieważne, że nic o nim nie wie. Wrócił! Wrócił do niego, choć wcale nie musiał! I Harry prawie dławi się własnym językiem, kiedy woła prosto do ucha Rosiera:

- Evan, jesteś! Wróciłeś! - powtarza niczym mantrę, nie wierząc we własne szczęście. - Jesteś!

Rosier mruga skonsternowany. Potter wiesza się na nim niczym małpka z zadziwiającą - jak na takiego chudzielca – siłą, ściskając poły jego szaty.

- Złaź ze mnie, głupie dziecko – upomina go opryskliwie, próbując uwolnić się z tego uścisku, ale to zupełnie nie dociera do drobnego napastnika. - Nie jestem wieszakiem.

Wreszcie chłopiec zeskakuje na ziemię bosymi stopami, a jego oczy zdają się wielkie jak spodki, kiedy śledzi w skupieniu każdy ruch Evana. Mężczyzna zamyka drzwi, nasłuchując najpierw przez moment czy hałas i okrzyki nie zbudziły czasem reszty domowników, po czym skupia uwagę na swoim współlokatorze.

- Dlaczego nie śpisz? - pyta ostro, mierząc dziecko gniewnie spod zmarszczonych brwi. Naprawdę liczył na odrobinę spokoju. W spojrzenie Harry'ego wkrada się chłód i znaczący wyrzut przez co jego oczy są nagle znacznie ciemniejsze niż w rzeczywistości.

- Nie było cię – wypomina oskarżycielskim tonem wskazującym na to, że Evan popełnił straszliwe przewinienie.

- Jestem – informuje krótko, zwięźle i na temat.

- Ale nie było cię – upiera się Potter, wpatrując się w niego bez choćby mrugnięcia.

- I co w związku z tym? - Rosier zaczyna na poważnie zastanawiać się na temat tego ile lat w Azkabanie dostałby za zabicie Chłopca, Który Przeżył. To zagadnienie stawało się coraz bardziej intrygujące. Czy jakikolwiek plan jest wart takich poświęceń z jego strony? Czy ewentualne korzyści wystarczą, żeby powstrzymać go przed potencjalnie radykalnym posunięciem? Ma co do tego poważne wątpliwości.

Harry zagryza wargę, poprawiając rękawek, który zsuwa mu się z ramienia, ale nic nie odpowiada. Zamiast tego wraca do łóżka, podciągając nogi pod brodę w swojej zwyczajowej, skulonej pozycji. Dopiero kiedy Evan dołącza do niego zgasiwszy uprzednio światło, pozwala sobie na nikły uśmiech i zajmuje miejsce u boku tajemniczego mężczyzny, którego przez długi czas widywał w snach. Nawet chłodna, pełna irytacji osobowość nie tłumi jego dziecięcej radości, bo czuje, że wreszcie nie jest już tak całkiem sam.