Funkcjonowanie umysłu każdej istoty jest w jakimś stopniu skomplikowaną sprawą, zwłaszcza w świecie czarodziejów, gdzie magia, jak żywa, przeplata się ze świadomością. Mając odpowiednią wiedzę, doświadczenie, ale również potrzebne w tej dziedzinie umiejętności, można wiele zdziałać. Evan poświęcił tym zagadnieniom większą część swojego życia i wcale zamierza na tym poprzestać. Po prostu ma to w genach i nic nie może na to poradzić.
Członków jego rodziny od pokoleń uznawano za skłonnych do lekkiej paranoi(ach, gdyby tylko wiedzieli jak było naprawdę, jak daleko sięgało niekiedy ich rzeczywiste szaleństwo), skrytych i strzegących swych sekretów jeszcze lepiej niż skarbów. Powiadano, że dzieci Rosierów rodzą się z gotowymi barierami, a legilimencję wysysają wraz z mlekiem matki. Oczywiście to stek bzdur, w który mógł uwierzyć tylko kompletny idiota, ale czegóż można się spodziewać po tak zacofanym, uprzedzonym społeczeństwie? Większość czarodziejów nie ma najmniejszego pojęcia o jakiejkolwiek dyscyplinie umysłu, część pozostałych natomiast nie przejawia większego talentu w tym kierunku, więc tak naprawdę nie rozumie tej delikatnej sztuki, a powszechnie wiadomo, że nieznane krótką drogą prowadzi do strachu.
Spędzanie wielu godzin w głowie Harry'ego jest całkiem odprężającym, niewymagającym wysiłku zajęciem, a pozwala skupić i uporządkować myśli. Rozkopując wyimaginowaną ziemię pod korzeniami kolejnego z rozłożystych drzew, Evan uśmiecha się lekko pod nosem, powracając na krótko do własnych wspomnień.
Pamięta, jakby to było wczoraj, jak jego matka prowadziła go przez ten sam proces zabezpieczający. Miał zaledwie trzy lata, sięgał jej może do kolan i nie rozumiał co tak właściwie robią, choć uważał to za całkiem niezłą zabawę. Jego pierwszy Plac Nieustannej Przebudowy, jak przez długi czas nazywał centralną część swojej świadomości, z początku do złudzenia przypominał rozległe, zadbane ogrody przy ich posiadłości(równie piękne co niebezpieczne), w których zwykł się bawić jako dziecko, zawsze kiedy udało mu się wymknąć niepostrzeżenie z zasięgu wzroku rodziców czy służby. Matka nazywała to igraniem ze śmiercią, ale wiedziała też, że nie powstrzyma swojego ciekawskiego syna przed dalszymi ekspedycjami, więc dopilnowała by któryś ze skrzatów zawsze miał na niego oko, gdy tylko przekraczał próg domu. Ojciec natomiast zakazywał służbie jakiejkolwiek interwencji chyba, że byłaby ona absolutnie niezbędna. Sądził, że w ten sposób nauczy pierworodnego ostrożności i nie spodziewał się, że to odniesie wręcz odwrotny skutek.
- Czemu się uśmiechasz? - pyta Harry, spoglądając na niego podejrzliwie.
- Coś mi się przypomniało - mówi Evan zgodnie z prawdą, choć nie rozwija tematu. Jeśli chłopak chce odpowiedzi to niech zadaje pytania; czym więcej, tym lepiej. W jakiś sposób trzeba przecież pobudzać zainteresowanie dziecka, popychać go do rozwoju.
Harry wygląda, jakby chciał o coś zapytać, ale nie był pewny jak zostanie to odebrane. Wyraźnie się waha, na przemian otwierając i zamykając usta. W końcu ciekawość wygrywa.
- Co ci się przypomniało?
- Własne początki - odpowiada z lekką nostalgią, porzucając na moment swoją czynność i zmieniając pozycję by móc wygodnie oprzeć się plecami o drzewo. - Moje Centrum wyglądało kiedyś podobnie do twojego, choć nie był to las, a ogromny ogród.
W sztukach umysłu najłatwiej jest zacząć od czegoś, co dobrze się zna bądź ma ścisłe powiązania z przyrodą, a najlepiej gdy wybrane miejsce dotyczy obu tych rzeczy jednocześnie. Z jakiegoś powodu magia najlepiej czuje się w środowisku naturalnym(czy też maksymalnie do takowego zbliżonym) i pozwala na bardziej kontrolowane kształtowanie podświadomości.
- Kto cię tego nauczył? - drąży chłopiec, przekrzywiając głowę z zaciekawieniem.
- Moja matka. Byłem wtedy nawet młodszy od ciebie, wiesz? To stare dzieje.
- Gdzie ona teraz jest?
- Nie żyje - odpowiedź jest krótka, zwięzła i na temat, bo Evan czuje zupełną obojętność w związku z tym tematem i nie ma nic więcej do dodania. Między nim, a jego rodzicami nigdy nie wytworzyła się żadna szczególna więź. Nawet dobrze ich nie pamięta, choć gdyby zechciał to mógłby się pofatygować i wygrzebać na wierzch stare wspomnienia z najdrobniejszymi szczegółami. Przechowuje je wszystkie, tak na wszelki wypadek, ale ukryte głęboko na dnie swojego Pałacu Pamięci. Tak, wiele się zmieniło. Buduje swoją fortecę krok po kroku, od dwunastu długich lat, ale nie narzeka. Wie jak płynny i rozwojowy jest to proces i ma świadomość, że jego praca dobiegnie końca dopiero w chwili śmierci. Liczył się z tym od chwili, gdy zaczął na poważnie zgłębiać tajemnice umysłu.
- Przepraszam.
- Niepotrzebnie. To było tak dawno, że właściwie jej nie pamiętam.
- Ja swojej też nie - wyznaje chłopiec cicho. - Chociaż czasem we śnie słyszę krzyk i widzę ładną panią z długimi, rudymi włosami, w którą uderza zielone światło. Myślisz... myślisz, że to mogła być moja mama?
W jego głosie pobrzmiewa nadzieja, ale Evan nie ma pojęcia co by to zmieniło, więc tylko wzrusza ramionami.
- Całkiem prawdopodobne. Znałem twoją matkę z widzenia i jestem pewny, że mógłbym ją rozpoznać, jeśli pokażesz mi swój sen. Sprawdzimy to innym razem, dobrze? Teraz mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Uśmiech Harry'ego przypomina promienie słońca, wyglądające nieśmiało zza chmur po tygodniowej ulewie. Evan czuje w gardle narastającą gulę, więc odwraca wzrok, z jakiegoś powodu czując się jak ostatni tchórz.
Rosier nigdy nie był przesadnie silnym czarodziejem. Plasował się raczej w okolicach przeciętnej, ale miał za to głowę na karku i nie brakowało mu inteligencji ani sprytu. Ale Harry... to zupełnie inna bajka. Już teraz wychodzi daleko poza skalę, a nawet nie zaczął się jeszcze porządnie rozwijać. Z tym chłopcem za plecami Rosier mógłby osiągnąć wszystko; podbić i zniewolić czarodziejską Anglię, a potem... kto wie... może nawet sięgnąłby po resztę świata? Samego siebie uczyniłby władcą, nosząc na skroniach koronę z kości swoich wrogów. Król Evan. Szalony król. Tak, brzmi świetnie, myśli, gapiąc się z rozbawieniem w niski sufit komórki pod schodami. Rządziłby twardą ręką, wymyślał coraz bardziej pokręcone prawa i patrzył jak biedny lud próbuje się podporządkować. Przynosił by śmierć, zniszczenie i chaos gdziekolwiek by się nie pojawił. Nosiłby się jak prawdziwy, nieposkromiony bóg wojny.
Nie, gani się w duchu, potrząsając głową sam do siebie. Władza niesie ze sobą nie tylko zabawę oraz nieograniczone możliwości, ale też odpowiedzialność i obowiązki, a przecież stroni od nich jak to tylko możliwe. Szybko by się znudził. Wyimaginowana korona nagle ciąży na jego głowie, jakby ważyła tonę, przypominając, że to nie jego los, nie jego przeznaczenie. Jest przecież wężem; lubi działać z ukrycia, pełzać własnymi ścieżkami, pożerać wrogów i kąsać bez opamiętania. I bawić się aż braknie mu sił.
Przekręca się na bok, spoglądając na Harry'ego z krzywym uśmiechem. Delikatnie odgarnia ciemne kosmyki z twarzy chłopca, nie chcąc go obudzić. Potrzebuje snu; wciąż jest taki mały i bezbronny. Evan mógłby złamać jego kark gołymi rękami.
Wzdycha cicho, po czym przewraca się z powrotem na plecy, podkładając zgięte ramię pod głowę i ignorując to dziwne, ściskające uczucie gdzieś w żołądku; chyba zjadł coś nieświeżego i mu zaszkodziło. A przynajmniej tej wersji się trzyma.
Powraca myślami do ostatnich dni. Jest bardzo zadowolony z ich wspólnych postępów. To, co robi w głowie chłopca to stara jak świat, oszukańcza magia, niemal fałszywa, kuglarska sztuczka, którą znają tylko nieliczne stare rody, a dzięki której można oszukać wścibskie, niepożądane oczy. Pozwala ona w bezpieczny i w miarę szybki sposób uporządkować niewprawiony umysł i utworzyć podstawowy obraz, coś jak uproszczoną mapę myśli i wspomnień, pozwalając jednocześnie w subtelny sposób ingerować w jej formę i manipulować faktami czy chociażby zakładać odpowiednie bariery czy też pułapki. I dzięki temu coraz lepiej poznaje samego Harry'ego.
Nawet nie wie, kiedy zasypia.
Budzi się nieco odrętwiały, ale i tak gwałtownie siada na łóżku, jakby pociągnięty niewidzialną liną. W pomieszczeniu jest cicho i nie słyszy żadnych innych dźwięków poza miarowym oddechem chłopca, więc nie ma pojęcia, co tak właściwie wyrwało go ze snu. Ma dziwne przeczucie. Coś czai się na granicy jego świadomości; jakaś myśl, ulotne wrażenie, że powinien o czymś pamiętać. Schemat. To musi być to. Naruszenie rutyny. Ostatnie dni były zdecydowanie zbyt spokojne i czegoś tu brakowało. Czemu przestał wstawać bladym świtem? Czemu nie podrywa się już z łóżka z irytacją i rządzą mordu? Nagle mruga z zaskoczeniem, kiedy doznaje olśnienia. Ptaki. Co się stało z przeklętymi ptaszyskami, które gnębiły go systematycznie o poranku? Zsuwa się z łóżka, wiedząc, że i tak nie zaśnie póki nie pozna prawdy. Nie teraz, gdy już skojarzył fakty, a w jego umyśle zagnieździła się podejrzliwość. Zakłada buty nie kłopocząc się nawet sznurowaniem ich, po czym wymyka się z domu.
Na zewnątrz wciąż panuje noc. Księżyc jest zaledwie wąskim paskiem bladej, wygiętej w sierp poświaty. Ciemność rozpraszają głównie, rozmieszczone tu i ówdzie, uliczne latarnie, ale nie sądzi by ktokolwiek mógł dostrzec go przemykającego wśród cieni na podwórzu, nawet gdyby któryś z sąsiadów niefortunnie się przebudził i postanowił wyjrzeć przez okno. Przecież potrafi się skradać, idealnie wtapiać w tło, a czarne ubranie tylko pomaga mu się ukryć. Zimny, przenikliwy wiatr rozbudza go do reszty, wywołując w ciele nieprzyjemny dreszcz i gęsią skórkę, ale ignoruje to. Ma jasno wyznaczony cel, a kiedy już pozna prawdę to wróci do ciepłego łóżka i odpocznie w spokoju. Przynajmniej bardzo chce w to wierzyć.
Przeklęte ptaszyska są martwe. Ktoś przetrącił im karki i pogrzebał niedbale u stóp rozłożystego drzewa na tyle płytko, by wczorajszy deszcz zmył część ziemi, odsłaniając fragmenty piór czy dzioba. Widzi je dość wyraźnie w świetle ulicznej lampy, które sięga drzewa. Evan marszczy brwi w zamyśleniu, rozkopując bezmyślnie prowizoryczny grób. To ewidentnie zostało zrobione w pośpiechu, jakby sprawca bał się, że zostanie przyłapany. Albo wręcz przeciwnie, jakby temu komuś zupełnie nie zależało na ewentualnych konsekwencjach.
Patrzy na trzymane w ręce truchło, po czym jego wzrok samoistnie wędruje w kierunku niepozornego domu, który wygląda zaledwie jak ciemna, ledwie wyróżniająca się od tła, plama. Kilka dni temu Harry miał ziemię pod paznokciami, kiedy wrócił popołudniu do ich komórki. Podczas jego nieobecności Evan spędzał czas na medytacji i przebudowie swojego Pałacu Pamięci, tworząc w nim specjalne miejsce dla chłopca i wszystkiego co z nim powiązane, więc mu nie towarzyszył. Dzieciak wykonywał wtedy swoje obowiązki w ogrodzie dlatego też brudne dłonie nie wzbudziły w Rosierze żadnych podejrzeń.
Upuszcza ptaka na ziemię, zaciskając usta w wąską linię. To niedorzeczne. Dlaczego Harry miałby robić coś takiego? Przecież rozmawiali już na ten temat. Evan jasno dał chłopcu do zrozumienia, że śmierć nie jest rozwiązaniem. Zmierzając z powrotem w stronę domu, wraca myślami do odpowiedniego wspomnienia.
Znowu są w umyśle Harry'ego. To właściwie nic nowego skoro spędzają tam niemal cały wolny czas chłopca, ale tym razem lekcja wcale nie jest przyjemna. Evan wie jak koszmarnie może skończyć się ten eksperyment, lecz ma świadomość, że nie może odwlekać tego w nieskończoność. Nie po tym jak rozgniewany Harry wpadł do ich komórki, twierdząc, że chciałby zmienić swojego nieznośnego kuzyna w robaka i rozdeptać na miazgę. Rosier zaśmiał się, twierdząc, że byłby to bardzo tłusty robak, ale wcale nie było mu do śmiechu, bo chłopiec nie żartował. Patrzył tylko na swojego opiekuna z uporem, żądając, żeby powiedział mu jak to zrobić. Musiał więc odwieść go od takich pomysłów raz na zawsze.
Dzieciak wije się u jego stóp, wrzeszcząc wniebogłosy, jakby obdzierano go ze skóry. I może faktycznie tak się czuje skoro dostał cruciatusem. Co prawda, nie jest to prawdziwa magia, a tylko iluzja, ale to jedyny sposób w jaki Evan może mu cokolwiek pokazać i jest w tym naprawdę dobry. Potrafi przecież odtworzyć to uczucie w bardzo realny sposób. Pokaz trwa kilkanaście sekund nim Rosier uznaje, że to powinno wystarczyć. Harry leży na trawie i drży, oddychając płytko, ale z pewnością nie odczuwa żadnych skutków ubocznych, którym musiałby stawić czoło, gdyby to była prawdziwa klątwa. Mężczyzna kuca przy nim, wyciągając rękę by dotknąć zaczerwienionego policzka, ale nie jest zdziwiony, kiedy dziecko odsuwa się gwałtownie. Marszczy czoło, ale nie robi tego ponownie, utrzymując ten dystans.
- Przykro mi, Harry - mówi, próbując załagodzić sytuację, choć wcale nie czuje skruchy. Nie zamierza jednak dopuścić by chłopiec się przed nim zamknął. - To był jedyny sposób. Nie chciałem cię zranić.
- To tak strasznie bolało. - Głos dziecka jest ochrypły od krzyku i pełen wyrzutu. Zielone oczy lśnią żalem, a policzki znaczą ślady łez, więc Evan ociera je kciukiem w rzeczywistym świecie, wiedząc, że ten nie jest w stanie go powstrzymać, bo nie potrafi utrzymać koncentracji na dwóch rzeczach jednocześnie. Może wie, może czuje, ale będąc wewnątrz swojej głowy pozostaje odcięty od większości fizycznych reakcji. - Obiecałeś, że nie zrobisz mi krzywdy.
- Przepraszam, ale nie dałeś mi wyboru. Widzisz, zabijanie nie jest rozwiązaniem, kiedy ma się inne opcje. To naprawdę istotne, więc musisz nad sobą zapanować, a pewnego dnia, kiedy będziesz gotowy, pozwolę ci zrobić ze swoim kuzynem co zechcesz, ale teraz... Mamy cel, Harry... plany, pamiętasz? Śmierć zawsze niesie za sobą konsekwencje. W naszym wypadku ktoś w końcu zacząłby węszyć i odkryłby nasze tajemnice. Warto jednak zdać sobie sprawę z innych utraconych korzyści. Mordując kogoś, tracisz możliwość manipulowania tą osobą i wykorzystania jej. Martwi nie mówią, nie zdradzają też cennych informacji, są kompletnie nieprzydatni. Czasem lepiej kogoś skrzywdzić niż zabić.
- Dlaczego? To tak bolało... ja... j-ja chciałem, żeby to się skończyło. Chciałem umrzeć - szepcze niemal złamanym tonem.
- Ale żyjesz. I tylko się liczy.
Senne oczy chłopca patrzą na niego bez zrozumienia.
- Evan? - pyta cicho, stłumionym głosem osoby, która jeszcze nie całkiem się obudziła. - Co się stało?
Pociera powieki małymi piąstkami i ziewa potężnie, ukazując Rosierowi niemal całe swoje uzębienie, ale posłusznie siada, choć nie ma tak naprawdę wielkiego wyboru.
- Ubieraj się - rzuca tylko Evan zimnym tonem, wciskając mu w dłoń swój własny sweter. Jest rozgniewany i zaniepokojony. Nie mogą przecież wzbudzać żadnych podejrzeń, a takie bezmyślne działania w końcu doprowadzą do katastrofy. Tego może być pewny. To przecież zawsze źle się kończy.
- Ale gdzie idziemy? - dopytuje zmieszany, ale mężczyzna już ciągnie go w kierunku drzwi. Harry potyka się o sweter, który sięga mu niemal do stóp i tylko silna dłoń powstrzymuje go przed upadkiem.
Moment później są już na zewnątrz i chłopiec chyba domyśla się celu tej niespodziewanej eskapady, bo zaczyna się opierać, ale Evan ignoruje jego błagania dopóki nie docierają pod drzewo.
- To twoja sprawka? - pyta wprost, podnosząc zwłoki ptaka pod sam nos chłopca, który krzywi się na smród rozkładu, ale nie zaprzecza, wiedząc, że Evan od razu przejrzałby kłamstwo. Milczy natomiast, unikając rozczarowanego spojrzenia mężczyzny. - Dlaczego to zrobiłeś?
- Bo codziennie cię budziły - wyrzuca wreszcie z siebie na jednym wdechu. - Byłeś zły i rzucałeś w nie kamieniami, sam widziałem. Chciałeś, żeby umarły.
- Rzucałem w nie kamieniami, bo mnie irytowały - wyjaśnia, zastanawiając się, kiedy Harry go obserwował. Ani razu nie zauważył, żeby ktoś go śledził, a to znaczy, że jest nieostrożny. Cholera. - I to świetna rozrywka. Przecież rozmawialiśmy o tym! Co chciałeś tym osiągnąć?
Evan jest tak sfrustrowany, że chce krzyczeć na cały głos. Harry zaciska wargi w wąską linię, odmawiając odpowiedzi. Naprawdę mógłby go teraz uderzyć, ale to nienajlepsza taktyka.
- Mówiłem ci, żebyś nie zabijał!
- To tylko głupie ptaki - sprzecza się chłopiec uparcie i Rosier zastanawia się czy popełnił błąd traktując go ulgowo. Załagodził sprawę z cruciatusem, jakimś cudem przekonał Harry'ego, że zrobił to dla jego dobra i liczył, że to wystarczy by trzymać go w ryzach. Najwyraźniej się pomylił. Może jednak powinien wychowywać tego dzieciaka twardą ręką. Sprawić, żeby był posłuszny i bał się choćby mrugnąć bez pozwolenia. Nie... Nie może pozwolić by lękał się własnego cienia. Musi być silny, niezależny i mieć własne zdanie. Takiego właśnie go chce. Na Slytherina, dlaczego to wszystko jest takie skomplikowane?
- Zdradzisz nas! - Powstrzymuje się przed złapaniem chłopca i potrząśnięciem nim mocno, a zamiast tego zaciska palce wokół ptasiej nogi. - Tego właśnie chcesz?
- Nie - odpowiada cicho chłopiec, jakby wbrew sobie.
- To przestań działać w tak bezmyślny sposób! My nie zabijamy! - emJeszcze nie,em dodaje w myślach, ale zachowuje to dla siebie, żeby nie mącić chłopcu w głowie. - Martwi do niczego się nie przydają!
Twarz Harry'ego czerwienieje, ale ciężko stwierdzić czy to przez zawstydzenie. Jego oczy mają dziwny wyraz, kiedy spogląda prosto w rozgniewane oczy starszego mężczyzny. Ciszę, która zapada między nimi, można ciąć nożem, lecz ten stan nie trwa długo. Rosier marszczy brwi, czując magię wzbierającą wokół nich niczym fale na wzburzonym morzu. Nie ma pojęcia czego się spodziewać. Czy chłopiec zamierza go zaatakować? A może znów traci kontrolę? Uliczne lampy trzeszczą głucho, gasnąc i zapalając się na przemian.
Evan chce to przerwać, zareagować, ale nagle truchło w jego dłoni odżywa. Przetrącona głowa wskakuje na swoje miejsce, a skrzydła rozkładają się z rozmachem. Zaskoczony mężczyzna upuszcza ptaka na ziemię i gwałtownie odskakuje do tyłu, niemal potykając się o własne nogi.
- Kurwa! - wyrzuca z siebie ochryple. Włosy na przedramionach jeżą się jak naelektryzowane, głos więźnie w gardle, serce w piersi bije szybko i mocno, a pierwsze krople zimnego potu zaczynają spływać wzdłuż kręgosłupa, kiedy obserwuje jak to wynaturzone ptaszysko usiłuje złapać równowagę. Stworzenie ma mętne oczy, odrażająco wydęty, napięty brzuch, a jego głowa chwieje się lekko na boki, jakby przymocowano ją na sprężynie, a jednak po kilku próbach udaje mu się unieść w powietrze i odlecieć, niemal przyprawiając Evana o zawał. - Coś ty zrobił?!
Szok wyraźnie maluje się na jego pobladłej twarzy, podczas gdy Harry wodzi zmieszanym spojrzeniem między nim, a nie tak całkiem martwym, odlatującym ptakiem.
- Przecież mówiłeś... - zaczyna chłopiec niepewnie, próbując dobrać odpowiednie słowa. - Chciałeś, żeby żył - stwierdza w końcu z wyrzutem.
- On był martwy! - denerwuje się Evan, żywo przy tym gestykulując z policzkami płonącymi gorącem od nadmiaru emocji. - Sam widziałem! Przecież przetrąciłeś mu cholerny kark! Nawet oblazły go już robaki i wręcz cuchnął rozkładem. To niemożliwe. - Jego ramiona opadają bezwładnie wzdłuż ciała, jakby ten krótki wybuch pozbawił go wszelkich sił. Nagle czuje się stary i zmęczony jak nigdy wcześniej. Potrząsa głową z niedowierzaniem, z trudem przełykając ślinę, która pali przełyk niczym kwas. - Był martwy - powtarza niemal apatycznie.
Harry zaciska swoje małe dłonie w pięści i czerwieni się z oburzenia.
- To niesprawiedliwe - krzyczy, a jego twarz wykrzywia się brzydko w wyrazie najwyższej frustracji. A Evan nawet nie ma siły, żeby go uciszyć, zganić, że ktoś może usłyszeć jego wrzaski i sprawdzić co się dzieje w ogrodzie sąsiadów. - Byłeś zły, bo go zabiłem, a teraz jesteś zły, bo znowu żyje?
W świecie tego chłopca oczekiwania Rosiera są nielogiczne i wykluczają się nawzajem.
- Nie można tak sobie chodzić po ulicach, wskrzeszając zwierzęta, jakby to nie było nic wielkiego - odpowiada Evan, starając się zachować spokój, choć wewnątrz aż cały kipi z poczucia bezsilności. Tym razem chwyta dziecko za ramię, potrząsając nim brutalnie, bo nie wie jak inaczej ma do niego dotrzeć. Jak wytłumaczyć coś czego sam zupełnie nie pojmuje. - To chore! Sprzeczne z wszelkimi prawami natury!
- Sam powiedziałeś, że jak coś jest martwe to do niczego się już nie przyda - wytyka mu Harry, przełykając łzy. Długie palce zaciskają się boleśnie na jego ramieniu, ale to ta gwałtowna reakcja mężczyzny mrozi mu krew w żyłach. Spodziewał się po Evanie wszystkiego, ale nie napadu szału.
Rosier puszcza go, cofając się do tyłu o krok. Oddycha głęboko, masując nasadę nosa. Kołysze się przy tym nieznacznie, przenosząc ciężar ciała od palców do pięt i z powrotem. Chce przemyśleć wszystko na spokojnie, poukładać sobie w głowie niewygodne fakty, ale musi najpierw rozwiązać naglącą kwestię chłopca.
- Chodziło mi o to, żebyś nie zabijał bez powodu, a nie, żebyś robił to i wskrzeszał martwych - powtarza słowa, które bezskutecznie usiłował wbić chłopcu do tego pustego łba. - Idź do łóżka. Muszę pomyśleć.
