myśli Harry'ego
Pięć dni. To stało się zaledwie po pięciu dniach z Tomem w wieży Gryffindoru - wtedy Harry doszedł do siebie na tyle, by zrozumieć, że musi odejść. Pozostali gryfoni niedługo będą wracać, a on musi odejść do własnych czasów.
Och, Tom, jak mam cię zostawić? Jesteś częścią mnie, tak jak nikt nie był. Każda przepowiednia i każde słowo ostrzegające o mnie i tobie był prawdą a jednocześnie fałszem: Miałem zwyciężyć Czarnego Pana - ale chłopiec którym ten był wciąż żyje, nawet jeśli przybyłem tu by go zabić: Tom, Chłopak Który Przeżył Czarny Pan naznaczy mnie jako równego sobie - jesteśmy równie w mroku, równie w świetle, równi w grzechu i równi z miłości. Nosze teraz na ciele znaki, pozostawione przez ciebie; jednak to nie blizny, a malinki, pozostawione przez rozgorączkowane wargi. Dziwna połączenie między twoim a moim umysłem - jak może być inaczej, Tom, moja bliźniacza duszo, burzliwe serce dla mego burzliwego serca? Wpuściłem cię do mego umysłu, tak samo jak do mego ciała. Posiadłeś mnie, a ja posiadłem ciebie.
Zawiodłem, beznadziejnie zawiodłem w mym zadaniu. Byłem wybawcą, wysłanym by zabić potwora, a to własnie jego wybawiłem. To porażka, czy może zwycięstwo? Muszę wracać do siebie i zobaczyć chaos które sprowadziłem na przyszłość, którą zdradziłem. Jak jednak mogę cie zostawić? Zostawienie cię, Tom, jest jak serca z mego ciała, ja rozrywanie mej duszy...
Co by się stało gdybym tu został, jeśli trwałbym z Tomem w tym czasie? Przyszłość by się stała, beze mnie. Lily i James Potter zakochaliby się w sobie i mieli syna, możliwe, ze nawet nazwaliby go Harry. Jednak to nie byłbym ja, a inny Harry, nie przeklęty i cały, żyjący innym życiem. Poszedłby pewnie do Hogwartu, ale czy wybrałby Rona i Hermionę na swych przyjaciół, czy może to mój konflikt z Voldemortem uczynił nas przyjaciółmi?
Ron i Hermiona. Syriusz. Nie mógłbym żyć tutaj, nigdy nie wiedząc co się z nimi stało. Muszę wracać. Jednak jeśli to zrobię, to czy zobaczę jeszcze kiedykolwiek Toma? I jeśli go ujrzę, kim on będzie?
Obudził mocnym pocałunkiem Toma, który spał spokojnie obok niego, z ciemnymi lokami w niełazie, zaplątany niemożliwie w pościel po ich szalonym akcie miłości z poprzedniej nocy.
- Tom - szepnął. - Musze z tobą porozmawiać.
Tom wymruczał sennie jego imię i przesunął dłońmi w pościeli, w poszukiwaniu jego ciała.
- Rozmowa potem... najpierw chodź tu...
To też, za chwilę, Tom, moja niecierpliwa miłości.
- Tom, chcę ci powiedzieć moje imię. Mam na myśli moje prawdzie imię.
Tom rozbudził się niemal momentalnie, unosząc brew, z uśmiechem w szarych oczach.
- W czas, nieznajomy. Po tym wszystkim, powinniśmy się w końcu odpowiednio sobie przedstawić.
Szczupły palec zarysował kontur twarzy Harry'ego.
- Kim więc jesteś, o nieznajomy, które mnie oczarował i wykorzystał?
- Wykorzystał ciebie? To głownie ty korzystałeś!
Tom zamyślił się.
- Faktycznie, głownie ja, prawda? Tak nie można, Harry... czy kimkolwiek jesteś. Jesteśmy równi. Naprawdę muszę nalegać, byś wykorzystał mnie tak szybko jak możesz.
Wykorzystam już za chwilę, kochany.
- Więc, kim jesteś? Slytherin, Gryffindor, Paracelsus...?
- Nie, tylko Harry. Harry Potter.
- Harry Potter... - Tom powtórzył powoli jego imię. - Lubię jego dźwięk. Jest... to niemal znajome, w jakiś sposób. Więc, Harry Potterze, kim jesteś i czemu przybyłeś do Hogwartu, podając się za Harry'ego Blacka? Nie przybyłeś tylko po to by zalecać się do Walburgi, prawda?
Harry objął Toma ramionami i zaśmiał się.
- Przybyłe cię wykorzystać, oczywiście. - Wyszeptał, przez kolejne kilka słodkich godzin pogrążając się dokładnie w tym.
Po wszystim gdy zrumieniony Tom leżał w jego ramionach, wyszeptał:
- Obiecaj mi... obiecaj, że mnie zapamiętasz, Tom! Pamiętaj mnie, nieważne co się stanie. Pamiętaj że cię kocham. - Po tym całując go tak, jakby chciał wyryć w umyśle wspomnienie jego warg an zawsze.
Gryfon rozmawiający z wężami. Ślizgon który wyczarował patronusa. Nasze umysły i nasze życia są przedziwnie splecione, tak że żaden żyć nie może bez drugiego...
Jedzenie w koszu piknikowym w kończę się skończyło, wino zostało wypite, a ognista whisky wykorzystana w celach, które skrzatom domowym z pewnością nigdy nawet nie przeszły przez myśl. Tom zszedł do Wielkiej Sali by wziąć dla nich więcej jedzenia. Harry podał mu hasło, by mógł wrócić do wieży Gryffindoru, wywołując śmiech Toma, gdy okazało się, że brzmi ono "bazyliszek".
Znów sam, Harry wiedział, że nadszedł ten moment. Strasznie kusiło go by zaczekać, tylko trochę dłużej. Tylko kilka godzin z Tomem więcej... Nie, to musi być teraz, gdy go nie ma, albo nie będę w stanie odejść.
Napisał pospiesznie liścik. Żadnych wymówek nad swym nagłym odejściem, jedynie obietnica, ze jeszcze sie spotkają w przyszłości, usilna prośba, by Tom nie szukał swego ojca i przysięga wiecznej miłości. Co innego mógłby powiedzieć? Harry założył zmieniacz czasu na szyję i, rzucając ostatnie spojrzenie na wygniecioną, lepką pościel na łóżku które dzielili, zaczął obracać złotą klepsydrą. Opuszczam cię teraz, Tom, opuszczam chłopaka, którym jesteś. Zobaczę mężczyznę, którym się staniesz, za wiele lat w przyszłości. Możliwe, że wciąż staniesz się potworem. Możliwe jednak, że będziesz pamiętał...
Wylądował z hukiem w gabinecie Dumbledore'a, gdy świat wciąż wirował wokół niego. Gabinet Dumbledore'a? Przypuszczam, że wróciłem do miejsca z którego wyruszyłem.
- Ach, Harry.
Dumbledore spojrzał na niego z zaciekawieniem, a jego błękitne oczy migotały za okularami-połówkami.
Dumbledore?
- Jesteś spóźniony na swoje zajęcia, Harry.
Harry zamarł na moment, stopniowo przywykając do rzeczywistości gabinetu Dumbledore'a, tym razem z dyrektorem w nim. Jego serce poznało, że Dumbledore tu jest, w tym czasie również żywy, i gotowy był wybuchnąć radością, jednak jego rozum i rozsądek wciąż walczyły, zaciekle.
- Zajęcia...?
Dumbledore kiwnął głową, z uśmiechem skrytym w jego brodzie.
- Tak, Harry, zajęcia. Twoi rodzice będą mniej niż oczarowani otrzymaniem kolejnej sowy w tym miesiącu dotyczącej twojej frekwencji.
Jego rodzice...? Ale to znaczy...? Tom? Nie Voldemort?
Zajęcia... - Jego myśli były poplątane. - Em, które to zajęcia tym razem, profesorze?
- Obrona Przed Czarną Magią. W lochach.
Aha! Przynajmniej jedno się nie zmieniło Harry czuł absurdalne pocieszenie w perspektywie wystawienia na drwiny Snape'a. Coś wciąż będzie znajome. Resztę mógł odkryć później. Wciąż jednak musiał dowiedzieć się jednego...
- Em... profesorze Dumbledore?
- Tak, Harry?
- Pamięta pan który to był rok, kiedy pokonał pan Grindewalda?
Dumbledore uśmiechnął się do niego.
- Tak oczywiście, Harry. To był 1942... Jak wiele lat temu to było! Odiwedzałem go czasem w więżeniu, przez te lata, wiesz, Grindewalda... Dlaczego pytasz?
Harry potrząsnał głową.
- Och, bez powodu. I Voldemort...?
- Kto? - Dumbledore wyglądał na autentycznie zdezorientowanego.
Serce Harry'ego śpiewał w jego piersi z radości gdy skierował się ku mrokowi lochów. Dumbledore w jego gabinecie! Jego rodzie żywi!
Pchnął drzwi klasy i wszedł tak cicho jak potrafił. Nie miał szczęścia.
- Potter!
- Przepraszam, proszę pana! - Wymamrotał automatycznie.
Znalazł swoją ławkę, obok Rona, który uśmiechnął się do niego. Ach, Ron, żadne zawirowania czasu i przestrzeni nie mógłby zmienić twoich rudych włosów, piegów na twojej twarzy czy naszej przyjaźni! Zamarł na widok dziewczyny siedzącej po drugiej stronie Rona. Kto to był? W żadnym z możliwych światów Hermina nie zmieniłaby się w oszałamiającą piękność z psotnym ciemnymi oczami i czarnymi lokami, młodszą i nawet śliczniejszą wersje Madame Rosmerty. Harry pochylił się lekko i zobaczył imię napisane na przodzie jej notatnika: Rose Black. Córka Syriusza?
Jednak gdzie była w takim razie Hermiona? Harry rozejrzał się desperacko, zanim nie zobaczy burzy brązowych loków pochylonych nad książka i chłopaka z blond wołsami pochylone tuż obok, w geście niemal nieprzyzwoitej czułości. Hermiona i Draco?
- Potter!
Ach, trudno. Czas na pogadankę, jak nie gorzej.
Kroki zbliżyły się, zatrzymując przy jego biurku.
- To twoje czwarte spóźnienie w tym tygodniu, Potter. Wiesz, ze to oznacza szlaban, prawda?
Harry kiwnął głową. Ale zaraz - to nie był głos Snape'a! Spojrzał w górę, oszołomiony. Profesor zatrzymał się przed jego biurkiem, pochylając nad nim, z iskrami w jego szarych oczach. Jego twarz była nieco bardziej pociągła, ale wciąż tak piękna jak zawsze. Przepis Walburgi na eliksir młodości?
- Mój gabinet, ósma wieczorem, Potter. - Powiedział łagodnie. - Znowu.
- Tak, profesorze Riddle.
Gdy Harry niemal wtopił się w swoje krzesło, ze światem wirującym wokół niego, Ron klepnął go w plecy.
- Masz pecha, kumplu. - Wyszeptał. - Chociaż - ostatnio spóźniałeś się potwornie często. Ktoś mógłby pomyśleć, że starasz się dostać szlaban... - Zachichotał z własnego żartu, zanim nie pochylił się znów nad książką.
