Guest - Tak, publikowałam tutaj(i na ao3 w sumie też) początek tej historii, ale to było bardzo dawno temu... Potem straciłam chęci, motywację i czas, więc porzuciłam pomysł, do momentu aż z nudów w pracy zaczęłam obmyślać dalszą fabułę. Zmieniłam sposób narracji i postanowiłam spróbować raz jeszcze. To autorskie opowiadanie. Mówiąc o Harrym w Azkabanie, zapewne masz na myśli "Życie pełne kłamstw", świetna historia z fenomenalnie przedstawionym Evanem - KOCHAM całym sercem. Szkoda, że ani tłumaczenie ani pierwotna wersja nie zostały skończone.
Pozdrawiam.
_
Kilka dni później Harry zdaje się całkowicie akceptować obecność Evana i nowe, obojętne nastawienie swojego wujostwa. Sprawia nawet wrażenie szczęśliwego, co nadal niezmiernie szokuje Rosiera, który z trudem tłumi w zarodku to dziwnie przyjemne uczucie bycia potrzebnym, ale i tak co wieczór przynosi chłopcu ukradzione na mieście łakocie.
Większość dnia spędzają razem. Evan opowiada Harry'emu historie, które dla dziecka są zaledwie czymś z pogranicza bajek oraz niemądrych fantazji, choć to przecież cała prawda. Uparcie walczy też z jego niechęcią do przyznania, iż nie tylko magia jest realna, ale wręcz istnieje cały czarodziejski świat. Potter do wszystkiego podchodzi raczej sceptycznie. Zadaje mnóstwo pytań, a w jego oczach wciąż wyraźnie widać niedowierzanie. Słucha jednak uważnie i stara się angażować w tą niemądrą zabawę, bo stosunkowo szybko odkrywa plusy bycia posłusznym oczekiwaniom dziwnego mężczyzny. Już nie jest ciągle głodny, nieustanny strach powoli odchodzi w niepamięć, a potwory spod łóżka zupełnie przestają się pojawiać, jakby odpędzała je sama obecność Rosiera. Nie to jednak jest najważniejsze. Kiedy Evan uderza w nauczycielski ton, opowiada bądź tłumaczy różne rzeczy, zdaje się nie zwracać uwagi na to, że Harry go dotyka, a robi to dosłownie tak często jak to możliwe. Ledwie muska palcami jego kark, styka razem ich przedramiona, kiedy siedzą wystarczająco blisko siebie albo zaplata palce wokół jego kostki, jeśli akurat siedzi na podłodze, opierając czoło o kolana mężczyzny, podczas gdy on mimowolnie głaska czarną, roztrzepaną czuprynę, jakby nieświadomy tego gestu, kiedy wystarczająco pogrąża się we własnych myślach bądź podróżuje umysłem po okolicy.
Harry jest tak szczęśliwy jak to tylko możliwe, ponieważ to nieprzyjemne uczucie rozpychające go od wewnątrz zniknęło, tak samo jak uciążliwe pieczenie skóry. A robi tylko to czego nauczył go Evan. Za każdym razem, kiedy jego... magia... narasta, pozbywa się jej w najprostszy możliwy, niewymagający nawet skupienia, sposób, czyli przelewa ją prosto w swojego opiekuna. Nie są to jakieś szczególnie duże ilości. Nie takie jak wtedy, kiedy niemal rozsadziło go od środka. Niepokoi go jednak uczucie znużenia, fakt, że sen nie przynosi ulgi aż w takim stopniu jak wcześniej, przez co momentami czuje się bardzo, bardzo zmęczony. Nic jednak nie mówi, bo jest w stanie z tym żyć.
Z początku Evan naprawdę nie dostrzega niczego dziwnego w zachowaniu Harry'ego. Jest zadowolony, że chłopiec słucha uważnie tego, co ma do powiedzenia, a niekiedy nawet nieśmiało zadaje własne pytania dotyczące danego tematu. A warto wspomnieć, że Evan naprawdę lubi mówić, energicznie przy tym gestykulując. Opowiada ze szczegółami o świecie magii, o wszystkim co można kupić na ulicy Pokątnej, o tym czego unikać przy wizycie na Nokturnie, o Hogsmeade, wiosce zamieszkanej wyłącznie przez czarodziejów, a nawet o samym Hogwarcie, który wspomina zawsze z lekką nutą nostalgii w głosie.
Mówi o zwierzętach żyjących w Zakazanym Lesie i tych zamieszkującym jezioro, o ruchomych schodach, gadających obrazach, sowach przynoszących listy i w ogóle o wszystkim co mu wpadnie do głowy.
I właśnie w czasie jednej z takich pogadanek, zaraz po wyjątkowo energicznym ruchu ręką, wypala w przeciwległej ścianie niewielką dziurę.
Zamiera w bezruchu, gapiąc się bezmyślnie w nadpalony ślad. Mruga raz, potem drugi i trzeci, aż wreszcie doznaje olśnienia.
- Harry - zaczyna niepokojąco bezbarwnym tonem. Chłopiec unika jego wzroku, bawiąc się nerwowo rąbkiem swojej przydługiej, wyblakłej koszulki. - Czy zapomniałeś wspomnieć mi o czymś istotnym?
Nie dostaje żadnej odpowiedzi, więc jego twarz wykrzywia się gniewnie, kiedy chwyta dziecko za podbródek i siłą zmusza by na niego spojrzał. Zielone oczy lśnią, a dolna warga drży. Evan nie jest przygotowany na płacz i błaganie jakie następuje sekundę później, więc tym bardziej czuje się wstrząśnięty.
- Uspokój się natychmiast! - rzuca ostro, puszczając go i odsuwając się. Nie wie jak zareagować, choć ma wielką ochotę uderzyć dzieciaka bądź przynajmniej go zakneblować. - Przestań się mazgaić albo... wychodzę.
Karta, którą wykłada na stół jest w najlepszym wypadku niepewna. Tak naprawdę nie wie czego chłopiec oczekuje albo czego się najbardziej obawia. Jak powinien to rozegrać? Przytulić go, zastraszyć? Sprać na kwaśne jabłko?
Ku jemu zaskoczeniu skulony dotąd Harry milknie i prostuje się, zerkając na niego podejrzliwie. Rękawem ociera łzy i cieknący nos, a przy tym wydaje się być zupełnie spokojny.
- Co to za przedstawienie, do cholery? - Evan podrywa się na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści. Jest tak wściekły, że czuje wyraźnie jak jego twarz płonie czerwienią. Chłopiec cofa się pod ścianę, a jego ciało napina się. - Testujesz moją cierpliwość, głupi dzieciaku?
- Wuj Vernon lubi jak się płacze i krzyczy - wyjaśnia Harry, jakby to było całkowicie normalne i Evan poważnie się zastanawia czy powinien się obrazić. - Czasami nie bije tak mocno, jeśli jestem naprawdę głośny.
- Czy ty właśnie porównałeś mnie do tego mugolskiego prosiaka? - cedzi przez zęby, zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się głęboko w wewnętrzną skórę dłoni.
- Przepraszam. - Chłopiec na kilka sekund spuszcza wzrok na swoje kościste kolana, po czym z wyraźnym strachem spogląda w pociemniałe gniewnie oczy mężczyzny. - J-ja nie chciałem, Evan, naprawdę! Nie zrobię tego więcej.
Krew Rosiera wrze, przez co wydaje mu się, że jego ciało płonie. Szlag go trafia na samą myśl o tym co sugeruje to głupie, bezmyślne dziecko. Wbrew pozorom wcale nie lubi słuchać krzyków, a tym bardziej jakichś irytujących lamentów, zdecydowanie bardziej woli pracować w ciszy, dlatego właśnie zajmuje się głównie magią umysłu, bo grzebanie w ludzkich głowach nie powoduje zbędnego hałasu.
- Wlewasz we mnie swoją magię przez cały ten czas? - pyta, zmieniając temat nim wzburzenie doprowadza go do ostateczności. Harry kiwa głową krótko, zaciskając wargi, więc Evan wzdycha ciężko, z dezaprobatą. Łapie go za rękę i nie puszcza, nawet kiedy wyczuwa odruchowe drgnięcie. Sprawdza puls, jednocześnie przyglądając się dziecku uważnie. Nagle chłopiec wydaje się jakiś taki blady, niewyraźny, ma też delikatnie podkrążone oczy, a jego skóra jest podejrzanie chłodna w dotyku. - Jak się czujesz? Masz zawroty głowy? Albo mdłości?
- Jestem tylko zmęczony i trochę chce mi się spać - wyznaje cicho Harry, a niepokój w głosie Evana wywołuje przyjemny uścisk w jego piersi. Ktoś się o niego martwi! Nie - jak zwykle - o Dudley'a, który jest oczkiem w głowie ciotki Petunii tylko właśnie o niego. O NIEGO! Nie potrafi powstrzymać radosnego uśmiechu cisnącego się na rozpromienioną twarz.
- Przestań się tak szczerzyć, to poważna sprawa - irytuje się Rosier, potrząsając głową z dezaprobatą. - Mogłeś sobie zrobić krzywdę, ty głupi dzieciaku! Nie można komuś nieustannie oddawać swojej magii. - Nawet słowem nie wspomina, że robienie czegoś takiego w ogóle nie powinno być możliwe. - Masz typowe objawy wyczerpania magicznego. Czy ty zdajesz sobie sprawę, iż gdyby nie to, że ze względu na brak różdżki nie korzystam regularnie ze swojego rdzenia, a tym samym przepływ mocy nie funkcjonuje tak sprawnie jak powinien, doprowadzając do oczywistego przepełnienia, nie zorientowałbym się co robisz?
- Eee... - Harry mruga zdezorientowany. Nie ma pojęcia co Evan próbuje mu przekazać. To wszystko brzmi jak czarna magia. Jakieś rdzenie, różdżki, przepływy magii... co to właściwie znaczy? - To źle?
- Źle to mało powiedziane. Mogłeś umrzeć w przeciągu kilku następnych dni, a ja nawet nie wiedziałbym dlaczego.
Harry przygryza wargę niespokojnie. Mężczyzna zdążył mu już wytłumaczyć czym dokładnie jest śmierć i nie sądzi, żeby był na nią gotowy. Wcale nie chce umierać. Nie teraz, gdy ma obok siebie Evana, który zdaje się o niego martwić i przynosi mu różne smakołyki, nuci swoją piosenkę o pajączku, jeśli nie może zasnąć i dba, żeby był porządnie przykryty, kiedy nocą w komórce pod schodami robi się naprawdę chłodno.
- Umrę? - pyta szeptem, bojąc się odpowiedzi. Nie chce być jak potwory spod łóżka, chociaż z drugiej strony mógłby wtedy solidnie nastraszyć Dudley'a. Kto wie, może jego głupi kuzyn zmoczyłby się ze strachu.
- Nie - prycha Evan, przewracając oczami. - Ale musisz przestać to robić. Jesteś czarodziejem, więc twoje ciało potrzebuje magii, żeby należycie się regenerować.
- Ale ja jej nie chcę! Przez nią boli mnie brzuch i piecze skóra - skarży się Harry płaczliwie, obejmując kolana ramionami. Rosier przełamuje się, uspokajająco głaszcząc rozczochraną głowę, nieco przygładzając tym samym sterczące we wszystkie strony włosy.
- To przestań z nią walczyć, traktować jak wroga - mówi niemalże łagodnie. - Zaakceptuj ją, a przestanie wywoływać nieprzyjemne odczucia zanim zdążysz powiedzieć: "miałeś rację, Evan". - Posyła chłopcu przekorny uśmieszek. - Przebudziła się, a teraz próbuje znaleźć sobie miejsce. To normalne. Będzie rosnąć razem z tobą, rozwijać się, sprawi, że w przyszłości staniesz się potężnym czarodziejem.
Już jesteś, myśli, ale nie powtarza tego głośno.
- A co jeśli... TO się powtórzy?
- JEŚLI - akcentuje Evan, spoglądając stanowczo w lśniące zielenią oczy chłopca - się powtórzy to wtedy zaczniemy się martwić, w porządku?
- Razem? - pyta Harry z nadzieją.
- Razem.
Chłopiec przesypia większą część następnych trzech dni, a Rosier pozwala na to bez szemrania, ponieważ wie, że młody organizm naprawdę tego teraz potrzebuje. Nadwyrężony rdzeń regeneruje się nadzwyczaj wolno, ponieważ nie jest w pełni wykształcony i minie jeszcze wiele lat zanim osiągnie swoją ostateczną formę i ustabilizuje się.
Ci bezużyteczni mugole nadal nie pamiętają o dziecku pozostawionym pod ich opieką, ale stopniowo mają coraz częstsze przebłyski świadomości, co nie jest Evanowi szczególnie na rękę. Wciąż ma Harry'emu wiele do opowiedzenia i wytłumaczenia, chce też zacząć uczyć go magii. Cóż, jakoś będzie musiał to pogodzić.
W piątek Rosier budzi się zdezorientowany kilka minut po godzinie dziesiątej. Przeciąga się leniwie i ziewa głośno, próbując dostrzec zaburzenia schematu. Od momentu gdy zaczął pomieszkiwać w domu przy Privet Drive 4, nie było dnia, żeby nie zrywał się z łóżka bladym świtem, a to za sprawą upierdliwych ptaków stacjonujących na pobliskim drzewie i urządzających hałaśliwy koncert zanim na zegarze wybijała piąta rano. Nie sądził, żeby kiedykolwiek miał wystarczająco mocny sen, żeby nie zwrócić na nie uwagi, więc najwyraźniej wyjątkowo obyło się bez jazgotu prowadzącego zwykle do porannego rzucania kamieniami do ruchomego celu.
Tak, słodka, niczym niezmącona cisza, tego właśnie mu było trzeba. Uśmiecha się pod nosem, opadając z powrotem na łóżko i wzdychając z zadowoleniem. Nie ma nic lepszego od relaksacyjnego spokoju zaraz po przebudzeniu. Nikt go nie drażni, nie irytuje, nie zawraca gło... zaraz, a gdzie dzieciak?
Harry zwykle budzi się późno, a w ostatnich dniach ściągnięcie go z łóżka przed południem w ogóle graniczy z cudem.
A co jeśli... ktoś go zabrał? Czy to możliwe, żeby w tej rzeczywistości czarodziejski świat znacznie wcześniej upomniał się o swojego Wybrańca? Czy Dumbledore maczał w tym palce? A może ktoś zaczął coś podejrzewać? Czyżby był nieuważny i został dostrzeżony przez jakąś nieodpowiednią osobę? Nie... Niemożliwe. Gdyby tak było to nikt nie czekałby łaskawie aż się obudzi, a grupka uzbrojonych aurorów wywlekałaby go właśnie za próg, sponiewieranego i w kajdanach.
Zaniepokojony Evan czym prędzej wychodzi z komórki pod postacią pająka, choć ma wielką ochotę po prostu wybiec z niej tak jak stoi.
Właściwie sam nie wie dlaczego reaguje tak emocjonalnie. To nie tak, że się przywiązał. Po prostu nie chce rezygnować ze swoich planów.
Petunia Dursley nie zauważa go, pewnym krokiem zmierzając w kierunku wyjścia. Ma zacięty wyraz twarzy i usta zaciśnięte w wąską linię. Nawet nie wychodzi na zewnątrz, wychyla się tylko przez uchylone drzwi i mówi zimno od progu:
- Przyjdź do kuchni jak skończysz - woła oschłym tonem. - Nie zamierzam trzymać w domu darmozjada, więc nie wyobrażaj sobie, że będziesz się obijał przez cały dzień.
- Dobrze, ciociu Petunio - odpowiada Harry posłusznie, a Evanowi spada kamień z serca. Nadal tu jest i nic się nie zmieniło w tej kwestii.
Rosier szybko i całkiem zgrabnie przemyka między stopami Petunii zanim zostaje zmiażdżony przez zamykane z rozmachem drzwi. Ma zamiar przemienić się i porozmawiać z chłopcem, ale jego uwaga skupia się na czymś zupełnie innym. Kobieta z sąsiedztwa, zwana przez Harry'ego "panią Figg", stoi zaraz za załomem bukszpanowego ogrodzenia, oddzielającego Dursleyów od domu sąsiadów, i spoglądała na czarnowłose dziecko z zamyśleniem. Z tej perspektywy jest niemal niewidoczna, więc Evan ostrożnie obchodzi podwórko, żeby lepiej się przyjrzeć i ocenić ewentualne zagrożenie z jej strony.
Staruszka wydaje się całkiem zwyczajna przynajmniej w swojej kategorii wiekowej. Ma drobną, nieco zapadłą twarz, nieproporcjonalnie duże oczy nadające jej z lekka skrzaciego wyglądu, mięsisty nos, symetryczne usta i jasny, meszkowaty wąsik nad górną wargą. Przez kropkowaną siatkę okrywającą szpakowate włosy, przyduże beżowe palto ubarwione kilkoma kolorowymi łatkami i kapcie w szkocką kratkę zapewne jest w okolicy uznawana za dziwaczkę.
- Harry? - woła kobieta, kontynuując przerwaną wędrówkę wzdłuż zadbanego chodnika. - Wszystko w porządku?
- Tak, pani Figg - odpowiada Harry, uśmiechając się do niej nieśmiało, ale nie daje jej możliwości na kontynuowanie przesłuchania, jeśli taki właśnie miała zamiar. - Czy Śnieżka czuje się lepiej?
- Och, pamiętałeś! - wykrzykuje zaskoczona kobieta, a jej twarz rozpromienia szeroki uśmiech. Evan natomiast nie ma bladego pojęcia kim jest owa Śnieżka. - Jakie kochane z ciebie dziecko... Tak, tak, oczywiście, okazało się, że to tylko niegroźne zatrucie, więc nie musisz się martwić. Już wszystko w porządku. A co u ciebie? Dawno cię nie widziałam...
- Ja... - zaczyna Harry niepewnie, rozglądając się wokół mało dyskretnie, choć można to podciągnąć pod roztargnienie. - Byłem troszkę przeziębiony, więc ciocia Petunia nie pozwalała mi wychodzić z domu.
Evan jest zadowolony, że chłopiec potrafi całkiem przekonująco kłamać. Zwłaszcza, że wszelkie ujawnione informacje mogą zadziałać na ich wspólną niekorzyść. Musi koniecznie z nim porozmawiać na temat tego, jak istotne w tym przypadku jest zachowanie tajemnicy.
- Mam nadzieję, że to nic poważnego - odpowiada kobieta, a jej troska wydaje się autentyczna.
- Czuję się już dobrze, proszę pani.
Uśmiech Harry'ego nie jest całkiem szczery, ale chyba tylko Evan to dostrzega, ponieważ pani Figg kiwa z zadowoleniem głową i uśmiecha się ciepło.
- Bardzo mnie to cieszy - mówi, po czym potrząsa lekko niesioną w ręku torbą. - Na mnie już pora, moje maleństwa same się nie nakarmią, ale miło cię było zobaczyć, kochanie. Mam nadzieję, że wkrótce mnie odwiedzisz.
- Postaram się - odpowiada Harry, machając jej nieśmiało na pożegnanie. - Do widzenia, pani Figg.
Chłopiec wraca do zamiatania podjazdu, jakby nic się nie wydarzyło. Evan naprawdę chce skomentować tą idiotyczną czynność, ale ma wiele pytań, a żadnych odpowiedzi, więc postanawia śledzić dziwną staruszkę.
Czego szuka tu ta wścibska kobieta? Rosier wie, że Dursleyowie czasami zostawiają chłopca pod jej opieką, ale to nie znaczy, że powinna wciskać swój nos w nie swoje sprawy. Czy coś się za tym kryje? Czy ona wie kim jest to niepozorne dziecko?
Pani Figg mieszka zaledwie kilka przecznic dalej, przy Wisteria Walk, w niewielkim, obrośniętym dzikim bluszczem, domu. Elewacja poszarzała i zazieleniła się miejscami wraz z upływem czasu, ale zapewne kiedyś była biała jak na wszystkich budynkach wokół. Ogród wygląda jak dzieło szalonego artysty, choć jest zadbany i wolny od chwastów. Evan dostrzega wśród kwiatów kilka magicznych ziół i już samo to nasuwa kolejne podejrzenia.
Irytujące miauczenie wita go od progu, kiedy wślizguje się do domu przez uchylone okno, co wcale nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Koty, no tak, czegoż innego można się spodziewać po zdziwaczałej staruszce. Evan nie cierpi tych puchatych kulek na czterech łapach głównie dlatego, że...
Apsik!
Przeklęte uczulenie. W jego animagicznej formie jest to najgorsza rzecz na świecie, bo kiedy kicha, jego małe, wątłe ciałko podskakuje. Kto to widział, zwierzę z alergią?! To idiotyczne! Szkoda tylko, że prawa magii nie zapytały go o zdanie.
Głos pani Figg dobiega niewyraźnie z głębi domu, gdy Evan rozpoczyna swoje poszukiwania, co szybko doprowadza go do rozstroju nerwowego. Trzymanie w salonie tylu niepotrzebnych bibelotów powinno być zakazane. Jak można cokolwiek znaleźć w takim chaosie? I ten odrażający, wszechobecny smród kiszonej kapusty... nie da się funkcjonować w takich warunkach! Wstrzymuje oddech, żeby choć przez chwilę nie czuć tego odoru, którym zdają się przesiąknięte wszystkie ściany w tym budynku.
Apsik! Niech to dementor pochłonie!
Poirytowany chce skończyć poszukiwania jak najszybciej, więc przemienia się na chwilę w człowieka, nasłuchując przez cały czas czy kobieta się nie zbliża. Ta jednak nadal znajduje się w innym pomieszczeniu, gadając głośno do swoich zapchlonych pupilków, jakby w jakikolwiek sposób zamierzały jej odpowiedzieć.
Jakimś cudem w jednej z szafek, wśród starych egzemplarzy Proroka Codziennego oraz ulotek z kursów doszkalających dla charłaków, znajduje stertę listów od... zaraz, zaraz... samego Albusa Dumbledore'a! No proszę, a jednak! Evan triumfuje, chwaląc się w duchu za przezorność. To oczywiste, że ten stary pryk nie zostawiłby chłopca-który-przeżył bez jakiegokolwiek nadzoru, nawet jeśli pieczę nad nim miałaby trzymać jakaś scharłaczona starucha.
Pobieżnie przegląda pergaminy, upewniając się, że Figg donosi o wszystkim dyrektorowi Hogwartu. Zapewne są to tylko nieistotne sprawozdania, krótkie raporty ze zdobytych dyskretnie informacji, nic szczególnego, jeśli wziąć pod uwagę zwięzłe, uspokajające odpowiedzi jakie otrzymywała w zamian. Sądząc po tym jak Dumbledore umiejętnie zbywa wątpliwości kobiety, zdaje się, że kilkukrotnie powracała do prób przekonania go, że Dursleyowie nie są najlepszymi opiekunami i ona sama mogłaby lepiej zająć się chłopcem. Jak widać, bezskutecznie. Nic dziwnego, ponieważ ten manipulacyjny drań już dawno rozstawił pionki na swojej szachownicy i z pewnością nie zamierza dopuścić, by ktokolwiek wtrącał się w jego genialne decyzje. Evan dobrze zna takich jak on, przekonanych o własnej wyższości, skupionych na celu bez względu na koszty jakie przyjdzie im ponieść, nie dbających tak naprawdę o nikogo. Każdy z kim należy się liczyć, kieruje się hasłem "po trupach do celu", ale tylko nieliczni się z tym nie kryją. Puste slogany, głoszące, że czasem należy poświęcić wszystko dla większego dobra, nic tak naprawdę nie znaczą. Nie ma czegoś takiego jak większe dobro, bo wybrać można jedynie mniejsze zło, a to wcale nie to samo. Jak to zawsze powtarza Czarny Pan... Nie ma dobra i zła, jest tylko władza i potęga oraz ludzie zbyt słabi by do niej dążyć.
Evan na wszelki wypadek chowa kilka z listów do kieszeni, a resztę odkłada na miejsce, starając się, żeby bałagan wyglądał na nietknięty. Ma już swoje potwierdzenie i na razie to mu wystarczy. Odwraca się i prawie dostaje zawału, kiedy od progu pokoju spogląda na niego para dużych, bladoniebieskich oczu z pionowymi źrenicami.
Ap... Z trudem tłumi kichnięcie, zaciskając palce na skrzydełkach nosa. Cofa się o krok, niemal przewracając się o stojący na środku pokoju fotel. Kot spogląda na niego, niespokojnie uderzając ogonem o podłogę, po czym wydaje z siebie przeciągłe miauknięcie, które bez problemu mogłoby zastąpić syrenę przeciwpożarową. Evan ledwie zdążą przemienić się w swoją animagiczną postać, kiedy do środka wchodzi zaniepokojona właścicielka.
- Co się stało, Maleństwo? - pyta, rozglądając się, podczas gdy Rosier podejmuje natychmiastową próbę ewakuacji. Zmierza w kierunku okna, kątem oka obserwując kota, który pręży się i stroszy, sycząc wściekle. - Nikogo tu nie ma. Uspokój się.
Staruszka próbuje złapać futrzaka, ale ten wyślizguje się z uścisku, drapiąc ją boleśnie w dłonie, po czym rzuca się w kierunku uciekającego Evana, który mozolnie wspina się po ścianie, próbując jak najszybciej przebierać swoimi chudymi nóżkami.
- Maleństwo!
Serce Evana jest niebezpiecznie blisko gardła, kiedy z trudem przepycha się przez uchylone okno dosłownie w tym samym momencie, gdy futrzasta głowa z całą mocą zderza się z szybą. Na trzęsących się niekontrolowanie nogach, prędko schodzi z widoku, słysząc jeszcze niewyraźnie jak staruszka strofuje nieposłuszne zwierzę. Rosier naprawdę nienawidzi kotów.
Apsik!
