O Wielki Slytherinie! Naprawdę przydałaby mu się różdżka. Jakakolwiek. Nawet taka nie całkiem kompatybilna z jego rdzeniem. Bez niej i tak jest tu uziemiony, bo przecież nie będzie niósł chłopca na rękach do samego Londynu.

I jeszcze ten idiota! Jakby mało miał problemów na głowie. Marszczy nos w zamyśleniu…

Kto to w ogóle, u diabła, jest?

Co prawda, musi przyznać, że mimo wszystko jest jednak trochę pod wrażeniem, bo na ogół ludzie raczej nie próbują doprowadzić do konfrontacji z nim, a już z pewnością nie w pojedynkę. Facet musi nie mieć nic do stracenia i być może nawet brak mu piątej klepki skoro do tej pory nie wezwał aurorów.

- Słuchaaaj- zaczyna nieśpiesznie, rozglądając się uważnie i grając na zwłokę.– W zasadzie, co ja ci takiego zrobiłem? Oczywiście nie twierdzę, że jestem niewinny, chociaż właściwie mogę być, a ty ewentualnie żyjesz w błędzie. Dlatego przedyskutujmy to jak cywilizowani ludzie, a być może obydwaj wyjdziemy z tego nieporozumienia bez szwanku. Poza tym, skoro usiłujesz właśnie rozsadzić moją głowę to chyba jednak wolałbym wiedzieć za co.

Evan zaczyna brzmieć niemal jak normalny, odpowiedzialny mężczyzna, który ma pod opieką dziecko i nie chce niepotrzebnie prowokować, potencjalnie śmiertelnej w skutkach, konfrontacji.

Mruga skonsternowany, kiedy ten fakt dociera do jego świadomości i prostuje się gwałtownie, uderzając głową o solidny blat. Pociera obolały czubek głowy, krzywiąc się przy tym brzydko i klnąc pod nosem jak szewc.

- Wszyscy jesteście winni –parska mężczyzna ze złością, po czym spluwa. – Przeklęci śmierciożercy!

Rosier przewraca oczami, poirytowany zarówno tym durnym facetem marnującym jego cenny czas jak i swoim własnym zapobiegawczym zachowaniem.

Co jest, do cholery? Ty zasrany kastracie! Będziesz się tak kulił pod ladą jak jakiś scharłaczony tchórz? Psujesz sobie reputację!

Opiera się plecami o ladę i nogami popycha ciężkie zwłoki ku krawędzi. Odcina kawałek białego fartucha i wpycha go w zaciśniętą dłoń trupa, po czym macha bezwładnym ramieniem w geście poddania. Facet ewidentnie nie docenia jego poczucia humoru, bo sekundę później ręka rozbryzguje się wokół w fontannie skóry, krwi i kawałków kości.

- To tyle, jeśli chodzi o pokojowe rozwiązanie sytuacji , ale żeby nie było, że nie próbowałem - mruczy sam do siebie, po czym dodaje już znacznie głośniej: - Jak sobie chcesz, możemy to rozegrać twoim sposobem!

Evan zmienia się w pająka, choć wcale nie zamierza uciec, bo i na nic by mu się to zdało. Nie jest sam, a nie zamierza dopuścić tego faceta w pobliże dzieciaka. Ma w alternatywie skok przez okno z nieprzytomnym chłopcem na rękach i bieg przed siebie dopóki nie padnie na swój głupi pysk. Kalkuluje szybko w myślach i wie, że musi jednak dostać się niepostrzeżenie jak najbliżej napastnika. Nie ma innego wyjścia.

Nie jest typowym pająkiem i nieco przekracza standardowy rozmiar przeciętnego przedstawiciela swojego gatunku, ale gdzieś pod grubą warstwą zwierzęcych instynktów wciąż jest człowiekiem, czyli – jakby nie było – istotą rozumną. Przemyka więc niepostrzeżenie, kryjąc się w pęknięciach w podłodze tam gdzie została ona trafiona destrukcyjnym zaklęciem i za fragmentami drewnianych blatów aż dociera na miejsce.

- Wyłaź, ty tchórzliwy gnoju! – wrzeszczy facet, wyciągając szyję, jakby chciał dostrzec cokolwiek zza poniszczonej lady.

Evan odchrząkuje cicho, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.

- Przepraszam bardzo, ale kogo niby nazywasz tchórzem? – pyta wyraźnie zirytowany, ale nie czeka na odpowiedź i nim napastnik zdąża się obrócić, podcina mu nogi. Zaskoczony mężczyzna traci równowagę i z małą pomocą Rosiera uderza głową o kant stołu. Osuwa się na ziemię i w zasadzie to było niespodziewanie szybkie i łatwiejsze niż się Evan spodziewał i chyba nawet jest z tego powodu trochę rozczarowany, ale w tym samym momencie zamiera z wyrazem zdumienia na twarzy, kiedy zostaje trafiony dość celną drętwotą.

Kurwa.


Kiedy w końcu odzyskuje przytomność, jego głowa pulsuje nieprzyjemnie, a świat wiruje jak szalony. Czuje mdłości i chyba ma wstrząśnienie mózgu, a jedyne o czym może myśleć to fakt, że leży związany na twardej podłodze i być może umrze wkrótce, dławiąc się własnymi wymiocinami.

To takie żałosne, że nie może do tego dopuścić, więc bierze głęboki wdech i z trudem – koncentrując wszystkie swoje siły – przewraca się na bok.

- Obudziłeś się, to dobrze – stwierdza napastnik, siedząc naprzeciwko niego. Przykłada jakąś szmatę do dość mocno krwawiącej skroni, krzywiąc się przy tym lekko. – Przyznaję, że udało ci się mnie zaskoczyć, ale cóż… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Parska rozbawiony własnym, głupim żartem, a Evan przewraca oczami, co sprawia tylko, że jego rozkołysany żołądek podjeżdża niebezpiecznie blisko gardła. Przełyka z trudem, czując na języku ostro-kwaśny posmak. Jakimś cudem udaje mu się podnieść do pozycji siedzącej, ale musi opierać się plecami o nogę stołu, żeby jako tako utrzymać się w pionie.

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – pyta wreszcie, kiedy uznaje, że sytuacja jest wystarczająco stabilna, choć nadal ma lekki problem z odpowiednim skupieniem wzroku.

- Sprawiedliwości - odpowiada zimno, a jego spojrzenie twardnieje. – Za to, że zabiłeś moją żonę.

- Coś ci się pomyliło, kolego. Ja nie zabijam – oznajmia, krzywiąc się z niesmakiem, żeby mieli jasność. Nie jest wielkim fanem bezcelowych morderstw.

- Może i nie, ale robisz coś znacznie gorszego. Sprawiasz, że ludzie odbierają sobie życie.

Wzrusza beztrosko ramionami, jakby wcale nie był w opałach, a na przyjacielskiej pogawędce przy szklaneczce whisky. Akurat z tym to już nie może się kłócić.

Facet chwyta go za kołnierz i wymierza celny cios w twarz.
Evan spluwa krwią.

- Tak jak mówiłem, ja nie zabijam.

- Zamieniłeś ją w psa! – rzuca oskarżycielsko mężczyzna, pieniąc się wściekle. Evan widzi różdżkę wciąż wymierzoną w swoje serce, ale jest chyba zbyt ociężały, żeby się tym przejąć.

- A, tak! Johnson, już pamiętam – przypomina sobie w nagłym olśnieniu. – Przyznaję, troszeczkę namieszałem w jej ślicznej główce, ale naprawdę nie rozumiem twojego wzburzenia.

- Zmieniłeś moją żonę w psa – powtarza się, cedząc słowa przez zęby, a Evan z trudem powstrzymuje się od wyśmiania go prosto w twarz.

- Bo była suką! – Zawsze jest szczery do bólu, a tym razem w odwecie sam go na sobie odczuł. Dwukrotnym ciosem pięścią w brzuch, po którym nawet nie może się skulić. Chyba nawet słyszy cichy trzask i ma nadzieję, że to nie żebro. Ech, ci mugolacy, zawsze tacy skłonni do przemocy fizycznej, jakby zapominali, że istnieje niezliczona ilość magicznych tortur. Nie potrafi jednak odpuścić. – Wszyscy to wiedzą. Puszczała się na prawo i lewo, skamląc o uwagę każdego napotykanego śmierciożercy za działkę zmodyfikowanej belladony.

Johnson cofa się o krok, jakby Evan uderzył go w twarz, a przecież nawet się nie poruszył.

- Wiem… wiem, że miała problemy – mówi mężczyzna ochryple, łamiącym się głosem. – Ale wyszła na prostą. A ja jej wybaczyłem.

Evan parska krótkim, urywanym śmiechem, co jest bolesne, bo chyba jednak ma pęknięte żebro.

- Tak, tak. A potem jak na skrzydłach polecieliście do aurorów – dopowiada resztę historii ze znudzeniem. – Wiele głów poleciało z jej powodu. Czarny Pan nie toleruje zdrajców, ale zlitowałem się i jej nie zabiłem. Szkoda było marnować taki talent. Jeśli wiesz co mam na myśli. – Sugestywnie rusza brwiami, patrząc na niego porozumiewawczo. – Nie zaznałeś przyjemności, jeśli nie trzymałeś kutasa w tych rozpustnych usteczkach.

- Skończyła się z tym. – Facet wygląda na rozbitego, ale wciąż broni wątpliwego honoru swojej zmarłej, puszczalskiej żony. Wzruszające. – Złożyła śluby czystości.

Evan śmieje w głos, tak bardzo rozbawiony, że z trudem łapie oddech i nawet przenikliwy ból nie pomaga mu się uspokoić.

- O stary, wygląda na to, że jesteś większym frajerem niż myślałem. Wydymała cię i to na sucho, a ty chcesz się za nią mścić? Powinieneś mi raczej podziękować za przysługę jaką ci wyświadczyłem – oznajmia całkowicie poważnie, po czym pochyla się nieco do przodu, na tyle ile pozwala zaklęcie i dodaje: - Myślisz, że jak dostała się w nasze ręce? Była tak głupia, że sama wróciła. I nadal żebrała tylko o jedno.

- Nieprawda! – Johnson protestuje, choć jego twarz jest blada jak ściana. – Na pewno tego nie chciała. Zgwałciliście ją!

- Hej – obrusza się Evan dotknięty do żywego. – Wypraszam sobie! Wierz lub nie, ale tak naprawdę rzadko gwałcimy. W zasadzie tylko wtedy gdy wymaga tego sytuacja.

Ma już po dziurki w nosie tej rozmowy. Myślał, że dowie się czegoś ciekawego, a tu proszę, takie rozczarowanie. Wrogów takich jak Johnson to ona ma na pęczki, nic nowego. Facet powinien wziąć numerek i zaczekać spokojnie na swoją kolej. Zwłaszcza, że sprawa w zasadzie już się przedawniła. Ile to już minęło… siedem lat? Albo i więcej skoro to miało miejsce przed Wielkim Upadkiem.

Chociaż wciąż jeszcze pamięta tę małą, zachłanną zdzirę; miał sporo zabawy z jej uzależnionym, ograniczonym umysłem. Czarny Pan był z niego bardzo zadowolony. Kunsztowna robota, tak wtedy powiedział. A kto jak kto, ale Lord Voldemort nie rozdawał komplementów bezmyślnie na prawo i lewo.

- TY… - zaperza się Johnson, siniejąc na twarzy, jakby dusił się własnym językiem, ale zanim skończy swoją myśl, jakakolwiek by ona nie była, ktoś mu przerwa.

- Evan…? – pyta niepewny głos od strony schodów. Rosier przymyka na moment oczy, odliczając w duchu od dziesięciu, bo ma ochotę zwyczajnie wyć z frustracji. Co ten dzieciak tu robi, do cholery? Powinien przecież być w pieprzonym łóżku! Spogląda na niego oceniająco i nie wcale nie podoba mu się to, co widzi. Potter jest blady jak ściana, koszulkę ma mokrą od potu, a jego oczy lśnią od gorączki. Powietrze zdaje się naelektryzowane od narastającej magii, co nie jest dobrym znakiem. Zastanawia się jakim cudem Johnson tego nie czuje skoro jemu samemu niemal odbiera dech.

Za oknem zrywa się wichura; porywisty wiatr aż dudni, rozbijając się o ściany, a szyby trzeszczą niebezpiecznie. Pierwszy grzmot prawie idealnie pokrywa się z jaskrawobłękitnym rozbłyskiem.

Johnson odwraca się w stronę Harry'ego niczym drapieżnik, który zwęszył ofiarę, nie zważając na nic, co dzieje się dookoła.

- Kim jesteś dziecko? – pyta niemal łagodnie, choć Evan widzi jak spięta jest jego postawa i jak mocno zaciska palce wokół różdżki, którą póki co nie mierzy w chłopca, ale niewiele już do tego brakuje. – No nie stój tak, podejdź tu.

- Harry na górę – wtrąca się Evan. – JUŻ!

Johnson patrzy wściekle, mierząc w niego różdżką.

- Zamknij pysk, Rosier! To twój bachor?

Evan mruży wściekle oczy, bezskutecznie szamocząc się w magicznych więzach i spluwa w kierunku napastnika, nie odpowiadając. Żałuje, że nie udaje mu się trafić.

- Wypruję flaki wam obu – wybucha Johnson i unosi różdżkę, szykując się zapewne do rzucenia jakiejś nieprzyjemnej klątwy, ale jego ręka zostaje nagle zatrzymana. Widać wyraźnie moment, w którym napotyka opór i zostaje zawieszony w połowie ruchu niczym wyjątkowo brzydka, kamienna rzeźba. Jego źrenice rozszerzają się w panice, choć oczy pozostają nieruchome do chwili, gdy głośny trzask przerywa ciszę jaka zapadła pomiędzy nimi. Johnson wrzeszczy, kiedy jego ręka zostaje złamana z brutalną, nieokiełznaną siłą, a kości przebijają skórę, stercząc z niej niczym ostre, poszarpane kły. Różdżka upada bezwładnie na posadzkę i turla się nieśpiesznie poza zasięg swojego właściciela.

Wiążące zaklęcie pęka, więc Evan nareszcie jest wolny. Podnosi się, ignorując narastające uczucie mdłości i mroczki migoczące przed oczami akurat wtedy, gdy kolana pękają pod wrzeszczącym w agonii Johnsonem.

Harry stoi tuż za jego plecami, przekrzywiając głowę z zaciekawieniem, ale jego oczy błyszczą od zimnej, złowieszczej satysfakcji. Jedna z jego dłoni drga niekontrolowanie, jakby pociągała za niewidzialne sznurki.

Evan oblizuje spierzchnięte wargi, obserwując spektakl z niekłamanym podziwem. Magia tak łatwo ulega rozmaitym kaprysom chłopca, łamiąc wszelkie prawa natury. To nie powinno być możliwe, a jednak – z jakiegoś powodu – jest, więc zamierza rozwikłać tą zagadkę, choćby miała to być ostatnia rzecz jaką zrobi w życiu.

- Wystarczy – mówi w końcu stanowczo, choć kusi go, żeby zobaczyć do czego dzieciak jest zdolny i jak daleko się posunie. Nie rozumie jak może być równie bezwzględny, jak może robić te wszystkie… moralnie wątpliwe rzeczy i wciąż mieć w sobie światło. Evan widzi jak chłopiec promienieje mocą tak jasną, że aż oślepia i nie potrafi tego pojąć, bo to nie jest typowa mroczna magia. Nie jest kojąco ciemna, wijąca się drażniąco wokół rdzenia, elektryzująca ani kusząca; nie wypuszcza wokół swoich lepkich, zachłannych macek. Nie wabi go ani nie pochłania jego duszy kawałek po kawałku, a to nie powinno być możliwe, żeby nie zostawiała żadnego śladu. Kiedy bezróżdżkowe zaklęcie zostaje urwane wszystko wraca do normy, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło.

Kuca, podnosząc z podłogi porzuconą różdżkę, po czym zaciska palce wokół gardła Johnsona i pociąga go w górę, żeby po raz ostatni spojrzeć w te przerażone oczy.

- Wiesz co, Johnson? – pyta, bawiąc się swoją zdobyczą nonszalancko, ale nie czeka na odpowiedź. – Co prawda, zwykle nie zabijam, ale możesz czuć się wyróżniony, bo dla ciebie zrobię dzisiaj wyjątek… Avada Kedavra!

Rozbłyska zielone światło, a mężczyzna zastyga na podłodze z ustami szeroko otwartymi do krzyku. I już jest po wszystkim. Evan podnosi głowę, spoglądając na chłopca, który wydaje się znacznie bledszy niż jeszcze minutę wcześniej. Chwieje się na nogach, po omacku szukając punktu jakiegoś oparcia, jakby nie ufał własnym nogom. Rosier łapie go niemal w ostatniej chwili, chroniąc przed niechybnym upadkiem, kiedy Harry ostatecznie traci przytomność.

Magia wypływa z ciała chłopca i narasta wokół nich bezustannie. Za oknem jeden grzmot goni kolejny, a niebo jaśnieje tak często, że ciężko dostrzec przerwę pomiędzy błyskami.

Evan panikuje lekko, bo ma wrażenie, że świat zaraz się skończy, a nie wie co robić.

Nie może zabrać go do mugolskiego szpitala. Rozważał już wcześniej ten pomysł. Co prawda, mógłby zasiać w głowach lekarzy przeświadczenie o tym, że widzieli nieistniejącą dokumentację, a potem sprawić, żeby zupełnie zapomnieli o ich istnieniu. Tylko, że to nie jest zwykła choroba, a chłopiec jest czarodziejem, więc mugolska medycyna na niewiele się zda w jego przypadku, a wręcz może tylko zaszkodzić.

Do Munga, z oczywistych względów, też go nie wyśle. To byłby koniec, więc skorzysta z tej opcji tylko w ostateczności.

Nie. Musi natychmiast wymyśleć inne rozwiązanie. Chłopiec jest roztrzęsiony, mokry od potu i wciąż nieprzytomny, ale podświadomie zdaje się znów więzić i kumulować swoją magię, a sytuacja za oknem stopniowo się uspokaja. Evan próbuje się z nim porozumieć, lecz umysł Harry'ego jest szczelnie odcięty i nie dopuszcza do siebie żadnej ingerencji.

Rosier ciągnie się za włosy, myśląc gorączkowo i nerwowo drepcząc w kółko, kiedy wreszcie coś sobie przypomina. Ostatnią deskę ratunku. Zdeterminowany by działać, bierze bezwładne dziecko na ręce, po czym teleportuje się z trzaskiem.

To jest przegięcie i doskonale zdaje sobie z tego sprawę z chwilą, w której tylko dotyka stopami ziemi. Jego ramię przeszywa ostry, przenikliwy ból. Zaciska zęby, choć do oczu napływają łzy wywołane nagłym intensywnym cierpieniem, które przyćmiewa nawet ten od obitych wnętrzności i połamanych żeber.

Harry wysuwa się ze słabnącego uścisku, więc kładzie go tam ostrożnie, żeby nie uderzył głową w jakiś kamień, po czym spogląda w dół na swój bark.

Co do… ROZSZCZEPIŁEM SIĘ?! – niedowierza, ale krew bardzo szybko przesiąka przez ubranie.

No tak, słabe skupienia, obca różdżka i rozszalała magia to świetny przepis na klęskę.

Ramię zwisa bezwładnie u boku w niemal karykaturalny sposób, jakby trzymało się reszty ciała zaledwie na słowo. Żołądek Evana wywraca się na lewą stronę. Z trudem opanowuje odruch wymiotny.

- NYKS! – rzuca w przestrzeń, usiłując odwrócić swoją uwagę od nieprzyjemnych doznań. – Nyks, błagam cię! Potrzebuję pomocy!

Wokół panuje niczym niezmącona cisza. Miejsce sprawia wrażenie opuszczonego, ale Evan rozpoznaje uczucie bycia obserwowanym. I wie, że ona tu jest, nawet jeśli się ukrywa.

Kiedy widzieli się ostatni raz, padło wiele słów; niepotrzebnych i raniących celnie, prosto między żebra, niczym nasączony jadem sztylet. Była wtedy taka wściekła, gdy oznajmił, że przyłączył się do śmierciożerców. Już nawet nie chodziło o Voldemorta i jego ideały ani poglądy, bo dobrze znała jego stanowisko w tej sprawie i wiedziała jaką ścieżką podążał. To dotyczyło głównie jej niesfornego prawnuka, który również przyjął Mroczny Znak, ponieważ pragnął mocy i zemsty. Mógł sobie służyć komu chciał. Nie potrafiła jednak wybaczyć mu tego, że nie szukał wiedzy u niej. Evan oberwał zaledwie rykoszetem, wkraczając nieświadomie w sam środek rodzinnego konfliktu. A potem… było już tylko gorzej.

- Przepraszam – woła wreszcie, chowając dumę do kieszeni. Obraz powoli rozmywa się mu przed oczami z powodu szybkiej utraty krwi. – Miałaś rację, przyznaję, a ja się myliłem. Przegrałem, a ty jesteś górą. Czy właśnie to chciałaś usłyszeć?

- Nic się nie zmieniłeś – informuje głos rozlegający się jakby znikąd, ale słowa docierają do niego jak przez mgłę, z opóźnieniem. – Nadal jesteś głupcem. I sam nie wierzysz w swoje słowa, więc nie obrażaj mnie składając fałszywe deklaracje. Czego chcesz? – pyta ostro, pojawiając się tuż przed nim.

- Pomocy – odpowiada szeptem, bo na więcej nie ma już siły, a potem osuwa się na ziemię i odpływa w błogą nieświadomość.


Harry budzi się w obcym miejscu, zdezorientowany i przestraszony, jakby siłą wyrwany z długiego, głębokiego snu. Siada powoli, a stary, wysłużony materac ugina się pod jego ciężarem z cichym jękiem. Bez okularów nie potrafi oszacować faktycznego rozmiaru pomieszczenia, zwłaszcza, że wokół panuje półmrok, a jedynym źródłem światła jest kominek, w którym płonie ogień. Migoczące, płomienie mienią się wieloma barwami, od intensywnej żółci przez gniewny pomarańcz aż po krwistą czerwień. Cienie kurczą się i wydłużają, przywodząc na myśl karykaturalnie zniekształcone sylwetki ludzi. W środku jest duszno, a gryzący dym unoszący się z paleniska drapie nieprzyjemnie w gardło.

Ktoś wchodzi do pomieszczenia i Harry cofa się pod ścianę spłoszony, podciągając koc pod samą brodę, jakby to mogło ochronić go przed potencjalnym zagrożeniem.

- Obudziłeś się – stwierdza oczywistość obcy, zdecydowanie kobiecy, choć zachrypnięty głos. – Świetnie! Nie miałam pewności czy Skarbuś wyssał wystarczająco. Mało brakowało, a stałbyś się ślicznym obskurusem, cukiereczku.

Kobieta podchodzi bliżej i Harry mruży oczy, żeby się jej przyjrzeć. Jest niska, pogarbiona, chorobliwie blada. Ma kościste, nienaturalnie długie kończyny i skórę cienką jak poprzecierany pergamin. Duży nos i oczy czarne jak noc, sprawiające wrażenie wyjątkowo wyłupiastych w zmęczonej, zapadłej twarzy okolonej srebrnosiwymi włosami spływającymi kaskadą aż do pasa. Niesie się za nią duszący odór starości i śmierci.

Harry nie boi się dziwacznej, złowrogiej postaci, bo wyczuwa w niej coś znajomego, niemalże przyjaznego, więc przekrzywia tylko głowę z niekłamaną ciekawością.

Nie wie kim jest owy wspomniany „Skarbuś" ani co niby miał wyssać, ale to nieistotne.

- Gdzie jest Evan? – pyta wreszcie, oblizując spierzchnięte wargi.

Kobieta podaje mu wyszczerbiony kubek wypełniony świeżą, krystalicznie czystą wodą. Pije łapczywie, jakby od tego zależało jego życie. Nie miał nawet pojęcia, że aż tak bardzo chciało mu się pić.

- Spokojnie – upomina go starucha z rozbawieniem. – Nikt ci tego nie zabierze, ale nie chcemy, żebyś zrobił sobie krzywdę, prawda?

Harry kiwa głową i bierze kolejny, tym razem bardziej wyważony łyk.

- Co z Evanem? – dopytuje się znowu gorączkowo, rozglądając się. – Gdzie on jest?

- Wciąż nieprzytomny, ale nie martw się, nic mu nie będzie – otrzymuje wreszcie swoją odpowiedź. Długie, powykrzywiane palce chwytają jego twarz w stalowym uścisku i zmuszają by uniósł głowę. Nie wyrywa się, odwzajemniając zaciekawione spojrzenie.

Nigdy jeszcze nie spotkał kogoś takiego. Evan może nazywać siebie czarodziejem, ale ta kobieta jest najprawdziwszą wiedźmą, rodem z mrocznych bajek jakimi czasem straszy się niegrzeczne dzieci. Z tej odległości Harry ma możliwość dokładnie przyjrzeć się jej twarzy poznaczonej żółtymi i szarymi plamami, jak u trupa. Przez jego głowę przemyka pytanie czy kobieta pamięta swoją śmierć, co jest w zasadzie głupie, bo przecież ma przed sobą człowieka z krwi i kości. Nie czuje jej też tak jak innych, których wezwał wcześniej, tam, na cmentarzu.

- Taka moc… – szepcze kobieta z zachwytem, a jej bezdenne, czarne oczy przywodzą na myśl dwie nieskończone otchłanie. – Czyste wcielenie chaosu… Jak ci na imię, dziecko?

- Harry, proszę pani – odpowiada grzecznie, po czym zbiera się w sobie i pyta o to, co jest dla niego wciąż niejasne . – Gdzie my jesteśmy? Jak się tu znalazłem?

- Anansi cię do mnie przyniósł – wyjaśnia spokojnie i odsuwa się nieco, dając mu tym samym więcej przestrzeni. Nie potrafi jednak powstrzymać się od dotykania, bo kilka sekund później wyciąga rękę i gładzi go po policzku. Paznokcie przypominające szpony ma ostre i lekko zakrzywione, ale nie robi mu krzywdy. - Pilnie potrzebowałeś pomocy. Skąd on wytrzasnął takie niezwykłe stworzenie?

Harry domyśla się, że ma na myśli jego i gdzieś w środku czuje się trochę obrażony tym określeniem, bo nie jest żadnym stworzeniem, a zwykłym chłopcem!

- Anansi… ? – pyta jednak, marszcząc nos. Nie zna przecież nikogo takiego.

- Miałam na myśli Evana – uświadamia go szybko, machając ręką, jakby to nie było teraz ważne. – Jaki rodzaj relacji was łączy?

Harry milczy, wahając się czy jej powiedzieć. Evan wielokrotnie zabraniał mu choćby wspominać o tym, że się znają i że kiedykolwiek w ogóle się widzieli. A jednak przyniósł go tu, więc to chyba nic złego, jeśli wyzna prawdę.

- Evan się mną opiekuje – mówi w końcu cicho, a kobieta parska ochrypłym śmiechem, jakby właśnie powiedział coś niezwykle zabawnego. – Naprawdę!

- Anansi opiekuje się tobą? – powtarza za nim niedowierzaniem, jakby wątpiła w jego prawdomówność. Urażony Harry wzrusza tylko ramionami, zaciskając usta w bezsilnej złości, po czym odwraca głowę. – No dobrze, już dobrze, wierzę ci. Po prostu… nie sądziłam, że jest zdolny do zajęcia się choćby samym sobą, nie wspominając już o dziecku.

- Nie jestem dzieckiem! – protestuje, a jego policzki pokrywają się nieładnymi, czerwonymi plamami złości. – Mam już sześć lat!

- Sześć lat, powiadasz? – dopytuje starucha, postukując palcem w swój szpiczasty podbródek. Wygląda na zamyśloną. – W takim razie nie jest raczej twoim ojcem. Zaraz… chyba cię nie porwał, co?

- Zostaw chłopca w spokoju, Nyks – odzywa się nagle męski głos z drugiego końca pokoju, zaskakując chłopca, choć kobieta nie wydaje się szczególnie zaskoczona.

- Evan! – krzyczy uradowany Harry, czując niewyobrażalną ulgę, po czym wyskakuje z łóżka jak mała, kauczukowa piłeczka, prawie potrącając przy tym kobietę. W ułamku sekundy jest już obok; wpada na mężczyznę całym ciężarem swojego ciała i obejmuje go kurczowo ramionami. Czuje na głowie dłoń opiekuna i to jest wszystko czego mu właściwie trzeba.


Evan budzi się z jękiem pełnym bólu. Siada, orientując się, że leży na twardym, drewnianym stole w urządzonej spartańsko, zapuszczonej kuchni. Jest pół nagi, a porozrywana, zakrwawiona koszula leży porzucona na szafce obok, razem z torbą z jego nowymi rzeczami.

Spogląda w dół, marszcząc nos, średnio zadowolony ze swoich odkryć. Rozszczepione ramię zostało na powrót złączone z resztą ciała, ale ktoś, zapewne Nyks we własnej osobie, zrobił to wyjątkowo niedbale i w wyraźnym pośpiechu. Wodzi palcem prawej ręki po grubej, mocno zaczerwienionej linii biegnącej od górnej części barku w dół, przynajmniej do wysokości pępka. Z pewnością zostanie brzydka blizna.

Słyszy stłumione głosy dobiegające z sąsiedniej izby, więc wstaje w pośpiechu, narzucając na siebie świeżą bluzkę, po czym zmierza w kierunku dźwięków.

- …Zaraz… chyba cię nie porwał, co? – słyszy natarczywy głos Nyks, więc z miejsca postanawia się wtrącić.

Staje w przejściu, opierając się o framugę pozbawioną drzwi.

- Zostaw chłopca w spokoju, Nyks – rzuca oschle, mrużąc oczy. Główną izbę tej rudery jak zwykle spowija mrok i duszący dym z paleniska.

Harry krzyczy jego imię ze szczerą, nieskrywaną radością w głosie.

Słabo widzi w tych warunkach, więc orientuje się w sytuacji dopiero, gdy drobne ciało niemal go wywraca. Plecami uderza lekko o ścianę i jego ranny bok promienieje bólem. Krzywi się, ale nie odpycha dziecka, które tak zachłannie obejmuje go ramionami w pasie. Jego własna, samowolna ręka w zasadzie odruchowo wędruje na głowę chłopca w opiekuńczym, zaborczym geście. Wplata palce w te miękkie, czarne kosmyki, ale patrzy przed siebie, w miejsce, w którym powinna znajdować się gospodyni.

- Co to za dziecko, Anansi? – pyta wiedźma, a jej głos zdaje się dochodzić zewsząd jak i znikąd jednocześnie.

- Odpuść sobie te gierki. Mam niby uwierzyć, że jeszcze tego nie sprawdziłaś? – prycha z niedowierzaniem Evan. – Że nie zaglądałaś w jego duszę i nie patrzyłaś w przyszłość?

- Nie zamierzam zaprzeczać – oświadczyła niefrasobliwie po chwili milczenia. – Owszem, próbowałam zaczerpnąć trochę informacji z własnych źródeł, ale wiem tylko tyle, że chłopiec jest naznaczony przez więcej niż jedno, potężne istnienie. Resztę skrywa nieprzenikniona ciemność. Zamierzasz mi to wytłumaczyć?

Evan marszczy czoło, kompletnie zbity z tropu.

- Co to znaczy, że jestem naznaczony? – docieka Harry, odsuwając się i wypuszczając go wreszcie z objęć.

- Tylko tyle, że pewna wiedźma już całkiem postradała zmysły – odpowiada niejasno, krzywiąc się z irytacją. – Wróć do łóżka, Harry. Nyks i ja mamy do pogadania.

Chłopiec z niezadowoleniem pociąga nosem, po czym kicha i niezdarnie ociera rękawem nos. Evan przewraca oczami, popychając dziecko na poduszki i mimo głośnych protestów szczelnie przykrywa je kocem.

- Będziecie mówić o mnie? Ja też chcę wiedzieć – woła niewyraźnie, głosem stłumionym przez skotłowany materiał, z którego usilnie stara się wydostać, choć mężczyzna – jak na złość – na powrót uparcie przykrywa wszelkie części ciała, które jakimś cudem zyskały wolność choćby na sekundę. – To nie fair!

- Życie z reguły nie jest fair – odpowiada Evan szorstko. – Zacznij się do tego przyzwyczajać.

Zziajany Harry, którego zaczerwieniona twarz pojawia się na moment w całej swej rozczochranej oprawie, posyła mu wrogie spojrzenie, po czym z rozmachem odwraca się do niego plecami w ewidentnie ostentacyjnym geście, ale wystarcza, żeby Evan drgnął, a chłopiec już siedzi, spoglądając na niego niemal ze łzami w oczach i kurczowo trzymając się jego zdrowej ręki.

- PRZEPRASZAM, EVAN – niemal krzyczy w panice, a jego ramiona się trzęsą. Palce ma lodowate jak sople lody i Rosier czuje to nawet przez ubranie. – J-ja… nie chciałem… proszę nie zostawiaj mnie…

Niezidentyfikowany proszek rozpryskuje się na jego małej buzi, pozbawiając go przytomności.

Evan posyła Nyks pełne potępienia spojrzenie, po czym poprawia chłopca na łóżku i nakrywa go ponownie kocem.

- To nie było konieczne – informuje zimno, wstając.

Kobieta prycha pod nosem z rozdrażnieniem.

- Jasne, ledwie się obudził, a już zaczął wpadać w histerię. Niemało kosztowało mnie utrzymanie go w ryzach ostatnim razem. No chyba, że chcesz, żeby zmienił się w obskurusa, to w takim razie bardzo serdecznie jaśnie pana przepraszam, NIE WIEDZIAŁAM….

Jest wściekła jak osa i wygląda, jakby chciała znaleźć się w tym momencie jak najdalej stąd, choć to przecież jej dom.

- Daj spokój, Nyks – zaczepia ją Evan niepotrzebnie - co cię ugryzło? Przyszedłem prosić cię o pomoc, ale jeśli nie chciałaś nam jej udzielić to trzeba było tego nie robić. Nie, żebym nie był wdzięczny – mityguje się natychmiast.

- Właśnie - gdera wiedźma, podchwytując jego słowa. – Po POMOC! Jak trwoga to wszyscy dobrze wiecie jak mnie znaleźć. Stara Nyks przecież nie ma nic innego do roboty jak pomagać zagubionym duszyczkom w potrzebie. Myślicie, że pomoc wam się należy…. GÓWNO WAM SIĘ NALEŻY! Niewdzięczne gnojki. Normalnie to się nawet nie łaska odezwać. Kompletnie nic. Najmniejszego znaku życia!

Evan mruga powoli, zaskoczony tym nagłym wybuchem. Chce jej powiedzieć, że przecież nie jest jeszcze taka stara, ale życie jeszcze mu miłe i w zasadzie tak naprawdę to nie wie ile ona dokładnie ma lat, nawet jeśli wygląda jakby ledwo przekroczyła dwudziestkę. Wie, że Nyks ma swoje sposoby, żeby oszukać ludzkie oko.

Nie pyta kto tym razem jej podpadł, bo podejrzewa, że zna odpowiedź, a nie chce, żeby kontynuowała ten temat, bo to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.

- Przepraszam, Nyks – mówi szczerze po czym marszczy w brwi w zastanowieniu, bo nie opuszcza go dziwne, niepokojące uczucie… jakby to już się wydarzyło. Nagle czuje się bardzo zmęczony. –Sam nie wiem co mam o tym myśleć. W jednej chwili dałbym sobie rękę uciąć, że już się pogodziliśmy, a w drugiej… To takie dziwne. Mam wrażenie, że od czasu tej podróży w czasie zatracam samego siebie.

Nyks spogląda na niego ze skonsternowanym wyrazem twarzy.

- O czym ty bredzisz, Anansi? Jaka podróż w czasie?

Evan wzdycha ciężko.

- Wiesz co? To będzie długa i nieprawdopodobna historia, a ja naprawdę muszę usiąść albo zaraz się przewrócę.

Wyciąga różdżkę zza pazuchy i zatacza nią koło, rozpalając knoty w niemal całkiem wypalonych świecach, więc robi się znacznie jaśniej, choć wnętrze pomieszczenia wciąż sprawia wrażenie zadymionego.

- Czego się dziwisz skoro prawie wykrwawiłeś mi się na progu? – pyta kpiąco, machając ręką w stronę starego fotela stojącego przy kominku. Niedbale porzuca różdżkę na brudnym stoliku, podnosi pokrywę stojącej na podłodze wielkiej wazy i wyciąga z niej garść czegoś co przypomina świetliki, ale piszczy, jakby ze strachu, w bliżej nieznanym Evanowi języku i ciska stworzonka prosto w przygasłe drewno, a wtedy ogień bucha momentalnie mocnym płomieniem, więc cokolwiek to było, szybko poszło z dymem. - Swoją drogą, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Dobrze, że twoja koszula była dość wąska, bo lewa strona ciała raczej nie chciała trzymać się prawej.

Rosier opada na wygodny fotel, próbując utrzymać swój niespokojny żołądek na miejscu i starając się nie przeszkadzać. Nyks krząta się, nastawiając wodę w kociołku zawieszonym nad paleniskiem, po czym staje przed ścianą pokrytą niezliczoną ilością chybotliwych półek, przeszukując przykurzone, gdzieniegdzie pokryte pajęczynami słoje, misy, fiolki i rozmaite pudełka. Co tam ma? Evan nie sądzi by ktokolwiek na świecie był w stanie to zidentyfikować.

- Połknij to – nakazuje, układając mu na dłoni trzy małe, wściekle czerwone kuleczki.

- Co to jest? – pyta, bo małe kulki zdają się pulsować lekko i nieznacznie promienieją ciepłem.

Nyks rzuca mu z ukosa rozbawione spojrzenie.

- Mniej wiesz, lepiej śpisz – oznajmia i Evan nie sądzi, żeby chciała go skrzywdzić po tym jak już poskładała go do kupy, więc przełyka coś, co prawdopodobnie ma być lekarstwem. Nie wzrusza ramionami tylko dlatego, że każde drgnięcie boli jak jasna cholera. Nyks kiwa głową z aprobatą i zniecierpliwiona wreszcie docieka: - Dobra, to o co chodzi z tymi podróżami w czasie?

- Nigdy w to nie uwierzysz….