– Coś musimy postanowić – powiedział Filius Flitwick głosem drżącym z oburzenia. – Obrać jakiś wspólny front. Tego absolutnie nie wolno tak zostawić!

Nadszedł pierwszy września i wszyscy nauczyciele zgromadzili się na ostatniej naradzie przed przyjazdem uczniów. Zebrali się znacznie wcześniej, na długo przed ustaloną odgórnie godziną, żeby w spokoju wymienić myśli, zanim zjawi się dyrektor i jego świta. Nadal nie opracowali strategii działania, byli zwyczajnie zbyt oszołomieni rozwojem wypadków.

– Gdyby miał chociaż dość przyzwoitości, żeby się nie wtrącać, i dał nam pracować – podjęła poruszona do żywego Pomona Sprout. – Mógłby sobie siedzieć w tej wieży, dopóki by go szlag nie trafił!

– Przyzwoici ludzie nie mordują swoich szefów – rzuciła z cieniem humoru profesor Hooch. – Przynajmniej nie powszechnie.

– Zresztą dobrze wiemy, że tego nie zrobi – po raz pierwszy zabrała głos Minerwa McGonagall. – Severus Snape nie jest typem człowieka, który będzie trzymał się na uboczu, skoro właśnie otrzymał władzę. Przez lata nadużywał swojej pozycji jako opiekun Slytherinu. Faworyzował swoich uczniów, niesprawiedliwie traktując pozostałych. Teraz, jako pierwszy w historii dyrektor pochodzący z tego Domu, na pewno nie omieszka się zemścić za wszelkie wcześniejsze, domniemane uprzedzenia międzydomowe.

– Aż strach pomyśleć, co się będzie działo – zgodził się z nią Flitwick. – Do wszystkiego się wtrąca! Zażądał ode mnie scenariuszy lekcji z dokładnym wykazem nauczanych zaklęć, a następnie zaproponował rozszerzenia programowe, które pod względem etycznym są nie do przyjęcia! Nie zamierzam nawet używać podobnych zaklęć, nikt nie ma prawa mnie do tego zmuszać!

Profesor Slughorn milcząco zgodził się z malutkim, ale bardzo wojowniczym nauczycielem. On również otrzymał listę uprzejmych sugestii, z którymi jeszcze nie wiedział, co zrobi. Nie zamierzał jawnie występować przeciw dyrektorowi – zawsze to był swój. Wielki honor dla Domu Węża… No i jednocześnie smutna strata. To był taki zdolny, inteligentny chłopak, co też on z siebie zrobił?

Snape rozesłał wskazówki do profesorów wszystkich liczących się, poważnych przedmiotów. Spokojnie mogli spać nauczyciele, których dziedzinami gardził. Nie zawracał sobie głowy runami starożytnymi, numerologią ani astronomią. Los wróżbiarstwa pozostawał pod znakiem zapytania. Sybilla Trelawney z nerwów dygotała w kącie niepewna, czy chce zachować swoją posadę czy wręcz przeciwnie.

– Musimy pogodzić się z faktem, że Snape nie ustąpi ani nie będzie zainteresowany wypracowaniem sensownego kompromisu. Z całą pewnością nie zamierza także się przed nami chować – podsumowała wicedyrektorka, która jeszcze nie została odwołana, ale spodziewała się tego w każdej chwili. – Wczoraj wieczorem przypadkiem znalazłam na jego biurku notatki do przemowy inaugurującej nowy rok szkolny. Tak, zamierza ją wygłosić – zapewniła, gdy w pokoju nauczycielskim odezwały się poruszone głosy. Wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia na wspomnienie napuszonych wersów o dziejowej odpowiedzialności i potrzebie kontynuacji.

– Ten człowiek nie ma za grosz godności – oceniła profesor Sprout.

– Ani wstydu – dodał Flitwick. – Będzie przed nami tryumfował, będzie się obnosił z faktem, że został w ten sposób wyróżniony. Dobrze to wiemy!

– A te nowe nominacje? – westchnęła Minerwa. – Śmierciożercy przebrani za nauczycieli. To byłoby śmieszne, gdyby nie było tak oburzające.

– Więc co mamy robić? – zapytała pobladłymi ustami Aurora Sinistra, która miała już wątpliwą przyjemność spotkać Amycusa Carrowa w ciemnym korytarzu, gdy schodziła wieczorem z Wieży Astronomicznej.

– Przede wszystkim musimy chronić uczniów – stwierdziła z powagą McGonagall.

– Których w tym roku będzie dramatycznie mało – dodała nauczycielka zielarstwa.

Spodziewała się, że jej Dom – otwarty dla wszystkich młodych ludzi pragnących nauki, bez względu na pochodzenie i inne stereotypy – najboleśniej odczuje reformę edukacji.

– Dobro uczniów jest najważniejsze – podkreśliła wicedyrektorka. – My wiele jesteśmy w stanie znieść. Wiele złych rzeczy wydarzyło się w Hogwarcie w przeszłości, a jednak szkoła nadal stoi. Jestem przekonana, że te mury przetrzymają jeszcze jednego kiepskiego dyrektora.

– Z mojej strony nic im nie grozi, zapewniam.

Severus Snape swoim zwyczajem pojawił się w pokoju nauczycielskim bezszelestnie i w najmniej oczekiwanym momencie. Większość nauczycieli zdołała zachować kamienne twarze, tylko Trelawney sprawiała wrażenie, jakby miała lada moment zemdleć. Wszyscy zastanawiali się, od jak dawna dyrektor stał w otwartych drzwiach, ile zdążył podsłuchać i co zamierzał z tym zrobić. Snape wydawał się jednak absolutnie nieporuszony, tylko uśmiechał się kpiąco pod nosem, jakby czymś go rozbawili. Poczekał jeszcze przy wejściu na spóźniające się rodzeństwo Carrow, wpuścił ich do środka i w końcu zamknął drzwi.

– Drodzy państwo, dziękuję za tak liczną obecność – przywitał ich obojętnym głosem.

A potem szczegółowo wyjaśnił, jak od tego momentu będą się toczyć sprawy w jego szkole.


Ten dzień był koszmarny – od początku do końca i zgodnie z oczekiwaniami. Spokojna i całkowicie pusta szkoła stanowiła idealne miejsce do życia, ale gdy tylko zapełniła się uczniami… Koniec! Severus szybko miał wszystkiego dosyć. Przez cały dzień musiał stać sztywno wyprostowany i zadzierać głowę do sufitu, aż rozbolał go kark. Uczta powitalna była absolutnym, sztywnym i patetycznym horrorem, podczas którego tylko Ślizgoni dobrze się bawili. Stanowili zresztą najliczniejszą gromadę wobec mocno przetrzebionych pozostałych stołów.

Poza odgórnie skreślonymi z listy uczniów mugolakami, których korespondencyjnie poinformowano, że nie muszą w tym roku kupować świeżego kompletu podręczników, skoro nie mają już czego szukać w szkole magii i czarodziejstw, dobrowolnie zrezygnowała również część młodzieży z dobrych rodzin. Jednak oczywiście nie tyle, aby stanowiło to poważny problem. Edukacja jest ważna, dlatego rodzice nie zamierzali ryzykować świetlanej przyszłości swoich pociech z powodu takiego drobiazgu jak dziejowa rewolucja. Tyrani przychodzą i odchodzą, a dyplom zostanie na wieczność. Kto wie, może nawet spodziewali się, że w całym tym chaosie będzie go nieco łatwiej uzyskać, jeśli posiada się odpowiednie nazwisko, status lub znajomości. Większa część społeczności (każdej społeczności) ma jednak tę niezwykle pożądaną łatwość podporządkowywania się temu, kto aktualnie znajduje się u władzy. Tak nauczała cała historia świata, nie tylko magicznego. I bardzo dobrze.

W Hogwarcie nie pojawiła się również Złota Trójca – całe szczęście! Severus do samego końca nie wiedział, czego się spodziewać. Potter, tytan intelektu, był jednostką pozbawioną elementrango instynktu przetrwania, a to czyniło go nieprzewidywalnym. Równie dobrze mógł beztrosko, jak co roku, wsiąść do pociągu, licząc, że sprawy same jakoś się ułożą. A wtedy Severus miałby prawdziwy problem. Musiałby go chyba zniewolić, uwięzić w lochach i trzymać tam do momentu, gdy będzie potrzebny (z dala od niebezpiecznych przedmiotów i ostrych kątów, żeby się przypadkiem nie uszkodził). Wprawdzie potrzebował go wkrótce wypożyczyć na słówko, ale to mogło poczekać. Na razie nie miał jeszcze ochoty go oglądać.

Gdy ten nieprawdopodobnie długi dzień wreszcie dobiegł końca, Snape mógł poluzować za ciasny kołnierzyk nowej szaty i paść na łóżko niemal bez sił. Bolało go wszystko: głowa ciężka od obowiązków, twarz sztywna od wystudiowanych min i zmaltretowany żołądek. W ciągu dnia w zasadzie nic nie jadł, a podczas uczty już całkiem stracił apetyt. Ewaneskował zawartość talerzy, żeby Alecto i Amycus się nie zorientowali. Oni sami napychali się radośnie i bez skrępowania, nie mieli żadnych zmartwień. Carrowów zaiste czekał wspaniały, rozrywkowy rok wypełniony sadystycznym znęcaniem się nad dziećmi – żyć, nie umierać!

Severus leżał na łóżku w ubraniu i martwym wzrokiem wpatrywał się w sufit. W międzyczasie zrobiło się późno, ale i tak wiedział, że za żadne skarby świata dzisiaj nie zaśnie. Znowu.

Coś nie dawało mu spokoju. Coś wisiało w powietrzu.

To była pierwsza noc nowego semestru. Nie mogła minąć tak zwyczajnie, coś musiało się wydarzyć. Czuł to w profesorskich kościach. Wysłał wprawdzie na patrol Carrowów, jednak zakładał, że po tak obfitym posiłku nie będą mieli ochoty szorować w tę i nazad po korytarzach. Szybko się znudzą i pójdą spać… I oby do osobnych kwater, bo czasami zaczynał w to wątpić. W każdym razie Alecto i Amycus jeszcze nie wiedzieli, jak to wszystko działa, skutkiem czego nie mieli wyczucia. Choć w przyszłości wyłapywanie uczniów na pewno im się spodoba...

Ostatecznie, gdy wybiła północ, a wokół nadal było niepokojąco cicho, Severus po raz kolejny pozbierał się do pionu i ruszył na nocny spacer.


Zachował swoje dawne pokoje, bo tak mu było wygodnie. Nie wyobrażał sobie, że miałby układać głowę tam, gdzie kiedyś Dumbledore – to było zwyczajnie zbyt perwersyjne. Prywatne pokoje zmarłego dyrektora zostały szczelnie zamknięte pod jakimś bardzo rozsądnym pretekstem i nikt nie miał prawa tam wchodzić. Severus zadbał o to osobiście. Poza tym dobrze czuł się w lochach, skąd miał blisko do swojego dawnego magazynku i pracowni. Teoretycznie dzielił ją obecnie z profesorem Slughornem, oficjalnym mistrzem eliksirów, jednak nie spodziewał się częstego towarzystwa nad kociołkiem. Horacy był czarodziejem dobrze poinformowanym, który widział, z której strony wieje wiatr. Domyślał się, co Snape warzy i dla kogo, i w związku z powyższym podjął rozsądną decyzję, żeby schodzić mu z drogi. Zresztą, profesor Slughorn był już stary, czyli niezbyt zainteresowany nowymi, porywającymi projektami. Całkowicie satysfakcjonowała go sama klasa eliksirów, nie potrzebował osobnego laboratorium.

W dormitorium Slytherinu trwała jakaś impreza, ale nic ponad normę. Severus postanowił nie interweniować. Ślizgoni byli teraz królami życia, nikt nie mógł im zaszkodzić. Wspiął się po schodach do sali wejściowej. Tam również panowała martwa cisza. Skrzaty dawno posprzątały po inauguracyjnej uczcie i drzwi Wielkiej Sali zostały zamknięte na głucho, jak i wejściowe wrota. Snape wyciągnął różdżkę i z przyzwyczajenia jeszcze raz je sprawdził. Stary, paranoiczny odruch. Do piwnic Hufflepuffu nie chciało mu się schodzić – nie spodziewał się tam niczego ciekawego, a jego obecność mogłaby wywołać panikę wśród borsuniątek Helgi. Zadowolił się oglądem parteru i pierwszego piętra – wszędzie spokój – po czym ruszył wyżej.

Na drugim piętrze w końcu na coś trafił. Wyczuł to od razu. Usłyszał kroki, a potem… szkocki świergot. Oczywiście.

– Tak… Ja… Sama nie wiem. – Słowa docierały do niego niewyraźnie i z dużej odległości, dopiero z czasem zaczęły się zbliżać. – Po prostu pójdę po kogoś, dobrze? Niech pan tu poczeka.

Severus wspiął się po schodach na odpowiednią wysokość i pierwszym, co zobaczył, była wzburzona czupryna ogniście rudych włosów. Bella Brae z pewnością jeszcze go nie dostrzegła. Stała odwrócona tyłem, ale z ręką już na poręczy, i pilnie się w coś wpatrywała.

– Panno Buchanan, jak to się dzieje, że spotykam panią wszędzie, tylko nie w pani pokoju? – odezwał się swoim idealnie wymodulowanym głosem.

– Och! – Odwróciła się zaskoczona i tym razem jakby przestraszona. – A szukał mnie pan w kwaterze, panie dyrektorze?

Dopiero w tym momencie uświadomił sobie, jak niestosownie to zabrzmiało, biorąc pod uwagę późną godzinę. Jednak nawet najbardziej słaby tekst nie usprawiedliwiał jej stanu. Bardzo blada panna Buchanan, na której twarzy wyraźnie odcinały się piegi i zbyt ciemna szminka, patrzyła na niego spłoszonymi, zatroskanymi oczami.

– Czy coś się stało? – zapytał czujnie.

– Tak mi przykro, dyrektorze. – Ręce lekko jej drżały, gdy odrzucała do tyłu nieposłuszny lok. Zauważył, że w nerwach jej akcent staje się cięższy. – Razem z panem Filchem właśnie próbujemy to usunąć. Nie znamy sprawcy.

– To? – wychwycił najważniejszą informację. – Czym jest to?

Panna Buchanan impulsywnie chwyciła go pod ramię i bezceremonialnie pociągnęła za sobą. Naprawdę nie rozumiała idei przestrzeni osobistej.

– Niech pan sam zobaczy, dyrektorze. Dobrze, że na to natrafiliśmy i że nie ma więcej świadków. Gdyby dotrwało tutaj do rana… To okropne!

Zaprowadziła go pod jego własny gabinet. Naprzeciwko wejścia mógł teraz podziwiać wielki, krwistoczerwony i ociekający napis „MORDERCA" ciągnący się na wysokość całej ściany. Woźny Filch stał przed tym obrazem nędzy i rozpaczy z wiadrem i niemądrą miną. Na widok Severusa natychmiast zbladł, omal nie upuszczając mydlin.

– P-panie dyrektorze!

Snape założył dłonie na plecy i przespacerował się wzdłuż chuligańskiego arcydzieła, po czym wrócił na środek i cofnął się o krok, podziwiając je z odpowiedniej odległości niczym profesjonalny krytyk. Pozostała para ani na moment nie zdejmowała z niego zaciekawionych spojrzeń. Czekali na reakcję.

– Przynajmniej oszczędzili obrazy – odezwał się w końcu, jakby to nie było nic takiego. – Oczyszczanie starych malowideł bywa pracochłonne.

Nie przejął się specjalnie. Przecież właśnie tego się spodziewał, gdy swoim zwyczajem wybierał się na patrol.

– Okropne, po prostu potworne – dramatyzowała Bella Brae. – Kto mógł zrobić coś takiego?

– Czy poradzi pan sobie sam, panie Filch? – Severus zwrócił się do woźnego. – Farba wygląda na zupełnie zwyczajną.

„Przynajmniej na razie", pomyślał. Cóż to musiała być za przewrotna rozkosz: obrazić go przy pomocy mugolskiej farby. Pewnie właśnie gratulowali sobie pomysłowości i sprytu.

– Napis ma stąd zniknąć do rana – polecił.

Uznał sprawę za załatwioną. Po raz ostatni obrzucił graffiti niezainteresowanym spojrzeniem, po czym podjął przerwany marsz. Gdyby palił, to byłby idealny moment na papierosa.

Zupełnie nieoczekiwanie Bella Brae ruszyła za nim. Być może uznała, że potrzebuje towarzystwa w tej trudnej chwili. Nadal wyglądała na bardzo przejętą nieprzyjemnym wydarzeniem.

– Tak, panno Buchanan?

– Na pewno dobrze się pan czuje, dyrektorze? – zagadnęła z autentyczną troską. – To nie było miłe doświadczenie. Gdy to zobaczyłam…

– Jesteśmy w szkole, panno Buchanan – przerwał jej ozięble. – Miejscu wypełnionym po brzegi nudzącą się młodzieżą. Takie rzeczy się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać nadal. Nawet o wiele gorsze niż jakieś bazgroły na ścianie. To głupi wiek.

– Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby nazywać pana w ten sposób – nie odpuszczała, ze znaną mu już, owczą przenikliwością próbując dotrzeć do sedna problemu. – Mordercą

Nadążała za nim, mimo że ciągle przyspieszał kroku. Nie spuszczała przy tym z niego osobliwego spojrzenia wilgotnych oczu.

I nagle to już było dla niego za dużo. W ostatnich dniach kiepsko spał, mało jadł i był zwyczajnie zmęczony. Dusił się w ciasnym gorsecie zimnego drania, który musiał nosić niemal non stop, bez odpoczynku. Ani na moment nie mógł zostać sam na sam ze swoimi myślami. Albo zadręczali go inni nauczyciele, patrzący na niego z pogardą, albo przygłupi Carrowowie, albo… ta ruda dziwaczka. Zawłaszczyła jego samotnicze noce, jedyną przestrzeń, gdzie zawsze cieszył się wolnością.

Zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na nią z góry.

– Kto wie, może nim jestem? – rzucił jadowicie. – Nie słyszała pani o tym, panno Buchanan? Spodziewam się, że do tej pory ktoś życzliwy zdążył panią uświadomić.

Zarumieniła się po same uszy.

– Nie wierzę w plotki! – oburzyła się podobną sugestią. – Wiem, jak potrafią obrzydzić życie.

– Czyżby? – prychnął.

„Idiotka! Owca! Niewinny płatek śniegu!", zwyzywał ją w ciszy własnego umysłu. Co ona mogła wiedzieć o czymkolwiek? Jakie życiowe problemy mogła mieć prosta bibliotekarka? Ładna, młoda dziewczyna?

Zatrzymał się na tej myśli i lekko zakłopotał.

Czy rzeczywiście była ładna? Skąd mu to w ogóle przyszło do głowy?

– Pojawiłam się w Hogwarcie w wieku szesnastu lat. Dołączyłam do zgranej grupy uczniów, którzy zdążyli się dobrze poznać przez minione pięć lat nauki. Musiałam się sporo nasłuchać – wytłumaczyła, po czym zaczęła szybko wyrzucać z siebie złośliwe komentarze, parodiując głosy z odległej przeszłości: – „Minęło pięć lat, zanim jakaś odważna sowa trafiła na to szkockie zadupie". „Tyle lat zajęło im odczytanie listu, przecież tam nikt nie mówi po angielsku. „Czekali, aż poziom nauczania spadnie do stopnia osiągalnego dla przeciętnego Szkota". A przecież my jesteśmy w Szkocji! – wybuchła rumiana ze złości Bella Brae. – Tylko skąd mogliby o tym wiedzieć, przecież w tej szkole nia naucza się geografii!

– Czy oczekuje pani, żebym coś na to poradził?!

– Cóż… mógłby pan!

Severus ze zdumieniem obserwował, jak bardzo zmieniła się zwykle rozmarzona twarz panny Buchanan. W najmniejszym stopniu nie umiała ukryć targających nią emocji: w jej oczach pojawił się ogień, dłonie zacisnęły się na kraciastej spódnicy. Popatrzył na nią i jeszcze bardziej się wściekł. On nie mógł pozwolić sobie na takie oczyszczające wybuchy.

– I wydaje się pani, że te dwie rzeczy można w jakikolwiek sposób porównać? Idiotyczne przytyki bandy dzieciaków z oskarżeniem o morderstwo?!

– Słowa ranią – oświadczyła z powagą. – Kłamstwa jeszcze bardziej.

– Nie zna mnie pani, panno Buchanan. Nic pani o mnie nie wie. Czy w tych okolicznościach naprawdę chce się pani bawić w adwokata diabła?

– A zatem zabiłeś go? – zapytała wprost, gubiąc gdzieś tytuły. – Czy jesteś odpowiedzialny za śmierć swojego poprzednika?

Severus już otwierał usta do odpowiedzi… I z przerażeniem stwierdził, że zatrzymał się na krok przed przepaścią. Niewiele brakowało, aby po horrendalnej ilości czasu zmarnowanego na krzewienie propagandy, mydlenie oczu i snucie sieci kłamstw tak po prostu i w jednej chwili wysypał się przed szkolną bibliotekarką.

Natychmiast się uspokoił, jednocześnie ciasno owijając się długą peleryną, bo przeniknął go zamkowy chłód.

– Nonsens – uciął dyskusję.

Pannie Buchanan wyraźnie ulżyło. Uśmiechnęła się do niego tak, że cały korytarz pojaśniał.

– Zauważyłam, że nie jest pan popularny – odezwała się łagodnie. – Tak się zdarza, gdy wśród współpracowników ktoś nagle otrzyma awans. Ludzie są zazdrośni.

„Wspaniała interpretacja, niemal podręcznikowa", uznał leniwie Snape, który wciąż był lekko wstrząśnięty swoim zachowaniem, więc nie zdobył się na głośny komentarz.

– Ale ja jestem nowa, nie mam uprzedzeń – kontynuowała Bella Brae. – Gdyby chciał pan kiedyś z kimś porozmawiać, dyrektorze, zawsze może pan przyjść do mnie.

– Nie mam zwyczaju odwiedzać pracownic w ich prywatnych kwaterach, panno Buchanan.

– Do biblioteki – sprecyzowała.

Niech to, dał się złapać. Gdy to sobie uświadomił, kąciki jego ust lekko się uniosły – wbrew woli.

– Proszę iść spać, panno Buchanan – polecił profesorskim tonem. – Jutro prawdopodobnie będzie pani zmuszona założyć karty biblioteczne dla całego pierwszego roku, a to wymaga energii. Nie musi pani prowadzić dla mnie terapii, to nie należy do pani obowiązków.

Wzruszyła obojętnie ramionami.

– I tak nie mogę spać.

– Proszę spróbować.

– To nic nie da – westchnęła, najwyraźniej podejmując w duchu ważną decyzję, zanim kontynuowała: – I tak pan się dowie prędzej czy później, więc równie dobrze sama mogę panu o tym powiedzieć. Cierpię na bezsenność, odkąd został zamordowany mój narzeczony. Minął już prawie rok i powinno być lżej… Jednak wcale tak nie jest.

To akurat potrafił zrozumieć bardzo dobrze.

– Dobranoc, dyrektorze – pożegnała się z nim szybko, gdy tylko zrzuciła tę bombę.

„Cudownie", myślał Severus, patrząc, jak Bella Brae odchodzi w swoją stronę. Chciał się upewnić, że na pewno to zrobi.

Martwy narzeczony, i co jeszcze? Czyżby ukatrupiony przez Lorda i jego Wesołych Śmierciożerców? Jak znał życie, to pewnie tak. Kim zatem był? Czy należał do Zakonu Feniksa? Raczej nie, bo inaczej Snape by o tym usłyszał. Na pewno nie stanowił części wielkiego Planu, bo w takim wypadku portret dyrektora zachowałby o nim pamięć. Może panna Buchanan i jej wybranek stanowili pamiątkę po jakimś alternatywnym pomyśle ratowania świata, który ewidentnie nie wypalił? A Albus w zamian obiecał jej ochronę w ramach wynagrodzenia krzywd. Co za szkoda, że nie mógł sam dotrzymać słowa.

Pilnowanie szkoły, czuwanie nad Planem, chronienie krewnych i znajomych Dumbledore'a – obowiązki Severusa rozciągały się na coraz więcej etatów, w dodatku bez widoków na premię uznaniową. Czy jeden człowiek miał szansę ogarnąć to wszystko?

Na wszelki wypadek zatrzymał w pamięci notatkę na temat bezsenności panny Buchanan. To snucie się po korytarzach go niepokoiło, nadmierny ruch po ciszy nocnej zawsze był zjawiskiem niepożądanym oraz potencjalnie problematycznym. Zwłaszcza gdy już na dobre rozpęta się prawdziwe piekło, bo nie miał najmniejszych wątpliwości, że tak będzie. Dzisiejszy wyskok z farbą był zaledwie przedsmakiem dalszych atrakcji.

Skoro już się uspokoił, zawrócił pod gabinet. Nie ufał aż tak bardzo zdolnościom woźnego Filcha i uznał, że sam szybciej zaprowadzi porządek.

Nie zdążył. Poczuł znajomy impuls bólu i chwycił się za przedramię.

Nie tylko Severus Snape i bibliotekarka cierpieli na bezsenność. Lord Voldemort widocznie również cieszył się nadmiarem energii i nie mógł się wprost doczekać raportu z rozpoczęcia roku szkolnego w nowym, lepszym, zdrowo zreformowanym Hogwarcie.


Siúil, siúil, siúil a rúin
Siúil go socair agus siúil go ciúin
Siúil go doras agus éalaigh liom
Is go dté tú, mo mhuirnín, slán

Go, go, go, my love
Go quietly and go peacefully
Go to the door and fly with me
May you go safely, my darling