Severus polubił spacery. Kiedyś niezmiernie irytowało go, że zaklęcia ochronne wokół Hogwartu zataczają aż tak szerokie kręgi i po otrzymaniu wezwania musi się tyle nachodzić, zanim w końcu teleportuje się z Zakazanego Lasu lub ścieżki prowadzącej do Hogsmeade. W drodze powrotnej musiał powtarzać cały proces, nieważne, jak bardzo był wykończony, wściekły lub poraniony. Bo i takie wesołe wieczory zdarzały się na zabawie u Czarnego Pana. Kiedyś mile wytuptane o różnych godzinach zmierzchu, nocy lub świtu doprowadzały go do szewskiej pasji, teraz stanowiły miłe interludium pomiędzy występami w roli wrednego dyrektora, którego obecności w szkole życzyli sobie jedynie Ślizgoni – a i to nie zawsze. Nie wszystkim czystokrwistym czarodziejom w Wewnętrznym Kręgu spodobało się jego niespodziewane wyróżnienie. Dla magicznej arystokracji pozostawał pariasem. Przydatnym, owszem, ale nie na tyle, żeby go od razu zapraszać na herbatki albo swatać z córkami…
Niech dzięki będą Salazarowi!
Wędrował pogrążony we własnych myślach przez oświetlone blaskiem księżyca w pełni błonia i naprawdę nie spodziewał się tej nocy już więcej atrakcji. Dlatego zdziwił się, gdy mijając jezioro, usłyszał podejrzany plusk. W normalnych okolicznościach pomyślałby, że to szkolna kałamarnica, jednak całkiem niedawno upolował ją znudzony Carrow – zapewne w zastępstwie centaurów, które znacznie lepiej się broniły. W wolnych chwilach Amycus coraz częściej zarzucał na plecy strzelbę i ruszał szukać sobie kolejnych trofeów, bo jednak szlachectwo zobowiązuje. Wprawdzie polowanie zwykle nie polega na strzelaniu do wody, ale z drugiej strony – co Severus o tym wiedział? Nie próbował temperować Carrowa. Po cichu liczył, że w końcu zabłądzi tak daleko w głąb Zakazanego Lasu, że coś go tam pożre. Jeden problem z głowy.
Plusk się powtórzył, więc zaciekawiony Severus skręcił w stronę jeziora, a następnie zamarł na brzegu niczym rażony piorunem.
Bella Brae stała po pas w wodzie – dokładnie w miejscu, gdzie idealnie okrągła twarz księżyca odbijała się w tafli jeziora – kłaniając się nocnemu niebu i… Tak, chyba przy okazji myła włosy. Jeżeli istniały granice absurdu, to ona najwyraźniej jeszcze się z nimi nie spotkała.
– Panno Buchanan – odezwał się słabym głosem. – Co pani wyprawia?
Obejrzała się na niego, ale wcale nie wydawała się zakłopotana. Spokojnie kontynuowała… cokolwiek wcześniej robiła.
– Kąpię się w księżycu – odpowiedziała takim tonem, jakby była to najzwyklejsza czynność na świecie.
Wyprostowała się, unosząc ręce wysoko nad głowę w geście pozdrowienia. W jasnym blasku księżyca Severus zauważył, że nie miała na sobie szaty, tylko jakieś idiotycznie cienkie, białe giezło. Błyskawicznie pożałował, że zwrócił na to uwagę.
– Proszę stamtąd natychmiast wyjść! – polecił.
– Ale taka okazja zdarza się tylko raz na miesiąc.
– Dokładnie co dwadzieścia osiem dni – poprawił odruchowo. – I mówi się trudno. W Hogwarcie od kilku wieków mamy do dyspozycji bieżącą wodę, nie kąpiemy się w jeziorze ani tym bardziej w księżycu, panno Buchanan. Co by się stało, gdyby zobaczył panią uczeń?
– Och, mogłabym nauczyć go wiele o dawnych zwyczajach – rzuciła beztrosko.
Brodząc w wodzie, wydawała się jeszcze bardziej radosna i ożywiona niż zazwyczaj, jakby rzeczywiście czerpała energię z kosmosu.
– To zbyteczne – ocenił Snape zimno. – Program nauczania został w tym roku wystarczająco zreformowany, więcej zmian nie zniesie.
– A pan, dyrektorze? – zapytała nagle i dosłuchał się w jej tonie czegoś nowego. Czy to miał być żart? – Nie lubi pan Starej Magii?
– Niespecjalnie – uciął. – Nie cenię chaosu, który wnosi. Proszę wyjść z wody, panno Buchanan. Nie będę się powtarzać.
W końcu go posłuchała. Zakończyła ablucje i zaczęła powoli wychodzić na brzeg, chlapiąc, pluszcząc i walcząc z oporem wody. Dopiero wtedy Severus zrozumiał swój błąd. Z bliska dostrzegł, że mokra sukienka czy też koszula nocna stała się niemal przezroczysta i tak przylgnęła do jej ciała, że nie pozostawiła przestrzeni dla wyobraźni. Cienka koszulka ujawniła również ponad wszelką wątpliwość, że Bella Brae bardzo zmarzła.
Nagle zrobiło mu się gorąco. Oczywiście z powodu irytacji. Szybko spojrzał w górę, unikając kłopotliwych rejonów, po czym zdjął własną pelerynę podróżną i zarzucił ją na ramiona bibliotekarki.
– O, jaka ciepła – ucieszyła się, starannie się otulając i, ku jego przerażeniu, obwąchując materiał. – Pachnie lasem i wiatrem, doskonałe połączenie.
Severus zatrzymał komentarz dla siebie. Czuł się już dostatecznie źle i nie na miejscu w całej tej sytuacji. Nie chciał nawet zaczynać uważniej rozważać kwestii, że Bella Brae ogrzewa się właśnie osobiście wyprodukowanym przez niego ciepłem i myśli sobie, Salazar wie co. Tym bardziej że bez peleryny jego również przeniknął nocny chłód.
– Łaskawie proszę, aby nie biegała pani więcej w negliżu po szkolnych terenach, panno Buchanan – wydusił z trudem.
– Słusznie, podobne rytuały i tak powinno się wykonywać nago.
„Żadnych granic", myślał gorączkowo Snape. „Ani odrobiny".
Nie miał pewności, czy to tylko złudzenie, czy faktycznie dostrzegł w jej roześmianych oczach błysk. Bella Brae utrzymywała z nim kontakt wzrokowy absolutnie niezmieszana i rozbrajająco niewinna. Zaczynał podejrzewać, że niezłe z niej ziółko. Księżyc i Stara Magia nijak nie pasowały do całej reszty związanej z mugolami i brytyjskim systemem szkolnictwa.
Irytacja Severusa osiągnęła punkt wrzenia i w jednej chwili stracił cierpliwość. Chwycił Bellę Brae mocno za ramię, pociągając za sobą do zamku. Nie przejmował się, że idzie za szybko, a ona – na boso! – ledwo za nim nadąża. Postanowił jak najszybciej usunąć z oczu potencjalnych świadków oburzające widowisko. Wprawdzie zrobiło się późno i Hogwart powinien od dawna być pogrążony we śnie, ale… Nie oszukujmy się, rzadko tak bywało.
Severus prawie siłą wciągnął pannę Buchanan po schodach, po czym przecisnął przez uchylone drzwi. Peleryna nie pomogła, przemoczona Bella Brae trzęsła się z zimna i zaczęła szczękać zębami. Wiedział, że oto czeka go najtrudniejszy moment. Musiał się z nią jakoś przemknąć korytarzami, zanim zauważą ich ciekawskie oczy. Zadanie niemal niemożliwe…
– Na Merlina! Dyrektorze, co się stało tej dziewczynie?
No właśnie.
Nie udało się. Niemal tuż za progiem niecodzienna para nadziała się na Minerwę McGonagall. Wicedyrektorka stała na schodach prowadzących z sali wejściowej na wyższe piętra. Snape najpierw zaklął w duchu, a potem zastanowił się przelotnie, czy McGonagall przypadkiem nie przejęła jego zwyczaju nocnego patrolowania zamku. Była czujna, oddana Dumbledore'owi i szkole. Prawdopodobnie postanowiła pilnować porządku na własną rękę, dodatkowo przy każdej nadarzającej się okazji uprzykrzając życie Carrowom.
– Nie wiem i nie chcę wiedzieć – uciął Severus, nie mając ochoty ponownie poruszać tematu kąpieli w księżycu.
– Ależ ona jest cała mokra i zmarznięta na kość!
Za późno uświadomił sobie, że bezmyślnie udzielił bardzo złej odpowiedzi, nie biorąc pod uwagę konsekwencji. Wszak Minerwa gotowa była pomyśleć, że jako wróg mugoli i zdrajców krwi sam próbował utopić Bellę Brae w jeziorze. Nie mógł się już wycofać, mógł tylko zachować spokój.
– Chłodne kąpiele hartują ciało i ducha, przynajmniej tak słyszałem – rzucił obojętnie.
– Nic się nie stało – zapewniła panna Buchanan. Ponieważ Snape nie radził sobie z sytuacją, pogrążając się z każdym słowem, postanowiła wkroczyć do akcji. – Nie mogłam zasnąć, więc wybrałam się na spacer, a później poślizgnęłam się w ciemności i wpadłam do wody.
Dlaczego tym razem skłamała, chociaż wcześniej wcale się nie krępowała? Snape nie wiedział. Może po głębokim namyśle i w jasnym zamku, w obecności poważnej czarownicy wreszcie zawstydziła się głupoty, jaką popełniła. Wieczór stawał się coraz bardziej interesujący…
– Miałam szczęście, że pan dyrektor akurat znajdował się w pobliżu – zakończyła Bella Brae, spuszczając wzrok.
– Mniejsza z tym. – Minerwa nie doceniła jego chwilowego bohaterstwa. – Zaziębi się pani na śmierć!
Ruszyła w dół schodów, wyciągając przed siebie różdżkę. Ten gest z kolei tragicznie źle zrozumiał zaszczuty dyrektor – wycelowane prosto w niego różdżki budziły wyłącznie złe skojarzenia, skoro nieustannie spodziewał się ataku ze strony dawnych kolegów. Zadziałał instynktownie, również sięgając po różdżkę i odpychając Bellę Brae za siebie. W jakim celu to zrobił? Nie miał pojęcia, przecież jej nie groziło ze strony Minerwy nic złego. Reakcja Severusa zadziwiła obie kobiety, a zdecydowanie najbardziej McGonagall. Widział, jak jej oczy rozszerzają się ze zdumienia.
Dopiero wtedy zrozumiał, co McGonagall naprawdę chciała zrobić. I nie mógł uwierzyć, że do tej pory sam o tym nie pomyślał, ciągnąc przemoczoną owcę przez całe błonia. Odwrócił się ku niej i kierowany złością rzucił nieco zbyt silne zaklęcie osuszające. Gorący powiew powietrza sprawił, że puszyste włosy Belli Brae niemal stanęły dęba, a i tak skłonne do rumieńców policzki pokryły się lśniącym szkarłatem. Zaskoczona bibliotekarka pisnęła w kłębach pary, która się z niej unosiła, i niepewnie dotknęła afro na swojej głowie.
– Lepiej, panno Buchanan? – zapytał Severus z gryzącym sarkazmem. – Chodźmy, odprowadzę panią do kwatery.
„Na wszelki wypadek, żeby księżyc znowu nie sprowadził cię na manowce", pomyślał.
Minerwa zdecydowanie zaprotestowała.
– Może lepiej ja to zrobię – zaproponowała. – Chyba nie chcesz być widziany nocą w towarzystwie półnagiej koleżanki, Sev… dyrektorze?
Musiała być naprawdę wstrząśnięta, skoro omal nie zwróciła się do niego po imieniu – jak za starych, dobrych czasów.
Wzruszył obojętnie ramionami.
– Poradzę sobie z kilkoma głupimi plotkami, profesor McGonagall – stwierdził, skoro wokół krążyły o nim już znacznie, znacznie gorsze opowieści. Niektóre nawet prawdziwe. – Proszę za mną, panno Buchanan – rzucił, ruszając dziarsko przed siebie.
Bella Brae skinęła głową wicedyrektorce i pokornie podreptała za nim, plaszcząc bosymi stopami na kamiennej podłodze. To mu o czymś przypomniało.
– Gdzie są pani ubrania? – zapytał surowo.
– Pewnie nadal nad jeziorem.
– Proszę niezwłocznie posłać tam skrzata, zanim ktoś inny na nie natrafi i zechce przeszukać jezioro pod kątem trupa. Mam już dość kłopotów.
– Właśnie tak zrobię – obiecała.
– Później niech zamówi pani dla siebie herbatę, najlepiej z przewagą rumu. Zwolnienie lekarskie po zaledwie miesiącu pracy nie byłoby mile widziane.
– Rozumiem.
Resztę drogi pokonali w milczeniu. Severus zatrzymał się dopiero przed drzwiami jej kwatery i odwrócił z mrocznym spojrzeniem. Nocne kąpiele w księżycu chyba rzeczywiście działały cuda, bo rumiana Bella Brae wyglądała ślicznie, a jej oczy błyszczały, gdy wpatrywała się w niego jak w obrazek.
Odchrząknął.
– I żeby mi to było ostatni raz, panno Buchanan.
– Oczywiście, dyrektorze. Dziękuję za wszystko. Może pan również chce się napić wspomnianej herbaty?
– Nie! – Wydawał się wystraszony tą propozycją. – Nie dzisiaj.
– Więc może innym razem – ucieszyła się, otwierając drzwi.
Wykonała taki ruch, jakby zamierzała zdjąć pelerynę, ale powstrzymał ją nerwowym gestem. Pamiętał, jak niewiele miała pod spodem, i nie chciał tego znowu oglądać.
– Nie ma pośpiechu. Przyślę po nią później skrzata.
– Dobrze. Dobranoc, dyrektorze.
– Yhm.
W końcu zniknęła w swoim pokoju, a Severus jeszcze długo zastanawiał się, co się tu w ogóle wydarzyło.
Tuż po powrocie do kwatery Bella Brae najpierw zajęła się rozgrzewającą kąpielą. Rzeczywiście trochę zmarzła, a poza tym dyrektor kompletnie zrujnował jej fryzurę błyskawicznym suszeniem. Jako mężczyzna szczęśliwie obdarzony prostymi włosami, które nie wymagały wiele zachodu, kompletnie nie rozumiał, ile pracy wymaga utrzymanie loków w jakiej takiej kondycji. Odziana w szlafrok usiadła z mokrymi włosami przed kominkiem i cierpliwie nawijała na palce pasmo po paśmie.
Niedługo później pojawił się przed nią skrzat z parującą herbatą z daleka zalatujacą alkoholem, a wkrótce potem drugi – z kompletem jej ubrań znad jeziora. Rzeczy zostały wyprane, wyprasowane i były gotowe do użycia. Dyrektor polecił jej załatwić to wszystko samodzielnie, jednak chyba ani trochę jej nie ufał, skoro i tak wydał skrzatom własne polecenia, jeszcze zanim Bella Brae zdążyła o tym pomyśleć. Odebrała swoje szaty, podziękowała za herbatę… Ale ostatecznie tylko jeden skrzat zniknął z cichym pyknięciem. Drugi patrzył na nią wyczekująco.
– Tak? – zapytała zaciekawiona. – Czy coś się stało?
– Dyrektor Snape uprzejmie zapytuje, czy być może jest pani w posiadaniu peleryny, którą nieszczęśliwie zgubił dziś po południu.
„Dyskretny, nawet wobec skrzatów", przemknęło przez głowę panny Buchanan.
Z nieobecną miną obejrzała się na okrycie, które rozwiesiła wcześniej na oparciu fotela za swoimi plecami. Odruchowo dotknęła materiału, a następnie jeszcze raz wtuliła w niego nos. Peleryna nadal pachniała lasem.
– Ja… – Zawahała się. – Guzik się urwał, powinnam go przyszyć.
– My to chętnie zrobimy – zaoferował skrzat.
– Nie, lepiej ja sama…
Zdjęła płaszcz z oparcia i położyła sobie na kolanach. Skrzat nie zdołałby go jej wyrwać, choćby bardzo chciał, dlatego w końcu ukłonił się i zniknął. Bella Brae pociągnęła łyk hojnie doprawionej rumem herbaty i aż się zachłysnęła.
Po kilku minutach skrzat pojawił się ponownie.
– Dyrektor Snape zapewnia, że nie musi pani przyszywać jego guzików, sam sobie świetnie poradzi.
– To żaden problem – zapewniła Bella Brae.
Na potwierdzenie swoich słów wstała i z peleryną nadal przyciśniętą do piersi zaczęła się kręcić po kwaterze w poszukiwaniu zestawu do cerowania. Miała uroczy koszyczek do robótek ręcznych – a był to dopiero początek imponującej kolekcji zadziwiających przedmiotów, które zgromadziła w ciągu życia. Dobrze, że nie widział tego nikt postronny, skoro już i tak była jednostką wielce podejrzaną.
Pod czujnym spojrzeniem skrzata wyszukała czarną nitkę i igłę. Zaczęła ją nawlekać, myśląc gorączkowo, że musi jeszcze niepostrzeżenie wyrwać wspomniany guzik. Skrzat obserwował jej zabiegi z dość osobliwą miną, jednak ostatecznie się poddał. Gdy Bella Brae została sama, złapała guzik przy kołnierzu i pociągnęła z całej siły. Udało się. Guzik został w jej dłoni, idealnie czarny i lśniący.
Skrzat pojawił się po raz kolejny.
– Dyrektor Snape nie życzy sobie przyszywania guzików, jest usatysfakcjonowany ich obecnym stanem – oświadczył zmęczonym tonem.
Za późno. Bella Brae już ponownie siedziała przy kominku z peleryną malowniczo rozłożoną wokół niej i kołnierzem na kolanach. W skupieniu przymierzała czarny guzik do jego dawnego miejsca.
– Chwileczkę, zaraz skończę.
Odprawiony skrzat nie miał wyjścia, musiał znowu ją opuścić. Uśmiechnęła się do siebie pod nosem.
Nie minęło pięć sekund, gdy kominek przed Bellą Brae rozjarzył się na zielono – jednak płomienie sieci Fiuu były niczym wobec ognia, którym ział dyrektor Snape. Po raz pierwszy stanął przed nią pozbawiony całego profesorskiego anturażu: z dala od przytłaczającego gabinetu, tylko w zwyczajnych spodniach i prostej, czarnej koszuli. Widocznie on również szykował się już do snu.
– Panno Buchanan, czy zdaje pani sobie sprawę z tego, która jest godzina?! – wybuchł. – Czy cierpi pani na jakiś rodzaj gorączki połączonej z majakami? O co chodzi z tymi piekielnymi guzikami?!
– Prawie gotowe – odpowiedziała nieporuszona ani jego słowami, ani agresywnym tonem.
– Panno Buchanan! – rzucił groźnie.
Pochylił się, zamierzając wyrwać swoją własność i zakończyć cały ten cyrk, ale nie zdążył. Bella Brae uchyliła się i wstała, po czym umknęła na bezpieczną odległość. Odgryzła nadmiar nici i profesjonalnie strzepnęła atramentowoczarną pelerynę.
– Proszę. – Uśmiechnęła się. – Już po krzyku.
– Składam wielkie dzięki za tę absolutnie zbędną usługę – wycedził Severus z zaciśniętymi nerwowo zębami. – Czy pani wie, że do takich rzeczy wystarczy różdżka?
– Tak słyszałam – odpowiedziała spokojnie. – Niestety, musiałam nauczyć się radzić sobie w inny sposób. Odkąd cierpię na depresję, moje zdolności magiczne znacznie osłabły. Mam dość mocy w palcach, aby zamek bez problemu mnie rozpoznawał. Mogę się po nim poruszać, otwierać drzwi, używać sieci Fiuu i magicznych sprzętów, ale niewiele więcej – wyjaśniła tak prosto i szczerze, jak zawsze to robiła.
Severus stracił impet. Zatrzymał się w pół kroku, przyglądając jej uważnie. Myślał, że to już koniec niespodzianek, ale nie. W przypadku panny Buchanan nigdy się nie kończyły. Przypomniał sobie wszystkie ich spotkania… Ani razu nie wiedział, żeby używała czarów. Bella Brae nosiła książki, wycinała zakładki starożytnymi nożyczkami i ręcznie przyszywała guziki. Odruchowo rozejrzał się po jej pokoju. Był skromnie urządzony i nie zawierał zbyt wielu osobistych przedmiotów, jak to zwykle bywa tuż po przeprowadzce, zanim pracownik na dobre rozgości się w Hogwarcie. Zauważył jednak, że przy lichtarzu ze świecami leżą zapałki, przy krześle, na którym siedziała Bella Brae, koszyczek do robótek ręcznych, a na stoliczku przy oknie – maszyna do pisania. Na wszelki wypadek, gdyby nie wystarczyły związki z mugolami, panna Buchanan została jeszcze wtórną charłaczką.
Takie rzeczy niestety się zdarzały, choć rzadko mówiono o nich głośno. Utrata magii była potwornym kalectwem.
– Nie śpię, nie mogę jeść i nie potrafię czarować – mówiła dalej Bella Brae cichym, śpiewnym głosem. – Miałam kiepskie widoki na zatrudnienie. Pana poprzednik się nade mną zlitował, ale chyba nie zdążył panu przekazać wszystkich szczegółów, prawda?
– Nie interesują mnie pani osobiste problemy, panno Buchanan, dopóki wywiązuje się pani ze swoich obowiązków – powiedział chłodno Severus, nadal bardzo zdystansowany. – I dopóki będzie się pani trzymać z daleka od jeziora – dodał po namyśle.
Westchnęła, rozluźniając się lekko pod wpływem dorzuconego mimochodem żartu.
– Zaczęłam praktykować Starą Magię, bo to podobno pomaga ponownie dotrzeć do źródła. Słyszał pan o tym, dyrektorze?
– Głupoty i przesądy. Zalecałbym raczej regularne ćwiczenia.
Jeszcze raz rozejrzał się po kwaterze, dostrzegając nowe szczegóły. Niebieskie kwiatki już znał, bardziej zainteresowały go wiązanki ziół, kolorowe woreczki o bliżej niesprecyzowanej zawartości, wyszywane ręcznie symbole, kamienie z dziurkami pośrodku porozkładane tu i tam… I łapacze snów. O mroczny Salazarze, Bella Brae miała wszystko. Z kolei na honorowym miejscu nad kominkiem dostrzegł wielki zbiór ludowych ballad – niewątpliwe źródło całego tego śpiewania. Podszedł bliżej, wziął tom do ręki i bez zainteresowania przerzucił kilka stron.
– Stop! – zawołała nieoczekiwanie panna Buchanan, jakby zrobił coś strasznego. Omal nie wypuścił książki z rąk.
– O co chodzi? – Spojrzał na nią zdziwiony.
– Na której stronie pan otworzył? – zapytała żywo zainteresowana. – Na której balladzie?
Zerknął, nic z tego nie rozumiejąc.
– „Buntownik Murray" – przeczytał.
Bella Brae klasnęła w ręce.
– Och, doskonały wybór – stwierdziła, po czym wyrecytowała gładko, wpatrując się w niego znacząco:
The keys of the castle he gave the King,
Wi' the blessing o' his fair ladye;
He was made sheriff of Ettrick Forest,
Surely while upward grows the tree;
And if he was na traitor to the King,
Forfaulted he suld never be.
Wha ever heard, in ony times,
Siccan an outlaw in his degree
Sic favour get before a King,
As did Outlaw Murray of the forest free?
Severus chyba ją zrozumiał, bo lekko zbladł. Odchrząknął.
– Czy mogę odzyskać swoją własność? – powiedział stanowczo. – Nie sprawia mi przyjemności nawiedzanie kwater pracowników grubo po północy.
– Naprawdę? Odniosłam odmienne wrażenie.
Żartowała. Naprawdę. Chyba po raz pierwszy tak swobodnie. Uśmiechała się, gdy na niego patrzyła. I to po tym wszystkim, co właśnie mu wyznała. Musiała być kompletnie szalona!
Podniosła wyżej pelerynę, którą następnie złożyła w schludną kostkę i podała mu, zerkając znacząco na tom ballad w jego dłoni. Nastąpiła wymiana zakładników. Severus odzyskał okrycie, a Bella Brae książk, którą natychmiast przycinsęła do piersi.
– Dobranoc, panno Buchanan – powiedział bardzo już zmęczony Severus. – Tym razem naprawdę. Jeżeli te nocne szaleństwa będą się powtarzać, zacznę dodawać do pani posiłków środek nasenny. Nie obchodzi mnie, co mają na ten temat do powiedzenia związki zawodowe bibliotekarek. Czy to jasne?
Niby pochylił się nad nią z groźną miną, ale nie dała się nabrać, skoro kąciki jego ust lekko przy tym drgnęły. Nie wytrzymała i również się uśmiechnęła.
– Czy bawią panią moje groźby, panno Buchanan?
– Odrobinę – przyznała.
Nagle znaleźli się bardzo blisko, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej, nie licząc sesji opatrywania ran po ataku Alecto. Sami, w nocy, w kwaterze, która – co właśnie sobie uświadomił – intensywnie pachniała lawendą (pomyślał przelotnie, czy powinien przysłać skrzaty w celu skontrolowania ewentualnych problemów z molami). Bella Brae miała na sobie szlafrok, on był tak jakby jej przełożonym…
Przyszło mu do głowy, że oprócz moli powinien jeszcze skontrolować kominek, bo w malutkim pokoju panowała podejrzanie wysoka temperatura.
– Czy wszystko w porządku, dyrektorze? – zapytała.
– Dobranoc – powtórzył po raz ostatni, z naciskiem, po czym w końcu zniknął w kominku.
Pozostawiona samej sobie Bella Brae ponownie zasiadła przy kominku ze zbiorem ballad na kolanach i uważnie przeczytała „Buntownika Murraya". Rzeczywiście był to bardzo znaczący tekst.
