W sobotę Rose obudziła się wyjątkowo wcześnie. Za oknem było jeszcze ciemno, zatem bez patrzenia na zegarek mogła oszacować, że było około pół do szóstej, może nawet trochę wcześniej. Zirytowana faktem, że w dzień wolny (i to tak ważny ze względu na randkę z Charlesem Foxem!), nie była w stanie sobie podarować i musiała obudzić się o tak pogańskiej porze, postanowiła jeszcze przynajmniej godzinę poleżeć na łóżku i bezproduktywnie powpatrywać się w baldachim. Rose leżała nieruchomo z zamkniętymi oczami, starając się nie skupiać za bardzo na czekającym ją spotkaniu i pozwoliła swoim myślom snuć się bez celu, gdy przed oczami stanął jej nagle Scorpius Malfoy. Scorpius Malfoy, stojący przy łazience prefektów, wyglądający wcale nie najgorzej, mówiący jej, że pięknie pachnie. Rose, przerażona tym niepożądanym widokiem, chciała odgonić myśli o Scorpiusie jak najdalej od swojej głowy, jak najdalej od dormitorium i w ogóle od całego Hogwartu (najlepiej wraz ze Scorpiusem), jednak pojawiła się w jej głowie kolejna myśl, o wiele bardziej przerażająca, niż wspomnienie Scorpiusa - myśl, że widok Malfoya w ogóle jej nie przeszkadza. Gorzej! - ten widok sprawia jej... przyjemność? Oczywiście, od pierwszej podróży do Hogwartu, Rose z zasady (i trochę za radami ojca) trzymała się od Scorpiusa z daleka, ignorowała jego zaczepki i puszczała mimo uszu słowa uznania, nawet trochę nim gardziła. Nigdy tak naprawdę nie zdała sobie sprawy z tego, że nie ma konkretnego i wytłumaczalnego powodu, dla którego miałaby chłopaka tak bardzo nie lubić. Scorpius zawsze był przecież dla Rose miły, komplementował ją, gratulował jej osiągnięć. To, że ludzie plotkowali o nim jako o synu Voldemorta, też było sporą niedorzecznością - Ministerstwo Magii zrobiło specjalne dochodzenie w tej sprawie i oficjalny wynik tego śledztwa jasno traktował sprawę: Scorpius jest synem państwa Dracona i Astorii Malfoyów. Rose lekko potrząsnęła głową. "Ojej, mam dziś randkę z Charlesem Foxem, a rozmyślam nad zasadnością mojej niechęci do Scorpiusa Malfoya. Rosie, jesteś geniuszem."
…
- Rosie, uważaj na te chlebki z masełkiem czosnkowym - rzuciła Greenie, która właśnie weszła do Wielkiej Sali na śniadanie i sadowiła się obok Rose.
- Co z nimi? - zapytała zaskoczona Rose, przyglądając się podejrzliwie chlebkowi z masłem czosnkowym, jakby miał się zaraz zamienić w Bazyliszka i ją spetryfikować.
- Są masełkiem czosnkowym, to z nimi. Wiem, że je uwielbiasz, ale dobrze ci radzę - nie przed randką - powiedziała Greenie tonem profesor McGonnagall zadającej im pracę domową. Rose uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
- Myślisz, że nawet jak porządne wyszoruję zęby używając trzech rodzajów pasty do zębów, wypłuczę je eliksirem i poprawię samoczyszczącą nicią do zębów, to będzie coś czuć? - zapytała ostrożnie Rose. Greenie spojrzała na nią mocno zdziwiona.
- Myjesz zęby trzema rodzajami pasty do zębów? - zapytała.
- Nie twój interes...
- Wiem, że masz dziadków dentystów, ale chyba jednak trochę przesadzasz. A co do czosnku, to nie wiem jak będzie po trzech różnych pastach, ale z zasady ciężko jest się pozbyć tego... aromatu - powiedziała Greenie. Rose spojrzała niepewnie na chlebek z masłem czosnkowym i ostrożnie odłożyła go na talerz.
- Chyba już się najadłam - rzekła i wstała od stołu. Greenie spojrzała na nią pytająco.
- Co będziesz teraz robić? - zapytała. Rose namyśliła się chwilę. Zerknęła na stół Slytherinu, przy którym siedziało kilkoro uczniów, w tym Albus i Scorpius. Rose zauważyła, że Scorpius przygląda jej się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Rose, pytałam cię o coś! - zawołała Greenie. Rose spojrzała na nią.
- Scorpius ciągle się gapi - poskarżyła się koleżance. Greenie przewróciła oczami.
- Dopiero zauważyłaś? Zawsze to robi, myślałam, że przywykłaś - powiedziała beztroskim tonem Greenie, jakby tłumaczyła Rose jakąś niesamowitą oczywistość.
- Idę do biblioteki, powtórzę materiał z tego tygodnia. Zobaczymy się w Hogsmeade - powiedziała Rose i wyszła, prawie wybiegła z Wielkiej Sali, czując mimo woli palące spojrzenie Scorpiusa na swoich plecach. Kiedy znalazła się za drzwiami Wielkiej Sali, oparła się o ścianę i zamknęła oczy, chcąc odesłać w niebyt widok wpatrującego się w nią Scorpiusa. Widok niestety nie miała zamiaru się nigdzie wybierać i prześladował Rose przez całą drogę do biblioteki, a później w samej już bibliotece. Starając się skoncentrować swoje myśli na czymś, co nie byłoby ani Scorpiusem, ani Charlesem, sięgnęła po leksykon magicznych roślin drapieżnych i usiadła przy pierwszym wolnym stole. Otworzyła leksykon i zaczęła czytać, starając się faktycznie skupić na treści książki. Niestety, nie była w stanie w ogóle się skoncentrować i na jej nieszczęście, powodem tego stanu nie była czekająca ją dzisiaj randka z Charlesem (chociaż tym też się lekko przejmowała - w końcu to randka, w dodatku z Charlesem), ale jakieś dziwne poczucie braku, jakby straciła coś, co wcześniej miała, coś cennego i czego nie potrafiła wówczas docenić. Rozejrzała się po bibliotece i zauważyła wchodzącą do pomieszczenia postać. Blondwłosą, szczupłą i wysoką postać. Niewątpliwie Scorpius Malfoy wszedł właśnie do biblioteki. Rose spodziewała się, że jak zwykle usiądzie gdzieś w pobliżu, odchrząknie i będzie od czasu do czasu zerkał w jej kierunku. Tak się jednak nie stało. Scorpius bez słowa przeszedł obok stolika, przy którym siedziała Rose, nie zaszczycając jej nawet krótkim spojrzeniem. Udał się w najdalszy kąt biblioteki i tam usiadł przy jednym z wolnych stołów. Rose spojrzała w jego stronę z niemałym zaskoczeniem. Poczuła się zignorowana i bardzo jej się ten stan rzeczy nie spodobał. Scorpius Malfoy, jak gdyby nigdy nic, otworzył swoją książkę i po prostu zaczął ją czytać. Rose prychnęła z irytację. "W końcu się odczepił", pomyślała, jednak w tym samym momencie poczuła jakąś stratę, jakiś lekki żal. Jasnym było, że atencja, jaką obdarzał ją Scorpius od ich pierwszego roku nauki w Hogwarcie, była dla Rose raczej nieznośna, ale mimo wszystko schlebiało jej, że jakiś chłopak zwraca na nią uwagę i nie wstydzi się okazywać jej swoich uczuć przy innych – podczas gdy większość chłopców (dziewcząt zresztą też, na czele z Rose) raczej nie była skora do dzielenia się swoimi uczuciami z opinią publiczną. Rose najbardziej zastanawiało, dlaczego Scorpius Malfoy, syn Dracona Malfoya, przeciwnika mugoli i czarodziejów z rodzin mugolskich, szkolnego wroga numer jeden Harry'ego Pottera i jej rodziców, w ogóle zwraca na nią uwagę jako na dziewczynę i traktuje jak obiekt westchnień. Przecież gdyby jego tata dowiedział się, że flirtuje z Rose, próbuje ją na każdym kroku poderwać i rozkochać w sobie, prawdopodobnie zrobiłby to samo, co ojciec Rose, gdyby dowiedział się o jej ewentualnym flircie ze Scorpiusem. Naszło ją gwałtowne pragnienie, aby podejść do Scorpiusa i zapytać, co on sobie w ogóle wyobraża, najpierw próbując się do niej zbliżyć, a potem z dnia na dzień zaczyna ją ignorować.
Rose już dawno zapomniała o książce o roślinach i po prostu gapiła się na Scorpiusa, który w ogóle, W OGÓLE, nie zaszczycał ją ani jednym spojrzeniem. Siedział spokojnie w najdalszym zakątku biblioteki z nosem w jakimś podręczniku i wyglądał na niesamowicie skupionego. Rose wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, gdy nagle poczuła, jak ktoś klepie ją od tyłu w bark. Była to Greenie.
- Hej, Rosie, jak się masz? Przyszłam cię zapytać o pracę z eliksirów. Pozwoliłabyś mi może zerknąć na twoje wypracowanie, bo nie jestem pewna, czy wszystko napisałam dobrze, a nie mogę dostać kolejnego N... - powiedziała Greenie. Rose spojrzała na nią niezbyt przytomnym wzrokiem.
- Rosie, co jest? - zapytała Greenie. Rose westchnęła ciężko i ostatecznie oderwała wzrok od Malfoya.
- Malfoy ma mnie w nosie - powiedziała wprost. Greenie spojrzała na nią z dużym zaskoczeniem.
- To chyba dobrze, prawda?
- No... właśnie nie wiem - szepnęła Rose. Greenie usiadła naprzeciwko Rose i zlustrowała ją badawczym spojrzeniem.
- Nie żartuj! - rzuciła z lekkim niedowierzaniem, - przecież chyba właśnie o to ci chodziło, od kiedy zaczął się tobą interesować. Powinnaś być zadowolona. No i zainteresował się tobą gość, którym ty się interesujesz - dodała. Rose spojrzała na Greenie z irytacją.
- Niby tak, ale jakoś mnie to wkurza. Znaczy, Charles jest cudowny, tajemniczy, świetnie się uczy, jest przystojny i nie ma co porównywać go z Malfoyem, bo bije go na głowę, ale tak jakoś dziwnie się czuję. Jakbym go strasznie zraniła, a wierz mi – to nie jest miłe uczucie - powiedziała Rose i zamknęła z donośnym trzaśnięciem leksykon. Przez chwilę poczuła przemożną chęć rzucenia nim w sam środek twarzy Scorpiusa, ale zdusiła w sobie tę chęć i jedyne, co rzuciła w stronę Scorpiusa, to spojrzenie pełne irytacji.
- To co, zgodzisz się, żebym zajrzała do twojego wypracowania z eliksirów? - zapytała Greenie. Rose westchnęła.
- Tak, leży na szafce przy moim łóżku. Weź sobie - odparła. Greenie uśmiechnęła się do niej i rzuciła "dzięki", po czum wyszła szybko z biblioteki. Rose, z uporem maniaka, nadal wpatrywała się w Scorpiusa, który z takim samym uporem wpatrywał się z kolei w książkę. W pewnym momencie zamknął ją i skierował się w stronę wyjścia z biblioteki. Rose natychmiast otworzyła leksykon na losowej stronie i zaczęła udawać, że jest w nim niesamowicie zaczytana, jednak Scorpius nagle zatrzymał się przy niej.
- Miłego wypadu do Hogsmeade, Rosie - powiedział bezbarwnym tonem i natychmiast odszedł. Rose poczuła się, jakby dał jej w twarz. Fala wściekłości zalała jej ciało, chociaż Rose nie znała żadnego racjonalnego powodu tego uczucia. "Spadaj, Malfoy! Nie twoja sprawa co, z kim i gdzie robię!", pomyślała ze złością i, odłożywszy książkę na miejsce, wyszła z biblioteki.
