O poranku Bella Brae nadal była wstrząśnięta wydarzeniami minionej nocy. Po przebudzeniu od razu wstała z łóżka i długo przyglądała się w lustrze swojej twarzy. Dyrektor miał rację, rana błyskawicznie się zagoiła, ale nie o to chodziło. Nie mogła tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tym, co się wydarzyło. Nie tego się spodziewała w uznanej i szanowanej szkole magii i czarodziejstwa. Pragnęła posady gwarantującej święty spokój – a bójki na korytarzach nie wpisywały się w ten schemat, no chyba że między uczniami. Nie zamierzała tego tak zostawić, jednak nie miała również pomysłu na to, co właściwie mogłaby zrobić. Postanowiła poczekać na jakieś wygodne olśnienie. Tymczasem ubrała się w skromną szatę i zaplotła długie włosy w warkocz, nucąc na poprawę humoru „Williama Taylora" i przytupując nogą do rytmu.
Kwaterę opuściła już w całkiem pozytywnym nastroju, a mimo to wcześniejszy wstrząs odbijał się na jej skupieniu w pracy. Pani Pince spojrzała na nią krzywo, gdy potknęła się i upuściła całe naręcze zakurzonych książek. Panna Buchanan pośpiesznie otworzyła okno, żeby nieco przewietrzyć pomieszczenie, za co ponownie zebrała burę. Usłyszała, że powinna użyć zaklęcia, zamiast wpuszczać do środka wicher, który rozwiał po bibliotece stosy administracyjnych i uczniowskich papierów.
Bella Brae zarumieniła się na ciemny szkarłat.
– Przepraszam. Zapomniałam różdżki, proszę pani.
Irma Pince tylko ciężko westchnęła.
Przez cały dzień Bella Brae obsługiwała uczniów, biegając w tę i z powrotem po różne zamówione książki albo wyznaczając miejsca w czytelni. Raz przez pomyłkę odstawiła jakiegoś zabłąkanego Krukona z drugiego roku do działu ksiąg zakazanych i wtedy jej szefowa była już naprawdę wściekła. No cóż, zwyczajnie i po ludzku się zamyśliła – przecież zdarza się najlepszym. Po południu, w ramach zadania specjalnego, musiała przekopywać się przez kolejne roczniki „Proroka Codziennego", poszukując konkretnych numerów, których dyrektor Snape zażyczył sobie z dostawą do gabinetu. Nie zdążyła nawet się ucieszyć, że może… Bo pani Pince zdecydowanie zabroniła jej tam chodzić i osobiście wszystko dostarczyła. Prawdopodobnie dyrektor nie życzył sobie jej widzieć, obawiając się, że zacznie zadawać kłopotliwe pytania na temat profesor Carrow i wyciągniętych wobec niej konsekwencji. Obawy te były wyjątkowo nieuzasadnione, nie planowała go naciskać, ponieważ wiedziała, że żadnej służbowej nagany nie będzie. Przecież on sam znalazł się w związku z tym w parszywej sytuacji. Poza tym, kto był ważniejszy w szkolnej hierarchii: praktykantka czy pani profesor, z którą dodatkowo łączyły go towarzyskie stosunki? No właśnie.
Gdy jej zmiana w bibliotece dobiegła końca, Bella Brae wcale nie miała ochoty wychodzić. Wśród książek czuła się najlepiej. Zgasiła większość świateł, zostawiła tylko kilka przemyślnie ustawionych lamp olejnych, tworząc w ten sposób intymny klimat, po czym usiadła przy wolnym stoliku i zaczęła ciąć wstążki przeznaczone na zakładki. Nożyczki, którymi się posługiwała, były duże, ciężkie i nieporęczne, za to pięknie wykonane jeszcze w czasach królowej Wiktorii. Zapewne nikt od dawna ich nie używał, tu i tam pojawiły się już plamy rdzy, skoro zaklęcia były znacznie wygodniejsze, ale panna Buchanan ceniła rękodzieło. W skupieniu przecinała paski materiały – sztuczka polegała na tym, żeby zrobić to szybko, jednym cięciem, inaczej nitki zaczynały się snuć. Ciepłe światło odbijało się w jej okularach, gdy pracowała zawzięcie.
Nuciła, licząc dni do kolejnej pełni. Poprzednią przegapiła, a przecież miała na tę noc bardzo konkretne plany. Oczywiście, jeśli znowu ktoś jej nie przeszkodzi. Nie mogła jednak odkładać tego w nieskończoność, w końcu należało przystąpić do dzieła…
Panna Buchanan się myliła. Severus wezwał do siebie Alecto następnego dnia z samego rana. Nauczycielka mugoloznawstwa nie była z tego powodu zadowolona, on zresztą też. Wystarczyło, że usłyszał pukanie do drzwi i już miał dosyć. Carrow wmaszerowała do okrągłego pokoju obrażona na cały świat i padła na krzesło, krzyżując wojowniczo ramiona na piersi.
– Słucham, dyrektorze?
Znowu ten ton. Severus poczuł pierwsze uderzenie gorąca i migreny.
– To ja słucham – odpowiedział lodowato. – Co miał znaczyć ten żenujący spektakl, którego świadkiem byłem zeszłej nocy? Nie życzę sobie, żeby w mojej szkole zatrudnione na etacie nauczycielki okładały pięściami bibliotekarki. Oszalałaś?!
– Co proszę?! – uniosła się Alecto. – Widziałeś, z czym ta mała szlama paradowała po korytarzu? Sądziłam, że twoim zadaniem było zaprowadzenie tutaj porządku, dyrektorze?
– I to właśnie robię! – huknął na nią, waląc pięścią w stół. – Powoli, systematycznie, według ustalonego planu. Czy wiesz, jakich szkód mogłaś narobić? Czy masz tego świadomość?
– Przepraszam bardzo, Snape – przedrzeźniała go bezczelnie. – Sądziłam, że Czarny Pan…
– Powierzył tę misję mnie – przypomniał wściekły jak demony. – I oboje dobrze wiemy, dlaczego to zrobił. Oficjalnie nic się nie zmienia. Postępujemy ostrożnie i usypiamy czujność, dopóki nie wybije właściwa godzina. Utrzymujemy iluzję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nikt nie może się zorientować, aż nie będzie za późno. Gramy. Swoje. Role – podkreślił z naciskiem. – Nikt, powtarzam: NIKT, nie może się domyślić, co naprawdę się tutaj dzieje. Jeśli jesteś zbyt tępa, aby zrozumieć te subtelności, to chociaż rób to, czego się od ciebie wymaga, i nie przeszkadzaj. Jeszcze jeden głupi błąd, a Czarny Pan dowie się o wszystkim. Zapewniam, że się nie ucieszy.
Alecto lekko zbladła, ale to było jeszcze za mało, żeby rzeczywiście spuściła z tonu. Jej niewielki móżdżek przetworzył prawidłowo groźby, nie pojmując ani trochę całej reszty.
– Ta bibliotekarka…
– Zostaw w spokoju bibliotekarkę, ona się nie liczy.
– Drażni mnie – rzuciła marudnie Carrow. – Pieprzona przybłęda, skundlona wiedźma o brudnej krwi.
– Czystej krwi – poinformował ją Severus z mściwą satysfakcją, bo doskonale wiedział, gdzie zaboli.
– Żartujesz!
Z nieznośną, demonstracyjną powolnością przegrzebał papiery na swoim biurku, po czym uniósł gruby, urzędowo wyglądający pergamin na wysokość jej oczu. Alecto mogła się dobrze przyjrzeć wymyślnej kaligrafii dokumentu oraz kompletowi woskowych pieczęci.
– Mam tutaj jej certyfikat. Wystawiony przez niezależną komisję oraz potwierdzony stosownymi wypisami z księgi rodowej. Ten konkretny papier nie został podrasowany po starej znajomości, czego nie można powiedzieć o zaświadczeniu innej obecnej tu osoby…
Słysząc powyższe słowa, Carrow naprawdę się przestraszyła. Słusznie i nareszcie. Nerwowo odsunęła się od biurka wraz z krzesłem.
– Co sugerujesz, Snape?!
– Nie jesteś zbyt podobna do swojego brata, prawda? Gdyby ktoś zechciał dokładniej przeanalizować ten przypadek, mogłyby mu przyjść do głowy ciekawe pomysły.
Zaiste, niska, krępa, obdarzona wulgarną urodą oraz niesymetrycznymi, grubymi rysami twarzy Alecto w niczym nie przypominała wysokiego, wysportowanego, choć podobnie jak ona niegrzeszącego rozumem, Amycusa. W dusznym świecie Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki nic się nie ukryło: wszyscy wszystkich znali, wszyscy się z wszystkimi krzyżowali i wszystko o sobie wiedzieli. Od dawna też krążyły plotki, które miały w sobie zadziwiająco dużo prawdy. Coś o rozwiązłej pani Carrow, ogrodniku i niepewnym ojcostwie. Stara, arystokratyczna śpiewka.
Alecto milczała, patrząc na Severusa z niechęcią. Nie miała pojęcia, jak to rozegrać. Na szczęście on wiedział. Wkroczył do jej własnej historii niczym książę na czarnym koniu.
– Jak myślisz, Carrow, kto głosował za tym, żeby udzielić ci kredytu zaufania? Żeby wątpliwości obrócić na twoją korzyść, nie wchodzić za głęboko w rodzinne sprawy i w konsekwencji nieco wyszlifować twoje zaświadczenie o pochodzeniu?
– Ty? – Wydawała się zaskoczona. – Dlaczego?
– Ponieważ mam podobny problem. Przypominam, że nie tylko twoja matka zabłądziła tam, gdzie nie trzeba. Jedziemy na tym samym wózku, Alecto, powinniśmy sobie nawzajem pomagać.
Była to prawda, przynajmniej częściowo. Przy całym tym szumie dotyczącym czystości krwi lepiej było pilnować tyłów. Wprawdzie Lord Voldemort również nawet nie leżał w pobliżu czystej krwi, ale jego kulawego pochodzenia nikt nie odważy się kwestionować. Wszyscy inni, niezależnie od pozycji w Kręgu, mieli prawo się obawiać, że pewnego dnia łaska pańska się odwróci i trafią na listę szlam.
Opór został skruszony. Alecto siedziała przed nim sztywno i nieświadomie zaczęła obgryzać paznokcie. Dobry początek. Coś tam z pewnością do niej dotarło, jednak jeszcze niedostatecznie mocno. Albo zwyczajnie bibliotekarka aż tak mocno zalazła jej za skórę.
– A ta baba z biblioteki… Dlaczego aż tak bardzo cię obchodzi?
Severus miał ochotę tupać i rzucać przedmiotami. Co jeszcze mógł zrobić, żeby odwrócić jej uwagę?
– Panna Buchanan to zakładniczka dobrej woli – powiedział w końcu swoim najlepszym, absolutnie opanowanym głosem. – Dziwna, niecałkiem prawomyślna z tymi swoimi mugolskimi bzdurami. Gdyby ktoś próbował nam cokolwiek zarzucić… Mamy ją: żywy przykład wielkiej tolerancji panującej w Hogwarcie. Jasne?
Carrow kiwnęła głową. Wreszcie! Skoro już tę sprawę mieli załatwioną, Severus mógł przejść do kolejnego punktu spotkania. Alecto wyraźnie się zdumiała, gdy Snape zatrzymał ją, kiedy chciała wstać z miejsca.
– Chwileczkę – warknął. – Mam do poruszenia jeszcze jeden istotny temat natury… pedagogicznej.
Uniosła brwi wysoko, jakby podejrzewała, że postradał rozum.
– Doszły mnie niepokojące słuchy, że prowadzone przez ciebie zajęcia mugoloznawstwa są co najwyżej mierne merytorycznie.
– Co?! Kto tak powiedział?
Severus bez słowa wskazał portret dyrektora Armando Dippeta. Namalowany czarodziej prychnął z pogardą:
– Żeby tylko mierny.
– Znam tego starucha – rozpoznała Alecto. – Wisi w mojej klasie. Czy ty mnie szpiegujesz, Snape?
– Oczywiście – przyznał bez ani odrobiny skrępowania. – I docierają do mnie niepokojące wieści.
– Mało powiedziane – dodał od siebie Dippet. – Dawno nie słyszałem podobnych głupot. Zalecam uważnie skontrolować dyplom obecnej tu panny, o ile jakikolwiek posiada.
Alecto miała krewki temperament, zwłaszcza gdy spotykała się z krytyką. Wyrwała różdżkę z rękawa i wycelowała w portret. Severus okazał się szybszy. Odbił rozpędzoną kulę ognia, kierując ją do kominka, gdzie wybuchła z hukiem.
– Carrow! – ryknął.
– Uczę według zatwierdzonego podręcznika, który sam mi dałeś! – broniła się. – Dokładnie tak, jak tam jest napisane. Słowo w słowo.
– Więc może najpierw uważnie go przeczytaj? – zasugerował jedwabistym tonem Snape.
– Mugole to nędzne, parchate zwierzęta cudem poruszające się na dwóch łapach. Tak właśnie jest i tak będę uczyć!
Dippet, któremu niestraszne były ogniste kule, wymownie westchnął. Severus odczuwał pokusę, by ponownie użyć różdżki. Był zmęczony i bolała go głowa. Diabli nadali Carrowów.
– To nie wystarczy! – rzucił ostro. – Nie ośmieszaj przeciwnika, Alecto, to podstawowy błąd. Niemal… podręcznikowy. Nie mamy robić z nich Żydów ani nowych Indian, do ciężkiej cholery! Wszyscy zawsze intuicyjnie biorą stronę słabszej opcji. W tych małych, pustych głowach mugole nie mają być Żydami, tylko Trzecią Rzeszą. Agresorami. Mugole przeprowadzili starannie zaplanowaną eksterminację czarodziejów, nadal są groźni i źli. Nie są śmieszni ani ułomni, tylko śmiertelnie niebezpieczni. Mają broń, mają… odbierające magię leki wyprodukowane przez koncerny farmaceutyczne – pouczał ją cierpliwie, posługując się losowymi argumentami, jakie akurat przyszły mu na myśl. – Opowiedz im o paleniu czarownic.
– Nic o tym nie wiem!
– To się dowiedz. Odwiedź bibliotekę, jeśli potrzebujesz – dodał z przekąsem. – Albo porozmawiaj z profesorem Binnsem.
Alecto zmarszczyła nos.
– On jest duchem.
– To dobrze, opowie ci coś z własnego doświadczenia. Kto wie, może będziesz miała szczęście i okaże się, że akurat zginął na stosie – zadrwił Snape. – Zapytaj. Zbierz informację. Zrób COKOLWIEK.
Spojrzenie Alecto mogłoby go spopielić, gdyby był wrażliwy na podobne rzeczy. Jej policzki płonęły, jednak ceglaste rumieńce wcale nie wyglądały uroczo, raczej niezdrowo.
– A teraz żegnam – zakończył spotkanie Severus. – Ostrzegam, że nie chcę żadnych więcej problemów ani bójek. Szkoła ma działać jak w zegarku, zrozumiano?
Podniosła się z krzesła wściekła, a gdyby nie jej gruboskórność, byłaby pewnie również poważnie zraniona. Nie zaszczyciła go żadnym więcej słowem ani spojrzeniem. Wyszła, trzaskając drzwiami.
Wykończony Severus schował twarz w dłoniach.
– No, no, mój chłopcze – odezwał się portret Albusa Dumbledore'a. – Dwie młode damy w twoim gabinecie w tak krótkim czasie? Musisz cieszyć się wielkim powodzeniem.
Severus czasami wolałby, żeby Dumbledore jednak nie umarł. Nie dlatego, że jakoś specjalnie go lubił, ale wtedy przynajmniej nie musiałby się użerać z tą piekielną, malowaną namiastką, która poważnie narażała jego zdrowie psychiczne. No i miałby teraz na kogo nawrzeszczeć.
– To moja wina – wyrzucała sobie Minerwa. – To ja dopełniłam ostatnich formalności w procesie jej zatrudnienia, gdy wypełniałam jeszcze obowiązki dyrektorki.
– Skąd mogłaś wiedzieć? – pocieszała ją Poppy Pomfrey.
– Zresztą, i tak było za późno – dodała Irma Pince. – Nic z tym już teraz nie zrobimy.
Trzy czarownice zebrały się na wieczornej herbatce u nauczycielki transmutacji. Robiły to regularnie, dopóki takie zgromadzenia były jeszcze legalne. Nowy dyrektor w każdej chwili mógł ich zakazać w nagłym przypływie fantazji.
– Wtedy jeszcze nikt się nie spodziewał, że Same-Wiecie-Kto tak szybko opanuje ministerstwo, a później wyśle do Hogwartu akurat jego. To najgorsza możliwa nominacja, zupełnie jakby śmiał nam się prosto w twarz.
– Myślę, że to był główny powód – uznała Poppy. – Sianie zamętu.
– Sądziłam, że dobrze robię, skoro sam Albus podpisał z nią wstępny kontrakt. Jego decyzje kadrowe nigdy nie były przypadkowe, za to zawsze bardzo trafne.
– Z wyjątkiem jednej – rzuciła pani Pince.
– Wszystkich nas nabrał – zgodziła się Poppy. – Ufaliśmy mu do ostatniej chwili.
– Doskonały kłamca, grał do końca.
Trzy czarownice pogrążyły się w ponurym zamyśleniu, którego bohaterem był dawny mistrz eliksirów. Pani Pomfrey nawet nie zauważyła, że wsypuje do filiżanki piątą łyżeczkę cukru. Przecież to niezdrowo…
– Nie mogę znieść tego, jak się tutaj panoszy. I to ciągłe gadanie o wypadku. Nie chcę tego słuchać! A on niemal się przy tym uśmiecha, jakby go to strasznie bawiło.
– A jeśli naraziłam ją na niebezpieczeństwo? – nie odpuszczała McGonagall. – Gdybym wiedziała, odesłałabym ją… Ale już była w zamku, kiedy się zjawił.
– Biedna dziewczyna – westchnęła Poppy. – Miała już przynajmniej jeden poważny zatarg z tą… z tą… – Nie zdołała przepchnąć przez ściśnięte gardło nazwiska. – Nową profesor. Nie widziałam całego zdarzenia. Wracałam do lecznicy i byłam już na schodach piętro wyżej, kiedy usłyszałam krzyki.
– Co się stało? – zaniepokoiła się Minerwa.
– Ta paskudna baba coś do niej krzyczała. Cofnęłam się, chciałam zareagować, ale wtedy zjawił się Snape i ją zabrał.
– Carrow?
– Nie, Bellę Brae.
Pozostałe nauczycielki spojrzały na nią zszokowanym wzrokiem.
– Zabrał? Gdzie?
– Pewnie do siebie, bo ja wiem?
McGonagall zagryzła wargi tak mocno, że niemal zupełnie zniknęły. Starała się, jak mogła, ale pewnie tylko go tym sprowokowała. Snape taki już był, przeklęty Ślizgon. Zainteresował się bibliotekarką na złość im wszystkim.
– Kręci się koło niej, to pewne – stwierdziła Irma, która miała najlepszy ogląd na sprawę. – O mało zawału nie dostałam, gdy pierwszy raz wpadł do biblioteki.
– Ona jest bardzo ładna – zauważyła Poppy.
– Uważasz, że to ma jakieś znaczenie?
– A więc… – Pielęgniarka zarumieniła się uroczo. Należała do gatunku romantycznych kobiet i nawet wojna nie wybiła jej tego z głowy. – Jest również ruda…
Ten dodatkowy atut Belli Brae nieco bardziej przemówił do wyobraźni pozostałym kobietom.
– I chyba też niespełna rozumu – prychnęła surowo pani Pince. – Ciągle śpiewa, rysuje albo coś wycina. Wszędzie jej pełno i gada jak najęta. Gdy tylko go zobaczyła, od razu wszystko mu o sobie opowiedziała, na jednym wydechu! Trzeba było zobaczyć, jaką miał minę, jakby mu kot nasrał do łóżka. Jeżeli mam być szczera, to… Warto się było tyle męczyć dla tego jednego momentu.
– Ale nic jej nie zrobił? – dociekała przejęta Poppy.
– Najwyraźniej. Pewnie jeszcze nie otrzymał instrukcji od… No, wiecie. Kto by pomyślał, że doczekamy czasów, kiedy Same-Wiecie-Kto będzie trząsł tą szkołą, i to przy pomocy takiej ohydnej marionetki.
– Nic jeszcze nie zrobią – stwierdziła z przekonaniem Minerwa. – Na razie. Przecież wychodzą z siebie, żeby przekonać opinię publiczną, że nie dzieje się nic niepokojącego.
– Tylko my mamy świadomość, jak jest naprawdę – westchnęła pani Pomfrey. – I nasze dzieciaki... Mali bohaterowie.
Faktycznie, akcje dywersyjne na korytarzach Hogwartu stawały się coraz bardziej bezczelne. Z początku pojawiały się wyłącznie napisy, ale teraz niemal żadna noc nie mijała spokojnie. W nocy słychać było wyścigi na korytarzach, awantury i wyklinających nauczycieli z nowego, wrogiego nadania. Szlabany sypały się jak z rękawa, ale pozostali profesorowie lojalnie odmawiali ich dozorowania. Liczyli, że przy nawale obowiązków Carrowowie znudzą się i odpuszczą. Jeszcze nie mieli świadomości, jak bardzo się mylą.
– W każdym razie ktoś będzie musiał poważnie porozmawiać z Bellą – powróciła do głównego wątku Poppy. – Ona chyba nie zdaje sobie sprawy, z kim ma do czynienia.
– Ani trochę. – Pokręciła głową Minerwa. – Nie było jej tutaj rok temu, nie ma pojęcia, co wydarzyło się na Wieży Astronomicznej. Jednak czy możemy ją tak beztrosko wtajemniczać w nasze sprawy?
– Tak, to duży problem – poparła ją Pomfrey. – Ale nie możemy tego tak zostawić. Próbowałaś chociaż trochę ją wyczuć?
– Owszem, zaprosiłam ją kiedyś na podwieczorek. Pytałam, jak jej się podoba w szkole, czy ma jakieś uwagi. Jednak co miała odpowiedzieć wicedyrektorce? Stwierdziła, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i tylko poprosiła o biurko.
– O biurko?
Minerwa wzruszyła ramionami.
– Ona jest dziwna – powtórzyła pani Pince. – Mówiłam, że ciągle coś wykleja, rysuje albo haftuje. A gdy już nic nie ma do roboty, to czyta. Chyba ani chwili nie spędza bezczynnie.
– A zmiana dyrektora? Nie skomentowała tego? – dociekała Poppy.
– Chyba uważa, że jest miły…
– Wariatka! – Załamała ręce Irma.
– To nie tak – wtrąciła Pomfrey. – Dla niej być może rzeczywiście taki jest. Trudno się spodziewać, żeby rzucał w nią cruciatusami, na pewno nie dał się jeszcze poznać z tej innej, paskudnej strony.
– I zauważyła, że dyrektor jest dość młody – dodała ponuro Minerwa.
– Niedobrze, bardzo niedobrze.
Trzy czarownice pogrążyły się w ciężkim milczeniu, podzwaniając srebrnymi łyżeczkami i porcelanowymi filiżankami.
– Bella jest bardzo grzeczna i sympatyczna, ale nie potrafię rozpoznać, co o tym wszystkim myśli ani czy nam uwierzy – dokończyła McGonagall. – Nie wiem, na ile mogę być z nią szczera.
– A do tego Snape przez cały czas będzie nas obserwował – stwierdziła pani Pince. – On już wie, że Bella jest problematyczna.
– I że z jakichś względów jej pilnujemy – poparła ją Minerwa. – Będzie chciał się dowiedzieć i w ten sposób tylko jej zaszkodzimy. Musimy czekać, zobaczyć, co będzie dalej.
Zaniepokojona Poppy kołysała w filiżance zbyt słodką herbatę, której nie dało się wypić. Prawdopodobnie jako jedyna na sabacie pomyślała o zupełnie innym zagrożeniu.
– Najgorsze, że w tym momencie to jedyna osoba, która nie jest do niego negatywnie nastawiona.
– Tylko dlatego, że go nie zna – prychnęła Irma.
– Właśnie, a jeżeli on również zdaje sobie z tego sprawę? – zadała trudne pytanie Poppy, jednocześnie wykazując się empatią i osobliwym współczuciem. – Samotność jest straszna, wręcz nie do zniesienia, a przecież on nie ma nikogo innego, z kim mógłby chociaż porozmawiać.
– Na szczęście dla tej biednej dziewczyny Snape nikogo nie potrzebuje – ucięła dyskusję Irma. – Bo gdyby było inaczej…
– Nie – przerwała jej McGonagall. – Dajmy temu spokój, akurat z tej strony nie spodziewam się zagrożenia. Mimo to musimy uważnie obserwować sytuację. Miejmy nadzieję, że już wkrótce ten obłęd się skończy. Same-Wiecie-Kto na pewno nie utrzyma się długo u władzy, ludzie się na to nie zgodzą. Musimy tylko przeczekać burzę, a wszystko będzie dobrze.
Pośród ciemnej jak grzech nocy Bluebell aportował się cicho w bocznej uliczce niewielkiego, uśpionego mugolskiego miasteczka. Maskująca czerń i szeroki kaptur znakomicie kryły go przed ciekawskim wzrokiem, chociaż o tej porze i w tym miejscu nie spodziewał się nikogo spotkać Wszystko sprowadzało się do dobrego harmonogramu: jeśli plan był dopracowany do najmniejszego szczegółu, a czas wymierzony, pozostawał nieuchwytny, a do tego miał dość czasu na… rozrywki. W jednej ręce pewnie trzymał różdżkę, drugą oparł na szerokim pasie, który w schludnie uporządkowanych saszetkach skrywał wszystkie niezbędne narzędzia.
Bluebell był człowiekiem metodycznym, to również stanowiło klucz do sukcesu. Nic nie pozostawiał przypadkowi. Czarny Pan bardzo to cenił, podobnie jak praktycyzm, skuteczność… I jasny przekaz, jaki niosła ze sobą działalność Bluebella.
Dom wybrany na dzisiejszą noc był cichy i ciemny. Cisza akurat go drażniła, wolał, gdy krzyczeli, ale musiał uważać. Nie mógł ściągać na siebie więcej uwagi, niż to było absolutnie konieczne. Młode małżeństwo spało na pierwszym piętrze. Z informacji, które mu przekazano, wynikało, że czarownica była czystej krwi, jej partner – nie. Nie byli ważni, ale z jakiegoś powodu należało ich zlikwidować. Nie jego rzecz, Bluebell nie orientował się w takich zawiłościach. Nie interesowały go, wolał skupiać się na zadaniu. Nie miał też ochoty czekać, aż Czarny Pan wskaże mu jakieś ofiary z listy tych ważnych. Nudził się i nalegał na częstsze wyjścia w teren, żeby przypadkiem nie zaśniedzieć. Potrzebował tego jak powietrza.
Następnego dnia kolejne morderstwo trafiło na pierwsze strony gazet. Mugolscy dziennikarze rozpisywali się o bestalstwie, możliwych porachunkach mafijnych albo zazdrosnym byłym narzeczonym. Nic ponad standard, co świadczyło tylko o tym, jak mało wiedzą o czymkolwiek. Bluebell polegał na ignorancji i fake newsach, które od wielu lat zapewniały mu anonimowość. Sam był już wówczas daleko i śnił sny o Hogwarcie.
Tam czekało na niego najważniejsze zadanie.
