Evan zaledwie muska wspomnienia Harry'ego z dzisiejszego poranka nim kieruje się do centrum jego umysłu i to wystarcza, żeby rozpalić w nim najgorsze, najgłębiej ukryte emocje.

Nie ma jednak do dyspozycji tyle czasu, żeby zdecydować w jaki konkretnie sposób chciałby skrzywdzić tego cholernego, brudnego mugola, ale z całą pewnością zajmie się tym jak najszybciej.

- Harry – zaczyna pewnie, próbując zwrócić na siebie uwagę chłopca, który kuli się nawet wewnątrz własnego umysłu, gdzie przecież powinien czuć się lepiej. Wielu czarodziejów szuka schronienia od fizycznego bólu w swojej podświadomości, a część z nich nigdy już nie powraca do brutalnej rzeczywistości. – Spójrz na mnie. Musisz się skupić.

Pociemniałe z bólu oczy dziecka jarzą się nienaturalnie w ostrym, jaskrawym blasku świadomości. Niematerialna postać drga, blednąc i zanikając nim ponownie nabiera ostrości.

Evan ostrożnie łapie za jego ramiona. Na zewnątrz wszechobecna, skumulowana do niewyobrażalnych rozmiarów, magia dusi go w piersiach, utrudniając logiczne myślenie. Wchodzenie do czyjegoś umysłu w takich okolicznościach jest ryzykownym posunięciem, zwłaszcza, że zawsze pozostaje połączenie między jaźnią, a ciałem.

W głębi swojej czarnej duszy Rosier doświadcza właśnie ukłucia prawdziwego strachu, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Pierwszy raz w życiu styka się z taką ogromną, niekiełznaną mocą. Wszystkie instynkty samozachowawcze biją na alarm, a każda komórka w ciele nakłania do natychmiastowej ucieczki. Czuje też jednak coś na kształt ekscytacji. Oczami wyobraźni już widzi kim, przy odrobinie dobrej woli i odpowiedniego pokierowania, ten chłopiec może stać się w przyszłości.

- T-to… jest za silne – mamrota Harry z trudem, ledwie łapiąc oddech. – I boli… N-nie mogę… nie z-zatrzymam…

Evan przygryza wargi do krwi i ten krótki przebłysk bólu pozwala mu skupić myśli. Czuje drżenie ramion dziecka pod swoimi palcami, jakby powodowane nadludzkim wysiłkiem i może przysiąc, że dostrzega drobną pajęczynę pęknięć na złowrogo bladej twarzy chłopca.

I dopiero wtedy w pełni pojmuje. Jakimś cudem Potter dusi w sobie całą tą magiczną eksplozję i choć jego ciało nie jest w stanie pomieścić takich pokładów mocy to nie pozwala by wydostała się ona poza ściany schowka pod schodami. Wymaga to całych pokładów samokontroli, zwłaszcza, że jego własna magia próbuje rozerwać go na strzępy. Evan nigdy nawet nie słyszał o takim przypadku.

- Nie walcz z nią – decyduje prędko. Spina się jednak na myśl o ewentualnych konsekwencjach. Jeśli się myli, uwolniona moc zmiecie z powierzchni ziemi, w najlepszym wypadku, tylko tą ulicę, a w najgorszym również kilka sąsiednich. – Nie zatrzymasz jej, więc trzeba ją odpowiednio przekierować. Jestem tu i pomogę ci, ale musisz mi zaufać. Zaczniemy powoli. Skup się na mnie i wyobraź sobie, że twoja magia to woda. – Mózg Rosiera pracuje na najwyższych obrotach, porządkując następne kroki, chcąc je przekazać w przejrzysty dla dziecka sposób. – Ja jestem pustym naczyniem, do którego musisz ją przelać. Tak jakbyś, hm… pchnij ją po prostu… NIE WSZYSTKO NA RAZ, na Merlina, POWOLI! Pamiętaj o wodzie, jak chluśniesz to rozlejesz, rozumiesz? Stopniowo…

- J-ja nie wiem jak… - Harry błądzi nieprzytomnym spojrzeniem po jego twarzy, nie mogą c złapać ostrości. Evan klnie pod nosem, po czym zsuwa ręce wzdłuż ramion dziecka, ostatecznie chwytając jego drobne dłonie w pewnym uścisku.

- Pomyśl, że twoje dłonie to krawędź, z której możesz to zrobić. Poczuj jak magia płynie w żyłach i skieruj ją dokładnie w stronę ujścia. Skup się. Oddychaj głęboko.

Chłopiec marszczy czoło w wyrazie najwyższego skupienia, starając się podążać za wskazówkami, choć sprawia mu to wiele trudności.

- Tak, dokładnie tak! Doskonale – chwali go Rosier zadowolony, czując pierwsze efekty tego eksperymentu. Nowe doświadczenie okazuje się jeszcze dziwniejsze niż się początkowo spodziewa. Moc Harry'ego mrozi go od środka, wywołując silne drżenie. Serce bije w piersi niczym dzwon, nieustannie pompując pobudzoną magicznie krew by szybciej rozchodziła się po organizmie, wspomagając go w dopasowaniu się do sytuacji. Jego, naruszony podróżą w czasie, rdzeń najpierw się regeneruje, po czym stopniowo zaczyna pęcznieć i puchnąć. Evan już teraz jest niemal pełny, a świeża, obca moc zaczyna wypełniać go po same brzegi i nie ma pewności czy da radę przyjąć, choć odrobinę więcej nim rozerwie go na strzępy. Przez moment balansuje na krawędzi, igrając z niebezpieczeństwem i ocierając się o śmierć. Nie ma nic do stracenia, a jednak gdy nieprzyjemne uczucie staje się nie do zniesienia, puszcza ręce chłopca, odsuwając się. Jego palce mrowią, a wszystkie włosy na ciele stoją dęba. Niekontrolowanie szczęka zębami i ma wrażenie, że zamarzł od środka. Wzrok wyostrza się, nadając umysłowi Pottera nowy wymiar.

- Jeszcze – szepcze ochryple nadal tak straszliwie blade dziecko, a w jego głosie dokładnie słychać błaganie. – Proszę... Jeszcze.

- Nie dam rady przyjąć więcej. – Evan potrząsa przepraszająco głową, próbując skupić swoją uwagę, ale groteskowo rozbudowane zmysły bardzo go rozpraszają.

- Spróbujemy ją teraz przekształcić, wykorzystać. Wiem, że jesteś ranny i cię boli, ale to może się zmienić. Musisz tylko zmusić swoją magię, żeby naprawiała zamiast niszczyła. Skup się na wszystkich zranieniach, każdym po kolei. Myśl o tym, że chcesz poczuć się lepiej, żeby wszystko zniknęło. Każ jej leczyć. Ona należy do ciebie, możesz nad nią zapanować. Wyłącznie tobie się podporządkuje.

Harry słucha Evana uważnie, dzięki czemu jest mu łatwiej wykonać te jasne, stosunkowo proste polecenia. Zwłaszcza, że naprawdę cierpi. To uczucie nie opuszcza go nawet na sekundę, tylko potęgując rozdrażnienie chaotycznej burzy, która przetacza się wewnątrz niego. Rosier obserwuje dzieciaka uważnie, chłonąc powolne zmiany w jego skupionej twarzy. Pajęczyna pęknięć cofa się z nabierających kolorów policzków, a oczy jaśnieją. Palce zaciśnięte kurczowo wokół ramion rozluźniają się, a ręce opadają wzdłuż ciała. Przestaje nawet kulić się w sobie w tej obronnej, karykaturalnie pokrzywionej pozie. Umysł stabilizuje się, wracając do normalności, choć tego Evan nie jest całkiem pewien. Nadprogramowa moc wciąż pulsuje w jego żyłach, przez co czuje się zupełnie wytrącony z równowagi i nadal widzi otoczenie nieco inaczej niż zwykle. Jednakże moc Harry'ego rozpełza się wokół, naprawiając wszystko, co napotyka na swojej drodze; wciąż jest jej tak wiele, że ciężko to w ogóle pojąć. Rana po postrzale goi się w mgnieniu oka, tak samo jak wszelkie drobne ranki, otarcia i uszkodzenia.

Po chwili, która zdaje się ciągnąć wieczność, wszystko cichnie. Znika ten nieznośny szum rozsadzający uszy, ból głowy i złowieszczy napór mocy z każdej strony. Ciężar zgniatający klatkę piersiową także rozpływa się, nie zostawiając po sobie jakiegokolwiek śladu.

Chłopiec uśmiecha się do niego słabo, a w jego zielonych oczach błyszczy nieskrywana ulga.

- Świetnie się spisałeś, Harry - mówi Evan, autentycznie zachwycony. – A teraz chodź, czas odpocząć. – Wyciąga dłoń, która zostaje pochwycona bez najmniejszego wahania, po czym wypycha ich z wnętrza dziecięcej podświadomości.

Sekundę później zupełnie wyczerpany chłopiec śpi już z głową opartą na kolanach swojego nowego opiekuna i drobnymi rączkami zaciśniętymi na jego koszuli. Rosier oblizuje spierzchnięte wargi, mrużąc lekko nadwrażliwe oczy, po czym delikatnie odgarnia mokrą od potu grzywkę z rozgrzanego czoła dziecka. Stara, czarnomagiczna blizna lśni zielonym, niepokojącym blaskiem, więc obrysowuje ją palcem, wyczuwając zgrubiały kształt błyskawicy. Znak, który jest w stanie rozpoznać każdy czarodziej i czarownica w całej Wielkiej Brytanii oraz w zapewne wielu innych miejscach na świecie. Harrry ma ogromne predyspozycje by stać się kimś wielkim. W przyszłości z łatwością zyska poparcie społeczeństwa, a tych, którzy będą przeciwni z pewnością uda się przekupić; znając jego rodzinę środków mu nie braknie. I ta moc… wcale nie jest tak jasna jak można podejrzewać po Złotym Chłopcu, a wręcz przeciwnie. Przeważa w niej ciemność, zimna i przejmująca, a przy tym z destrukcyjnymi skłonnościami. Tak, Evan wyraźnie widzi potencjał. Uśmiecha się pod nosem, snując swoje plany przejęcia władzy nad światem.

- Śpij – szepcze w końcu, a jego głos rozbrzmiewa zadowoleniem w półmroku schowka. – Śpij dobrze, mój mały Czarny Panie.

Ostrożnie rozwiera palce chłopca wciąż zaciśnięte na materiale koszuli, po czym układa go wygodnie wzdłuż łóżka, samemu kładąc się obok. Odczuwa chłód, więc okrywa ich obu starym kocem. Przyciśnięty do jego boku chłopiec grzeje niczym piec, ale nie jest to już powodowane gorączką, co bierze za dobry znak. Zamyka oczy, choć wie, że tej nocy zapewne już nie zaśnie. Obca moc wciąż panoszy się w jego ciele i chętnie ją wykorzysta, ale później. Teraz ma ważniejsze sprawy na głowie. W tym domu są osoby, które należy sprowadzić do parteru.

Ranek nadchodzi szybko. Harry ewidentnie wypiera z pamięci wydarzenia poprzedniego wieczoru, ale nie neguje już istnienia magii w tak zawzięty sposób jak to czynił wcześniej. Nie chce jednak rozmawiać, a kiedy wychodzi z komórki pod schodami, jest cały spięty i z pewnością przerażony. Boi się konsekwencji, choć to przecież nie on zawinił. W ciągu pracowitej nocy Evan jednak zadbał by mugole omijali dziecko szerokim łukiem, przynajmniej przez jakiś czas. Pragnie ich zabić, ale to może pokrzyżować jego plany, więc jedynie spędził nieco czasu w ich brudnych, żałosnych umysłach. Porządnie ich przestraszył, a następnie odwrócił uwagę od chłopca zostawionego pod ich opieką.

Poświęca niemal godzinę na dokładnym przyjrzeniu się osłonom otaczającym dom. Teraz, kiedy magia czai się tuż po skórą, dzięki czemu nie potrzebuje różdżki, żeby ku niej sięgnąć i jej użyć, może to zrobić z łatwością. Jest w stanie zobaczyć blade, kolorowe, posplatane między sobą nici różnych czarów, choć nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało. Ciekawi go czy to właśnie w ten sposób Harry widzi świat na co dzień. Zamierza go zapytać prędzej czy później.

Ku swojemu rozczarowaniu, nie jest w stanie rozpoznać wszystkich rzuconych zaklęć poza standardowym zestawem; nic dziwnego skoro zna głównie czarnomagiczne bariery. Wyczuwa jednak silną magię krwi, która tworzy swego rodzaju podstawę tej plątaniny. Starożytna magia zawsze zostawia ślady, trzeba tylko wiedzieć czego się konkretnie szuka. Evan uważa, że po prostu widzi rzeczywistość taką jaka naprawdę jest, ale równie dobrze może to mieć coś wspólnego z jego szaleństwem. Rozważa przez moment dostępne opcje, biorąc pod uwagę informacje wyniesione z przyszłości. Domyśla się, że ma to coś wspólnego z Lily Potter, która oddała życie za swojego syna, i jej mugolską siostrą. To rzeczywiście potężne czary, ale Evan nigdy nie umieściłby wybawcy czarodziejskiego świata w takim domu i z miejsca może wymienić przynajmniej tuzin innych, bezpieczniejszych placówek. Nie zamierza jednak narzekać. Póki co, ma chłopca na wyłączność, bo nie wygląda na to, żeby ktokolwiek się nim przejmował, a także doskonałą kryjówkę do czasu aż nie odzyska różdżki. Dziwi go tylko, że jest w stanie w ogóle przekroczyć bariery. Z mrocznym znakiem na ramieniu nie powinien nawet widzieć tego budynku, a co dopiero przekraczać jego próg. Czuje reakcje barier, nieprzyjemne szczypanie wokół symbolu swojego zniewolenia, jakby magia chciała pokazać jak bardzo obraża ją samą swoją obecnością. To musi bezpośrednio dotyczyć Harry'ego i jego niezwykłej mocy. Evan da sobie jednak rękę odciąć, że chłopiec jest po prostu silniejszy nawet niż stara magia i ta myśl napawa go optymizmem. Rozbawiony własnym szczęściem zapada w krótką drzemkę.

Harry wraca do swojej komórki i nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić. Spotkanie z wujostwem wprowadza go w zakłopotanie. Nigdy wcześniej nie ignorowali go w ten sposób.

- Przyniosłem ci śniadanie – mówi, podając Evanowi podprowadzone ze stołu bułki. – Nie rozumiem co się dzieje. Oni w ogóle nie zwrócili na mnie uwagi! Jakby mnie wcale nie było. Czy ja jestem teraz duchem?

Wyraz jego twarzy waha się pomiędzy lękiem, a fascynacją, więc Evan parska pełnym politowania śmiechem. Co za niedorzeczny pomysł.

- Gdybyś był duchem i tak mogliby cię zobaczyć – informuje dziecko, poklepując miejsce obok siebie.

- To dlaczego mnie nie widzieli? – Harry posłusznie wspina się na łóżko i patrzy na mężczyznę oczekująco.

- Przez jakiś czas nie będą cię niepokoić. Sprawiłem, że chwilowo nie są w stanie cię zobaczyć.

Potter marszczy nos, zastanawiając się nad tym co usłyszał, po czym jego drobna twarzyczka rozjaśnia się w uśmiechu.

- Czyli teraz jestem taki jak ty – rzuca, promieniejąc zadowoleniem, a Evan nie wyprowadza go z błędu, wzruszając tylko ramionami. Niech sobie dzieciak myśli co chce. To i tak niczego nie zmienia.