Rozdział 4

Zgodnie z obietnicą Severus dyskretnie zabierał Harry'ego do psychologa raz w tygodniu. Ciężko było mu ocenić, czy następuje jakaś poprawa w psychice chłopaka. Psycholog twierdził jednak, że tak.

Harry powoli uczył się mówić głośno o tym, co czuje. Nadal nie wiedział, jak powinien rozmawiać na takie tematy z innymi osobami, niż jego terapeuta czy Snape, ale małymi kroczkami dochodził do pewnych wniosków. Zrozumiał, że powinien skupić się bardziej na sobie. Nie było nic złego w byciu chwilowym egoistą. Zwłaszcza jeśli wszyscy wokół niego tak właśnie się zachowywali.

Z początku ciężko było mu to przyjąć do wiadomości. Nie wiedział, jak zacząć wyrażać swoje zdanie w odpowiedni sposób.

– Zacznij od mówienia „nie", jeśli coś ci się nie spodoba – powiedział psycholog. – Egoizmu, jak i bronienia własnego zdania trzeba się nauczyć.

– Nie wiem, jak to zrobić – powiedział cicho Harry.

– Wyobraź sobie taką sytuację, że ktoś z twoich przyjaciół twierdzi, że musisz się więcej pouczyć na test, ale ty uważasz, że twoja wiedza ci wystarczy.

Harry prychnął.

– Nie muszę sobie tego wyobrażać. To dość częsta sytuacja – przyznał.

– I co wtedy robisz? – spytał mężczyzna.

– Nic. Jej się nie przegada. Będzie tak długo stać nade mną, aż się poddam i przyznam jej rację. Uważa, że jest najmądrzejsza na naszym roku i, że zawsze ma rację. W pierwszej klasie szczerze jej nie znosiłem. Podobnie jak wszyscy. Próbowała na każdej lekcji udowodnić, że wie wszystko i najlepiej.

– I co się stało, że się zaprzyjaźniliście?

Harry zastanowił się przez chwilę. Nie mógł przecież opowiedzieć mugolskiemu terapeucie o incydencie z trollem.

– Nieopatrznie wpadła do jeziora. Wyciągnęliśmy ją razem z Ronem – powiedział po prostu.

Psycholog skinął głową.

– Ron to twój przyjaciel?

– Tak, ale ostatnio nie jestem już tego taki pewien. Zwłaszcza po ostatnim roku.

– Coś się wydarzyło między wami?

Harry przymknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Cholerny Turniej Trójmagiczny! Nie chciał nawet brać w nim udziału. Został do tego zmuszony, ale do Rona zupełnie to z początku nie docierało. Harry został wtedy zupełnie sam na kilka miesięcy, zewsząd oskarżany o oszustwo.

– W zeszłym roku nasza szkoła zorganizowała międzyszkolne zawody. Zostałem wylosowany do udziału, a Ron nie. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Chyba przez swoje kompleksy – powiedział po chwili powoli.

– Powiesz mi o nim coś więcej? – poprosił mężczyzna, robiąc notatki.

– Ron ma pięciu starszych braci i młodszą siostrę, więc jest ich, jak widać sporo w domu. Przez to często nie stać go na wiele rzeczy.

– Bieda to częsty powód zazdrości.

– Moim zdaniem jest bogatszy ode mnie. Ma rodzinę, na której zawsze może polegać. Nie ma pojęcia, jakie tak naprawdę ma szczęście.

– Rozmawialiście o tym?

Harry pokręcił głową.

– To dla niego drażliwy temat. W szkole niektórzy dokuczają mu, że jego rodzina nie jest zamożna. Nie chciałem, żeby z mojej strony odczuł, że mi go żal czy coś.

– Ale pozwalasz, żeby cię ranił.

– Zastanawiam się, czy jest tego świadomy – przyznał szczerze Harry. – Może nie zdaje sobie sprawy z tego, że postępuje źle.

– Jeśli nigdy wcześniej nie mówiłeś mu o tym, może tak właśnie być. Spróbuj z nim porozmawiać.

– A jeśli nie zrozumie?

– Jeśli jest prawdziwym przyjacielem, zrozumie.

– A jeśli jednak nie?

– Posłuchaj Harry. Nigdy nie zadowolisz wszystkich. I nigdy nie jest tak, że wszyscy zrozumieją. Ludzie są różni. Emocje są wpisane w ludzką naturę. Twoi przyjaciele nie mają problemu z mówieniem głośno o tym, co myślą. Nigdy im nie odpowiadasz, więc myślą, że zgadzasz się z nimi.

– A co jeśli się pokłócimy? – Harry nie lubił kłótni.

– Boisz się kłótni, czy boisz się, że twoi przyjaciele mogą się od ciebie odwrócić, bo powiem im, co naprawdę czujesz?

– Ja… Chyba to drugie. Nigdy wcześniej nie miałem przyjaciół…

– Bardzo rzadko jakaś przyjaźń jest na całe życie. Czasem wydaje ci się, że rozumiesz się z kimś bez słów, a wystarczy jedna sytuacja, żeby zniszczyć to, co było. To nie jest nic niespotykanego. Jeśli twoim przyjaciołom naprawdę na tobie zależy, zostaną. Ale nie dowiesz się tego, jeśli nie zaczniesz się przed nimi otwierać.

Harry zastanowił się przez chwilę. W zasadzie co miał do stracenia? Na Ronie już się kiedyś zawiódł. A na obojgu swoich przyjaciół zawiódł się w wakacje, kiedy ślepo podążyli za poleceniami dyrektora. W ogóle nie zastanowili się, jak Harry mógłby się czuć, będąc tak izolowanym. Psycholog miał rację. Musiał spróbować.

,,,

Harry nie miał jednak okazji, żeby choćby spróbować porozmawiać z Ronem i Hermioną. A to wszystko przez wizję węża atakującego pana Weasleya. Dumbledore od razu wysłał Harry'ego i wszystkich Weasleyów do domu Syriusza. Harry popatrzył tylko na dyrektora z nienawiścią w oczach, zanim świstoklik nie przeniósł ich na Grimmauld Place.

Czekanie na jakieś wieści o ojcu Rona było najgorsze. Nikt się do niego nie odzywał. Harry zresztą też nie miał zbytniej ochoty na rozmowy. Najchętniej zaszyłby się w jakimś ciemnym kącie. Na zawsze.

Kiedy okazało się, że z panem Weasleyem będzie dobrze, wcale nie poczuł się jakoś lepiej. Znowu dopadły go myśli, żeby ze sobą skończyć. Irracjonalnie czuł się winny całej sytuacji.

W kolejnych dniach zaszywał się więc w bibliotece za regałami i próbował czytać. Nie zdziwił się, że nikt go nie szukał. W końcu wszyscy przejmowali się zdrowiem rannego.

– Tutaj jesteś – powiedział ktoś nagle. Harry podniósł głowę znad czytanej książki.

– Hej Syriuszu – powiedział cicho.

– Muszę przyznać, że to ostatnie miejsce, w którym spodziewałem się ciebie znaleźć – przyznał.

Harry wzruszył ramionami.

– Chyba przydałby ci się fryzjer – zagadnął, siadając w jednym z foteli.

– Nie sądzę – odparł Harry. – Wolę jak moje włosy są długie.

Syriusz skrzywił się.

– James nigdy nie nosił długich włosów – przyznał.

– Ale ja nie jestem Jamesem, Syriuszu. Byłbym wdzięczny, gdybyś o tym pamiętał. – Harry miał wrażenie, że jego terapeuta byłby z niego dumny. Pierwszy raz powiedział wprost, co myśli.

Syriusz popatrzył na niego zaskoczony.

– Wiem, że nim nie jesteś – powiedział.

– Czyżby? – Harry nie mógł powstrzymać cisnącego mu się na usta sarkazmu.

– Oczywiście, że tak.

– Więc dlaczego mówisz do mnie James? – spytał Harry.

– Harry, ja…

– Nie jestem nim, Syriuszu. Nie jestem moim ojcem. Rozumiem, że ci go brakuje, ale ja ci go nie zastąpię. Nawet jeśli z wyglądu jestem do niego bardzo podobny. Wiesz, dlaczego zapuściłem włosy? Żeby ludzie w końcu przestali, widzieć we mnie kopię mojego ojca – powiedział wprost.

Zacisnął zęby, widząc minę swojego ojca chrzestnego. Powtarzał sobie, że nie będzie miał wyrzutów sumienia.

– Proszę, żebyś więcej nie nazywał mnie cudzym imieniem – powiedział cicho Harry. – To boli.

– Ja… Muszę… – powiedział starszy czarodziej, wstając z fotela. Szybko skierował się do drzwi i wyszedł z biblioteki.

Harry miał świadomość, że najprawdopodobniej zranił go. Miał małe wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony jakoś mu ulżyło. W końcu jedną z tych trudnych rozmów miał za sobą. Ale czy to w ogóle była rozmowa? Miał co do tego wątpliwości, ale przynajmniej powiedział, co myślał. Nareszcie.

Jakąś godzinę później pani Weasley zawołała go na obiad. Nie był specjalnie głodny, ale wiedział, że jeśli nie będzie jadł, Snape dowie się o tym. Wolał tego uniknąć. Nie bał się już Mistrza Eliksirów, ale nie miał ochoty na kolejną pogadankę na temat jego sposobu odżywania się. Zjadł więc tyle, ile był w stanie, a potem znowu zaszył się w bibliotece.

Tam znaleźli go Ron i Hermiona.

– Tu jesteś, stary – powiedział Ron. – Słuchaj… Nikt cię nie wini, za to, co stało się tacie.

– Nie winię się – odparł Harry.

– Harry, nie jesteśmy ślepi. Widzimy, że unikasz wszystkich – powiedziała Hermiona. – Wiemy, że czujesz się w jakiś sposób winny całej sytuacji.

– Mylisz się Hermiono – powiedział Harry, patrząc na nią. – I nie unikam nikogo. Po prostu widziałem, co się dzieje. Wszyscy martwili się o niego i nie chciałem zawracać nikomu głowy. To wszystko.

– Nie musisz kłamać. Przecież widzimy, że… – zaczęła znowu dziewczyna, ale Harry przerwał jej:

– Nic nie widzicie Hermiono. Nie macie pojęcia, co się ze mną dzieje.

Przyjaciele Harry'ego popatrzyli po sobie zaskoczeni. Miał ochotę wybuchnąć, widząc ich miny. Naprawdę byli, aż tak ślepi?

– Dajmy sobie spokój ze wszystkim – powiedział chłopak. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wyszedł z biblioteki. Musiał znaleźć sobie jakieś inne miejsce.

Miał już serdecznie dość wszystkiego. Miał kolejny dowód na to, że nikt nie zwracał na niego uwagi i wszyscy mieli go gdzieś. Tylko Snape się nim w jakiś sposób przejmował. Ironia losu. Wszyscy, którzy deklarowali, że im na nim zależy, nie zauważali nawet, jak bardzo go krzywdzili. Chciał być sam. Ale nawet wtedy nie miał pewności, że nikt ani nic go nie skrzywdzi. Potrafił zranić sam siebie.

Nawet nie zauważył, że znalazł się na najwyższym piętrze domu. Wyżej był już tylko strych, gdzie Syriusz trzymał Hardodzioba. Złoty Chłopiec rozejrzał się wokół. Piętro było zakurzone, jakby od lat nikogo tu nie było. Biorąc pod uwagę sytuację, zakładał, że tak właśnie było.

– R.A.B. – przeczytał tabliczkę na jednych z drzwi. Wiedziony ciekawością, powoli wszedł do środka.

Pokój pokryty był warstwą kurzu jak wszystkie nieużywane pomieszczenia. Przez myśl przemknęło mu, że czarodzieje powinni wynaleźć jakieś zaklęcie przeciwko nadmiernemu osadzaniu się kurzu. Ale może wtedy skrzaty domowe nie miałyby co robić? Chociaż patrząc na Stworka, nie widział specjalnej różnicy.

Ściany pokryte były różnymi plakatami i rysunkami. Łatwo można było się domyślić, że kiedyś był to pokój jakiegoś nastolatka. Jednak nie wyglądało to Harry'emu na pokój Syriusza. Był zbyt uporządkowany. Zrobił kilka kroków w stronę biurka. Leżało na nim kilka książek, w których Harry rozpoznał podręczniki szkolne. Otworzył jeden z nich i na pierwszej stronie widniał podpis: Regulus Black. Chłopiec przypomniał sobie rodzinne drzewo Blacków. No tak! Syriusz miał młodszego brata. Najwidoczniej ten pokój należał kiedyś do niego.

Spomiędzy pożółkłych stronic Harry wyjął kilka starych zdjęć. Przedstawiały nastolatków w mundurkach ślizgonów. Czyli Regulus był ślizgonem. Nie, żeby Harry miał coś przeciwko. Przekonał się, że zdrajcy mogli pojawić się w każdym z domów. Glizdogon był tego najlepszym przykładem.

Zielone oczy skupiły się na zdjęciach. Harry nie rozpoznawał na nich nikogo, ale zaczął się zastanawiać, jakby to było mieć brata albo siostrę. Może gdyby ciotka i wuj nie traktowali go jak problem, Dudley byłby dla niego jak brat. Z westchnieniem odłożył zdjęcia na miejsce. Psycholog radził mu, żeby nie rozpamiętywał tego, co było, a skupił się na przyszłości i spróbował znaleźć jakiś cel w życiu. Ale jaki cel mógł znaleźć, skoro psychopata z morderczymi zapędami i chęcią władzy nad światem chciał go zabić?

Na pewno nie chciał być aurorem. Nie dlatego, że w ten sposób zostałby pewnie znowu porównany do ojca. Po prostu nie lubił przemocy. Miał z nią już wystarczającą styczność, żeby jeszcze zajmować się tym zawodowo. Oczywiście o ile dożyje momentu, kiedy będzie myślał o dorosłym życiu. Zastanawiał się, czy jeśli przeżyje, będzie chciał pozostać w świecie czarodziejów. W świecie, na którym zawiódł się tak bardzo.

Kiedy dowiedział się, że jest czarodziejem, przez krótki moment był szczęśliwy. Już wiedział, dlaczego przytrafiały mu się te różne, dziwne rzeczy. To go na pewien czas uspokoiło. Ale potem… Zaczął się zastanawiać, czy ciotka i wuj nie mieli przypadkiem racji. Może na swój pokręcony sposób, chcieli go ochronić przed tym wszystkim? Może powinien z nimi na spokojnie porozmawiać, kiedy wróci na Privet Drive? Oczywiście o ile będą chcieli z nim rozmawiać. Zazwyczaj udawali, że nie istnieje. Harry nie miałby nic przeciwko, żeby przestać istnieć.

Usiadł na podłodze i oparł się plecami o biurko. Nie potrafił zrozumieć, jak dorośli, wyszkoleni w pełni czarodzieje mogli zrzucać wszystko na barki nastolatka, który tak mało wiedział. Nasuwały mu się dwa słowa: wygodnictwo i tchórzostwo. Sam nie wiedział, które pasowało bardziej. Niemniej jednak postanowił zastosować się do rad terapeuty i nie pozwalać już sobą manipulować.

W tym momencie miał wszystko gdzieś. Cholernego Dumbledore'a, który wpakował go w to wszystko, swoich rzekomych przyjaciół, ojca chrzestnego i cały czarodziejski świat. Dlaczego to on miał naprawiać cudze błędy? Niech mu mówią, że jest egoistą, nazywają kłamcą czy bezdusznym. Ale nie będą robić z niego mordercy.

Godzinę później wyszedł z pokoju Regulusa, niosąc kilka książek, które znalazł na półkach. Wszystkie były podpisane imiennie, więc doszedł do wniosku, że musiały stanowić część prywatnej kolekcji młodszego z braci Black. Zamierzał je potem przejrzeć, o ile będzie miał spokój.

Przy kolacji nikt się do niego nie odzywał. Ron i Hermiona spoglądali na niego niepewnie, a Syriusz wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien, jak zacząć. Siedzący obok niego Remus, przyglądał mu się badawczo. Nikt jednak nie wykonał w jego stronę żadnego gestu, więc po kolacji Harry zniknął w łazience, żeby się umyć, a potem położył się na łóżku, żeby przejrzeć znalezione książki.

Okazały się całkiem ciekawe. Sięgnął po mugolski notatnik, który kupił jakiś czas temu i zaczął zapisywać w nim przydatne zaklęcia. Godzinę później zamknął notatnik i schował go do kufra. Wyjął z niego słoiczek z maścią i czysty bandaż. Blizna na nadgarstku nadal była dobrze widoczna.

Snape tłumaczył mu, że nie zniknie zbyt prędko. Zadał ją sobie z zamiarem popełnienia samobójstwa, więc jego intencje nadal utrzymywały się w niej. Dopóki nie nabierze chęci do życia, blizna nie zniknie. Ale ponieważ Harry nie potrafił znaleźć w sobie chęci do życia, nadal musiał używać maści i zakładać opatrunek. Kiedy skończył, wrócił do łóżka i zgasił światło. Opanowało go dziwne pragnienie, żeby ktoś go przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli miałoby to być kłamstwo. Wiedział jednak, że nie usłyszy takich słów. Paradoksalnie chciał zobaczyć Snape'a. Jedyną osobę, przy której czuł się bezpiecznie.

Kiedy Harry wracał z terapii, siadali razem w salonie Mistrza Eliksirów. Siadał na swoim zwyczajowym miejscu na kanapie z kubkiem herbaty w rękach i rozmawiali. Snape był jedyną osobą, poza psychologiem, która wiedziała, z jakimi demonami zmaga się Harry. Nadal nie był pewien, czy pomoc ze strony profesora była szczera, ale przynajmniej dotrzymywał słowa i nie powiedział dyrektorowi, że jego narzędzie do walki z Voldemortem zmaga się z samym sobą. I Harry chciał, żeby tak zostało.

,,,

– Harry. Możesz zejść do kuchni? – Mama Rona zawołała go dwa dni później. – Profesor Snape chciałby z tobą porozmawiać.

– Snape? – spytał zaskoczony. Nie widział Snape'a, odkąd przenieśli się na Grimmauld Place.

– Profesor Snape – poprawiła go łagodnie. – No chodź.

Harry szybko zszedł do kuchni. Nie spodziewał się wyjścia na kolejną sesję terapeutyczną. Kolejną wizytę miał dopiero po nowym roku. Jednak nie zdziwił się, widząc, że Syriusz i Snape patrzą na siebie, jakby najchętniej się pozabijali. Harry wiedział, dlaczego profesor nienawidził Huncwotów, ale nigdy nie poznał tak do końca pierwotnej przyczyny ich wzajemnej animozji. Jakakolwiek by ona nie była, zapewne była kompletnie nie na miejscu.

– Dzień dobry, profesorze – powiedział, wchodząc do kuchni. – Chciał pan ze mną porozmawiać.

– W istocie Potter – odparł Mistrz Eliksirów. – Ale twój ojciec chrzestny odmawia zostawienia nas na kilka minut sam na sam.

– Niby dlaczego miałbym to zrobić, Snape? – warknął Syriusz. – Takich jak ty nie powinno się zostawiać z nikim sam na sam.

– Syriuszu! – upomniał go Harry. – Jeśli nie umiesz się zachować, wyjdź – powiedział stanowczo. Nawet nie mrugnął, kiedy jego ojciec chrzestny posłał mu pełne niedowierzania spojrzenie. Nie ruszył się jednak z miejsca. – Słucham profesorze. O co chodzi?

– Dyrektor polecił mi poinformować cię, że od nowego semestru będziesz się uczył oklumencji – oznajmił Snape.

– Przepraszam, ale nic mi to słowo nie mówi – powiedział zgodnie z prawdą.

– Wcale mnie to nie dziwi. To sztuka chronienia umysłu. Dyrektor uważa, że należy zablokować twoje wizje.

– I kto niby miałby go uczyć? – spytał Syriusz.

Severus uśmiechnął się złowieszczo.

– Ja.

– TY?! PO MOIM TRUPIE! – wrzasnął Syriusz.

– SYRIUSZU! – Harry nie wytrzymał i też podniósł głos. – Przestań! Dlaczego nie potrafisz schować dawnych urazów? Aż tak chcesz pielęgnować swoją nienawiść? Po co?

Snape skłamałby, gdyby powiedział, że nie jest pod wrażeniem słów chłopaka. Najwyraźniej sesje, na które go wysłał, przynosiły więcej efektu, niż początkowo sądził. A już mina zszokowanego Syriusza Blacka była bezcenna.

– Harry! Dlaczego bronisz tego śmierciożercy? – spytał z niedowierzaniem Black.

Harry policzył w myślach do dziesięciu, zanim się odezwał.

– Nikogo nie bronię. Wyraziłem tylko swoją opinię. Jeśli się z nią nie zgadzasz, podaj mi racjonalne argumenty.

Ponieważ Syriusz nie odezwał się ani słowem, Severus podał Harry'emu szczegóły ich spotkań i wyszedł. Dopiero wtedy chłopak ponownie spojrzał na swojego chrzestnego.

– Dlaczego to robisz? Dlaczego tak bardzo trzymasz się przeszłości? – spytał cicho.

– Nie trzymam się przeszłości – zaoponował.

Harry pokręcił głową.

– Kłamiesz. Nie wiem tylko, czy próbujesz okłamywać siebie, czy innych. Co takiego zrobił ci Snape, że tak go nienawidzisz?

– Wystarczy, że żyje.

Harry myślał, że się przesłyszał.

– Jeśli to jest twój powód, żeby kogoś nienawidzić, to wolę sobie nie wyobrażać, jak wygląda twoja pełna nienawiść względem kogoś. Czy gdybym powiedział, że nie zamierzam walczyć przeciwko Voldemortowi i mam gdzieś cały czarodziejski świat, znienawidziłbyś mnie? – spytał.

– Przecież nie zrobiłbyś tego – powiedział Syriusz.

– Jesteś tego pewien?

– Harry. Ty taki nie jesteś. Pokonasz Voldemorta, a potem zostaniesz świetnym aurorem, jak James.

Harry poczuł, jak gniew zaczyna w nim wzbierać. W dwóch krokach znalazł się przy ojcu chrzestnym i patrząc mu w oczy, syknął:

– Nie zamierzam zostawać aurorem. Jeśli uważasz, że tego właśnie chcę, to znaczy, że w ogóle nie przejmujesz się tym, czego pragnę. Ty nie chcesz mnie poznać. Nadal widzisz we mnie kopię mojego ojca. Może byłoby lepiej, gdybym to ja zginął, a on przeżył.

– Harry! – krzyknął Syriusz, ale chłopak wybiegł z kuchni, czując, jak po policzkach zaczynają płynąć mu łzy. Czemu nikt z osób, które są mu tak bliskie, nie próbuje go zrozumieć? Czemu nikt nigdy nie spyta, jak się czuje? O czym marzy? Dlaczego wszyscy nie zostawią go w spokoju?

Schował się znowu w pokoju Regulusa i usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi. Chciał wrzeszczeć, pozwolić, aby jego ból przybrał jakąś fizyczną formę. Na podłodze dostrzegł kawałek szkła. Wziął je do ręki i bez namysłu przejechał nim mocno po udzie. Dopiero widok rozciętego materiału spodni, gdzie widniała krwawiąca rana, uspokoił go nieco. Chciał zniknąć, nie czuć niczego, wrzeszczeć, zniszczyć coś.

Chciał do Snape'a.