Drogi/a Guest - tak na dobrą sprawę nigdy nie mam pewności czy ktokolwiek czyta, więc urywam rozdziały chyba tylko z przekory, żeby zobaczyć czy to kogoś zirytuje :) No i tak jest też znacznie ciekawiej, bo pozostaje mimo wszystko jakiś niedosyt i człowiek nie czuje się znudzony. Pozdrawiam cię serdecznie!
A teraz zapraszam do kontynuacji...
Evan zaczyna streszczać całą historię od niefortunnego spotkania w Hogwarcie. Nyks nie odzywa się, pozwalając mu mówić bez żadnych przeszkód i tylko spogląda na niego ciemnymi, błyszczącymi oczyma, ze zmarszczonymi brwiami popijając rum prosto z ciemnej, zakurzonej butelki.
Rosier opowiada o tym jak nagle znalazł się w innym miejscu i to o osiem lat wcześniej, wyglądając też znacznie młodziej niż w rzeczywistości. Jak po raz pierwszy spotkał chłopca i myślał, że znalazł się w jego umyśle, a wszystko wokół było nieprawdziwe i stanowiło jakiś pokręcony rodzaj testu. Mówi o tym jak rzeczywistość miesza się w jego własnej głowie, jak szybko zapomina kim jest i co się wydarzyło w „przeszłym życiu".
Umniejsza zdolności Harry'ego, bo choć ufa Nyks jak nikomu innemu to wciąż niewiele znaczy. Wskrzeszenie trupów nazywa przypadkowym wybuchem magii, który wzbudza zainteresowanie aurorów, a później płynnie przechodzi do dalszej części wydarzeń. Wspomina o niefortunnym skoku, o tym jak prawie się utopili pod taflą lodu i wydarzeniach w mugolskim miasteczku, co ostatecznie doprowadza ich do tej właśnie chwili, w której ramię w ramię siedzą w przyciemnej izbie czego nie robili od lat. Nyks podaje mu butelkę i Evan wychyla łyk palącego trunku, otrzepując się lekko z obrzydzenia.
- Kiedy to było? – pyta kobieta najpierw, jakby to rzeczywiście było w jakimkolwiek stopniu istotne. Wstając i przeciągajac się leniwie.
- W Samhain.
- Przedwczoraj, tak... hm, taaak – duma na głos, przesuwając kościstym palcem po grzbietach zakurzonych ksiąg, których powycierane okładki raczej od dawna nie zdradzają treści. - Dwudziesty dziewiąty dzień księżyca. Niedobrze... bardzo niedobrze. To fatalny czas na zwiedzanie cmentarzy. Nic dziwnego, że się dzieciak pochorował. Ty sam natomiast wpadłeś w panikę i postąpiłeś głupio z tym skokiem do lodowatej wody. I to w Nowiu! A jakby tego było mało na sam koniec października, na przeklętą pochodnię Hekate! - uderza go zwiniętym w rulon pergaminem, co może nie jest szczególnie bolesne, ale i tak Evan parska oburzony, posyłając jej obrażone spojrzenie.
- To nie tak, że sobie wszystko zaplanowałem. To się działo raczej niezależnie od mojej woli i też nad tym ubolewam.
- Głupiś, głupiś – kontynuuje Nyks niezrażona jego przytykiem. Kręci się po izbie, maczając rulon w jednym słoju z śmierdzącą zawartością, po czym posypuje to wszystko jakimś ciemnym proszkiem. Co ona wyprawia? Evan nie ma bladego pojęcia, bo zupełnie nie zna się na tych jej dziwnych, pradawnych zaklęciach. – Rytuały nieodprawione, więc nic dziwnego, że energia wokół was jest aż tak niespokojna i wzburzona. Mam tylko nadzieję, że nic poważnego się do was nie przykleiło, bo jak przynieśliście mi do domu jakieś świństwo, to wytargam za uszy, bezmyślne nicponie! Zwłaszcza ciebie, Anansi, bo staryś, a nadal głupi. Ile razy mam powtarzać, że ofiara musi zostać złożona bez względu na okoliczności?
- Na pieprzonego Merlina, Nyks przestań się mnie czepiać! Dobrze wiesz, że starych tradycji trzyma się obecnie niewiele rodzin i to w większości tylko czystokrwistych w przynajmniej siedmiu pokoleniach wstecz, a reszta to o większości naszych świąt nawet nie słyszała, a co tu jeszcze mówić o odprawianiu z tej okazji odpowiednich czarów… I co? Żyją i mają się świetnie.
- Tak, pewnie, a bo te wszystkie porażki i nieszczęścia to się niby znikąd biorą, tak?
- Wybory, Nyks, nic więcej. Nie ma co dopisywać nadprzyrodzonych przyczyn zwyczajnie gównianym decyzjom.
- Gówno to ty wiesz, Anansi – stwierdza wiedźma cicho z nagłym napięciem w glosie, co w zasadzie jest niepokojące, więc Evan nie zamierza się więcej o to sprzeczać. Zwłaszcza, że każde z nich i tak ma swoje racje, których będzie się trzymać zapewne aż do usranej śmierci. Wzrusza obojętnie ramionami, obserwując Nyks przy pracy.
Krawędź rulonu jarzy się błękitnym płomieniem, a unoszący się nad nim dym jest biały i gęsty jak mleko. Rozedrgane iskry nadają jej ciemnym oczom nowej głębi. Nyks nuci coś tak cicho, że Evan nie rozróżnia słów, a sam dźwięk przywodzi na myśl raczej szemrzący strumyk aniżeli ludzki głos. Kręci się wokół, okadzając zarówno ludzi jak i pomieszczenie.
Rosier macha ręką przed twarzą, próbując rozgonić nieco otulającą go nieprzeniknioną zasłonę z dymu, który łaskocze go w nos i nieco drapie w gardło, sprawiając, że ma ochotę odchrząknąć i splunąć w równej mierze co kaszleć.
- Zlituj się, Nyks – narzeka, uciekając przed oczyszczającym kadzidłem, ale nie może zaprzeczyć, że czuje się lżejszy, jakby zrzucił z barków jakiś niewidzialny ciężar. Opuszcza go też trochę to nieznośne napięcie towarzyszące mu od kilku dni. I nie zdawał sobie sprawy z tego jak wilgotna i lepka była dotąd jego skóra. Dopiero teraz czuje różnicę.
Mija dobre kilka minut nim powietrze zaczyna być zdatne do oddychania, oczy przestają łzawić, a Nyks nareszcie jest usatysfakcjonowana. Wrzuca resztki dogasającego pergaminu do kominka i podpiera się lekko o nagrzany gzyms.
- No, od razu lepiej. A przechodząc do meritum, cofnięcie się w czasie o więcej niż dwadzieścia cztery godziny nie jest możliwe – stwierdza w końcu kobieta oczywisty fakt, więc Evan spogląda na nią krzywo.
- Myślisz, że o tym nie wiem? – prycha z niedowierzaniem. – Wyobraź sobie, że też mnie to zaskoczyło – kpi sekundę później, bo nie potrafi się powstrzymać.
- I to wszystko sprawka dzieciaka? Ciekawe… Mam wrażenie, że jest kilka rzeczy, o których mi nie mówisz.
Evan wzrusza ramionami, spoglądając na nią beznamiętnie.
- Nic o czym powinnaś wiedzieć – mówi chłodno, po czym dodaje po krótkim zastanowieniu: - Myślę, że to jakiś wybuch przypadkowej magii. Dziwny zbieg okoliczności, że akurat ja zostałem w to zamieszany, ale wiesz jak jest z tymi dzieciakami. Przestraszą się czegoś i nagle świat zaczyna wariować.
Nyks obraca się zamaszyście, zamiatając podłogę rąbkiem szaty i wznosząc w powietrze tumany kurzu. Evan zauważa dwa pająki przemykające spod stołu pomiędzy jej stopami i znikające w cieniu masywnego regału.
Z trudem tłumi kichnięcie, czując ukłucia bólu w żebrach. Najwidoczniej wciąż nie całkiem się zrosły, więc trochę żałuje, że Nyks stosuje niekonwencjonalne metody leczenia, bo w czasie, w którym był nieprzytomny kilka kropel szkiele-wzro zdziałałoby cuda. Nie zamierza jednak narzekać skoro mimo wszystko żyje, co z początku nie wydawało się takie całkiem oczywiste.
Kobieta odchodzi od kominka i podnosi z ziemi coś porzuconego bezpańsko w kącie izby. Z tej odległości wydaje się o wiele starsza, a blada cera nadaje jej upiornego, złowrogiego wyrazu. Evan mruży oczy, gdy coś długiego, ale jednocześnie karykaturalnie powykrzywianego upada mu na kolana. Włoski na całym ciele stają dęba, a po kręgosłupie przebiega lodowaty dreszcz, kiedy orientuje się, co właśnie trzyma w dłoniach. Widział to już wcześniej, bo od kiedy pamięta, Nyks trzymała to jak zwierzątko domowe. Długo szukał jakichkolwiek wzmianek o tym potworze, ale nie znalazł nic nawet w najstarszych woluminach, więc nie wie czym to dokładnie jest ani skąd się wzięło. Nyks nazywa stworzenie Skarbusiem, choć według Evana to istota gorsza od dementorów i najchętniej trzymałby się od niej z daleka. Nie wie dokładnie na jakiej zasadzie to działa, ale wysysa z czarodzieja magię. Dostał raz klątwą gnijących kości i to właśnie Nyks ratowała mu skórę, wykorzystując w tym celu Skarbusia, ale Evan i tak prawie dostał zawału na myśl o tym, że coś mogło pozbawić go magii. Za nic w świecie nie chciałby zostać charłakiem. Jego życie straciłoby wówczas jakikolwiek sens.
Wzdryga się, strącając z kolan stworzenie, które ewidentnie jest martwe, ale z drugiej strony kto je tam wie skoro w zasadzie nie powinno wcale istnieć.
- Nie podoba mi się, że próbujesz mnie zwieść, Anansi – mówi zimno Nyks, uśmiechając się kpiąco na jego reakcję, ale czoło ma zmarszczone, więc Evan nie daje się zwieść. - Najpierw opowiadasz mi o chłopcu, który łamie prawa natury, a następnie za wszelką cenę starasz się umniejszyć w moich oczach jego wartość. Dlaczego? Jaki masz w tym cel? Bo jeśli chodzi o ciebie to jasne, że nie robisz niczego bezinteresownie, więc…?
Evan lekceważąco wzrusza ramionami, starając się nie pokazać jak bardzo zainteresowanie Nyks jest mu nie na rękę.
- Nie powinnaś wtykać nosa w cudze sprawy. Po co w ogóle drążysz ten temat?
Kobieta przekrzywia głowę i uśmiecha się złośliwie pod nosem, obserwując go uważnie spod przymrużonych oczu.
- Przecież wiesz, że nie ma nic za darmo. Uratowałam ci życie i znowu jesteś mi winny przysługę, a ja nie chcę więcej przybłęd z Nokturnu. Tym razem chcę jego; śliczne, nieświadome swojej mocy dziecko to moja cena. Zwłaszcza, że utrzymanie go przy życiu również dużo mnie kosztowało.
Evan mruga, jakby w zwolnionym tempie, przetwarzając jej słowa raz po raz. W jego umyśle następuje krótkie przepięcie, bo zanim się zorientuje już stoi przed Nyks, z ręką zaciśniętą wokół jej gardła, dociskając ją mocno do regału. W głowie ma pustkę, a w uszach słyszy wyłącznie szum nabuzowanej krwi , którą serce pompuje nagle z niewiarygodną szybkością i intensywnością.
- Myślisz, że nie wiem czym jesteś, podła wiedźmo? – pyta Evan oschle z wściekłością czającą się w jego oczach i rumieńcem wpełzającym powoli acz nieustannie na policzki i kark. Czuje jakby jego ciało trawiła gorączka, a to zaledwie kiełkujące emocje dają o sobie znać; adrenalina uderzająca do głowy z siłą huraganu, która sprawia, że choć trzęsą mu się dłonie to zdają się być również niewiarygodnie silne, niezwyciężone. Ma wrażenie, że mógłby połamać jej kości gołymi rękoma, zmiażdżyć krtań i tchawicę, patrzyć jak się dusi i dławi, a on czerpałby z tego satysfakcję. Po raz pierwszy aż do tego stopnia pragnie rozlewu krwi i czyjejś śmierci. - Myślisz, że twoje marne scharłaczone sztuczki ukryją smród mroku jaki się za tobą ciągnie? Mogę nie znać tej zwyrodniałej, nienaturalnej magii ani jej nie rozumieć, ale nie zapominaj, że widzę cię; patrzę prosto w twój zepsuty, obślizgły umysł i widzę cię w całości, dokładnie taką jaką jesteś… samotną i zgorzkniałą wariatką, której jedyną nadzieją na odejście w spokoju jest przekazanie przekleństwa dalej. ZOSTAWISZ dziecko w spokoju albo się zemszczę. – Ostatnie zdanie Evan cedzi przez zaciśnięte zęby.
Ku jego zaskoczeniu, kobieta śmieje się mu w twarz, a przynajmniej próbuje, bo jedyne co wydobywa się z jej zaciśniętego gardła to charkliwe, spazmatyczne dźwięki, więc puszcza ją, cofając się o krok zmieszany. Jego ciało wciąż drży, a on sam dyszy jakby właśnie przebiegł maraton, a jednak marszczy brwi, próbując zrozumieć co właśnie miało miejsce. Nyks odkasłuje, pocierając zaczerwienioną szyję, którą w niedługim czasie pokryją ciemne sińce. Opiera się niedbale o regał z zadowoleniem kota, który właśnie spił całą śmietankę.
- Ładnie cię wzięło, Anansi – śmieje się kobieta ochryple, a Evan już wie, że dał się złapać w pułapkę i teraz pluje sobie w brodę za ten zupełny brak kontroli, ale nie mógłby pozwolić, żeby dostała chłopca w swoje szpony. Nyks zawsze działa na niego jak płachta na byka. Zawsze bezbłędnie wyłapuje jego słabości i przy najbliższej okazji używa ich przeciwko niemu bez najmniejszego wahania czy jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Bezwzględna suka, uśmiecha się Evan pod nosem. Relacja jaka ich łączy jest zawiła i pozornie pozbawiona wszelkich zasad, a jednak jakoś funkcjonuje we względnym porządku. Pośród kłótni, krzyków, obrzucania siebie nawzajem metaforycznymi łajnobombami i nieustannymi próbami dokopania temu drugiemu jest też miejsce na zrozumienie, którego Rosier nie odnalazł nigdzie indziej. Tylko ta ich rywalizacja przekracza niekiedy wszelkie granice. Tym razem było tak samo. Nawet, jeśli czuł się zmęczony i rozważał czy jednak nie porzucić dzieciaka na pastwę losu i zająć się czymś innym… to teraz nie bierze już tej opcji nawet pod uwagę. Nyks zawsze ma najfajniejsze zabawki, więc nie ma mowy, że odstąpi jej swoją, która tak ewidentnie wpadła jej w oko. Już wolałby oddać chłopaka Czarnemu Panu w prezencie powitalnym i może nawet zyskałby tym zagraniem jakieś niezłe profity. Rosier nie ma bowiem wątpliwości, że Lord Voldemort powróci, choć nie pamięta już jak ani kiedy się to wydarzy. – Tak mi się wydawało, że coś jest na rzeczy, ale to była zbyt abstrakcyjna myśl bym mogła wziąć ją na poważnie. Nadal jestem w szoku. Choć z drugiej strony może to tylko dlatego, że księżyc jest w Skorpionie, bo normalnie tak nie histeryzujesz.
- Nie bądź śmieszna – parska Evan w odpowiedzi, pieczołowicie unikając jednak jej wzroku. Opada z powrotem na fotel, pociągając spory łyk z porzuconej bezpańsko butelki. – Nic nas nie łączy. Po prostu wiem doskonale co się dzieje z dziećmi, które nie przejdą twoich prób.
- I od kiedy ci to niby przeszkadza?
- Nie przeszkadza – przyznaje, wzruszając ramionami. – Wisi mi to, co z nimi robisz, ale przestań w końcu zbaczać z tematu. Pomożesz mi czy nie?
Nyks spogląda na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Pomóc? W czym? – pyta ostrożnie, nie nadążając za zmianą tematu, na co Evan wzdycha cierpiętniczo.
- Jakim cudem zdążyłaś zapomnieć o czym rozmawialiśmy zaledwie pięć minut temu? Wystarczy, że ja tracę pamięć, więc ty już nie musisz, wiesz? Nawdychałaś się tych swoich kadzideł i ci w końcu umysł zaćmiło. A ostrzegałem, że tak się to w końcu skończy, ale nie słuchałaś, widzisz? Podróże w czasie, skup się, bardzo cię proszę, bo nie mamy całej nocy.
- Anansi, tak się składa, że wiem doskonale, iż twój umysł działa wielotorowo, ale tworzysz skróty myślowe niejasne dla tych niewtajemniczonych – wzdycha Nyks, przewracając oczami, po czym kopie w nogę krzesła, na którym siedzi Evan, wyrzucając w górę garść pyłu. – Odwróć się, zobaczymy co w trawie piszczy. Postaram się być delikatna, ale nie bądź zaskoczony, jeśli zrobi się nieprzyjemnie – ostrzega na wstępie.
Rosier przestawia krzesło, stawiając je tyłem do kominka, zaciągając się podejrzanie słodko pachnącym powietrzem. Jest ciepło, przyjemnie i niemal sennie, mógłby tak zamknąć oczy i zasnąć. Osunąć się leniwie w objęcie morfeusza, zapaść się w siebie jak podczas głębokiej medytacji i brodzić po sennych marzeniach jak w mulistym bagnie, gdzie ruchy są powolne, płynne oraz nieskoordynowane. Całe ciało ma ociężałe, a ospałe powieki z trudem utrzymuje w górze. Ziewa potężnie.
Palce Nyks są szorstkie i chłodne, kiedy rozsmarowuje coś na jego policzkach. Jej twarz jest tak blisko, że mimo półmroku panującego w izbie, mógłby policzyć wszystkie drobne piegi na tym notabene kształtnym nosie. Coś do niego mówi, ale otępiały Evan nie rozróżnia poszczególnych słów.
Błysk ostrza w przymrużonych oczach i ostry, nagły ból.
Syczy oburzony, próbując cofnąć rękę, ale uchwyt wokół jego nadgarstka jest solidny i mocny. Krew kapie do srebrnej, misternie zdobionej misy w równym rytmie bijącego serca.
Z jakiegoś powodu czuje się nagle dużo lżejszy, jakby jego duch z trudem utrzymywał się w ciele, więc chwyta się kurczowo krzeseł, czując, że mógłby unieść się w powietrze przy każdym głębszym wdechu. Chichocze pod nosem irracjonalnie rozbawiony całą sytuacją.
I nagle przeszywa go oślepiający ból. Błędny uśmiech zamiera mu na ustach, kiedy spogląda w dół i widzi sinoniebieską dłoń przenikającą jego klatkę piersiową na wysokości serca. Świat wokół zwalnia i przyśpiesza na przemian. Cienie wydłużają się i falują, a moment później wyglądają już jak armia umarłych stłoczona ciasno wokół nich.
Oczy Nyks są pokryte bielmem jak u ślepca. Patrzy na niego, ale Evan nie czuje, żeby nawiązali rzeczywisty kontakt wzrokowy. Próbuje się wyrwać, ale dłoń zaciśnięta boleśnie wokół serca skutecznie trzyma go w miejscu.
Jego uwaga wciąż jest rozproszona i z trudem utrzymuje spojrzenie w jednym, konkretnym punkcie. W pewnym momencie nie wie nawet czy wciąż siedzi, stoi czy może wręcz leży patrząc na sufit, bo nie potrafi realnie ocenić perspektywy. Zimny pot spływa po plecach, a ciało drży niekontrolowanie jak po cruciatusie. Chce wrzeszczeć i rzucać się w agonii, ale tylko oddycha płytko i szybko, bo choć usta ma otwarte do krzyku to nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Może ogłuchł po prostu od krwi uderzającej do głowy pod silnym ciśnieniem.
Jest coraz ciemnej, a jemu trochę brakuje tchu.
Umarli wyciągają ku niemu swoje zachłanne, kościste ramiona, a ich twarze powykrzywiane są w makiawelicznych uśmiechach.
Kiedy odzyskuje przytomność, jest wciąż otępiały i słaby jak nowonarodzone kocie. Głowa pulsuje tępo, a obolały żołądek momentalnie podchodzi mu do gardła, więc przechyla się przez oparcie i wymiotuje w głównej mierze kwasem, bo nie pamięta, kiedy ostatnio miał coś w ustach.
Poza alkoholem, myśli cierpko.
Nie wie nawet jaki mają dzień.
Ociera usta ręką i widzi na skórze ślady świeżej krwi. Nyks podaje mu szklankę wody, którą wypija, bo w ustach ma sucho, jakby wędrował po pustyni od tygodni. Gospodyni ściera mokrą szmatą bałagan z podłogi, nie narzekając, bo jest przyzwyczajona do robienia wszystkiego po mugolsku. W ich świecie Nyks jest w zasadzie charłakiem, ale Evan ma zbyt wiele szacunku do niej i jej mrocznej, unikalnej wiedzy by wspominać o tym głośno.
- Prześpisz się i wszystko wróci do normy – uspokaja kobieta, dotykając jego rozpalonego, spoconego czoła. Chłodny dotyk niesie wyraźną ulgę. –Nie było nawet aż tak źle jak się spodziewałam.
Evan piorunuje ją wzrokiem, nadymając policzki z oburzeniem.
- Nie?! Prawie wypatroszyłaś mnie jak kurczaka! Tylko mi nie mów, że to wszystko na nic, bo nie ręczę za siebie.
Nyks unosi jedną z jego rąk, po czym puszcza, a bezwładna kończyna opada w dół jak u szmacianej lalki. Skóra na dłoniach mrowi i nie ma czucia w palcach, więc krzywi się poirytowany. Jego groźba pozostaje bez jakiegokolwiek pokrycia i oboje doskonale o tym wiedzą. Kobieta odchrząkuje lekko i to do złudzenia brzmi jak „mięczak", ale Evan wspaniałomyślnie puszcza przytyk mimo uszu.
- Mam dla ciebie hm… raczej złe wiadomości.
Evan unosi pytająco brwi, pochylając się lekko do przodu zaintrygowany.
- Z tego, co zdołałam się zorientować, tak naprawdę nie należysz do tego czasu ani nawet do tej przestrzeni.
- I co to ma niby znaczyć? – irytuje się, bo to niczego nie tłumaczy.
- To znaczy, że pochodzisz z całkiem innej linii czasowej i szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia jak ci pomóc. Nie sądzę jednak, żeby twój powrót na właściwe miejsce był w ogóle jeszcze możliwy.
W jej głosie pobrzmiewa nuta współczucia, jakby uważała, że gdzieś indziej mógłby mieć lepszą sytuację niż ta, w której aktualnie się znajduje. Może i nie pamięta zbyt wiele, ale nie sądzi, żeby jego właściwy świat oferował mu ciekawsze perspektywy niż te, które właśnie odnajduje tutaj. Zbywa ją krótkim machnięciem dłoni
- Dobra, a wiesz może dlaczego tracę pamięć? Bo nie ukrywam, że to jakby ta bardziej nagląca kwestia.
Nyks pochyla się lekko by uszczypnąć go w policzek jak podstarzała, złośliwa ciotka.
- Prawdopodobnie dlatego, że jest was dwóch, kochanie. Oryginalny Evan z naszego czasu i ty. Nie możecie istnieć jednocześnie w jednym świecie, więc wszechświat, dążąc do zachowania równowagi, usiłuje pozbyć się jednego z was. A, że ten drugi jest na właściwym miejscu to jako jednostka dominująca powoli cię wchłania. Najpierw stracisz wspomnienia, potem tożsamość aż wreszcie znikniesz jakbyś nigdy nie istniał.
Uśmiecha się pod nosem, przechylając lekko głowę, a jej oczy lśnią czymś na pograniczu zadowolenia i mściwej satysfakcji.
- Cóż… - dodaje po namyśle. – Zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku chłopiec jednak będzie mój.
- Możesz marzyć dalej, Nyks – prycha Evan z niesmakiem. Podnosi się z krzesła, wkładając w to dużo siły i skupienia, bo wciąż jest odrętwiały. Koszulka klei się do mokrych od potu pleców, a kończyny drżą z wysiłku, ale z każdą chwilą i tak czuje się lepiej.
Pierwszy zaklepał sobie dzieciaka. I prędzej szlag jasny go trafi niż Nyks będzie górą.
Tfu, nie, złe określenie. Nie zmierzamy tym torem, nie ma takiej opcji.
Musi istnieć jakieś rozwiązanie tej… kłopotliwej sytuacji, delikatnie rzecz ujmując. Zawsze są inne drogi, które można obrać. Trzeba tylko wiedzieć jak patrzeć dlatego zastanowi się nad tym na spokojnie, ale to dopiero po prysznicu. I może po krótkiej drzemce.
Stoi w strumieniu gorącej wody na tyle długo by skóra na jego palcach stała się pomarszczona jak śliwka, ale jego wnętrzności nadal są wrażliwe i przemarznięte. Opiera czoło o szklaną ścianę i wzdycha. Nie jest próżny, ale i tak zastanawia się czy któryś z eliksirów nie zniwelowałby tej grubej blizny biegnącej przez znaczną część jego ciała. Spogląda w dół, krzywiąc się. Wygląda trochę tak jakby dwa trolle próbowały rozerwać go na pół i to ze sporym sukcesem. Sam usiłował zniwelować nieco zgrubiałą, wciąż mocno zaczerwienioną tkankę, ale bez skutku. Nie jest co prawda mistrzem w dziedzinie leczenia, ale podejrzewa, że ma to wiele wspólnego z nietypowymi praktykami Nyks. No nic, zacznie się tym martwić, jeśli zyska jakąkolwiek pewność, że w ogóle przeżyje.
Wychodzi spod prysznica, ziewając. Ubiera się prędko, bo wciąż czuje zimno, jakby w jego trzewiach zagnieździła się bryła lodu.
Nyks śpi – lub udaje, żeby z nim nie rozmawiać nim na spokojnie przemyśli to, czego się dowiedziała -na bujanym fotelu, który zaciągnęła pod sam kominek, więc Evan wślizguje się do jedynego łóżka w izbie. Harry jest miękki i nagrzany jak gzyms nad kominkiem, kiedy obejmuje go ramieniem i przyciąga do siebie w poszukiwaniu komfortu i ciepła drugiej osoby.
Choć jego umysł jest niespokojny to zmęczenie daje mu w kość, więc zasypia dość szybko. Sen ma lekki i pełen zagmatwanych, niejasnych myśli dlatego budzi się momentalnie, czując na twarzy delikatny dotyk.
Bardziej wyczuwa niż widzi drobną dłoń sięgającą w jego kierunku. Dwoma palcami łapie chudy nadgarstek, a zaskoczony chłopiec wzdryga się. Jego jadowicie zielone oczy zdają się być jedynym źródłem światła od kiedy przygasło w kominku. Harry pochyla lekko głowę, spłoszony.
- Przepraszam – szepcze, a ciepły oddech łaskocze Evana w szyję. – Myślałem, że mnie zostawiłeś.
- Już ustaliliśmy, że myślenie nie jest twoją mocną stroną, głupie dziecko – prycha Rosier równie cicho, ale w tonie jego głosu brakuje złośliwości. Puszcza drobną dłoń, po czym poprawia sobie poduszkę. – Mówiłem ci, że nigdzie się nie wybieram, więc możesz wracać do spania.
Chłopiec waha się, ale ostatecznie zwycięża jego ciekawski charakter.
- Kim jest Nyks?
Evan wzdycha, ale w końcu obraca się na bok, podpierając głowę na ręce tak, żeby móc swobodnie spoglądać na Harry'ego. Może najwyższy czas, żeby wyjaśnili sobie kilka rzeczy, bo nie ma zamiaru sprzeczać się z chłopcem za każdym razem, kiedy podejmie jakąś decyzję. Szkoda czasu na niepotrzebne awantury i bezsensowe przepychanki.
- To… stara znajoma. Zatrzymamy się u niej na kilka dni.
- Pytała o ciebie i o mnie – informuje go chłopiec, posyłając mu niespokojne spojrzenie spod długich, ciemnych rzęs. – Powiedziałem, że się mną opiekujesz. Mówiłeś, żeby nikomu nie mówić, ale przyszliśmy tu i nie wiedziałem czy…
Stopniowo unosi głos podenerwowany, jakby oczekiwał negatywnej reakcji, więc Evan przerywa mu, zasłaniając jego usta dłonią.
- To w porządku. Ufamy Nyks – oznajmia, bo nie chce dzieciakowi za bardzo mieszać w głowie. – Uratowała życie nam obu, ale to nie znaczy, że mamy mówić jej o wszystkim. Czasem dobrze zachować pewne rzeczy dla ciebie, jeśli tylko jest to możliwe. Rozumiesz co mam na myśli?
Harry przekrzywia lekko głowę, przygryzając lekko wargę.
- Rzeczy, o których nie rozmawiam z wujem i ciotką?
- Na przykład – przytakuje Evan lakonicznie, po czym dodaje od siebie: - Nie mów jej o tym czego cię uczę ani o swoich zdolnościach. Nie zdradzaj jej czego się boisz, bo wykorzysta twoje słabości przeciwko tobie. Nyks jest drapieżnikiem, więc niech cię nie zwiedzie jej ciepły ton i miły uśmiech.
Harry przytakuje, ale Rosier nie ma pewności czy na pewno zrozumiał. W końcu to jeszcze dziecko, które niewiele wie o świecie i gierkach, które prowadzą między sobą dorośli.
- Może się zdarzyć, że… – zaczyna nieśpiesznie, zastanawiając się jak to rozegrać, żeby nie skończyło się kolejną awanturą i wybuchem histerii. – zniknę na kilka godzin… albo dni. Zostaniesz na ten czas z Nyks.
- Dlaczego nie mogę iść z tobą? – narzeka Harry i Evan zaczyna czuć nadchodzącą migrenę.
- Ponieważ tylko byś mi przeszkadzał – oznajmia bezlitośnie. – Nie jesteś wykwalifikowanym czarodziejem. Nie mogę na tobie polegać, bo twoja magia jest przypadkowa i nieokiełznana. Możesz być potężny, ale to nic nie znaczy, kiedy nie jesteś w stanie nad nią zapanować i odpowiednio jej wykorzystać.
- A-ale uratowałem cię.
- Tak – przyznaje Evan, bo wcale się tego nie wstydzi. – I doceniam to, lecz zdania nie zmienię.
Harry cicho pociąga nosem, a Evan czuje, że jego ramię staje się powoli nieco wilgotne.
- Nie bucz – upomina dzieciaka.
- Nie buczę…
- Przecież słyszę – prycha Evan, przesuwając palcami po mokrym od łez policzku chłopca. Z głębokim westchnięciem przyciąga go do siebie, opierając brodę o czubek małej, rozczochranej głowy. Wyraz jego twarzy mięknie trochę, ale na szczęście nie ma możliwości, żeby ktokolwiek to zobaczył. – Nie będzie mnie tylko chwilę, a pod opieką Nyks nic ci się nie stanie. Wrócę po ciebie, jeśli o to się martwisz.
- A p-potem? – jąka się płaczliwie, wciskając twarz w jego szyję.
- Wrócimy na Privet Drive i zmusimy twoje wujostwo, żeby zaczęło się odpowiednio zachowywać, bo przyciągają do nas niechcianą uwagę. Mogę się założyć, że twoja nieobecność i tak już została zauważona, więc będzie trzeba jakoś zatuszować całą tą sprawę.
Harry odsuwa się, gniewnie ocierając swoje łzy małymi piąstkami.
- Nie chcę tam wracać, Evan. Wolę zostać z tobą!
- Mnie też jakoś nikt nie pyta czego ja chcę, wiesz? – parska Rosier poirytowany. Nie rozumie dlaczego dzieciak tak uporczywie rzuca mu kłody pod nogi i wszystko utrudnia. Przecież to oczywiste, że nie mogą sobie żyć jak chcą i gdzie chcą! Czemu on nie widzi, że nic nie jest proste ani kolorowe? – Nie zapominaj, że jestem poszukiwany przez czarodziejskie władze – przypomina chłopcu. – Nie mam domu, kryjówki, pieniędzy ani nawet różdżki. Ciebie zapewne już szukają, przez co nasze szanse na ukrycie maleją z każdą chwilą. Jeśli chcesz, żeby nas znaleźli to proszę bardzo, ale nie licz, że ktokolwiek pozwoli na to, żebyś ze mną został. Zabiją mnie, a ty i tak zapewne wrócisz do Dursleyów.
- Przestań! Przestań, przestań, przestań… - powtarza Harry, siadając gwałtownie. Kołysze się lekko w przód i w tył i zasłania uszy, jakby dzięki temu mógł się odciąć od całej tej trudnej sytuacji. Evan nie pozwala mu się odsunąć, chwytając go za nadgarstki i odciąga jego ręce siłą. – Ja nie chcę…
- Shhh… shhhh… - uspokaja Harry'ego, obniżając głos niemal do szeptu, choć wciąż brzmi stanowczo i pewnie. - Słuchaj mnie, dziecko! Przyjdzie taki dzień, w którym nikt ani nic nas nie rozdzieli. Dzień, w którym sami będziemy decydować o swoim losie i zniszczymy każdego kto stanie nam na drodze. Ale jeszcze nie dziś. Teraz jest czas by zagrać w ich grę, dostosować się i działać tuż pod ich nosem. Rozumiesz?
- A jeśli ciotka znowu będzie chciała zrobić mi krzywdę?
- Nic ci się nie stanie, nie pozwolę na to. Zadbam, żeby Dursleyowie więcej cię nie skrzywdzili, tylko mi zaufaj, dobrze?
Harry długo spogląda na niego załzawionymi oczami nim ostatecznie kiwa głową, a na jego twarzy pojawia się zdeterminowany wyraz nim kładzie się z powrotem z głową na ramieniu Evana.
- Zostanę z Nyks – oznajmia z niechęcią wciąż słyszalną pomimo cichego tonu. – Co jeśli będzie pytać?
- To właśnie zadanie specjalnie dla ciebie – szepcze Evan, a rozczochrane włosy, w których skrywa twarz, dodatkowo tłumią jego głos. – Wiem jak doskonale potrafisz zgrywać bezmyślne niewiniątko. Wykorzystaj to by ją zwieść. Nie chcemy jej nadmiernej uwagi, choć szkody już zostały wyrządzone. Może da nam spokój, jeśli pomyśli, że jesteś przygłupi i w gruncie rzeczy nieszkodliwy. Bądź posłuszny, nie stawiaj się jej ani nie pyskuj, możesz się nawet trochę pomazgaić, bo tego szczerze nie cierpi. Spraw, żeby się znudziła, żeby zaczęła cię lekceważyć, ale nie przesadź, bo jest cwana i spostrzegawcza, więc się zorientuje.
- Jest bardzo stara, prawda? – docieka ni stąd ni zowąd.
- Co? – dziwi się Evan, odsuwając się nieco by spojrzeć na chłopca, choć w tych ciemnościach i tak widzi zaledwie jego oczy. – Skąd ci to przyszło do głowy?
- No tak wygląda – stwierdza niepewnie. – Dla ciebie nie?
- Pokaż mi – żąda, a Harry wie, co nastąpi, więc nieruchomieje w ciszy. Moment później Evan znów spogląda jego oczyma, choć nie w rzeczywistości, bo przegląda zaledwie wspomnienie, ale i tak coś ciepłego rośnie w jego piersi. Cofa się do swojego umysłu, z trudem tłumiąc śmiech.
- Niezwykłe z ciebie dziecko, co?
Ranek nadchodzi zdecydowanie zbyt szybko, ale Evan czuje się podejrzanie nabuzowany. Dziwna energia rozpiera go od środka, sprawiając, że nie może znaleźć sobie miejsca. Wierci się w niewygodnym łóżku do momentu, w którym nie jest dłużej w stanie tego znieść. Harry też już nie śpi, czekając chyba na jego reakcję, bo wciąż leży obok zupełnie nieruchomo.
- Jak się spało? – pyta go Nyks na dzień dobry, kiedy ziewa i przeciąga się już w drodze do stołu. W palenisku znów wesoło hula ogień, ogrzewając izbę swym ciepłem, ale otulając ich też smrodem dymu, którego Evan szczerze nie cierpi.
- Wspaniale – odpowiada kąśliwie, ignorując jej kpiące uśmieszki i sięgając po jeden z poobijanych glinianych kubków stojących za zakurzoną, szklaną gablotą. Nalewa sobie z dzbanka mocnej, gorzkiej kawy i upija łyk, parząc sobie wargi.
- Dzień dobry, Nyks – wita się Harry, podążając za Evanem niczym cień. Wdrapuje się na krzesło obok niego i opiera przedramiona na blacie, merdając pod stołem nogami. Uosobienie niewinności. Rosier odruchowo przygładza dłonią jego sterczące na wszystkie strony włosy, ale ten zabieg na niewiele się zdaje, więc ostatecznie odpuszcza.
- Dzień dobry, słoneczko. Może śniadanie? – pyta kobieta tonem lepkim jak miód i Evan wie, że to gra pozorów. To trucizna pokryta słodyczą.
Harry zerka niepewnie na Rosiera, jakby czekał tylko na jego pozwolenie i Evan nie potrafi nie być pod wrażeniem. Przeklęci mugole mocno stłumili jego charakter, ale ta porywczość i krnąbrność wciąż tli się w tych zielonych oczach, które dzisiaj wyglądają tak przeciętnie i zwyczajnie, że aż sam czuje się nieswojo. Przez sekundę ma nawet ochotę potrząsnąć chłopcem i wszystko odwołać, ale powstrzymuje się, utrzymując na twarzy beznamiętną maskę. Popracuje jednak nad tym by wzniecić ten żar nim będzie za późno, bo chłopiec będzie potrzebował całego swojego temperamentu, żeby móc podążać ścieżką wielkości.
- A masz ty w ogóle coś zjadliwego? – kpi Evan.
- Nie dla jaśnie pana – parska, krzywiąc się. – Trzeba było zapowiedzieć wizytę to bym się odpowiednio przygotowała, a tak się niefortunnie złożyło, że akurat zabrakło mi na stanie wilego wina i pieczonych pawi.
- Pawi?! – Evan parska szczerym śmiechem, wypluwając na stół kilka kropel kawy. – Skąd ci to przyszło do głowy?
- A czyż nie to właśnie serwują Malfoyowie na swoich sławetnych przyjęciach?
Wzrusza ramionami.
- Nie wiem. Nigdy na żadne nie dotarłem.
Nyks przewraca oczami i ignoruje go, zwracając się bezpośrednio do Harry'ego.
- Jajecznica, może być?
Chłopiec spogląda na swoje dłonie, jakby onieśmielony jej uwagą.
- Tak, proszę pani. Chętnie.
Evan przez chwilę obserwuje go z lekkim niedowierzaniem nim przenosi wzrok na zaskoczoną Nyks.
- Cóż, za dobrze wychowany młodzieniec – mówi w końcu, odchrząkując speszona. – Mógłbyś brać z niego przykład, Anansi.
Evan w odpowiedzi wystawia jej język, a pod stołem zaciska palce na kościstym kolanie Harry'ego. Sam nie wie co chce mu w ten sposób przekazać.
- Jak sądzisz? Ile czasu zostało? – zagaduje, obserwując jak Nyks przygotowuje śniadanie. Nie uściśla, że chodzi o niego i jego domniemany koniec. Obydwoje przecież dobrze wiedzą o co pyta, a lepiej nie wspominać takich rzeczy przy dzieciaku.
Ich oczy spotykają się na krótką chwilę.
- Z tydzień, maksymalnie.
Siedem dni to niewiele, a i tak może być ich mniej. Cóż, obrażenia jakie odniósł podczas bójki i późniejsze rozszczepienie musiało przyśpieszyć ten proces. Chory organizm słabiej się broni i najwyraźniej dotyczy to również stopniowego pochłaniania przez swojego własnego sobowtóra.
Zimny dreszcz przechodzi mu plecach, jakby coś lodowatego dotknęło właśnie jego karku, więc zerka przez ramię, ale nic nie widzi, więc pewnie ma po prostu paranoję.
Wstaje z krzesła, dopijając chłodną już kawę. W biegu zbiera swoje porozrzucane wszędzie, choć nieliczne rzeczy.
- Muszę załatwić kilka rzeczy zanim… - zaczyna, ale nie kończy, naciągając na stopy ciężkie buty i wpychając sznurówki do cholewki zamiast je zawiązać. – Jeśli to nie problem, Harry zostanie z tobą dopóki nie wrócę.
Nyks uśmiecha się krzywo zaciskając swoje długie, szponiaste palce na ramieniu chłopca.
- Oczywiście… - mruczy miękko, z zadowoleniem. - To żaden problem.
Jakby sądziła, że Evanowi się nie powiedzie. Już on jej pokaże, że nie ma racji.
A jednak czuje, że ramiona ma spięte, a twarz zastygłą w sztucznym grymasie. Cóż, nie można mieć wszystkiego, więc zarzuca na ramiona swój sfatygowany płaszcz, oczyszczając go trochę różdżką w tych bardziej poplamionych miejscach. Przebierze się jak już dotrze na miejsce, żaden problem. I tak doskonale wie skąd musi zacząć. Dobrze, że jego przodkowie od wieków mają obsesję na punkcie prywatności oraz nikomu nie ufają, bo gdyby się nie zabezpieczyli to zostałby z niczym po tym jak jego lojalność ciemności została ujawniona. Choć inne rody raczej zdumiewał fakt, że nie posiadali skrytki w banku Gringotta to zrzucali to raczej na brak odpowiednich środków niż efekt dziedzicznej paranoi.
Pociera ramiona, na których pojawia się gęsia skórka. Momentami ma wrażenie, że coś go obserwuje, że dotyka jego ciała w losowych miejscach, jakby sprawdzało jego słabe punkty. Może Nyks miała trochę racji i coś przyczepiło się do niego w czasie Samhain. Nie, niemożliwe. Odprawiła te swoje dziwaczne czary i wszystko powinno być w porządku. Chyba po prostu wariuje. Możliwe, że za bardzo wziął do siebie to widmo nadchodzącej śmierci i teraz nadinterpretowuje fakty.
Bierze głęboki wdech, uśmiechając się blado przez zaciśnięte zęby.
- Nyks, mogę cię prosić na słówko? – pyta oschle, po czym spogląda na Harry'ego, który zastygł nad swoim talerzem i obserwuje go uważnie niczym sokół na polowaniu. – A ty się zachowuj. Niedługo wrócę.
Wychodzi na zewnątrz, nie dając chłopcu czasu na jakąkolwiek reakcję. Chce jeszcze raz zaznaczyć swoje stanowisko w sprawie dzieciaka i upewnić się, że kobieta nie zrobi niczego głupiego zanim Evan nie rozwiąże swoich problemów.
Chwyta ramię wiedźmy w mocnym uścisku.
- Jeśli podczas mojej nieobecności spadnie mu z głowy choćby włos…
- To? – prycha kobieta, spoglądając na niego z kpiną. – Co ty mi możesz zrobić, Anansi? Sentymentalny z ciebie głupiec i tyle.
To ewidentnie pytanie retoryczne, ale Evan i tak zamierza odpowiedzieć.
- Nie jestem jedynym sentymentalnym głupcem w tym pokoju… - oświadcza na pozór niewinnym tonem, lecz patrzy jej wyzywająco prosto w oczy. Wiedźma odwzajemnia spojrzenie z taką intensywnością, jakby próbowała zaglądnąć na samo dno jego lodowatej duszy.
- W moim przypadku to zaledwie pragmatyzm, ale cieszę się, że wyjaśniliśmy sobie sytuację – mówi gładko, niemalże beznamiętnie.
- Znam twoje wredne sztuczki, Nyks. I mówię poważnie, nie waż się go tknąć. Wiem jaki potencjał ma ten chłopiec i widzę w twoich oczach jak bardzo cię interesuje, ale nie dam ci go wykorzystać.
- Taki zaborczy – cmoka. – Kim dla ciebie jest ten chłopiec, Evan?
- Nikim – odpowiada ponownie. – To dzieciak. Tylko nieco bardziej potężny niż inne dzieciaki. Chcę zobaczyć co z niego wyrośnie, nazwij to… niezdrową ciekawością.
- Ach tak – komentuje, a powątpiewanie pobrzmiewa w jej głosie.
- Tak – ucina Evan twardo, uparcie. – Ni mniej, ni więcej. Wychodzę. A ty przestań. Cokolwiek planujesz… po prostu przestań.
