Sory, że po takiej przerwie, ale nie miałam głowy do niczego innego poza pracą i spaniem, nawet jedzenie trochę olałam (!). Łapcie szóstą część.
...
Rose weszła do ciepłego wnętrza pubu Pod Trzema Miotłami i rozejrzała się po stolikach. Przy jednym stole, w pobliżu wejścia do pubu siedział jej kuzyn Albus, bez swojego najlepszego kumpla, Malfoya. Mimo iż wydało jej się to dość podejrzane, nie chciała zaprzątać sobie głowy osamotnionym kuzynem, który mógłby przecież spędzać każdy wypad do Hogsmeade w jej towarzystwie, ale sam wybrał inaczej pięć lat temu. Gdzieś indziej zamajaczyły jej postacie członków Klubu Zielarza, na którego spotkania uczęszczała krótko w trzeciej klasie. Dopiero w kącie sali, przy możliwie najbardziej odosobnionym stoliku siedział Charles Fox. Rose, która dotąd nie przykładała większej uwagi do wyglądu swoich włosów - one się po prostu jakoś same układały, przygładziła nerwowo i tak już dość gładką (jak na nią) czuprynę i podążyła w stronę stolika Charlesa. Charles dostrzegł Rose i natychmiast wstał, chcąc odsunąć jej krzesło.
- Witaj, Rose - powiedział Charles i uśmiechnął się promiennie. Rose zdobyła się na nieśmiały, nerwowy uśmiech i wymamrotała jakieś powitanie. "Tak, to jest TA Rose, która zna odpowiedź na niemal każde pytanie", pomyślała zła na siebie. Charles wydawał się jej podejrzanie zrelaksowany, jakby fakt, że jest na randce, nie robił na nim najmniejszego wrażenia. "Pewnie nie jest to jego pierwsza", pomyślała Rose, nie wiedząc, czy ta myśl bardziej ją irytuje, czy zasmuca.
- Na co masz ochotę? - zapytał Charles. Rose zamyśliła się na chwilę.
- Niczym się nie przejmuj, ja zapraszam - powiedział Charles.
- Chyba poproszę o piwo kremowe - powiedziała Rose. Charles przeprosił ją i podszedł do baru złożyć zamówienie. Rose znów nerwowo przygładziła włosy. W odległej części pubu wciąż samotnie siedział Albums, popijając jakiś kolorowy napój. Rose, zła na siebie, że w ogóle się tym przejmuje, zastanowiła się znowu, gdzie się podział jego nieodłączny kompan Scorpius.
- Madame Rosmerta za chwilę przyniesie nam piwo – powiedział Charles i usiadł na swoim miejscu. Rose postanowiła skończyć z nieśmiałością i uśmiechnęła się do niego.
- Mam nadzieję. Uwielbiam piwo kremowe – powiedziała nieco zalotnym szeptem. Charles jakby się speszył i Rose poczuła, że chyba stosowanie się do rady Greenie zaczyna dawać efekty – dawała Charlesowi delikatnie do zrozumienia, że może ją zacząć traktować jak kogoś więcej niż koleżankę z klasy, a Charles chyba zaczynał to rozumieć. Do ich stolika podeszła Rosmerta, niosąc race z dwoma kuflami piwa kremowego.
- Proszę, kochani – powiedziała z uśmiechem i postawiła kufle na stole. Charles podziękował i Rosmerta odeszła.
- Słuchaj, Rose – zaczął Charles niezdecydowanym tonem, jakby nie był pewien, czy to, co chce powiedzieć, jest odpowiednie. Rose uśmiechnęła się do niego zachęcająco. – Poprosiłem cię o spotkanie, bo mam taką dość delikatną sprawę i myślę, że mogłabyś mi pomóc – dodał i podrapał się w tył głowy. Rose uśmiechnęła się blado, marszcząc lekko brwi. „Czyli to nie jest randka, tylko jakiś interes. Cudownie", pomyślała kwaśno.
- Zatem słucham – powiedziała i wpatrywała się w Charlesa świdrującym wzrokiem.
- Chodzi o twoją przyjaciółkę z Gryffindoru, Dingirmę Hale – powiedział na jednym wydechu.
- A co z nią? – zapytała Rose. „Tylko mi nie mów, że Greenie ci się podoba, bo wytargam cię za włosy! Albo ją! Albo oboje!"
- Wiesz, zauważyłem, że trzymacie się razem i ogólnie, chyba przyjaźnicie. I sęk w tym, że... No wiesz, Rose, ja jestem raczej... nieśmiałym facetem – powiedział Charles kulawo i uśmiechnął się nieporadnie, jakby chciał dodać swojej nieśmiałości nieco więcej autentyczności.
- Przyjaźnimy się, od pierwszego roku. A czego chcesz od Greenie? – zapytała Rose podejrzliwie, jednocześnie przeczuwając, jaka będzie odpowiedź na to pytanie.
- Greenie? – powtórzył zaskoczony Charles. Rose cmoknęła ze zniecierpliwieniem.
- Tak na nią mówię, bo uwielbia zielony i niemal wszystko, co ma, jest zielone. Gdyby nie to, że od pięciu lat śpimy w jednym dormitorium, pomyślałabym, że jest ze Slytherinu. Ona mówi na mnie Rosie, a ja na nią Greenie – odpowiedziała Rose. Charles roześmiał się.
- To urocze, nawet do niej pasuje. I rzeczywiście, wszystkie pióra, jakich zawsze używa na zajęciach, są zielone – powiedział. Rose siedziała z kamienną twarzą. Jej piwo kremowe pozostawało nietknięte, podczas gdy Charles wypił już prawie dwie trzecie swojego.
- Zapytam znowu: czego chcesz od Greenie?
- To proste, Rosie – powiedział Charles pobłażliwym tonem, jakby Rose nagle straciła kilkadziesiąt punktów IQ i nie była w stanie zrozumieć prostej rzeczy – chciałbym się z nią umówić, jakoś lepiej poznać i, kto wie, może coś z tego będzie. Spodobała mi się już na pierwszych zajęciach z wróżbiarstwa, kiedy pracowaliśmy w parze, ale nie wiedziałem jak do niej zagadać już po lekcjach, a później zauważyłem, że prawie wszędzie chodzicie razem. Więc pomyślałem, że może mogłabyś mi pomóc, skoro się kumplujemy.
„Kumplujemy?! Chyba kumplowaliśmy", pomyślała Rose ze złością, ale postanowiła trzymać emocje na wodzy.
- A niby jak mam to zrobić? Mam jej powiedzieć, że ci się podoba i żeby zaczęła zwracać na ciebie większą uwagę? – zapytała Rose z przekąsem. Charles chyba nie wyłapał jej sarkazmu, bo roześmiał się na te słowa.
- Cóż, gdyby to tylko podziałało, to w zasadzie nie mam nic przeciwko – powiedział i uśmiechnął się szeroko. Rose zacisnęła wargi.
- Tego nie gwarantuję – wymamrotała obrażonym tonem.
- Wiesz, może od czasu do czasu moglibyśmy się gdzieś spotykać we troje, na przykład razem uczyć w bibliotece czy mógłbym siadać obok niej na meczach quidditcha... Coś takiego. Szczerze mówiąc, to pomyślałem, że przyjdziesz tu dzisiaj z Dingirmą, skoro się przyjaźnicie – powiedział Charles entuzjastycznie. Rose spiorunowała go wzrokiem.
- Wybacz, ale chyba nie uważasz, że byłabym na tyle chamska i nietaktowna, że na spotkanie, na które zaprosiłeś mnie, przyprowadziłabym kogokolwiek – wycedziła Rose. Charles jakby się zmieszał i zafrasował.
- Nie, Rose, coś ty... Nie chciałem cię urazić, tak tylko mówię, co pomyślałem – wymamrotał. Rose patrzyła na niego z wyższością. „Albo on udaje, że jest idiotą, albo jest idiotą, a ja tego wcześniej nie zauważyłam", pomyślała i zerknęła w stronę stołu Albusa. Albus w tym samym czasie zerknął na nią. Rose natychmiast odwróciła głowę.
- Okej – powiedziała. Charles spojrzał w miejsce, w które przed chwilą krótko wpatrywała się Rose.
- Twój kuzyn jest dzisiaj sam, bez tego Scorpiusa – zauważył. Rose przewróciła oczami. „Odkrywcze."
- Widzę – szepnęła.
Między Rose a Charlesem nastała niezręczna cisza. Charles siedział dosyć spokojnie i starał się sprawiać wrażenie osoby bardzo miłej i tolerancyjnej, podczas gdy Rose towarzyszyła gonitwa myśli na temat Charlesa, Greenie, Scorpiusa i siedzącego samotnie Albusa. Starała się za wszelką cenę nie sprawiać wrażenia, że jej "randka" z Charlesem nie należy do udanych, w obawie, że Albus na pewno będzie uważał ją za porażkę Rose i przy następnej okazji nie omieszka jej wytknąć jej zachowania wobec Scorpiusa. No właśnie. Scorpius Malfoy. Rose chciała za wszelką cenę przestać myśleć o nielubianym Ślizgonie, chociaż odniosła wrażenie, że teraz czuje się tak, jak Scorpius mógł się czuć przez cały czas, gdy próbował Rose poderwać i komplementować. Nie chciała myśleć o nim w kategoriach współczucia, lecz było to jedyne właściwe w tym momencie odczucie. Rose miała ochotę uderzyć Charlesa za to, że tak ją zmylił i w gruncie rzeczy upokorzył. W jej umyśle zagościło również niezdrowe uczucie zazdrości i złości na Greenie. Rose miała ochotę płakać, krzyczeć i oskarżać wszystkich jednocześnie. Musiała ochłonąć, musiała znaleźć jakieś miejsce, w którym będzie mogła na spokojnie usiąść i przemyśleć swoje położenie i nieszczęśliwe zadurzenie.
- Muszę już iść - powiedziała, jednocześnie podnosząc się z krzesła. Charles spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Tak szybko? -zapytał zdziwiony. Rose szybko zarzuciła na siebie płaszcz i opatuliła się szalikiem, nie chcąc dawać mu szansy na zatrzymanie jej w pubie.
- Mam jeszcze parę spraw do załatwienia w Hogsmeade i może mi to zająć, a chcę wrócić do zamku odpowiednio wcześnie przed kolacją - powiedziała szybko. Gdy zakładała rękawiczki, jej wzrok padł na chwilę na jej pełny piwa kufel. W duchu uśmiechnęła się złośliwie - chociaż tyle mogła zrobić, żeby dać sobie choćby małą satysfakcję z sama nie wiedziała nawet czego.
- Dzięki za piwo - rzuciła i nałożyła swój ulubiony, czarny beret. Charles spojrzał na Rose zaskoczony.
- Ale będziesz mnie miała w pamięci? - zapytał. Rose miała ochotę odpowiedzieć mu "nie", ale jedynie kiwnęła potakująco głową i odeszła w stronę wyjścia. Stolika Albusa nawet nie zaszczyciła spojrzeniem, ale starała się wyglądać na zadowoloną, gdyż wiedziała, że Albus na pewno zda szczegółową relację z jej spotkania z Charlesem Scorpiusowi, a nie chciałaby, żeby spekulowali na temat jej niepowodzenia.
Wbrew temu, co powiedziała Charlesowi, Rose nie poszła buszować po sklepach w Hogsmeade, za to udała się prosto do zamku, żeby w zaciszu swojego dormitorium móc ukoić myśli i zranione serce. Gdy tylko przekroczyła próg Hogwartu, puściła się biegiem w stronę wieży Gryfonów, nie zwracając uwagi na pałętających się pod jej nogami pierwszo- i drugoklasistów oraz winowajców ukaranych zakazem odwiedzania wioski. Bliska płaczu, Rose wpadła do dormitorium i nie zdejmując płaszcza, opadła na łóżko. "Co on sobie myślał? Zaprasza mnie do Hogsmeade, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że na randkę, a tak naprawdę chciał się na mnie odbić, żeby poderwać Greenie!", pomyślała z goryczą i po prostu się rozpłakała.
…
Rose obudziły jakieś dziwne wstrząsy, jakby leciała na miotle potraktowanej zaklęciem narowistości. Gdy otworzyła oczy, leżała ubrana od stóp do głów, nie zdjąwszy nawet rękawiczek i beretu, a nad nią pochylała się Greenie z bardzo zmartwioną miną.
- Rose, wreszcie! - powiedziała Greenie i usiadła na łóżku.
- Która godzina? - zapytała Rose.
- Kobieto, nie było cię na obiedzie, kolacja jest już w połowie, co się stało? Jest za dziesięć szósta.
Rose wybałuszyła oczy. Zrzuciła z siebie prędko beret, rękawiczki i resztę wierzchnich ubrań. Greenie przyglądała się jej z niepokojem.
- Jak się udała randka? - zapytała niepewnie, jakby był to niesamowicie drażliwy temat – i był. Rose rzuciła jej wściekłe spojrzenie.
- Gdyby się udała, to chyba nie zasnęłabym ubrana od stóp do głów na kilka godzin w ciągu dnia - syknęła. Greenie westchnęła i spojrzała na Rose z niepokojem.
- Wiem, że nie do końca była udana, bo gdy cię szukałam po całym Hogwarcie, natknęłam się na Albusa i powiedział mi, że widział, jak wychodziłaś bardzo szybko z Trzech Mioteł z, jak sam powiedział, niespecjalną miną. Pytam, bo chciałam usłyszeć od ciebie jak było - powiedziała cierpliwie Greenie. Rose usiadła na podłodze i wybuchła płaczem. Greenie nie odzywała się i nie pobiegła jej przytulać, a Rose była jej za to wdzięczna. Na początku była trochę (raczej bardzo) zła na Greenie za to, że spodobała się Charlesowi, ale przecież to nie była jej wina. Najprawdopodobniej Greenie w ogóle o tym nawet nie wiedziała. Rose przełknęła łzy i wzięła się w garść. Nie może przecież tak ryczeć z powodu gościa, który nie miał na tyle odwagi cywilnej, by powiedzieć wprost Greenie, że mu się podoba, tylko wysłużył się Rose.
- Miło ze strony Albusa, że jest dupkiem, chociaż jest moim kuzynem. A co do randki, to nie udała się. To nawet nie była randka - powiedziała Rose jadowitym tonem, przenosząc złosć z Greenie na Albusa. "Wprost cudownie! Albus wie, to wie i Malfoy."
- Jak to? - zapytała Greenie.
- Charles zaprosił mnie, bo chce, żebym mu pomogła zbliżyć się do ciebie. To ty mu się podobasz, chce cię poderwać, a widzi, że się kumplujemy, to stwierdził, że to świetny pomysł zaangażować mnie w biuro matrymonialne - wypaliła Rose na jednym wydechu. Greenie rozszerzyła oczy ze zdumienia.
- Serio? Ja podobam się Foxowi?
- Szczęściara z ciebie...
- Rosie, daj spokój, znasz mnie od pięciu lat. Nie to, że z Charlesem jest coś nie tak. To jest miły chłopak, jest bardzo przystojny i gdybym go bardziej nie znała, to pewnie bym się za niego zabrała, ale i tak nie wiem, czy by cokolwiek z tego wyszło - powiedziała Greenie niespodziewanie luzackim tonem. Rose spojrzała na nią ostrożnie, jakby bała się jakiejś zasadzki.
- W sensie?
- W sensie, że wiesz dobrze, że kręcą mnie raczej faceci w typie starszego Pottera - powiedziała Greenie i mrugnęła do Rose porozumiewawczo. Oczy Rose niemal wyszły z orbit.
- Co, wujka?! - zapytała zdziwiona. Greenie wybuchła śmiechem i pacnęła się otwartą dłonią w czoła.
- Nie, głupia. Jamesa! Wiesz, tacy trochę buntownicy, diablątka o anielskich twarzach... A Charles jest nieśmiały, poukładany, grzeczny milusi, trochę za spokojny - powiedziała Greenie. Rose faktycznie znała Greenie od pięciu lat, ale nie była w stanie przypomnieć sobie w tym momencie, że Greenie podobają się buntownicy.
- Charles ani trochę nie jest buntownikiem - powiedziała po namyśle Rose.
- No właśnie. Poza tym, nie mogłabym umówić się z gościem, który w ten sposób się stara, a właściwie nie stara. Co innego by było, gdyby ci się zwierzył i to była twoja decyzja, żeby mu dopomóc, a on po prostu poprosił cię, żebyś go ze mną zeswatała. Wstawaj, idziemy na kolację, może jeszcze zdążymy coś zjeść. I nie przejmuj się Albusem, Rosie, wyglądał raczej na zmartwionego, niż ucieszonego - powiedziała Greenie i gestem zaprosiła Rose do wyjścia. Rose przez chwilę zaświecił przed oczami obraz Scorpiusa Malfoya, nie wiadomo z jakiego powodu, ale wyjątkowo nie była zła na to, że pojawił się w jej głowie i ten jedyny raz pozwoliła mu tam zostać, dopóki sam jej głowy nie opuści.
