– Czyli nie wolno polować na centaury? – Rozwalony na krześle naprzeciwko Severusa Carrow sprawiał przez moment wrażenie, jakby miał ochotę zarzucić stopy na biurko, ale błyskawicznie się rozmyślił pod wpływem lodowatego spojrzenia.
– Tego nie powiedziałem. Zauważyłem jedynie, że wszystko, co znajduje się w Zakazanym Lesie, zaatakowane może oddać – wyjaśnił cierpliwie dyrektor. – Nikt do końca nie poznał jego tajemnic.
– To będziemy mieć kupę roboty, co? – zarechotał Amycus.
Severus skrzywił się paskudnie.
– Moja przyjacielska rada brzmi: nie wchodzić dalej, niż wymusza to pole antyaportacyjne wokół zamku. Ale oczywiście zrobisz, jak zechcesz.
– Nie wystraszy mnie byle co!
– Tym lepiej dla ciebie.
Posiedzenie przerwało im pukanie do drzwi.
– Proszę wejść – odezwał się Snape.
McGonagall wsunęła się do gabinetu z kamienną twarzą. Wysoki kok na głowie ścisnęła jeszcze bardziej niż zazwyczaj, jakby liczyła, że w razie ewentualnego załamania nerwowego utrzyma ją w pionie.
– Przyniosłam plany zajęć do zatwierdzenia, dyrektorze.
Carrow rzucił jej złe spojrzenie, po czym wstał i przeciągnął się bezceremonialnie. Dobrze, że nie ziewnął.
– Do zobaczenia, dyrektorze – rzucił. – Wpadnij wieczorem, zagramy w kanastę czy coś.
Wymawiany na wszelkie złośliwe sposoby tytuł dyrektora wyrastał powoli na najbardziej znienawidzone słowo w prywatnym słowniku Severusa. Na sam jego dźwięk dostawał wysypki, jednak mógł tylko pokiwać głową i skinąć Amycusowi ręką. On i McGonagall wyminęli się z wzajemną odrazą przy jego biurku. Wicedyrektorka nieco zbyt gwałtownym ruchem umieściła przed samym nosem Snape'a przygotowane dokumenty. Udał, że jest nimi wielce zainteresowany, więc niezwłocznie zawróciła do wyjścia.
– Profesor McGonagall – zatrzymał ją.
Zerknęła na niego przez ramię. Siedział wyprostowany jak struna w wysokim fotelu Dumbledore'a, jakby świetnie czuł się w miejscu, na które tak ciężko zapracował.
– Dlaczego nic mi nie wiadomo o nowej bibliotekarce? – zapytał jedwabistym głosem.
Bez wysiłku wytrzymała jego spojrzenie.
– Nie uznałam tego za ważne.
– Czy nie powinienem znać swoich pracowników?
Brzydko wygięła wąskie usta. Potrafiła znakomicie ukrywać swoje uczucia, jednak zwyczajnie jej na tym nie zależało.
– To zaledwie praktykantka, nie jest pewne, czy utrzyma się w szkole na stałe. Wszystko zależy od oceny pani Pince, z nią proszę porozmawiać.
– Niezwłocznie to uczynię, dziękuję za radę.
Minerwie nie spodobał się ten rozwój wypadków. Mógł się założyć, że opuszczając gabinet, już się zastanawiała, na ile wkopała starszą czarownicę zarządzającą biblioteką. Snape powoli wyrabiał sobie pogląd, jak od tego momentu będą się toczyć sprawy w Hogwarcie. McGonagall postanowiła samowolnie w miarę możliwości trzymać go w gabinecie i w błogosławionej niewiedzy, ograniczając do minimum kontakty z pozostałymi pracownikami i – najwyraźniej – chronić cały świat szkolny przed jego bezecnym wpływem.
Cudownie.
Rzeczywiście miała prawo przypuszczać, że Snape zbyt szybko nie trafi do biblioteki. Dysponował przecież własnym specjalistycznym księgozbiorem o szerokim zakresie tematycznym, więc rzadko korzystał z zamkowych zbiorów, które od dawna nie zaspokajały jego potrzeb. A jeśli jeszcze dodatkowo zasypała Bellę Brae ostrzeżeniami dotyczącymi dyrektora-potwora i na przykład zapomniała poinformować o wspólnych posiłkach w Wielkiej Sali… Tak, miał duże szanse nigdy jej nie spotkać.
Tylko dlaczego to było takie ważne?
Severus już wcześniej wydobył z archiwum dokumenty panny Buchanan, czekał tylko, aż zostanie w gabinecie sam. Otworzył teczkę i przejrzał papiery. Spędził w tej szkole większość życia. Uczył się lub nauczał innych, wykładając przedmiot obligatoryjny przez pierwsze pięć lat nauki. Nie pamiętał jednak nazwiska, a był pewien, że bez problemu zapamiętałby podobną artystkę. Wyglądała na taką, która myśląc o niebieskich migdałach, spaliła niejeden kociołek…
O ile w ogóle była czarownicą.
Iseabail Brae Buchanan, przeczytał, unosząc brwi. Rodowita Szkotka, niech się zmiłują dobrzy bogowie! Urodzona 5 kwietnia 1962 roku, czyli zaledwie dwa lata po nim. Wyglądała zatem na młodszą, niż była, nie wspominając o tym, jak się zachowywała. Z kolei to oznaczało, że powinni studiować razem w Hogwarcie, a coś takiego nie miało miejsca.
Przerzucił szybko kilka stron.
Coraz lepiej, panna Buchanan jakimś tajemniczym zrządzeniem losu spędziła w Hogwarcie tylko dwa ostatnie lata, kiedy jego akurat nie było w pobliżu. Należała do Domu Helgi Hufflepuff, osiągnęła przyzwoite wyniki na owutemach. Danych o wcześniejszej edukacji magicznej – brak. Wśród papierzysk znalazło się za to kilka zaświadczeń, wypisów i świadectw, które na odległość zalatywały mugolami. Ukoronowaniem tego wszystkiego okazał się dyplom stwierdzający, że panna Buchanan ukończył z wynikiem bardzo dobrym… Uniwersytet! Ostatni dorzucony dokument potwierdzał status krwi: czystokrwista.
Myślał, że śpiewająca wiedźma jest tylko niezbyt mądra, ale ewidentnie kryło się za tym coś więcej. Postanowił uważnie przyjrzeć się „nieważnej" praktykantce.
Severus zrobił dokładnie tak, jak postanowił. Opuścił gabinet i po krótkim kontrolnym spacerze korytarzami zamku zanurzył się w kojącej ciszy biblioteki. Sam się zdziwił, dlaczego nie zagląda tam częściej. Zapach starych książek i kurzu – jak niewiele innych w jego życiu – budził wyłącznie pozytywne skojarzenia.
Od razu ją zauważył. Nowa bibliotekarka uwijała się za długą ladą, porządkując katalog podręczny w zastępstwie pani Pince, której nie było nigdzie widać. W świetle dnia niewiele się zmieniła, nadal najbardziej rzucały się w oczy rude włosy, obecnie dodatkowo podkreślone ukośnymi promieniami słońca. Miała na sobie grzeczną tweedową marynarkę w kratę – nic dziwnego, że tak szybko znalazła nić porozumienia z Minerwą, łączyło je wyczucie stylu. Jeżeli dobrze słyszał, zanuciła pod nosem coś o rabarbarze, a potem odruchowo poprawiła stojący na kontuarze wazonik z drobnymi, błękitnymi kwiatkami. Severus bezbłędnie rozpoznał szkockie dzwoneczki. Panna Buchanan była patriotką.
Odchrząknął. Odwróciła się zaintrygowana.
– Dzień dobry, panie dyrektorze.
Jako jedyna w zamku wymawiała jego tytuł bez podtekstów, więc zasłużyła na łaskawe skinienie głową.
– Ma pani ciekawy akcent, panno Buchanan – rozpoczął dochodzenie neutralnie, zadając jej niewinne pytanie. – Już wczoraj zwróciłem na to uwagę.
– Urodziłam się w górach – wyjaśniła ochoczo, podchodząc bliżej. – Co zabawne, nie tak daleko stąd.
„Góralka", myślał gorączkowo Severus. „I co jeszcze?".
Wyminęła ladę i znalazła się blisko niego. Za blisko. Z tej odległości mógł policzyć wszystkie piegi na jej nosie. Nie była od niego wiele niższa, ale drobnej budowy. Cofnął się instynktownie.
– Jednak jeśli akcent stanowi problem, mogę go w każdej chwili zgubić – dodała pokojowo. – Większość życia spędziłam w Londynie, gdzie kolejne nauczycielki próbowały go wybić ze mnie kijami. Potrafię się posługiwać cywilizowaną mową.
– Akurat tym proszę cię nie przejmować, akcent nie ma wielkiego znaczenia.
– Dzięki niech będą wielkiej Cailleach! – zawołała ze śmiechem. – Nie lubię udawać.
Ten moment wybrała sobie Irma Pince, aby wyjść ze składziku z naręczem wiekowych książek, które w końcu doczekały się nowej oprawy. Na widok Snape'a konwersującego sobie w najlepsze z praktykantką zamarła na progu jak spetryfikowana. W taki dzień prędzej spodziewałaby się własnej śmierci niż wizyty miłościwie panującego szefa.
– Czym możemy panu służyć, prof… dyrektorze.
Rzucił jej spojrzenie szybkie jak trzask bicza. Przejęzyczenie zdecydowanie go uraziło.
– Szukam „Eliksirów dla zaawansowanych" – oświadczył zimno.
– Nie sądziłam, że planuje pan w tym roku prowadzić zajęcia.
– Nie mam takiego zamiaru, muszę jedynie coś sprawdzić, a mój prywatny podręcznik nieszczęśliwie zaginął. Czy mógłbym prosić o wolny egzemplarz?
– Oczywiście, zaraz panu przyniosę – zaoferowała pani Pince.
– Nie – powstrzymał ją natychmiast Severus. – Nie chciałbym pani fatygować, biorąc pod uwagę niepokojące wieści o pani stanie zdrowia. Panna Buchanan może mnie obsłużyć. Jak rozumiem, jest dostatecznie wykwalifikowana?
Dostrzegł popłoch na twarzy starszej bibliotekarki. Aha, trafił w punkt – coś tu zdecydowanie było na rzeczy. Coś, czego jeszcze nie rozumiał, ale nie straconego. Zamierzał szybko nadrobić braki.
Tym bardziej że Bella Brae wydawała się wniebowzięta z powodu okazji do spełnienia dobrego uczynku, nie potrzebowała dodatkowej zachęty.
– Ależ naturalnie, dyrektorze. Obroniłam tytuł magistra na uniwersytecie w Glasgow, moją specjalnością były studia nad kulturą celtycką, ale zaliczyłam też przyspieszony kurs bibliotekoznawstwa. Czy chce pan posłuchać o mojej edukacji? – rozgadała się, dochodząc do wniosku, że przełożony postanowił ją sprawdzić.
Pani Pince zbladła.
– Bardzo chętnie – odpowiedział Snape tonem niemal sympatycznym. – Zauważam dość szerokie zainteresowania, panno Buchanan. Niestety, jak mi się wydaje, sam nie miałem przyjemności pani uczyć?
– Rzeczywiście nie – zastanowiła się nad tym przez chwilę. – Musieliśmy się minąć. Moja sytuacja była dość skomplikowana...
– Ach tak? Zamieniam się w słuch.
Nie musiał się nawet starać ani wymyślać szczwanych podchodów. Bella Brae okazała się gadatliwa i sama z radością udzielała mu wszelkich informacji. Nie zapominała przy tym o wyznaczonym zadaniu. Bezzwłocznie ruszyła w stronę regału, o którym Snape wiedział, że znajdują się tam zapasowe szkolne podręczniki przeznaczone do użytku zapominalskich lub zbyt ubogich uczniów. Wykonała w jego stronę nieśmiały gest, jakby chciała, żeby podążył za nią. Nie musiała prosić dwa razy. Tak właśnie zrobił i po chwili znaleźli się w ciasnym przejściu między regałami, daleko od ciekawskich oczu pani Pince.
– Moi rodzice byli naukowcami – opowiadała Bella Brae, zadzierając głowę i rozglądając się za książką do eliksirów, która znajdowała się tuż przed jej nosem. – Prowadzili szeroko zakrojone badania nad zwyczajami mugoli na zlecenie Ministerstwa Magii. Mieszkaliśmy wśród nich incognito, a ja uczęszczałam w ciągu dnia do zwyczajnej brytyjskiej szkoły. To było niezwykłe doświadczenie.
– Domyślam się.
– Dawało rodzicom możliwość wglądu w mugolski system oświaty, ale wiązało się też z dodatkowymi problemami. Każdego wieczoru musiałam samodzielnie nadrabiać materiał z zakresu czarodziejskiej edukacji. Można zatem powiedzieć, że byłam szkolona w domu. Niestety, gdy sytuacja polityczna stała się niepewna, badania przerwano, a rodziców odwołano z placówki ze względów bezpieczeństwa. Dopiero wtedy, z początkiem szóstej klasy, mogłam dołączyć do klasy w Hogwarcie.
Severus słuchał jej uważnie, z coraz większym trudem panując nad twarzą. Mugole, tajny projekt rządowy, wychowanie w niemagicznym świecie! W samym środku tego cholernego chaosu, podczas dziejowej rewolucji i wobec komisji sprawdzającej prawomyślne pochodzenie, on trzymał w swojej własnej szkole prawdziwą bombę. Dumbledore umieścił ją tuż pod jego nosem. Jak? Po co? Dlaczego? Tego nie mógł mu już wyjaśnić. Nic dziwnego, że inne nauczycielki tak wokół niej skakały, rozpaczliwie próbując ją ukryć. Snape przecież dobrze wiedział, co za drobne polityczne tarapaty wiele lat temu sprowadziły rodzinę panny Buchanan z powrotem do macierzy. Akurat wtedy wybuchła Pierwsza Wojna i zwolennicy Czarnego Pana wycinali w pień wszystkich zdrajców krwi, wielbicieli mugoli i inne podejrzane jednostki. A teraz historia właśnie zatoczyła koło.
Tymczasem beztroska Bella Brae – wykazująca nikłą wiedzę o świecie i zerową świadomość co do tego, KIM on właściwie jest – radośnie wypaplała mu wszystko przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Kretynka! Przeklęta szkocka owca!
Co niby miał z nią zrobić?
– Czy o ten podręcznik chodziło? – W końcu odnalazła „Eliksiry dla zaawansowanych", zdjęła je z półki i podała mu z uśmiechem.
Severus uświadomił sobie boleśnie, że w całym wielkim zamku jest jedyną osobą, która uśmiecha się do niego swobodnie, szczerze, a wręcz przyjaźnie i zwraca do niego z szacunkiem.
Diabli nadali!
– Dziękuję, panno Buchanan.
– Żaden problem. Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze, dyrektorze?
„Żebyś stąd zniknęła, przeklęta kobieto, i nie oglądała się wstecz", odpowiedział w myślach, ale na głos rzucił tylko na odczepnego:
– Obowiązki wzywają.
Aż do samych drzwi biblioteki odprowadzał go niechętny wzrok madame Pince, która tylko udawała, że spokojnie uzupełnia katalogi. Z kolei niczego nieświadoma praktykantka powróciła do nucenia i układania książek.
– Bella Brae? – powtórzył sennie wybudzony z drzemki portret Albusa Dumbledore'a. – Przykro mi, mój drogi, nie wiem, o kim mowa.
– Iseabail Buchanan? – Severus wypróbował prawidłowy zestaw danych.
– Niestety.
– Niech to szlag!
– Znam Bellę Black – przypomniał sobie namalowany czarodziej, który bardzo chciał być pomocny.
– Ja też – mruknął Severus. – Oby nigdy się nie spotkały.
Wpatrywał się w swojego poprzednika spod nieprzychylnie zmarszczonych brwi. Malowanie wspomnień było bardziej sentymentalną sztuczką na użytek żyjących niż prawdziwym utrwaleniem zmarłego czarodzieja na płótnie. Istniały nieprzekraczalne granice… Albus i tak pchnął to zaklęcie niemal na granicę absurdu, próbując zakodować w swoim portrecie jak najwięcej szczegółów dotyczących Planu. Zazwyczaj obrazy zachowywały zaledwie kilka charakterystycznych cech, min, gestów i zabawnych powiedzonek. Głupio byłoby myśleć, że znajdujący się na ścianie portret Dumbledore'a okaże się pod tym względem wyjątkowy. Jeśli panna Buchanan była zaledwie jednym z mniej ważnych sekretów, do tego w żaden sposób niezwiązanym z Potterem, nie miała szans zachować się w jego malowanej pamięci. Severus nie znalazł prostych odpowiedzi. Jeżeli chciał wiedzieć więcej, musiał kombinować na własną rękę. Na szczęście obiekt do tej pory współpracował wzorowo.
Odwrócił się od portretu i zajął miejsce przy biurku. Dokumenty bibliotekarki nadal leżały przed nim wśród wielu innych papierów. Przejrzał je już kilka razy, ale nie znalazł dodatkowych wskazówek. Nie wiedział, na ile może sobie pozwolić na pytania – i czy ktoś mu odpowie. Nie chciał zwracać na tę owcę uwagi Carrowów. Szanse, że pod wpływem chwilowego zaćmienia udadzą się do biblioteki i na nią natrafią, były szczęśliwie znikome, ale co dalej? Czy powinien podrażnić McGonagall na tyle, żeby zamknęła swoją protegowaną na wieczność w otoczeniu starych ksiąg? Czy to coś da?
Co prawda, mógł też ją po prostu zwolnić.
I z taką historią wrzucić w sam środek wojny...
Cholera!
Sprawa szkockiej bibliotekarki miała przynajmniej ten pozytywny skutek, że znakomicie odwróciła jego uwagę. Nie musiał nieustannie myśleć o tym, że spędza kolejny rok w Hogwarcie, w dodatku jako najbardziej znienawidzony dyrektor w dziejach, a na horyzoncie coraz wyraźniej majaczy potencjalny kryzys potteryczny – mógł wybuchnąć w każdym momencie, a Severus musiał być na miejscu, żeby gasić pożary i zapobiegać katastrofom. Pośród tego wszystkiego Bella Brae wydawała się niemal powiewem świeżego, wiosennego powietrza.
Nagle kominek w dyrektorskim gabinecie rozjarzył się zielonymi płomieniami, po czym zawirowała w nim głowa Carrowa. Severus wychylił się zza biurka i papierów, tłumiąc znudzone westchnienie.
– Nadal tutaj, Snape? – zdziwił się Amycus.
– Jak widać – warknął. – Mam mnóstwo roboty.
– Jednak kiepska ta fucha, co? – zarechotał. – Trzeba było poprosić Czarnego Pana o jakąś lepszą nagrodę.
W tym momencie Severus myślał jedynie o miłosiernej śmierci, o czym nie mógłby powiedzieć na głos. Dlatego uśmiechnął się z wyższością.
– Nie zrozumiałbyś tego.
– Pewnie nie. Ja mam gdzieś tę szkołę, ale rozkaz to rozkaz. Powyrywamy chwasty, zaprowadzimy porządek… Wszystko zgodnie z wolą Czarnego Pana.
Snape tylko kiwnął głową, roztaczając wokół siebie atmosferę wielkiego zapracowania. Co miał na to odpowiedzieć? Powoli zaczynał żałować, że jednak nie wrócił do nauczania eliksirów. Miałby jeszcze więcej obowiązków i oko na wszystko… W tym głównie na Carrowów. Spodziewał się z ich strony mnóstwa kłopotów.
– Wpadniesz na drinka? – zaproponował Amycus, który zapewne zafiuukał właśnie w tym celu. – Alecto już tu jest.
O upiorny Salazarze, czy to miało go skusić?
– Może później – wykręcił się. – Muszę coś dokończyć. I nie przesadzajcie z piciem, bardzo was proszę. To jednak jest szkoła.
– Jasne, jasne – zbył go Śmierciożerca. – Na razie całkiem pusta. I nasza. Nie ma się czym przejmować.
Gdy to mówił, widocznie coś mu się przypomniało. Widmowa głowa z kominka uniosła się nieco wyżej, wpatrując w coś za plecami Severusa. Nie musiał się nawet zastanawiać, na co takiego.
– Po co ci ten bohomaz starego miłośnika szlam i wykolejeńców? – zagadnął złowróżbnym tonem. – Wyniesiemy go na błonia i urządzimy ognisko, co ty na to?
– Taka jest tradycja – wyjaśnił Severus bez cienia nadziei na to, że zostanie zrozumiany. – Portret poprzednika trafia na honorowe miejsce.
– I co z tego? Teraz obowiązują nowe zasady, nie musisz go tu trzymać, chyba że jako tarczę do rzutek.
„Dużo obowiązków", myślał spokojnie Snape. „Jak najwięcej i jak najdalej od Carrowów".
– Nic się nie zmienia – powiedział z naciskiem. – Nie pamiętasz? Wszystko jest w najlepszym porządku, sprawy toczą się gładko, a my sprawiamy idealne wrażenie.
Amycus ziewnął przeciągle. Nic a nic nie rozumiał i zapewne potwornie się nudził. W końcu kiwnął Snape'owi ręką i zniknął z kominka.
Severus tkwił na swoim wysokim krześle zmęczony i zły.
Późną nocą przebrana do snu Bella Brae Buchanan siedziała w sypialni przed lustrem i przy świecy. Oczekiwania fabularne dyktowały, że powinna w tym czasie szczotkować swoje długie, lśniące włosy… Jednak każda zdrowa na umyśle kobieta czy czarownica wie, że kręconych włosów się nie czesze – po takich torturach nie byłyby już kręcone. Odrzuciła do tyłu szczególnie irytujący kosmyk, który uparcie wpadał jej do oka, i ponownie pochyliła się nad książką.
W swojej komnacie boleśnie odczuwała brak biurka albo przynajmniej stoliczka do pisania, ale jeszcze nie była pewna, komu ma się na ten temat pożalić. Pani Pince, jej bezpośrednia szefowa, była surowa i nie sprawiała wrażenia osoby, którą interesowałyby takie drobiazgi, jak ekscentryczne życzenia podwładnych. Własny pokój, przyzwoita pensja i utrzymanie stanowiły już dostateczny bonus dla skromnej i długo pozbawionej zatrudnienia bibliotekarki. Profesor McGonagall wywarła na niej pozytywne wrażenie, jednak ostatnio wydawała się podenerwowana, więc Bella nie chciała zawracać jej głowy. Wcześniej była dla niej miła i cierpliwa, zmieniła się dopiero niedawno, dokładnie w momencie, gdy w zamku pojawił się on.
Dyrektor Severus Snape.
Czy to jemu powinna zgłosić swoje uwagi co do wyposażenia, które obejmowało absurdalnych rozmiarów toaletkę z gigantycznym lustrem, ale pomijało stolik do pisania, wygodne krzesło i przyzwoitą liczbę półek na książki? Nie znała go wprawdzie zbyt dobrze, ale coś jej podpowiadało, że nie uznałby tego za pożądany temat do konwersacji.
Bella Brae wróciła do swojej książki i czule pogładziła palcami grube strony z czerpanego papieru. Miała przed sobą wspaniałe wydanie zbioru najpiękniejszych ballad angielskich, irlandzkich, walijskich i szkockich. Ozdobne, wypełnione rycinami i dołączonymi zapisami nutowymi. Prawdziwy skarb, nic cenniejszego nie posiadała. Zaczerpnęła oddech i przeczytała na głos kilka wersów ze swoim naturalnym akcentem:
Twas in the merry month of May
When green buds all were swelling,
Sweet William on his death bed lay
For love of Barbara Allen.
He sent his servant to the town
To the place where she was dwelling,
Saying you must come, to my master dear
If your name be Barbara Allen.
So slowly, slowly she got up
And slowly she drew nigh him,
And the only words to him did say
Young man I think you're dying.
Zamknęła książkę, uśmiechnęła się do siebie i zdmuchnęła świecę.
Daleko od zamku krew już dawno przestała płynąć po podłodze skromnego mugolskiego mieszkania. Napotkała po drodze puszysty biały dywanik i teraz wsiąkała powoli w materiał, zasychając na brzegach. Przybyli na miejsce zdarzenia funkcjonariusze policji mieli poważny problem z doliczeniem się właściwej liczby ofiar. Trudno było na chłodno przeanalizować to, co zastali na miejscu, miało im się to śnić jeszcze przez wiele, wiele lat. Od razu zauważyli jednak rozsypane na podłodze i rozdeptane, drobne błękitne kwiatki. Dzwoneczki.
Zdrajcy krwi w całej Wielkiej Brytanii nie mogli dłużej spać spokojnie, odkąd do czynnej służby u Lorda Voldemorta powrócił ich najbardziej zajadły wróg.
