Usłyszał przerażający krzyk bólu i wściekłości. Był pewny, że nie wychodził z jego własnych ust. Powodował, że włosy stawały dęba i jednocześnie niesamowity ucisk wewnątrz czaszki. Jakby coś chciało rozerwać mu bębenki. Krzyk był coraz głośniejszy. Przeradzał się w irytujący pisk i stawał się nie do zniesienia. Musiał się wyrwać i uciec. Musiał to zrobić natychmiast.
- Bones – spokojny głos Jima sprawił, że krzyk nagle ucichł.
McCoy przebudził się przerażony. Otworzył szeroko oczy, dysząc jak po długim biegu. Dopiero po chwili zorientował się, że jest w ambulatorium i Jim patrzy na niego zaniepokojony. Poza pikaniem aparatury i szumem wydawanym przez krążący wokół personel medyczny było w miarę cicho.
- W porządku, Bones? – Kirk położył mu rękę na ramieniu.
Ramię. Spojrzał na swoją rękę i zobaczył, że rany były już uleczone. Został rozerwany rękaw i zadrapany łokieć.
- Kto? Kto tak krzyczał? – zapytał McCoy trzęsącym się głosem unosząc się lekko i rozglądając się wokół.
- Nikt nie krzyczał, Bones – odpowiedział Jim nieco zaniepokojony. – Coś ci się śniło. Ty i Sanders spadliście ze skarpy. Uderzyłeś się w głowę. Pamiętasz coś?
- Ja… spadłem… – przypomniał sobie nagle kładąc się znów na plecy i dotykając głowy. Sanders i ta dziwna roślina. Ból w czaszce gwałtownie wrócił. – Jim! Sanders!
- Wszystko w porządku, doktorze – McCoy usłyszał z boku swojej głowy beztroski, słodki głos młodego chorążego. Zaskoczony spojrzał na łóżko obok, na którym z szerokim uśmiechem siedział dwudziestoletni, pucołowaty, rozczochrany blondyn. Gdyby nie brudna twarz mógłby uchodzić za cherubinka z tymi błękitnymi oczami i jasnymi loczkami. Poza plastrami regeneracyjnymi na dłoniach nie miał żadnych ran. Zaraz… Jak to żadnych ran? Znowu ten przeszywający ból głowy.
- Tak, Bones – Kirk włączył się do rozmowy. – Chorąży wszystko nam opowiedział. Po transmisji obaj wylądowaliście na nierównym terenie i spadliście kilka metrów w dół. To cud, że się nie połamaliście.
- My… Co? Ale… Sanders, twoja noga – McCoy spojrzał zaskoczony na rozdarte spodnie chłopaka z których wystawało tylko lekko zadrapane, blade kolano. Jak tak szybko zaleczyli otwarte złamanie nogi? I zostało zadrapanie?
- Moje nogi? – chorąży obejrzał z zaciekawieniem swoje spodnie i poruszył stopami jak dziecko. – Wszystko z nimi w porządku, doktorze. Bardziej się martwiłem o pana głowę. Ostro pan przywalił jak spadaliśmy – wskazał palcem na McCoya.
- My? Nie, czekaj. Ja sam… - doktor dotknął czoła i nagle ból głowy znów stał się nie do zniesienia. Ogarnęły go nudności. Nie mógł opanować tego co nastąpiło później. Na szczęście nie wiadomo skąd pojawiła się Chapel z wiadrem.
- Cholera, Bones – głos Jima znowu wyrwał go z ciemności.
- Tak to jest przy wstrząśnieniu mózgu, kapitanie – Christine gestem odsunęła Kirka od łóżka. Ułożyła ciężko oddychającego doktora z powrotem na plecach i zrobiła mu zastrzyk w szyję. – Leż spokojnie, Leonard. Zaraz będzie ci lepiej.
Odeszła tak szybko jak się pojawiła. McCoy spojrzał na Jima i już miał coś powiedzieć, ale oczy zaczęły mu się zamykać.
- Odpocznij, Bones – kapitan stanął w nogach łóżka widząc, że McCoy zasypia. Odwrócił się w stronę zbliżającego się Spocka. – Wpadnę do ciebie później, to pogadamy.
Odszedł zanim McCoy zdążył zaprotestować. Doktor poczuł, że zaczyna odpływać. Próbował zrozumieć całą tą sytuację, ale głowa zaczęła go znowu niemiłosiernie boleć. Spojrzał w bok na Sandersa i poczuł jakby schodząc po schodach ominął jeden stopień. Chłopak patrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Uśmiechał się szeroko, a jego oczy były przerażająco puste i całkiem czarne.
- Nie walcz z tym – wyszeptał nieswoim głosem. – Jak będziesz walczył, to będzie tylko bardziej bolało.
Doktor otworzył usta jakby chciał krzyknąć, ale nie był w stanie. Ostatnie co widział to szeroki uśmiech i ciemne oczy czegoś, co kiedyś było chorążym Aronem Sandersem.
- Nie wygrasz – wyszeptał, a jego słowa uderzyły boleśnie czaszkę McCoya. – Odpuść.
Zacisnął powieki i nie miał już siły walczyć z ogarniającym go niespokojnym snem.
