- Malfoy, bądź tak dobry i pozbieraj wasze filiżanki. Tutaj masz tacę - powiedziała profesor McGonagall podczas piątkowej lekcji transmutacji. Scorpius bez słowa wstał i trzymając dużą tacę, podchodził do każdej ławki i pozbierał filiżanki, w które Ślizgoni mieli dzisiaj zamienić jaszczurki. Niektóre z filiżanek były białe i proste, innym uczniom – w tym samemu Scorpiusowi - wyszły naprawdę ładne porcelanowe okazy, których nie powstydziłby się nawet Ginori czy Dagoty. Odstawiwszy tacę pełną porcelany na biurko profesor McGonagall, usiadł z powrotem obok Albusa. Scorpius zauważył, że na ławce, tuż przed jego nosem, leżał kawałek pergaminu złożony na czworo. Wyglądało na to, że Albus zdążył mu napisać krótką wiadomość, podczas gdy on chodził po klasie i zbierał filiżanki. Scorpius, ostrożnie i uważając, by nie zostać zauważonym przez profesor McGonagall, która wypisywała na tablicy podpunkty, które mieli rozwinąć przy pisaniu wypracowania domowego, rozłożył pergamin. Rozpoznał drobne i dość staranne pismo Albusa.
Mam dla ciebie nowinę. Musimy pogadać gdzieś na całkowitej osobności.
Scorpius, spojrzał dyskretnie na Albusa i kiwnął głową na znak, że się zgadza. Zapisał szybko temat pracy domowej i wszystkie aspekty, które powinien w niej poruszyć - według wskazania profesor McGonagall i po rozbrzmieniu dzwonka wyszedł wraz z Albusem z klasy transmutacji. Obaj skierowali się nad skute lodem jezioro.
- No to co za nowinę masz dla mnie, stary? Nie mogliśmy pogadać po prostu przy obiedzie? - zapytał Albusa. Przyjaciel uśmiechnął się tajemniczo.
- Nie, to zbyt delikatna sprawa. Masz konkurencję, to pewne. Charles Fox - powiedział Albus oficjalnym i zarazem konspiracyjnym tonem, jakby omawiał ze Scorpiusem strategię przejęcia władzy w Ministerstwie Magii. Scorpius spojrzał na niego z namysłem.
- Skąd wiesz? Podsłuchałeś, jak rozmawiała z tą swoją koleżanką, Dingirmą? - zapytał Albusa i wpatrywał się w niego tak intensywnie, że Albus miał wrażenie, że Scorpius wypali mu wzrokiem dziurę w czaszce. Przewrócił oczami.
- Nie, ale pogadałem z nią chwilę po eliksirach na temat tego Foxa i widziałem, jak robi się czerwona i zdezorientowana. Przecież to oczywiste! A poza tym sam mówiłeś, że na starożytnych runach siedzą w jednej ławce, pracują razem nad tłumaczeniami i rozmawiają długo po każdej lekcji - powiedział Albus tonem oczywistej oczywistości. Tym razem Scorpius przewrócił oczami.
- Przecież to żaden dowód - mruknął. Albus poczuł się urażony.
- Zmienisz zdanie, jak spojrzysz na to z perspektywy ich potencjalnego romansu. Musisz działać, stary - powiedział z zapałem. Scorpius zachichotał.
- Al, naprawdę? Myślisz, że co robię od bez mała pięciu lat? Wysłałem jej w tym roku prezent bożonarodzeniowy. Nie mam pojęcia, co mógłbym zrobić więcej na ten moment. Sądzę, że powinienem być po prostu cierpliwy - oznajmił beztrosko Scorpius. Albus spojrzał na niego z dezaprobatą. Spodziewał się większej reakcji po sprzedaniu mu tych niesamowicie ciekawych i kluczowych informacji.
- Ja jej kompletnie nie rozumiem. Znaczy – okej, może ten Fox jest w porządku, nie znam go, szczerze mówiąc, ale jakoś nigdy nie zauważyłem, żeby specjalnie się przy niej wykazał - wypalił. Scorpius ponownie zachichotał.
- Stary, może to dlatego, że raczej nie spędzacie ze sobą zbyt wiele czasu w szkole - podsunął. Albus pokręcił gwałtownie głową.
- Ty nie masz pojęcia, o czym mówię. Ona zwyczajnie nie docenia tego, co dla niej robisz.
Scorpius zaśmiał się głośno.
- Od kiedy to tak bardzo interesujesz się moimi bezowocnymi próbami umówienia się z twoją kuzynką? - zapytał roześmiany.
- Szczerze, to od kiedy nastąpiła pierwsza próba, ale jeśli chodzi ci o to od kiedy jestem zaangażowany w te próby emocjonalnie, to od momentu, kiedy zobaczyłem ją z tym chłopakiem w pociągu - powiedział z godnością Albus. Scorpius spojrzał na niego z ciekawością. To nie było do Albusa podobne, tak wychodzić ze skorupki, którą stworzył. Scorpius odczytywał to jako dowód ich silnej przyjaźni i poczuł pewien rodzaj rozczulenia. Fakt, że chodziło o kuzynkę Albusa tylko to rozczulenie potęgował.
- Spokojnie, Al. Nadejdzie taki moment, że w końcu mi ulegnie, to kwestia czasu i mojej cierpliwości. Zresztą sam mówiłeś, że rodzice twojego taty mieli niemal identyczne początki: twój dziadek był irytujący i denerwował twoją babcię, ona go nie lubiła, ale po czasie zdecydowała się na randkę i potem już byli parą - stwierdził optymistycznie Scorpius. Albus zamyślił się na ułamek sekundy.
- Niby racja, - wybełkotał, - ale nie miał żadnej konkurencji.
- Tego nie wiesz, Al. Słyszałem, że twoja babcia była bardzo ładna, zresztą widziałem jej fotografię na biurku w gabinecie Slughorna. Nie sądzę, żeby taka osoba miała tylko jednego adoratora. James na pewno miał konkurencję - powiedział Scorpius. Albus wzruszył ramionami.
- Niby racja, ale inna sprawa, kiedy adoratorów jest wielu. Wtedy tak naprawdę zwiększają się szansę tego najbardziej wytrwałego. Ale ty masz tylko jednego konkurenta i to całkiem poważnego! - wypalił Albus. Scorpius wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Wiesz co, Al?
- Co?
- Gadasz jak baba.
Albus spojrzał z oburzeniem na Scorpiusa.
- Wiesz co... To ja tu próbuję ci pomóc, jakoś zagrzać do walki, a ty mi z babą... - wymamrotał Albus. Scorpius szturchnął go w ramię.
- Mam to na uwadze - powiedział. - Chodźmy na obiad, jestem głodny, a przez twoją radosną nowinę straciliśmy trochę czasu.
- Niech ci będzie, ale nie powinieneś tak tego zostawiać - powiedział Albus. - Jeśli tylko będziesz potrzebował pomocy, to daj mi znać - dodał. Scorpius poklepał go po plecach i obaj udali się do Wielkiej Sali na obiad.
…
Rose siedziała w bibliotece. Schowana między wysokimi regałami pełnymi książek, pisała wypracowanie domowe z Astronomii (Opisz, podając przykłady, wpływ tranzytu Jowisza na pozytywne koniunkcje lodowych olbrzymów). Dopisywała właśnie ostatnie zdanie, gdy usłyszała gdzieś w pobliżu znajome chrząknięcie. Scorpius Malfoy. Rose przewróciła oczami. To była jego nowa taktyka, którą zaczął stosować od początku klasy piątej. Wiedząc (prawdopodobnie od Albusa), że Rose postanowiła sobie, że na roku SUMów będzie uczyć się prawie wyłącznie w bibliotece, zaczął częściej się w niej pojawiać i dziwnym zbiegiem okoliczności siadał zawsze w pewnej, choć bliskiej odległości od Rose. Oczywiście, Scorpius unikał raczej jakichś bardziej natrętnych i denerwujących zachowań (chociaż w opinii Rose sam fakt, że siadał niedaleko i ją podpatrywał, był denerwujący), jednak zawsze dawał jej do zrozumienia, że jest obecny i ma ją na oku właśnie chrząknięciem. Rose z kolei nie dawała się tak łatwo. Zawsze starała się siedzieć w bibliotece tak długo jak tylko sama założyła, że będzie siedzieć, żeby nie dawać Scorpiusowi znaku, że w ogóle zwróciła na niego uwagę. Tym razem też tak było - wróciła myślami do zakończenia swojego wypracowania i usiłując maksymalnie się skupić nad sensowną konkluzją, namoczyła pióro w atramencie. W momencie, gdy przyłożyła stalówkę do pergaminu, ktoś z dość donośnym odgłosem położył naprzeciwko niej na stole dużą książkę. Zaskoczona i rozproszona Rose, już miała oznajmić intruzowi, co sądzi na temat takiego przeszkadzania, gdy spojrzała na jego twarz.
- Cześć, Rose - przywitał się Charles Fox, siadając naprzeciwko i otwierając swoją dużą książkę. "Mało brakowało, a nasyczałabym na Charlesa!", pomyślała z ulgą Rose.
- Cześć, Charles - powiedziała pogodnie i kokieteryjnie, łagodnym i raczej cichym tonem, ale na tyle głośno, żeby siedzący po przeciwnej stronie sali Scorpius Malfoy mógł dosłyszeć jej powitanie. "Och, wybacz, Scorpiusie, nie tym razem", pomyślała sarkastycznie i uśmiechnęła się w duchu.
- Odrabiasz zadanie z eliksirów? - zapytał Charles.
- Akurat z eliksirów już zrobiłam. Teraz kończę astronomię, a potem muszę zrobić rysunek na zielarstwo, o który prosił profesor Longbottom - odpowiedziała Rose, pamiętając o radzie udzielonej jej przez Greenie. Uśmiechnęła się do Charlesa, a był to uśmiech z rodzaju tych przyjaznych i ciepłych, ale jednocześnie zarezerwowanych dla tych szczególnych przyjaciół. Na przykład dla takich, jakim jest Chales Fox, a jakim nie będzie nigdy Scorpius Malfoy, który właśnie rzucał raz po raz uważne spojrzenia na stolik Rose i Charlesa. Rose nie mogła być bardziej zadowolona z takiego obrotu spraw.
- Słuchaj, Rose - zaczął niepewnym tonem Charles. Wyglądał również jakoś inaczej – jakby lekko się denerwował.
- Tak?
- W ten weekend jest wyjście do Hogsmeade. Czy nie miałabyś nic przeciwko, żebyśmy spotkali się w Trzech Miotłach o, powiedzmy, dwunastej?
Rose wybałuszyła oczy ze zdumienia. "Nie może być!", pomyślała. Wyglądało na to, że Charles chce się z nią umówić w Trzech Miotłach. Rose aż nie mogła uwierzyć własnym uszom i wyglądało na to, że nie tylko ona, bo Scorpius Malfoy przestał dbać o jakiekolwiek pozory i teraz bez żadnych oporów gapił się z mieszaniną niedowierzania i lekkiego oburzenia na Rose i Charlesa. Rose jednak nie miała zamiaru przejmować się zdaniem Scorpiusa na temat jej sobotniej randki z Charlesem, zresztą była Foxowi niesamowicie wdzięczna za zaproszenie jej na wyjście w obecności Malfoya.
- Oczywiście, - odpowiedziała nieco zbyt żarliwie, ale natychmiast dodała: - chyba nic nie stoi mi na przeszkodzie.
- Wspaniale! - ucieszył się Charles. - Jesteśmy zatem umówieni. A teraz, jakbyś mogła, daj mi rzucić okiem na twoje wypracowanie z astronomii, możemy porównać nasze przykłady.
