Severus pocił się w masce i ciężkim, skórzanym płaszczu. Na północy noce bywały już chłodne, więc jakoś przeoczył fakt, że reszta Królestwa nadal cieszyła się letnią aurą. Szczęśliwym zrządzeniem losu na zwołane naprędce zebranie wezwani zostali jedynie wybrańcy losu, zatem mógł spokojnie uprawiać propagandę sukcesu, nie obawiając się, że któreś z Carrowów wyskoczy z niestosownym komentarzem. Z innej strony, nawet ich brak wyczucia nie był w stanie niczego popsuć, bo wrogie przejęcie Hogwartu rzeczywiście przebiegało gładko (przynajmniej na razie). Żadnych dokuczliwych buntów, rezygnacji ani zwerbalizowanych zastrzeżeń. Przykład Charity Burbage dostatecznie rozjaśnił ewentualne wątpliwości natury technicznej. Zresztą, szkoła magii nie stanowiła najważniejszego punktu zebrania. Czarny Pan dał do zrozumienia, że ufa, iż Snape ma wszystko pod kontrolą i nie spodziewa się kłopotów na tym froncie.

Dyrektor pospieszył z gorliwym zapewnieniem, że w swej nieskończonej przenikliwości Mistrz absolutnie się nie myli.

Na koniec Lord Voldemort polecił mu mieć oko na Alecto, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Panna Carrow była jedynie odrobinę mniej postrzelona niż Bellatriks Lestrange, co czyniło jej obecność w Hogwarcie nie do końca skalkulowanym ryzykiem. Severus już wcześniej przekonywał, że zdoła ją poskromić, byłoby niedobrze, gdyby mu się nie udało. Wiedział, że istniały alternatywne, znacznie gorsze kandydatury na stanowiska zajmowane przez Carrowów. Rodzeństwo, zdaniem Snape'a, miało nad nimi tę przewagę, że było tumanowate, czyli… kontrolowalne.

Później uwaga Czarnego Pana skupiła się wyłącznie na ministerstwie i Severus mógł odetchnąć z ulgą, z polityką nie miał nic wspólnego. Po ukończeniu części obligatoryjnej najchętniej od razu wróciłby do Hogwartu, ale wypadało się jeszcze towarzysko pokręcić wśród najważniejszych Śmierciojadów, wyczuć panujące tendencje i zebrać plotki.

– Nie wierzę, że wrócił – usłyszał szept dochodzący z jednej z rozgadanych grup zamaskowanych czarodziejów. – Nikt z nas się tego nie spodziewał. Po takim czasie?

Snape intuicyjnie ruszył w tamtą stronę.

– Kto taki? – zapytał, przystając obok towarzyszy.

– Nie słyszałeś? – zdziwił się złośliwie Yaxley. – Ty? Najlepiej poinformowany z nas wszystkich?

– Przykro mi, że nie spełniam ewidentnie wygórowanych oczekiwań – oświadczył lodowato. – Byłem ostatnio zajęty sprzątaniem bałaganu po moim świętej pamięci poprzedniku.

Atmosfera w grupie uległa subtelnej zmianie. Czystokrwiści czarodzieje z najlepszych rodów, którzy od zawsze nim gardzili, przypomnieli sobie, co Snape niedawno zrobił i w jaki sposób wpłynęło to na przetasowania w hierarchii Wewnętrznego Kręgu. Na pewno uznali, że napomknął o Dumbledorze w określonym celu. Śmierciożercy najpierw zgodnie pogrążyli się w ciężkiej ciszy, a następnie jednomyślnie rozstąpili, robiąc dla niego miejsce.

– Kto wrócił? – powtórzył pytanie.

Nikomu jakoś nie chciało to przejść przez gardło.

– Bluebell – rzucił w końcu Dołohow głuchym głosem, stłumionym jeszcze przez maskę.

– Sądziłem, że zginął podczas Pierwszej Wojny.

– Jak my wszyscy – prychnął Yaxley. – Ale, jak widać, ma się całkiem dobrze, skoro powrócił do czynnej służby. Skurwysyn.

– To pewne?

– A jak myślisz, Snape, kto miesiąc temu zdjął ministra magii? Mimo ostrożności, dodatkowych środków bezpieczeństwa i sztabu aurorów, wśród których nie mieliśmy żadnych wtyk.

– Czy to nie twoja jednostka dowodziła akcją w ministerstwie? – zadał kolejne pytanie Severus, który, pochłonięty swoimi sprawami, rzeczywiście na pewien czas stracił czujność. Zresztą, odkąd nie musiał już grać na dwa fronty, samowolnie trochę sobie odpuścił. I tak nie miał komu przekazywać zdobywanych informacji.

Wściekły jak demony Yaxley splunął na wydeptaną trawę.

– Teoretycznie. Jednak zanim przedarliśmy się do jego gabinetu, Scrimgeour był już rozsmarowany po wszystkich czterech ścianach aż miło. Dwóch moich najmłodszych rekrutów zarzygało sobie buty, a przyznam się, że i mnie niewiele brakowało. Bluebell miał go torturować dla pozyskania informacji, ale widać coś poszło nie tak. Z tego, co słyszałem, to nie jest cierpliwy typ. Nie zostało dość kawałków, żeby pokazać zwłoki publicznie, a przecież mieliśmy plany, kurwa! Zamiast tego musieliśmy wydać oświadczenie, że zrezygnował i zwiał, co nie działa aż tak bardzo na wyobraźnię. Dawno nie widziałem czegoś podobnego… Chyba od czasów Bonesów i Fenwicka, pamiętacie?

– Nigdy nie znaleźli wszystkich kawałków. – Kiwnął głową Nott. – Wiem, bo sam to później sprzątałem.

Severus również pamiętał ten moment Pierwszej Wojny, gdy Czarny Pan wydał rozkaz metodycznej anihilacji członków Zakonu Feniksa. Większość zginęła w trakcie klasycznych nocnych akcji i pojedynków, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Ci, których Voldemort szczególnie nienawidził, trafiali na specjalną listę Bluebella.

– To jest chory sukinsyn – ocenił Dołohow, a w jego ustach był to zaiste szczególny komplement. – Jeszcze te pierdolona kwiatki, które przy nich zostawia… Jak podpis.

– Oczywiście formalnie nie wiemy, że w ogóle istnieje – rzucił sfrustrowany Yaxley. – Wszystko tajne przez poufne.

– Oficjalnie nikt go nigdy nie widział – zgodził się Snape.

– A nieoficjalnie? – Oczy Yaxleya błysnęły ciekawsko pod maską.

Severus pokręcił głową.

– Nie. Ja go nie spotkałem. Czarny Pan dobrze strzeże swoich sekretów.

– Wiesz, długo myśleliśmy, że to ty – stwierdził z cieniem rozbawienia Nott.

– Słucham? – zdziwił się Severus, również pozwalając sobie pod maską na niezauważalny, kpiący uśmiech. – Wypraszam sobie!

– Założyliśmy, że wyrabiasz godziny na drugim etacie. Wiemy, jak lubisz mieć zajęte wieczorki – ciągnął ubawiony Nott. – Jednak daty się nie zgadzały. Bluebell ukrzyżował jakąś rodzinę mugoli w ich własnym domu, kiedy pomagałem ci szmuglować przez granicę jakieś nielegalnie składniki do eliksirów. Potem znowu był napad w czasie, gdy porcjowaliśmy zapasy veritaserum. Nawet taki szczwany lis jak ty nie może być w dwóch miejscach jednocześnie.

– W końcu Regulus kiedyś się na niego nadział i rozpuścił plotki – przypomniał sobie Dołohow. – Opisał go jako wielkiego jak dąb, umięśnionego faceta o nieprzyjemnym głosie.

– Ciekawe, czy to on osobiście raczył nas później uwolnić od towarzystwa panicza Blacka – mruknął Yaxley.

– No i nawet dla ciebie to za wysoka liga, Snape – powrócił do tematu Nott. – Zrozumiałem to, gdy przy kolejnym dyżurze na sprzątaniu ściągałem czyjeś flaki z żyrandola. Gdyby kiedyś gówno wybiło, nie chciałbym, żeby to Bluebell miał mnie zlikwidować. Nie ma gorszej śmierci, ja pierdolę! Ten sadysta żywi się krwią.

– Czy wiemy konkretnie, kiedy powrócił? – zapytał Severus dla porządku.

– Nic nie wiemy, jak zwykle – warknął Yaxley, któremu Bluebell ewidentnie leżał na wątrobie po fiasku z Scrimgeourem. – Możemy jednak bezpiecznie założyć, że ze zmienną częstotliwością działa przynajmniej od roku. Wtedy zaczęły się te podejrzane morderstwa. Była Amelia Bones w lipcu, pamiętacie?

– Prawdziwa rzeź – przytaknął Dołohow. – Nikt z naszych się do tego nie przyznał i w końcu rozniosło się, że Czarny Pan zabił ją osobiście. Mocno dyskusyjne, moim zdaniem. Bo niby kiedy miał na to czas? Ciągle mieliśmy jeszcze wtedy spotkanka formacyjne i rogrzeweczki po klęsce w Departamencie Tajemnic.

„Rok", myślał wstrząśnięty Snape. Dwanaście długich miesięcy, a on niczego nie zauważył… Pozostali Śmierciożercy byli jednak równie zbici z tropu, co go usprawiedliwiało. Skąd miał się dowiedzieć o Bluebellu, jeśli nikt o nim nie wiedział?

Uznał, że nasłuchał się już dość, w dodatku niezbyt miłych rzeczy. Pozdrowił swoich towarzyszy krótkim skinieniem głowy i czym prędzej aportował się z powrotem do Hogwartu. Przy wszystkim, co już się działo, powrót brutalnego asasyna Czarnego Pana zakrawał na ponury żart. Pamiętał opowieści z Pierwszej Wojny, plotki i szepty. O tym, że Voldemort miał zaufanego człowieka do zadań specjalnych, że jego umiejętności (jak i rozpasany obłęd) znacznie przerastały poziom Bellatriks Lestrange i innych wiernych Śmierciożerców, że Bluebell nie pochodził z ich kręgu. Prawdopodobnie był odpowiedzialny za najgłośniejsze, najbardziej brutalne zbrodnie na mugolach i mugolakach. Był na tyle sławny, że jego działalność zauważono także po drugiej stronie, gdzie określano go mianem seryjnego mordercy. Psychopatycznego zabójcy z kwiatkami.

„Rok", przypomniał sobie znowu Severus, po czym jego myśli nieoczekiwanie skoczyły do Belli Brae. Słyszał przecież o kimś, kto zginął w tajemniczych okolicznościach w ciągu minionego roku…

Wyszedł już z Zakazanego Lasu i gdy przechodził obok chatki Hagrida, odruchowo przyspieszył kroku. W tym roku etat nauczycielki opieki nad magicznymi stworzeniami przypadł w całości profesor Grubbly-Plank. Snape nie był wariatem, ani mu się śniło składać jedno i to samo ciało pedagogiczne z półolbrzyma oraz Carrowów. Musiał ich od siebie odseparować, możliwie minimalizując kontakty. Hagrid został zatem zdegradowany do roli gajowego, którą pełnił z kretyńską godnością, zapewne wyobrażając sobie (podobnie jak Minerwa), że jest ostatnią instancją chroniącą szkołę przed złem. Severus zdawał sobie jednak sprawę, że jest to zaledwie rozwiązanie tymczasowe, bo przywiązany do Dumbledore'a półolbrzym stanowił (kolejną, na Salazara!) tykającą bombę, która w każdej chwili groziła wybuchem.


Życie w szkole toczyło się ustalonym trybem. Pierwsze dni były najgorsze, później wkroczyła zwyczajna rutyna: lekcje, posiłki, aktywność sportowa. Stara, znana od lat śpiewka. Severus powoli przyzwyczajał się do swojej maski, która już tak nie uwierała. Brał czynny udział w życiu szkoły, starał się być widziany wszędzie, gdzie wypadało się pojawiać, ale nie ma się co oszukiwać – obowiązki dyrektora pozwalały mu często przesiadywać w gabinecie w wysokiej wieży i stamtąd bezpiecznie się rządzić. Sprawy administracyjne zrzucał na Minerwę, szkolne bunty tępił, delegując na miejsce zdarzenia nadgorliwych ochotników w osobach Alecto i Amycusa. Powoli osiadał na swoim niewygodnym tronie.

Ani razu nie skorzystał z propozycji panny Buchanan, wręcz przeciwnie – po ostatnim nocnym spotkaniu trzymał się od niej z daleka. Nie życzył sobie, żeby coś sobie wyobrażała albo się nad nim litowała, skoro absolutnie wszystko i zawsze błędnie interpretowała. Nie chciał też zwracać przesadnej uwagi ani na nią, ani na siebie. Jednak Bella Brae nadal przyglądała mu się ciekawie z drugiego końca wielkiego stołu w Wielkiej Sali, odkąd wspólne posiłki stały się obowiązkowe… Tak samo jak wieczorne, publiczne czytanie najświeższych rozporządzeń Ministerstwa Magii czy powszechnej, zrewidowanej Teorii Czystej Krwi z podziałem na głosy. To akurat było cholernie męczące i nieapetyczne, ale konieczne. Ciekawe, co tak zapalona czytelniczka jak panna Buchana myślała o literaturze podobnie wysokich lotów? Czy już miała dosyć?

Zarządzanie szkołą coraz częściej spadało jednak na dalszą pozycję wśród innych zainteresowań Severusa. Wakacje się skończyły i począwszy od połowy września był coraz częściej wzywany na zebrania Śmierciożerców – o różnej liczebności, a także różnym stopniu ważności (włącznie z tymi całkiem idiotycznymi, podczas których zwyczajnie marnował czas). Regularnie musiał biegać do Zakazanego Lasu, teleportować się, odsiadywać swoje w Kręgu, a następnie wracać tą samą drogą. Pojawiały się także nowe zamówienia na eliksiry… Oraz dyżury w trakcie polowań na szlamy, ale z tych misji często udawało mu się wykręcić. Było wielu chętnych wśród młodszych rekrutów, a poza tym porażka wizerunkowa mogłaby się okazać zbyt bolesna dla dyrektora Hogwartu, gdyby przypadkiem dał się złapać. Nawet Lord Voldemort to rozumiał.

Snape potrzebował również czasu na własne dochodzenie. Odkąd dowiedział się o Bluebellu, nie dawało mu to spokoju. Musiał rozważyć, jakie ewentualne zagrożenia niesie to nagłe zmartwychwstanie. Powrót prywatnego skrytobójcy na usługach Czarnego Pana wróżył źle dla wszystkich, ale szczególnie należało wziąć pod uwagę jego wpływ na realizację Planu. Czy Bluebell mógł zostać wysłany za Potterem? I gdzie, do cholery, ukrywał się przeklęty smarkacz? Pojawiało się coraz więcej czynników, których nie omówili ani nie przewidzieli...

Ugh!

W każdym razie Severus postanowił trzymać rękę na pulsie. A żeby dowiedzieć się czegoś konkretnego, potrzebował zdecydowanie więcej materiałów. Dlatego w wolnych chwilach opuszczał Hogwart w poszukiwaniu mugolskiej prasy. Przecież nie mógł zamówić prenumeraty z dostawą do własnego gabinetu, ha, ha, ha! W mugolskim przebraniu przetrząsał więc kioski i biblioteki. Gdy już wiedział, czego szukać, szybko znalazł trop.

Od roku w prasie przewijały się opisy brutalnych zbrodni. Różne miejsca, różne ofiary, różne... narzędzia. Opisy nie pozostawiały wiele pola dla wyobraźni, mówiły za to wiele o psychopacie, który nie cofał się przed niczym. Trudno było połączyć wszystkie zabójstwa w całość, jeśli nie znało się ich tła, nic zatem dziwnego, że mugolska policja nie wyciągnęła sensownych wniosków. Severus zachował sobie kilka najważniejszych wycinków prasowych, w tym dwa szczególnie znaczące sprzed około dwunastu miesięcy, w których ofiarami byli mężczyźni powyżej trzydziestego roku życia (tym sprawom zamierzał poświęcić nieco więcej uwagi w przyszłości), oraz jeden sprzed zaledwie kilkunastu dni – prawdopodobnie ostatni wyczyn Bluebella.

Nie dowiedział się wszystkiego, ale miał czas. Jeżeli ten szaleniec stanowił rzeczywiste zagrożenie, zamierzał je zneutralizować. To było tylko kolejne zadanie, które dołączyło do jego bardzo, bardzo długiej listy. Trudno, robił gorsze rzeczy. Nawet gdyby chciał cokolwiek zmienić w swoim życiu, było już od dawna za późno. Teraz mógł tylko uparcie iść przed siebie na spotkanie wielkiego finału.


Severus nie miał nic do załatwienia w pokoju nauczycielskim, ale lubił przechodzić w pobliżu przynajmniej raz na dwa, trzy dni. Wyjaśnił już wszystko, co było do wyjaśnienia, i teraz od czasu do czasu przypominał, że czuwa. Widzi i obserwuje. Nie zawsze jest zadowolony, jednak łaskawie daje szansę. Na McGonagall czy Flitwicka takie żałosne sztuczki z pewnością nie działały... czego nie dało się powiedzieć o reszcie nauczycieli – ich nie charakteryzowała podobna odwaga cywilna. Spacery wystarczały.

Minął pokój nauczycielski i spokojnie powędrował dalej. Te wariackie przechadzki o różnych porach dnia i nocy stanowiły jego jedyną rozrywkę. Nie cieszył się już taką wolnością jak kiedyś, nie miał również – błogosławionych z perspektywy czasu – lekcji, które tak idealnie odwracały uwagę. Gdy nie wytrzymywał w gabinecie i zaczynało go nosić, mógł tylko snuć się po korytarzach niczym kolejny z wielu duchów Hogwartu.

Á propos…

Tuż przed sobą Severus dostrzegł srebrzystą sylwetkę bez pośpiechu płynącą korytarzem. W dziennym świetle była słabiej widoczna, ale dostatecznie charakterystyczna. Żaden inny duch nie szedł z tak wyraźnym przekonaniem, że jeszcze ma nogi i nadal musi ich używać. No i żaden nie zachował po śmierci osobnego gabinetu do własnej dyspozycji. Snape rozpoznał profesora Cuthberta Binnsa wracającego do siebie po lekcjach, uświadamiając sobie jednocześnie, że jakimś niezwykłym sposobem i zupełnie bezmyślnie dotarł na piąte piętro. Zafurgotał w powietrzu nadmiernie obszerną szatą, zawracając po własnych śladach.

– Ach, dyrektorze – usłyszał za plecami monotonny głos nudnego nauczyciela historii.

Przewrócił oczami, zanim uprzejmie się odwrócił.

– Profesorze – rzucił automatycznie.

– Niechże mi wolno będzie powiedzieć, jak miło w tych czasach zobaczyć młodego człowieka kierowanego ambicją – odezwał się profesor Binns z emfazą, zbliżając się i mierząc go szacującym spojrzeniem. – Muszę panu wyznać, dyrektorze, że zaiste ucieszył mnie ten niespodziewany powrót do uświęconej tradycji Hogwartu.

Severus nie musiał udawać zaskoczenia. Nie miał najbledszego pojęcia, o co chodzi nauczycielowi, a skrycie podejrzewał, że może on powtarzać niczym echo jakąś konwersację przeprowadzoną w odległej przeszłości z kimś zupełnie innym. Duchom czasami się to zdarzało, nie wspominając o historykach. Zboczenie zawodowe.

Uniósł pytająco jedną brew.

– O czym pan mówi, profesorze?

Ku jego powiększającemu się zdumieniu Binns zachichotał głucho jak widmo dławiące się kurzem.

– Drogi kolego, nie jest pan jedynym, który nieco przyspieszył bieg spraw, gdy poprzednik ociągał się z odejściem. Czarodzieje żyją długo, zwłaszcza ci na państwowych posadach. To potwierdzony fakt, który niezmiernie irytuje młodych i głodnych zaszczytów.

– Nie chcę nawet zgadywać, czego dotyczy ta aluzja, profesorze. Tragiczny wypadek dyrektora Dumbledore'a…

– Tak, tak. – Binns zamachał obojętnie przezroczystą ręką tuż przed jego nosem. Severus poczuł nieprzyjemny powiew lodowatej aury, której wyjątkowo sam nie rozsiewał. – Ma pan rację, zawsze warto zachowywać pozory. Hogwart liczy sobie tysiąc lat, te mury widziały już wszystko. Pierwszy był wszak pana patron, wielki Salazar Slytherin. Jego także zaczęła drażnić konkurencja do fotela dyrektora. I ja pierwszy chętnie przyznam, że miał całkowitą słuszność. Kto słyszał o czterech kierownikach?! Żadna szanująca się instytucja by tego nie wytrzymała! Pozwolę sobie powołać się, na ten przykład, na rzymską tetrarchię, toż to dopiero była widowiskowa katastrofa!

Kompletnie rozkojarzony Snape sam nie wiedział, jak na to zareagować. Najbardziej rozsądny wydawał się unik:

– Ze smutkiem wyznaję, że historia nie była moim ulubionym przedmiotem.

– A ja myślę, że wprost przeciwnie, drogi kolego – wtrącił ponownie profesor Binns. – Choć wysoko cenił pan tylko jeden, bardzo konkretny odcień historii magii… Szacowny, to prawda, ale dość ograniczony.

Duch kiwał mu przemądrzale głową i o ile Severus mógł stwierdzić, wyglądał o wiele żywiej – jakkolwiek to brzmi – niż podczas dowolnej prowadzonej przez siebie lekcji. Nawet nieuleczalny kujon, którym za młody był Snape, z trudem znosił opisywane sennym tonem, niekończące się bunty goblinów noszących w kółko te same imiona po ojcach i dziadkach, wzbogacone jedynie przygłupimi przydomkami. Teraz sam nie rozumiał, co tu się działo, na demony! Profesor Binns, z którym nie zamienił nawet słowa podczas całej swojej pedagogicznej kariery (i którego przez tyle lat prawie nie widywał, jeśli mógł coś na to poradzić), teraz dyskutował z nim w najlepsze jak jeden zaciekawiony profesjonalista z innym, a do tego najwyraźniej gratulował mu przeprowadzonego z powodzeniem zamachu na ich wspólnym przełożonym. Snape nie był pewny, czy zwariował, czy jednak sam również umarł i trafił do bardzo osobliwego czyśćca.

– Czysta krew to romantyczna teoria, nie przeczę – ciągnął swoje nieporuszony Binns. W końcu niewiele mogło go jeszcze wzruszyć, wystraszyć albo mu zaszkodzić. – Jednak z uwagi na bijącą po oczach fałszywość pierwotnego założenia wydaje się iście niegodna wiary u prawdziwie przenikliwego umysłu. Czy zgodzi się pan ze mną?

– Ja – zająknął się zagubiony (o, obłąkany Salazarze!) Severus. – Ja naprawdę nie…

Nieżywy historyk był jednak nieodmiennie zachwycony spotkaniem.

– Och, od tak dawna nie miałem przyjemności podyskutować z praktykującym adeptem mrocznej sztuki. Sam pan przyzna, że nie zdarza się ich wielu pod tym dachem. W ogóle nie mam zbyt wielu okazji do akademickich dyskusji… – Binns przyjrzał mu się z nadzieją niepokojąco połyskującą w srebrzystych oczach. – Czy nie znalazłby pan dla mnie chwilki w swoim napiętym grafiku, dyrektorze? To doprawdy wielce intrygujące – mamrotał do siebie. – Fascynujące!

Wbrew sobie Severus również był zaintrygowany. Pośród wszystkich tych męczących tajemnic, wersji oficjalnych i teorii spiskowych ekscentryczny profesor, który walił mu szczerą prawdę prosto w oczy (a do tego bez negatywnej oceny), naprawdę zdołał go skusić. Bo i dlaczego nie? Binns na pewno nikomu nie opowie o tej niespodziewanej konferencji oraz jej skutkach – bo i komu, skoro sam przyznał, że nie miewa gości.

Koniec końców, pod wpływem impulsu, Snape dał się zaprosić do gabinetu, do którego sam musiał sobie otworzyć drzwi, za co dobrze wychowany duch zaczął wylewnie przepraszać. Binns z gracją osiadł na fotelu, po czym oparł ramiona na podłokietnikach. Zaiste musiało w nim pozostać sporo silnej woli i uporu, skoro nie przeniknął przez mebel.

– A więc powiada pan, że historia Hogwartu spisana jest krwią? – rzucił Severus konwersacyjnym tonem, jak przystało na zimnego Śmierciojada.

– Co tam spisana, ZBRYZGANA! Chętnie odświeżę pana wiedzę w tym zakresie, drogi kolego, ponieważ nie uwierzę, że już pan jej nie posiada – zauważył kurtuazyjnie profesor historii, dżentelmen starej daty. – Jednak zanim przejdziemy do rzeczy, czy mógłby zaoferować panu coś do picia? Znajduję się w posiadaniu znakomitej irlandzkiej whiskey.

– Jest dopiero piąta po południu – zauważył Snape kierowany bardziej obłudą niż rzeczywistym brakiem chęci. Choć, mimo wszystko, idea picia z duchem budziła w nim pewien opór, bo… No jak?!

– Niech pan mi zrobi tę przyjemność – nalegał Binns, wskazując ruchem ręki szafkę kryjącą destylowane skarby. – Ja, jak pan widzi, pozbawiony jestem tej niewinnej rozrywki od wielu lat i jedyne, czym mogę cieszyć resztki zmysłów, to boski aromat.

Severus zrozumiał aluzję i bez dalszych protestów udał się we wskazanym kierunku. Nie pożałował. Barek nauczyciela był wyposażony w znakomite roczniki sięgające do stu lat wstecz. Poczęstował się chętnie i ze szklanką wrócił na miejsce. Profesor Binns odetchnął głęboko, z wyraźną rozkoszą.

– Tak – westchnął. – Wyznam panu, drogi kolego, że całe to nieżycie nie jest nawet najgorsze, ale pewnych rzeczy bardzo brakuje, o tak. Pańskie zdrowie!

Udał, że wznosi toast, chciwie obserwując, jak Snape pije. Oblizał widmowe usta i nieco głębiej zapadł się w fotel.

– Ale o czym to ja mówiłem? – przywołał się do porządku. – Aha, Salazar Slytherin. Wtedy jeszcze nie doszło do przelewu krwi, wszak nasi założyciele byli czarodziejami wielce cywilizowanymi, i chociaż ostatecznie nie udało im się dojść do porozumienia, to konflikt udało się załagodzić. Ceną było, niestety, odejście Slytherina. Ech, wielki mag, wielka strata. Jednak już niedługo później wybuchł kolejny skandal. Jako wychowanek Domu Węża zapewne jest pan dobrze zaznajomiony z Krwawym Baronem?

– Wymieniliśmy podstawowe grzeczności – rzucił oględnie Severus.

Może i czułby z nim powinowactwo dusz, ale duch Slytherinu nie należał do towarzyskich. Głównie podzwaniał łańcuchami i straszył młodsze roczniki z innych domów. A szkoda – ciekawe, jakiej klasy alkohole mogła przetrzymywać w lochach tak stara zjawa...

Binns ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Badacze różnie wypowiadają się na ten temat, ale ja nie skłaniam się do wiary w romantyczne bajki o wielkiej miłości. Nie dlatego zależało mu na małżeństwie z córką Roweny Ravenclaw. Ja uważam, że dzięki temu związkowi miał nadzieję położyć rękę na Hogwarcie, a na to znowu nie chciała się zgodzić ambitna dziedziczka, która pragnęła zachować dla siebie prestiż związany z kierowaniem uznaną już placówką oświatową. Wiedziała, że mąż rychło odsunąłby ją od władzy. I skończyło się to wszystko tak, jak się skończyło… Bardzo niefortunnie.

Binns ponownie zaciągnął się aromatem whiskey, zanim kontynuował:

– Z kronik wiemy, że przez pierwsze sto lat Hogwart w ogóle nie uznawał stanowiska dyrektora, szkołą zarządzała komisyjnie rada złożona z nauczycieli. Działo się tak, dopóki nie powtórzyła się historia znana już z przypadku Gryffindora i Slytherina, tyle że tym razem jej bohaterkami były dwie wojownicze czarownice. Podobno kłótnia okazała się na tyle żywiołowa, że jedna straciła zęby, a druga nos. W każdym razie, podczas kolejnego walnego zgromadzenia rada zdecydowała, że szkołą powinien kierować jeden wybrany przedstawiciel. Nie zachowało się imię pierwszego ani drugiego dyrektora, ale trzeciego – owszem! Znamy je z opisu tego, w jaki sposób zamordował swojego anonimowego poprzednika. Dagobert zwany Niecierpliwym po raz pierwszy zdołał podczas pojedynku przeciąć przeciwnika wzdłuż i wszerz, używając tylko jednego zaklęcia, które znane jest do dzisiaj jako Krzyż Dagoberta. Obecnie rzadko używane, bo powstało wiele nowych klątw torturujących i/lub zabijających, ale w XII wieku była to spora innowacja. Jednocześnie potwierdziła zdolności magiczne Dagoberta, jak i jego prawa do objęcia władzy nad Hogwartem.

Severus nawet nie zauważył, kiedy skończył drinka. Whiskey było piekielnie dobre. Binns zachęcił go do ponownej degustacji, po czym zaczął niuchać wokół tak intensywnie, że aż pociemniały mu szare policzki.

– To były mroczne czasy, drogi kolego – ciągnął ze znacznie większą werwą. – W związku z powyższym dyrektorzy zmieniali się jak w kalejdoskopie. Nie zawsze chodziło zresztą o szkołę jako taką, bardziej liczył się sam zamek. Piękny przykład architektury obronnej, do tego znakomicie położonej. Twierdza nie do zdobycia! Nie było drugiego tak dobrego miejsca, by przeżyć kiepskie momenty historii.

– Jednak to wszystko działo się dawno – zauważył przytomnie Severus. – Krwawe przewroty nie były wówczas niczym więcej jak… wliczonym ryzykiem.

– Czy nie zawsze tak jest? – Binns znowu zachichotał, a jego śmiech przypominał nieco odgłos trzepania starego dywanu. – Życie to niebezpieczna działalność, czyż nie? Proszę mi wierzyć na słowo, wiem, co mówię. Względny spokój zapanował dopiero w XIV wieku i od tamtej pory Hogwart zaczął naprawdę rozwijać się jako jednostka akademicka. Oceniałbym ostrożnie, że szczyt tych tendencji nastąpił za panowania Phyllidy Spore, znakomitej zielarki. Rządziła twardą ręką, a do tego bardzo długo. Przez niemal wiek panował idealny porządek. Jej następcą został mianowany, jak się zdaje, Brewster Bromley. Nieszczęśliwy człowiek, który wpadł na pomysł zorganizowania egzaminów wieńczących edukację młodych adeptów magii. Wcześniej obowiązywała dżentelmeńska umowa: dzieci czarodziejów trafiały do szkoły, dzieci się uczyły, dzieci ją kończyły. Wszystkie i bezwzględnie. Teraz miało się to zmienić, co oczywiście nie wszystkim przypadło do gustu. Bromleya podczas spaceru po błoniach przebił włócznią uczeń ostatniej klasy. Nie bardzo radził sobie z przedmiotami ścisłymi, ale był świetnym sportowcem i pochodził z rycerskiej rodziny. Kiepska śmierć, nie powiem. A także, jak mniemam, część większego planu, ponieważ następnym dyrektorem został właśnie stryj owego młodego człowieka, a on sam objął tutaj posadę nauczyciela magii ofensywnej. Zabawnie się to plecie, prawda?

– Istotnie.

Severus wypił trzecią szklaneczkę, ale nadal czuł się świetnie. To na jego towarzysza alkohol zdawał się wywierać większy wpływ.

– W XVII wieku zapanowała prawdziwa moda na trucizny – opowiadał wyraźnie rozochocony Binns. – Ówczesne plotki zrzucały odpowiedzialność na dyrektorkę Antonię Creaseworthy, która miała prowadzić podejrzane eksperymenty w oranżerii. Zresztą, właśnie ta metoda pozbywania się wrogów uchodziła za wyjątkowo elegancką. A jakoś niedługo po dyrektor Creaseworthy nastała Elizabeth Burke, adeptka mrocznej sztuki wywodząca się ze Slytherinu. Ona z całą pewnością własnoręcznie uśmierciła swojego poprzednika, który cieszył się urzędem zaledwie jeden dzień, po czym urządziła czystki wśród uczniów o niepewnym statusie krwi. Zdaje się, że to za kadencji panny Burke wydarzyło się owo niesławne przyjęcie w Noc Duchów, które przeszło do historii pod nazwą „Wieczoru Wesołego Ponczu". Po dziś dzień nie wiadomo, czym go doprawiła, ale goście zaśmiewali się na śmierć. Dosłownie. Proszę zapytać Lorda Drabena, on miał nieszczęście się poczęstować i do tej pory kręci się gdzieś w okolicach Wielkiej Sali. Trucizny stały się taką plagą, że dyrektor Vulpus ustanowił w Hogwarcie oficjalne stanowisko smakosza potraw. Biedacy padali jak muchy i w końcu zabrakło chętnych. Sam Vulpus uniknął cudem przynajmniej pięciu zamachów na swoje życie. Ostatecznie zmarł na zawał, gdy wyszło na jaw, że na jego życie przez cały czas dybał jego przyjaciel i jednocześnie mistrz eliksirów, który miał zaopatrywać go w sprawdzone antidota. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale porządek w szkole zaprowadził dopiero dyrektor Dexter Fortescue, i to nie bez pomocy służb ministerstwa. Wydarzyło się to na początku XVIII wieku, gdy moda znacznie się zmieniła i obecnie ulubioną metodą skrytobójczą stało się sztyletowanie w ciemnościach. Śmiertelność wśród dyrektorów Hogwartu spadła znacząco dopiero wraz z nadejściem postępowego XIX wieku, w wieku XX również nie mamy wielu przypadków. Choć podobno dyrektorowi Dippetowi zdarzył się podejrzany wypadek w latach 40., jednak wtedy odpowiedzialność spadła oczywiście na całą tę aferę z otwarciem komnaty Slytherina, choć ja nie byłbym taki pewien… Nie wspominając o jego poprzedniku, Phineasie Nigellusie Blacku. Po jego nominacji pojawiły się głosy, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby go dyrektorem, gdyby nagle nie zmarł jego kontrkandydat. Jak pan zatem widzi, drogi kolego – Binns zmierzał wreszcie do końca swojego wywodu, który chyba po raz pierwszy okazał się całkiem ciekawy – nie jest pan pierwszy i pewnie nie ostatni. Szkoda, że niewielu o tym pamięta. Świadomość historyczna w narodzie jest niska, nad czym codziennie ubolewam. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wszystko już było, a bliźniacze zdarzenia w nieskończoność powtarzają się na ich oczach. Myślą, że to, co ich spotyka, jest tak niezwykłe i wyjątkowe. To smutne, bardzo, bardzo smutne.

Duch zdążył w ostatniej chwili, bo tuż po tych słowach dostał potwornego ataku czkawki. Solidnie znieczulony pięcioma szklaneczkami whiskey dyrektor Snape – kolejny na długiej liście ambitnych hogwarckich skrytobójców – przyglądał mu się z nieukrywaną fascynacją. Nie miał pojęcia, że zjawy mogą cierpieć na podobnie przyziemne dolegliwości. Wiedział za to, że nie będzie to ostatni wykład, jakiego wysłucha u profesora historii. Po tym, co usłyszał, miał ochotę zapisać się na cały kurs.

I nie chodziło tylko o luksusowy alkohol.

– Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek mówił pan o tym w szkole, profesorze – wypomniał.

– Cóż, zasugerowano mi, że nie powinienem przekazywać młodzieży negatywnych wzorców – relacjonował rumiany Binns. – Osobiście nie zgadzam się z taką opinią, więc jeśli wiatr cenzury zmieni kierunek… – Snape przyzwalająco skinął głową. – Chętnie wspomnę od czasu do czasu o nieco mniej grzecznej historii Hogwartu.

Dwaj poważni (choć w zaistniałych okolicznościach nieco mniej) profesorowie rozstali się w przyjaznej atmosferze. I obaj już z góry wiedzieli, że na pewno nie będzie to ostatnie spotkanie.


W szkole magii i czarodziejstwa Severus najwyżej cenił sobie ciszę (zwłaszcza na kacu po niezwykle pouczające konferencji naukowej z duchem profesora Binnsa), co stanowiło jeden z wielu nieszczęśliwych paradoksów w jego życiu. Zaiste, cisza znów stała się towarem deficytowym, jednak przesiadywał w swoim gabinecie do tak obłąkanych godzin, że czasem udawało mu się spotkać z nią w połowie drogi. Cisza i spokój pustych korytarzy działała na niego relaksująco, a tego właśnie potrzebował przed pierwszym, zaplanowanym na sobotę, meczem quidditcha. Oczywiście próbował zakazać szkolnych rozgrywek, a jakże! Niestety, Czarny Pan nieoczekiwanie opowiedział się przeciw. Najwyraźniej jeszcze podczas nauki w Hogwarcie – jako przystojny i atletyczny młodzieniec pozujący na skończonego arystokratę – cenił sobie sporty drużynowe.

– Jak śmiesz! – ryknął ktoś, wyrywając Snape'a z ponurych myśli, a piskliwy głos odbił się echem od kamiennych ścian. – Ty brudna szlamo!

Akurat wyszedł zza zakrętu mniej więcej na wysokości biblioteki, gdy nagle stanął jak wryty na widok sceny, która rozgrywała się na jego oczach. Panna Buchanan klęczała na podłodze, przykładając rękę do twarzy, na palcach miała krew. Nad bibliotekarką stała z kolei Alecto, z furią w oczach wymachując jakąś książką w taniej, papierowej oprawie. Amycus przytrzymywał siostrę od tyłu za ramiona, żeby nie rzuciła się na ofiarę.

– Alecto! – warknął szorstko Severus.

Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w stronę niespodziewanego świadka zdarzenia.

– Co to ma znaczyć? – zażądał wyjaśnień.

– To ona! – wrzeszczała Śmierciożerczyni, ze złości nie mogąc poukładać słów w całe zdania. – Ona! Zobacz, co wniosła do szkoły! Plugastwo!

Carrow uniosła ewidentnie mugolską publikację nad głowę, przedarła na dwie połowy i cisnęła nimi o podłogę. Bella Brae krzyknęła, jakby to ją ktoś właśnie obdzierał ze skóry, wpatrując się okrągłymi z przerażenia oczami w to dzieło zniszczenia.

– Alecto – powtórzył Severus ciszej i groźniej. – Dość.

Powiewając upiornie peleryną jak wielkimi skrzydłami, w trzech krokach znalazł się przy bibliotekarce. Pomógł jej wstać i przytrzymał za łokieć, gdy zawiodły ją rozdygotane kolana. Miała rozciętą wargę, a policzek powoli zaczynał puchnąć.

– Panno Buchanan, wszystko w porządku? – zapytał bez większego sensu, ale coś musiał powiedzieć.

Oszołomiona kiwnęła głową.

– Nic mi nie jest.

Snape był wściekły. Tak bardzo wściekły, że Carrowowie nie odważyli się skrzyżować z nimi spojrzeń. Nauczycielki boksujące na środku korytarza bibliotekarki to ostatnie, czego w tej chwili potrzebował.

– Severusie, co ty?... – Alecto nie ukrywała, że dziwi ją jego zachowanie.

– Porozmawiamy o tym innym razem, panno Carrow – rzucił, osadzając ją w miejscu. – Kiedy łaskawie doprowadzisz się do porządku. Śmierdzisz alkoholem – dodał z niesmakiem. – Ostrzegałem was przed nadmiernym spożyciem w szkole.

Alecto miała jeszcze ochotę się kłócić, ale nieco bystrzejszy Amycus już odczytał w mrocznym spojrzeniu Snape'a, że na ten moment żarty się skończyły. Odciągnął siostrę na bok.

Severus machnął agresywnie różdżką. Carrowowie instynktownie się skulili… Niepotrzebnie. Zaklęcie poderwało z podłogi jedynie zwłoki zmaltretowanej książki. Chwycił ją jedną ręką, drugą nadal podtrzymywał drżącą Bellę Brae.

– Panno Buchanan, zapraszam do mojego gabinetu – powiedział i to nie była prośba ani propozycja. Pociągnął ją za sobą wzdłuż korytarza.

W okrągłym pokoju usadowił bibliotekarkę na krześle przy biurku. Bella Brae znalazła się tam może trzeci raz w życiu i nie dopatrzyła się wielu zmian. Wystrój pozostał profesjonalny, poważny i ani trochę indywidualny. Trzymając się za obolały policzek, zerknęła ciekawie na portret Albusa Dumbledore'a. Wesoły staruszek mrugnął do niej błękitnym okiem.

– Och! – westchnęła. – Dobry wieczór.

„Owca", wykrzywił się pod nosem Snape, miotając się po gabinecie.

Wezwał z kuchni skrzata i zamówił herbatę. Później podszedł do zamkniętej na klucz, solidnej szafki pancernej – jedynego elementu wyposażenia, który dodał od siebie. Wydobył stamtąd fiolkę eliksiru i jakieś mazidło. Wrócił do biurka, podzwaniając buteleczkami i zatrzymał się przed panną Buchanan. Spojrzała na niego niepewnie.

– Panie dyrektorze?

Złość jeszcze do końca z niego nie wyparowała. Marszczył się nieprzyjemnie, gdy się nad nią pochylał. Niezbyt delikatnie chwycił ją pod brodę i uniósł ku sobie jej twarz, żeby fachowym okiem ocenić urazy. Bella Brae zamarła jak złapane w potrzask zwierzątko. Jednak kiedy kolistymi ruchami wcierał maść w jej policzek, dotyk chłodnych palców stał się całkiem przyjemny. Niestety, moment szybko minął, gdy przypadkiem dotarł za daleko i dotknął jej ust. Wyraźnie speszony, wcofał się z nerwowym chrząknięciem.

W międzyczasie w gabinecie pojawił się skrzat z tacą. Severus sam rozdysponował zawartość, stawiając przed gościem filiżankę, cukiernicę i niewielką fiolkę z eliksirem. W końcu sam usiadł naprzeciwko, bezpiecznie oddzielony od Belli Brae długim biurkiem.

– Nie wiem, co mam powiedzieć, panno Buchanan – wyznał, rozkładając ręce w bezradnym geście.

– Naprawdę nic się nie stało – zapewniła po raz kolejny jak grzeczna dziewczynka. Nie patrzyła mu jednak w oczy, tylko nadal śledziła wzrokiem jego szczupłe dłonie. – Nie złożę skargi. Powiedzmy, że doszło do nieporozumienia.

– Cieszy mnie ta wyrozumiałość, aczkolwiek… – zawiesił głos, przyglądając jej się podejrzliwie. – Czy mogę zapytać, czym jest podyktowana?

– Dobrze wiem, że czasy są trudne i… trzeba na siebie uważać – odpowiedziała powoli, z namysłem. – Nie chcę konfliktów. Za bardzo zależy mi na tym, żeby zostać w zamku.

Severus pomyślał, że z jej przeszłością – i gdyby Dumbledore znajdował się jeszcze wśród żywych – to schronienie byłoby dla niej idealnym rozwiązaniem. Niestety, wiele się w tym względzie zmieniło, z czego dopiero zaczynała zdawać sobie sprawę. Dlatego teraz patrzyła na niego tymi bezradnymi, owczymi ślepiami, bo to on był tutaj szefem i jako jedyny miał na cokolwiek wpływ.

– Proszę się napić herbaty, panno Buchanan – polecił. – Podobno koi nerwy.

Uniosła filiżankę do ust i zaraz się skrzywiła, gdy ciepły płyn podrażnił zranioną wargę.

– I eliksir – przypomniał Snape, wskazując fiolkę. – Niech go pani doda do herbaty, złagodzi smak. Jest paskudny, ale bardzo skuteczny. Do rana nie będzie śladu.

Bella Brae postąpiła według wskazówek i przecięta warga zasklepiła się niemal natychmiast. Zaskoczona dotknęła twarzy.

– No tak – skojarzyła fakty. – Jest pan mistrzem eliksirów.

– Istotnie, przynajmniej według wpisu na dyplomie.

Severus również zajął się swoją filiżanką, z filozoficznym spokojem spoglądając w ciemne okno. Zastanawiał się, czy postąpił właściwie, gdy zajął się panną Buchanan, jednak było za późno. Zresztą, co innego mógł zrobić? Zostawić ją na pastwę piekielnego rodzeństwa?

– Jak rozumiem, dobrze zna pan profesor Carrow?

Naprawdę tak określiła Alecto i nawet głos jej przy tym nie zadrżał. To, jak mówiła, jak trzymała w dłoniach filiżankę i jak siedziała przed nim wyprostowana, gdy już otrząsnęła się z szoku, wywarło na nim pewne wrażenie. Bella Brae, jak na tak osobliwą istotę, miała w sobie zaskakująco dużo klasy. Pochodziła wszak z czarodziejskiej inteligencji.

– Skąd taki wniosek?

– Do nikogo innego nie zwraca się pan po imieniu, dyrektorze.

Zauważyła to, aczkolwiek ponownie pomyliła się w ocenie. Nie robił tego z powodu sympatii, po prostu tytuł „profesora" w odniesieniu do któregokolwiek z Carrowów nie przechodził mu przez gardło.

– Rozwiążę tę sprawę, panno Buchanan – obiecał. – Gdyby cokolwiek się działo, proszę niezwłocznie zwrócić się bezpośrednio do mnie. Hasło do gabinetu brzmi: „python regius".

– Bardzo odpowiednie. – Uśmiechnęła się nieco pewniej. – Dziękuję.

Przyjrzał jej się uważnie, ponieważ nagle coś go zaniepokoiło. Potrzebował chwili, by wytropić powód, ale wszystko stało się jasne, gdy jego wzrok padł na drobne kwiatki, które przypięła do swojego kraciastego szala niczym wymyślną broszkę. Szkockie dzwoneczki. Bluebells.

– Jeśli wolno spytać – zawahał się niemal niezauważalnie – skąd ma pani te kwiaty, panno Buchanan?

Pytanie zdecydowanie ją zdziwiło. Zerknęła w dół i pogładziła je w zamyśleniu ręką.

– Dzwoneczki? Są dość powszechne w miejscu, z którego pochodzę. Moja rodzina co kilka dni przysyła mi świeży bukiecik. To moje ulubione kwiaty i pamiątka rodzinnego domu.

– I jest pani pewna tożsamości nadawcy?

– Oczywiście! Kto inny mógłby przysyłać mi kwiaty? – zaśmiała się, jednak zaraz spoważniała, gdy coś sobie uświadomiła. – Już panu mówiłam, dyrektorze. Straciłam kogoś bardzo bliskiego.

– Czy mogę wiedzieć, jak…

– Nie. – Bella Brae przerwała mu w połowie zdania, a wyraz jej twarzy ponownie się zmienił. Stał się tak ponury i obcy, jak jeszcze nigdy. – Proszę wybaczyć, ale to moja prywatna sprawa, dyrektorze.

W zaistniałych okolicznościach stracił prawo, żeby dodać coś więcej. Mógł jedynie mieć nadzieję, że panna Buchanan się nie myli, bo jeżeli dzwoneczki jednak przysyłał jej ktoś inny, jeżeli miały stanowić jakiś rodzaj wymyślnego ostrzeżenia… Cóż, to znaczyłoby, że Severus miał kolejny problem na swojej imponującej liście. Na wszelki wypadek postanowił to sprawdzić – a rejestr rzeczy do sprawdzenia również rósł w postępie geometrycznym. Widać taki jego los.

Na koniec przypomniał sobie jeszcze o książce, której nędzne resztki rzucił wcześniej na biurko. „Wichrowe wzgórza", jak romantycznie… Zastanowił się przelotnie, czy Alecto w ogóle wiedziała, co niszczy, czy było jej zupełnie wszystko jedno. Wykonał prosty gest różdżką, a powieść nie tylko zrosła się z powrotem w całość, ale w dodatku okładka zalśniła nowością, jakby świeżo wyjechała z drukarni. Severus wręczył ją Belli Brae z ostrzeżeniem:

– W tych niebezpiecznych czasach radzę nie afiszować się z podobną literaturą. Dla pani własnego dobra.

– To tylko książka. Sama nikomu nie wyrządzi krzywdy.

– Podobnie jak „Mein Kampf".

– Czy taka pozycja byłaby w nowym Hogwarcie milej widziana? – skontrowała bysto, patrząc mu prosto w oczy.

Może jednak nie była aż tak bardzo naiwna.

– Dobranoc, panno Buchanan – rzucił Snape, unikając odpowiedzi i jednocześnie kończąc nocne posiedzenie. Kolejnym ruchem różdżki odesłał puste naczynia do kuchni. – Jest późno, dlatego nie zachęcam do wędrówek po zamku. Może pani skorzystać z mojego kominka.

– Tak zrobię. Jeszcze raz bardzo dziękuję.

Gdy wyszła, Severus jeszcze długo krążył zirytowany po gabinecie, rozważając, dlaczego wokół pachnie lawendą. Na pewno nie zawierał jej żaden z eliksirów, nie miał też moli (o bogowie, jeszcze tego by brakowało!) ani nie trzymał żadnych roślin.

Zabrało mu sporo czasu, zanim zrozumiał, że to... ona.