Dni mijają powoli. Harry widzi niepokój Evana, ale nie potrafi się tym przejąć. Umysł ma otępiały, a reakcje spowolnione dziwną energią otulającą go niczym koc. Ciepła, kojąca Obecność nie opuszcza go ani na krok. Czasami wydaje mu się, że coś słyszy. Trochę jakby szmer lub niezrozumiały szept. Pochyla wtedy głowę, nasłuchując, lecz nie rozpoznaje żadnych słów. Może nic tam nie ma, w tej ciemności ani później, w blasku dnia. Może zwyczajnie wariuje. Czuje dreszcz pełznący z wolna wzdłuż kręgosłupa niczym badawczy dotyk niecierpliwych, lodowatych palców i utkwione w nim palące spojrzenie. Rozgląda się wtedy, poszukując źródła owych doznań, ale nic nie znajduje. Coś jednak ewidentnie czai się w pobliżu, choć nie zostawia po sobie żadnych śladów. Niekiedy pojawia się tylko migotliwy ruch pochwycony przypadkiem kątem oka, niewyraźne odbicie cienia w szkłach źle dobranych okularów. Nic jednak nie zwiastuje niebezpieczeństwa, a jego wyczulone zmysły nie klasyfikują Obecności jako zagrożenia, więc ostatecznie poddaje się ze słabym wzruszeniem ramion i nie szuka nowych znaków ani zrozumienia. Nie wspomina też nic Evanowi.


Obserwacja na wpół ożywionego ptaszyska pochłania Evana bez reszty. Dziwaczne, odrażające stworzenie nadal przebywa w okolicy swojego gniazda i Rosier nie ma pojęcia jak to możliwe, że żaden mugol nie dostrzega w tym niczego niepokojącego.

Ciało zwierzęcia stopniowo ulega rozkładowi, wzdęty brzuch zapada się nieprzyjemnie po niedługim czasie, a skóra pęcznieje i pokrywa się nieregularnymi, zielonkawymi plamkami zgnilizny wszędzie tam, gdzie brakuje piór. Evan kilkukrotnie widzi jak ptak wydziobuje je zajadle z oszalałym wyrazem w dzikich, bezrozumnych oczach. Rosier nie potrafi przestać patrzeć, choć chwilami naprawdę bardzo by tego chciał.

Jest zafascynowany obserwacją nawet mimo dreszczu niepokoju przemieszczającego się złowieszczo wzdłuż kręgosłupa. Próbował czegoś podobnego na swoich ofiarach, wszczepiając do ich podatnych umysłów przekonanie, że żyją w swoich martwych ciałach, ale obraz wykreowany w jego głowie nijak ma się do rzeczywistości. Teraz z pewnością mógłby stworzyć lepszy, realniejszy, zdecydowanie bardziej makabryczny. I to jest dobra wiadomość, choć narastające w duchu wątpliwości nieco przyćmiewają zachwyt nad nowymi możliwościami. Chyba nie chciałby doświadczyć czegoś takiego, bo widzi, że nawet prosty, zwierzęcy mózg nie jest przystosowany do poradzenia sobie z taką informacją, a co dopiero ludzki. Niekontrolowany obłęd to słabość, której Evan się brzydzi.

- Dobra, mam dość - kapituluje w końcu, kiedy ptak skrzeczy ostro w najprawdziwszej agonii, odbijając się od szyby z całej siły tylko po to by upaść na ziemię wstrząsany drgawkami i zaraz spróbować ponownie. Zwierzę próbujące popełnić samobójstwo jest najbardziej surrealistyczną rzeczą jaką widzi w życiu. - Zabij to, zniszcz, spal. Natychmiast! I nigdy, przenigdy nie waż się tego zrobić ze mną, rozumiesz?

Evan jest szalony, ale nie wykazuje typowych, psychopatycznych oznak. Ma uczucia jak każdy inny człowiek, nawet jeśli są one odrobinę wypaczone. Odczuwa też emocje, zwłaszcza tak silne jak strach, choć jak dotąd dałby sobie rękę obciąć, że nie jest zdolny do odczuwania go. I choć nigdy by się do tego nie przyznał, najbardziej na świecie boi się właśnie definitywnej utraty wolności.

Harry spogląda na niego w milczeniu. Ma dziwny, nieco odległy wyraz twarzy, choć jego spojrzenie jest skupione. Wyraźnie nadstawia uszu, jakby nasłuchiwał. Czego? Nie ma pojęcia.

W końcu wykonuje polecenie, ale rozczarowanie nie znika z jego zielonych oczu.

Nie wracają już do tego tematu, ale Evan poświęca dziecku całą swoją uwagę i nieustannie ma go na oku, żeby czasem nie wpadł na kolejny, makabryczny pomysł. Jednocześnie unika Dursleyów, najbliższych sąsiadów, a przede wszystkim starej Figg, która nie przestaje węszyć, czując w kościach, że coś jest na rzeczy.


W tym roku wrzesień jest wyjątkowo ciepły, jakby lato wcale powoli nie zmierzało ku końcowi. Nieznośny upał wprowadza Evana w podły nastrój. Zaklina deszcz, modli się do Merlina choćby o minimalny spadek nienormalnej temperatury albo o szybką śmierć i skrócenie tej nieskończonej męki. Żar leje się z nieba, jakby samo słońce spociło się od gorąca i ogniste krople skapywały na spieczoną, wyschniętą ziemię. Niespotykana anomalia, więc nic dziwnego, że zaczyna być podejrzliwy i zdziwiony, że nikt z czarodziejskiego świata tego nie bada, choć kto wie czym tam zajmują się te scharłaczone darmozjady siedzące za biurkami w Ministerstwie Magii. Zajęliby się prawdziwymi problemami, a nie ściganiem porządnych obywateli(oczywiście Evan również się za takowego uważa, ponieważ jego śmierciożercza działalność przecież nie ma tu nic do rzeczy; lekkie zatargi z prawem, no doprawdy, wielkie rzeczy).

Harry jest jeszcze zbyt mały by chodzić do mugolskiej podstawówki, ale ku głębokiej uldze Evana, Dursleyowie planują zapisać go do szkółki niedzielnej z nadzieją, że cotygodniowe spotkania skutecznie i kategorycznie wypędzą z niego diabła. Oczywiście żadnego diabła nie ma. To tylko ich wytłumaczenie, rekcja na strach przed nieznanym i niepojętym oraz przed potęgą o jakiej im się nawet nie śniło. Niezwykłe zdolności Harry'ego jawią się w ich ograniczonych, zacofanych głowach niczym najgorsze zło, nawet jeśli byli świadkami tylko maleńkiego fragmentu jego faktycznych mocy i jej wykorzystania w zupełnie prozaicznych sytuacjach. Jak wtedy gdy poirytowana Petunia obcięła włosy zrozpaczonego chłopca niemal przy samej skórze, a rano bujna, niesforna czupryna ponownie była nietknięta. Innym razem Harry potknąwszy się o specjalnie podstawioną przez kuzyna nogę rozlał na kanapę alkohol przeznaczony dla Vernona i w kompletnej panice przed konsekwencjami magicznie zniknął zarówno plamę jak i samą szklankę. Tym podobnych sytuacji wcale nie nazbierało się zbyt wiele, ale dla nich stanowiły one niezbity dowód, że w młodym Potterze czai się zło. Dziwoląg, uczeń szatana, diabelskie nasienie… Tak go nazywają, używając słów, których znaczenia najwyraźniej nie rozumieją.

Mimo, że posyłanie Harry'ego do szkółki do głupota i strata czasu to nie sądzi, żeby groziło mu tam jakieś niebezpieczeństwo. Z pewnością nie większe niż w jego własnym domu. I choć przez dwie godziny w tygodniu obydwaj będą mogli odetchnąć z ulgą. W gruncie rzeczy, Harry jest cichym, spokojnym, zamkniętym w sobie chłopcem, więc raczej nie narazi się nikomu kto nie zna prawdziwej natury.

Dursleyowie, którzy nade wszystko dbają o opinię publiczną i nie chcą wzbudzać niczyich podejrzeń, po długiej, gorącej dyskusji postanawiają zrobić coś dla podtrzymania pozorów normalności i zapisują do szkółki również swojego syna. Ot, porządna bogobojna rodzina. Żadnych nadprzyrodzonych mocy i diabła za skórą pod ich idealnym dachem. I akurat ten pomysł nie przypada Evanowi szczególnie do gustu.

Jest piątkowe popołudnie, kiedy Dursleyowie informują chłopców o swojej decyzji. Harry praktycznie nie reaguje na nowinę, jedynie potulnie zwieszając głowę i wbijając wzrok w czubki swoich znoszonych butów, jakby tylko one były w stanie odpowiedzieć na jego pytania. Dudley natomiast wrzeszczy, rzucając się po podłodze jak rozpieszczony bachor, którym przecież jest.

- NIE! Nie chcę! Nie zgadzam się! To niesprawiedliwe!

- Dudley, uspokój się – mówi Vernon ostro, wymieniając z Petunią spojrzenia. – Przestań histeryzować.

- To tylko kilka spotkań, Dudziaczku – wspiera go łagodnie kobieta, nie próbując nawet zbliżyć się do kopiącego wszystko wokół syna. – Nic strasznego. Spędzisz po prostu trochę czasu z innymi chłopcami. Może nawet ci się spodoba.

I kto tu ma diabła za skórą, myśli Evan szyderczo, obserwując sytuację z bezpiecznego miejsca na komodzie.

- NIEEEE! Nienawidzę was! Sami sobie idźcie! Ja nie pójdę! Nie zmusicie mnie!

- Nie odzywaj się tak do matki – gani go Vernon, ale wydaje się zadowolony z uporu syna, choć gdyby Harry się tak zachował to zostałby zapewne sprany do nieprzytomności.

- Dudiś, moje Pimpi-Bimpi, proszę, przemyśl to – prosi Petunia przymilnie. – Kupimy ci za to prezent, co ty na to? Dostaniesz nagrodę, jeśli się zgodzisz.

Dydley zamiera, zastanawiając się nad propozycją. Jest spocony i bordowy na twarzy po przedstawieniu jakie im zaserwował.

- Tylko jedną? – pyta w końcu niezadowolony, łypiąc na rodziców spode łba.

Petunia pochyla się nad nim, głaszcząc pyzaty policzek i uśmiechając się.

- Nie, oczywiście, że nie. Dostaniesz prezent za każde spotkanie, dobrze? I będziesz sobie mógł wybrać co tylko będziesz chciał. Co o tym myślisz?

- No dobra – zgadza się w końcu łaskawie i pozwala się przytulić kościstym ramionom zadowolonej matki, choć patrzy przy tym z szyderczym uśmiechem wprost na Harry'ego. Evanowi nie podoba się jego spojrzenie.

Dursleyowie są uspokojeni i zachwyceni roszczeniowym podejściem syna. Vernon co rusz poklepuje chłopaka po głowie, uśmiechając się z dumą, twierdząc, że w przyszłości ten chłopak z pewnością wiele osiągnie. Według Rosiera jedyne co może osiągnąć to dużo ponadprzeciętną masę, a sądząc po tym jak Petunia wpycha w niego kolejny deser chyba ma sporo racji.

Dla Evana to wszystko jest niepojęte.

- Przecież oni nawet nie wierzą w tego ich śmiesznego Boga! –prycha tej samej nocy, przemierzając Privet Drive w świetle ulicznych latarni i kopiąc z frustracją w napotykane na chodniku kamienie. – Do kościoła chodzą tylko dlatego, żeby się sąsiadom pokazać, jacy to oni się przykładni i pobożni. Przeklęci hipokryci!

Jest taki wściekły, a jednocześnie zupełnie bezradny. Ma związane ręce i to doprowadza go do szaleństwa. Oczywiście starannie układa plany, stara się zadbać o wszystko, niczego nie pomijając, ale nie ma żadnej możliwości wykonania pierwszego kroku, bo wiązałoby się to z zostawieniem chłopca na co najmniej kilkanaście dni, a wie, że tego Harry by mu nie wybaczył. Nie teraz, gdy nić zaufania pomiędzy nimi jest tak wątła i krucha. Nie może przewidzieć co zastałby po powrocie. Trwa więc przy nim, starając się odwracać uwagę od tego, co spotyka go każdego dnia w domu krewnych, którzy uparcie rozdmuchują swoje wyobrażenia do monstrualnych rozmiarów, doszukując się zła w każdym ruchu Pottera. Biorą na siebie rolę oprawców, ubierając ją w wielkie słowa i bezsensowne ideologie. Krzywdzą dziecko, pasem próbując wybić mu z głowy „TE BZDURY". Evan wzdycha ciężko sam do siebie, bo z coraz większym trudem panuje nad emocjami.


Pięć tygodni. Pięć, pieprzonych, krótkich spotkań nim Harry wraca do domu zapłakany. Oczywiście, ku uciesze Dudley'a, już na wejściu obrywa od Dursleyów, którzy zostali poinformowani o rzekomej bójce jaka wywiązała się między nim, a innymi chłopcami na krótko po zakończeniu spotkania. A wystarczyło tylko na kilka minut spuścić ich z oka zanim rodzice przybyli by odebrać swoje pociechy.

To nie wina Harry'ego, że pozostali chłopcy uznali, iż doskonale nadaje się na ich worek treningowy. I wcale nie było tak jak to Dudley przedstawił rodzicom, zgrywając oczywiście niewinną ofiarę. Prowodyrami całego zajścia był oczywiście jego durny kuzyn i Piers Polkiss poznany przez niego już w pierwszej godzinie w szkółce, a z którym Dydley zdawał się nadawać na tych samych falach.

Harry wraca więc z rozbitym nosem, podrapanymi kolanami i pośladkami wciąż piekącymi od klapsów jakie wspaniałomyślnie zaserwowała mu mocna ręka wuja, tak na dokładkę, jakby wciąż mu było mało. Idealne zwieńczenie tego parszywego dnia, po prostu wisienka na torcie pełnym upokorzeń. Najbardziej z tego wszystkiego boli jednak urażona duma, bo przecież Dudley i on są w tym samym wieku, a nijak nie jest w stanie obronić się przed roślejszym kuzynem, który oprócz okrucieństwa odziedziczył po ojcu także tendencję do nadprogramowych kilogramów.

Harry nie skarży się. Tak naprawdę nigdy tego nie robi.

Rozeźlony Vernon wrzuca go do komórki pod schodami i z hukiem zatrzaskuje drzwi. Prosty zamek wskakuje na miejsce z głośnym chrzęstem.

Evan, który ledwie zdążył przybrać swoją animagiczną postać, wskakuje ponownie w ludzką skórę, otrzepując się z kurzu. Zapala światło i podchodzi do chłopca, chcąc pomóc mu się podnieść.

- Zostaw mnie – wyrzuca z siebie Harry piskliwie, ocierając policzki zamaszystym, rozgniewanym ruchem. Przez chwilę mierzą się nieustępliwymi spojrzeniami.

Evan wzrusza ramionami, odwracając się spokojnie by pozbierać rozrzucone na łóżku kartki. Skoro chłopiec nie chce pomocy to nie. Łaski bez.

- Naucz mnie magii – mówi w końcu chłopiec, wciąż siedząc na podłodze.

- Jesteś za młody.

- Ciągle tylko opowiadasz jaka to magia jest wspaniała - wyrzuca z siebie Harry ze złością, piorunując wzrokiem niezainteresowanego, na pierwszy rzut oka, towarzysza. - Mówisz o tym i mówisz. A może ty wcale nie umiesz magii, co?

To brzmi jak coś na pograniczu rzuconego wyzwania, a celnie wymierzonego mentalnego policzka.

Evan spogląda na niego znad zebranych w dłoniach notatek, unosząc brew. Jego policzki płoną od obrazy, ale trzyma nerwy na wodzy, a kotłująca się w nim złość mija, kiedy tylko napotyka zdeterminowane spojrzenie załzawionych, zielonych oczu.

- Słucham? - prycha. - Oczywiście, że potrafię czarować, nie bądź śmieszny.

Harry jest jeszcze bledszy niż zwykle, a smugi zaschniętej krwi na podbródku tylko to podkreślają. Evan nie przypomina sobie by spodnie, które chłopiec miał na sobie, gdy wychodził, były aż tak podziurawione. Oczywiście nosiły jakieś tam ślady użytkowania; na nogawkach miały delikatne przetarcia, a nawet maleńką, niewidoczną z daleka o ton ciemniejszą łatkę, ale chłopiec z pewnością nie świecił spod nich kolanami wszem i wobec tak jak to ma miejsce teraz.

- To mnie naucz! - upiera się dzieciak, tupiąc nogą i zaciskając swoje drobne dłonie w piąstki.

- Harry, rozmawialiśmy na ten temat wiele razy - tłumaczy cierpliwie Evan, choć ma ochotę roześmiać się chłopcu w twarz. - Nauka magii bez różdżki to bardzo długa droga, dużo wysiłku i pracy, a i tak nic nie osiągniesz bez odpowiednich predyspozycji. Nie jesteś na to gotowy, może nawet nigdy nie będziesz.

- Sam mówiłeś, że mam pojęcia i że mogę osiągnąć wszystko.

- Potencjał, a nie pojęcia...

- Tak, właśnie to – potwierdza, kiwając energicznie głową i podchwytując temat, bo skoro Evan z miejsca nie zaprzeczył to jeszcze nie wszystko stracone. – Tak mówiłeś! Że mam! I, że jestem najsilniejszym czarodziejem jakiego znasz. I, że wszystkim pokażę! Tak obiecywałeś, dobrze pamiętam! A teraz nie chcesz mnie nauczyć magii… zawsze tylko „Nie, Harry… Nie teraz, Harry…". To kiedy, co?! Jak już będę duży i do niczego mi się ta cała głupia magia nie przyda? Nie chcę umieć kiedyś tylko teraz! Bo wam się wydaje, że jak jestem mały i chudy to można mną pomiatać, bić, obrażać i okłamywać! A tak nie jest! Też mam uczucia! Nie jestem nikim! Nie jestem dziwolągiem!

Harry wyrzuca z siebie to wszystko niemal na jednym wdechu, żeby czasem mu nie przerwano. Evan nie spodziewał się po nim takiej reakcji, więc patrzy tylko z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, pozwalając by chłopiec skończył wylewać swoje małe żale. I po co te wszystkie krzyki, histerie? Wystarczyło przecież zwyczajnie, po ludzku przedstawić swoje argumenty.

- Oczywiście, że nie jesteś dziwolągiem – potwierdza oschle, choć złość kłębi się niespokojnie w jego wnętrzu. – I nie obchodzi mnie co ten mugolski wieprz mówi na ten temat. Ciebie też nie powinno.

Wzdycha ciężko, pocierając czoło, po czym wyciąga dłoń w kierunku chłopca. W duchu dziękuje za wygłuszone, jak odkrył przypadkiem jakiś czas temu, pomieszczenie. Krzyki przyciągnęłyby uwagę Dursleyów jak zapach świeżej krwi niesiony wiatrem, zwęszony przez drapieżnika. Część niego czuje się bezradna i uwięziona w potrzasku między młotem, a kowadłem.

- W porządku, dzieciaku. Zaczniemy od czegoś prostego.


Kilka dni poświęcają medytacji, tłumaczeniom zasad funkcjonowania magii i niezliczonym próbom rzucenia pierwszego zaklęcia zakończonych fiaskiem. Harry jest zniecierpliwiony, ale nie poddaje się, zbyt uparty w swoim postanowieniu. Evan nie chce odbierać chłopcu nadziei, ale nie spodziewa się, że uda mu się cokolwiek osiągnąć w najbliższym czasie. Ma wątpliwości czy jest to w ogóle możliwe bez wcześniejszego kontaktu i pracy z różdżką, która pomaga skupić i ukierunkować moc dlatego tym bardziej jest zaskoczony, kiedy Harry niemal krzyczy mu do ucha, wyrywając go z bardzo przyjemnego snu, więc jest zmęczony i podirytowany. Całkiem poważnie zastanawia się nad wyrwaniem chłopcu języka i uwiązaniem go za domem jak psa.

- Evan! Evan spójrz!

- Czego znowu chcesz, mały, nikczemny demonie? – prycha, przewracając się na drugi bok i próbując naciągnąć koc na głowę i wrócić do swoich sennych marzeń. Stłumiony okrzyk bólu wyrywa się z jego gardła, kiedy Harry gramoli się z łóżka, przekraczając go pośpiesznie z właściwą sobie niezdarnością, wbijając kościste kolano w jego szyję, a twardy łokieć w inne, bardziej wrażliwe miejsce.

- Do kurwy nędzy, Potter! – wyrzuca z siebie, ale w jego głosie nie słychać gniewu, co najwyżej rozdrażnienie. Siada ostrożnie, rozcierając bolące miejsca. – Wracaj do łóżka. I nie waż mi się już choćby drgnąć, bo przerobię cię na składniki do eliksirów i sprzedam na Nokturnie – grozi całkiem poważnie, ale chłopiec najwidoczniej ma to gdzieś albo zwyczajnie mu nie wierzy, bo zapala światło.

Na wpół oślepiony nagłą jasnością, Evan zasłania oczy ramieniem, bluzgając przy tym na czym świat stoi, choć nie są to słowa przeznaczone dla uszu dziecka w tym wieku.

- Spójrz, spójrz – ponagla Harry niezdrowo podekscytowany, niemal podskakując w miejscu. Dopiero, kiedy otrzymuje wyczekiwaną uwagę, podnosi rękę, marszczy czoło w skupieniu i rzuca:

- Accio!

Jeden z dwóch starych żołnierzyków podprowadzonych kiedyś ukradkiem z okazałej kolekcji Dudley'a, śmiga przez komórkę i wpada prosto w jego otwartą dłoń. Zaciska wokół zabawki swoje drobne palce i spogląda na Evana, badając jego reakcję. Mężczyzna szybko maskuje oczywiste, pełne niedowierzania zmieszanie, przywołując na twarz uśmiech. Rozpościera ramiona, choć blade, migające światło i naelektryzowane powietrze towarzyszące zaklęciu niepokoi go. Harry nie dostrzega tego, więc rozpromienia się tylko niczym stuwatowa żarówka i wpada w objęcia swojego opiekuna.

- Dobrze, moje dziecko – chwali Evan, odruchowo gładząc roztrzepane włosy i przyciskając twarz do rozgrzanego emocjami, miękkiego policzka. Coś ciepłego, nieoczekiwanie przypominającego dumę, rozlewa się w jego piersi. – Bardzo dobrze.

Po chwili niechętnie wypuszcza go z objęć.

- Zgaś światło.

- Widziałeś, Evan? – pyta ponownie, nie potrafiąc odpuścić, choć posłusznie sięga do kontaktu. Otula ich ciemność. – Udało mi się! Naprawdę się udało!

- Tak, widziałem – przytakuje mężczyzna kwaśnym tonem, ale uśmiecha się pod nosem pobłażliwie. Może to i lepiej, że chłopiec tego nie widzi. Nie chce wyjść na mięczaka. – Nie jestem ślepy.

- Czy to znaczy, że jestem już czarodziejem? Evan, jak myślisz? Czy dostanę swój list z Hogwartu? – papla ożywiony na przekór Rosierowi, który liczył, że położą się już spać. Nie ma jednak siły by ostudzić radość chłopca, bo tak naprawdę jeszcze nie widział go tak szczęśliwym, choć przecież pracowali już wspólnie nad magią umysłu, budowaniem podstaw Pałacu Pamięci i okiełznywali nawet niezwykłą, rozszalałą moc.

Może chodzi o to, że Harry ćwiczył głównie sam i rozgryzł cały mechanizm funkcjonowania zaklęć. To, jak należy skumulować magię by móc jej użyć. Dostał od Evana tylko inkantację i garść wskazówek. Chociaż… nie, było tam również oczywiste wyzwanie. Chłopiec musiał dużo ćwiczyć w samotności. Pewnie w czasie wykonywania swoich obowiązków, kiedy Rosier spuszczał z niego czujny wzrok.

Lub w nocy, gdy niczego nieświadomy spałem sobie w najlepsze, myśli z zawstydzeniem.

- Jedno zaklęcie nie czyni z ciebie czarodzieja, nie bądź niemądry. Nie słuchałeś mnie, prawda? To moc czyni nas tym kim jesteśmy, a my jedynie uczymy się jak z niej korzystać. Nie tworzymy magii samej w sobie, ona po prostu jest, istnieje, żyje w nas samych. Możemy wymyślać zaklęcia czy eliksiry, ale to wciąż tylko narzędzia pozwalające na użycie jej.

- Zawsze cię słucham, Evan – zapewnia Harry solennie. – Ale co z tym listem?

Rosier wzdycha, kapitulując.

- Jesteś zapisany do Hogwartu od urodzenia, więc oczywiście dostaniesz swój list.

- Kto mnie tam zapisał? Czy to moi rodzice? Czy oni też chodzili do tej szkoły?

- To stara magia wykrywająca zaklęta w specjalnie do tego przeznaczonej księdze. Każde czarodziejskie dziecko przejawiające jakiekolwiek zdolności w danym obszarze, pojawia się na jej stronnicach, nawet jeśli rodzice ostatecznie nie zdecydują się posłać swojego potomstwa do Hogwartu to wciąż mają taką opcję. Są też inne szkoły, niektóre z zupełnie innym programem nauczania, więc to nie jedyne wyjście – tłumaczy powoli, z cierpliwością, o którą się nie podejrzewał. Nie tłumaczy jednak, że niektóre tfu… mugolskie rodziny wcale nie pozwalają swoim bachorom na naukę magii. Przeklęte scharłaczone dranie. Evan milczy przez chwilę rozdrażniony niewygodnym tematem, po czym kontynuuje: - Tak, twoi rodzice też byli czarodziejami i obydwoje chodzili do Hogwartu.

- Czy… - zaczyna Harry niepewnie, jakby przestraszony. – Czy wujostwo może nie zgodzić się, żebym pojechał do Hogwartu? Skoro to oni się mną opiekują?

Opiekują, prycha w duchu Evan z goryczą, dobre sobie.

- Już ja dopilnuję, żebyś znalazł się w szkole – obiecuje z powagą. Chłopiec ściska jego dłoń z wdzięcznością, która zapiera dech w piersiach. Rosier nie musi widzieć nawet jego twarzy. Czuje to wyraźnie w tym delikatnym, przepełnionym uczuciami geście. Między nimi zapada przyjemna cisza. Jest ciemno, ciepło i wystarczająco bezpiecznie, żeby powieki mężczyzny opadły sennie. Dryfuje więc z zadowoleniem w tym błogim stanie na granicy snu.

- Evan? – szept Harry'ego jest ledwie słyszalny.

- Hm…?

- Skoro moi rodzice byli czarodziejami to dlaczego zginęli w wypadku? Nie mogli się jakoś uratować? Mieli przecież magię.

Evan siada tak gwałtownie, że uderza czołem o skos nad ich wąskim łóżkiem. Szlag, ciągle zapomina o schodach umiejscowionych nad ich głowami.

- Twoi rodzice nie zginęli w żadnym wypadku, co za bzdury! – parska, pocierając boleśnie stłuczoną skórę.

- Ale ciotka Petunia…

- Dość, błagam cię… Już ustaliliśmy, że kto jak kto, ale twoje wujostwo ma odrażający zwyczaj kłamać, kiedy jest im to na rękę. I jeśli jeszcze raz wypowiesz to imię w kontekście podważenia mojej prawdomówności to wyszoruję ci usta płynem do naczyń i będziesz puszczał bańki nosem aż do nowego roku.

Harry chichota w odpowiedzi, jakby zupełnie nie przejął się tą groźbą. Evan nie ma pojęcia, kiedy utracił swój autorytet, a jego słowo przestało być brane na poważnie, ale jakoś nie potrafi wykrzesać z siebie wystarczająco wiele złości, żeby nastraszyć chłopca porządnie.

- To co się z nimi stało?

Rosier kładzie się, chcąc odwlec chwilę, w której odpowie na to pytanie. Skłamać czy powiedzieć prawdę? Jak to rozegrać? Jak wytłumaczyć samotnemu, zaniedbanemu chłopcu, że zamordowała ich ta sama osoba, której on sam służy od lat? Bez względu na motywy, które nim kierowały, fakty pozostawały faktami. Nie czuje się winny ich śmierci, nie ma ku temu żadnych powodów. To coś innego. Jakaś głęboko zakorzeniona, choć niesprecyzowana obawa, która ściska go za gardło, zabierając całą odwagę.

- Zostali zabici przez innego czarodzieja – oznajmia w końcu niechętnie. - Ale jesteś jeszcze za mały by zrozumieć co się wydarzyło i dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Wrócimy do tego jeszcze zanim pójdziesz do Hogwartu, ale nie pytaj mnie teraz o nic więcej.

Chłopiec jak zwykle go zaskakuje, wtulając twarz w bok Evana ufnie, jakby szukając pocieszenia. Milczy, choć twarz ma mokrą od łez i Rosier nie może się nie zastanawiać czy myśli właśnie o tym wszystkim, co utracił. O tym nieznanym czymś czego nawet nie zdążył dobrze doświadczyć, a czego był świadkiem każdego dnia w odniesieniu do innych ludzi. Po raz pierwszy w życiu Evan sam ma ochotę się rozpłakać.