– Hm. – Dyrektor Hogwartu w zamyśleniu gładził brodę palcem, gdy przyglądał się kolejnemu napisowi na ścianie. – Nie stają się bardziej kreatywni, prawda? Przyznaję, że odczuwam pewien zawód.
– Chyba nie traktujesz tego poważnie, Severusie – rzuciła Alecto. – Masz w szkole regularny bunt i nic z tym nie robisz.
Wzruszył ramionami, jakby to nie było nic takiego, jakby czytanie inwektyw nabazgranych wielkimi literami pod jego własnym nosem było po prostu jednym z przykrych, acz nieuniknionych doświadczeń dnia codziennego.
Carrow, przygryzając w skupieniu wargę, próbowała poradzić sobie z graffiti, jednak szło jej średnio. Smarkacze byli coraz bardziej cwani, a ich zaklęcia – skuteczniejsze. Czerwone litery znikały powoli i opornie, przechodząc uprzednio przez wszystkie odcienie bladych pasteli niczym migotliwy mugolski neon. Alecto pochyliła się niżej, nerwowo dźgając różdżką uparte bazgroły. Jako że nie słynęła z cierpliwości, Severus spodziewał się w każdej chwili zobaczyć, jak łamie ją na pół.
„Snape zabił Dumbledore'a", tak napisali.
Co za banał! Wskazany morderca przyglądał się przez chwilę wielkim, namazanym w pośpiechu literom, po czym przeniósł wzrok wyżej. Z uchwytu pochodni zwisała za szyję pokraczna laleczka w zdefasonowanej peruce z oklapłej, czarnej włóczki wyposażona dodatkowo w coś na kształt skrzydeł nietoperza.
– Czy to mam być ja? – zapytał z autentycznym zainteresowaniem. – Zaiste ubolewam nad poziomem edukacji współczesnej młodzieży. Ktoś powinien im uświadomić, że wudu przynależy do dziedziny czarnej magii. Nie chciałbym, żeby któryś z naszych małych bohaterów na złość mnie, oraz przez zupełny przypadek, przeszedł na ciemną stronę mocy. Na Merlina, toż to byłby prawdziwy dramat!
Niestety, jego ironiczne komentarze kompletnie marnowały się na Carrow, która na te słowa wyprostowała się czujnie. Najprawdopodobniej uznała, że dyrektor ponownie udziela jej reprymendy.
– Mam poprowadzić taką lekcję?
– Sądzę, że to temat bardziej odpowiedni dla OPCM i Amycusa, ale warto się nad tym zastanowić.
– Mogę to zrobić – zapewniła. – Potrafię.
Niespodziewana gotowość była z jej strony czymś nowym i zdecydowanie intrygującym, dlatego ściągnęła na Alecto jego pełną uwagę. Severus przyjrzał się Śmierciożerczyni uważnie, dostrzegając kilka nowych szczegółów. Carrow była tego dnia wyjątkowo schludna. Cienkie włosy uczesała w wysoki kok, wierzchnią szatę odświeżyła i odprasowała, a pod szyją przypięła grzeczny, bialutki kołnierzyk. Snape zauważył w tej stylizacji rozliczne inspiracje płynące z obserwacji McGonagall, Sinistry oraz, naturalnie, panny Buchanan – wcześniej w całym zamku tylko ona używała kolorowej szminki, obecnie dołączyła do tego grona również krwistoczerwona panna Carrow. Wyglądała teraz niemal jak prawdziwa nauczycielka… i trochę jak wampirzyca.
Severus westchnął ciężko w duchu. Nie miał wyjścia, musiał ją pochwalić. Kij i marchewka.
– Wiem, Alecto – odezwał się po chwili. – Zauważyłem poprawę.
– Ten staruch… Coś o mnie mówił?
– Profesor Dippet rzeczywiście przekazał mi, że lekcja dotycząca palenia czarownic okazała się sporym sukcesem.
– Miałeś rację, Severusie – przyznała niechętnie, unikając jego wzroku, nauczycielka mugoloznawstwa. W zakłopotaniu całkiem nieświadomie kopała ciężkim butem ścianę, jakby wyrządziła jej osobistą krzywdę. – Postanowiłam nieco zmienić podejście. Jesteśmy na straconej pozycji, jeśli chodzi o pozyskanie autorytetu wśród z góry uprzedzonej młodzieży, ale to nie znaczy, że nie możemy wymusić respektu… Za pomocą znojnej i cierpliwej pracy u podstaw.
No proszę, i słownik wyrazów nieznanych, tudzież skomplikowanych najwyraźniej poszedł w ruch. Imponujące.
– Nie jestem tylko pewien, czy bezpośrednia prezentacja na uczennicy była dobrym pomysłem – dodał kwaśno Snape.
– Ta Weasley – prychnęła Alecto. – Ruda wiedźma, zasłużyła sobie na to. Wiesz, że należy do tych przeklętych smarkaczy, którzy malują te gówn… te obraźliwe napisy na ścianach? – poprawiła się szybko.
Severus wymownie uniósł brew, wpatrując się w nią uważnie. No kto by pomyślał… Carrow ugryzła się w język.
– Nie zamierzasz nic z tym zrobić? – naciskała, wskazując na opornie znikające graffiti.
– W końcu się znudzą – ocenił obojętnie. Nie zamierzał zachęcać Carrowów do przemocy, wiedział, że to i tak kwestia czasu, kiedy w końcu puszczą im nerwy. Musiał korzystać ze swojej niewielkiej nad nimi przewagi, dopóki jeszcze ją miał. – Z mojego pedagogicznego doświadczenia wynika, że ignorowanie to najbardziej sprawdzona metoda. Krwawe represje tylko mobilizują buntowników.
– Naprawdę? – Alecto o dziwo słuchała go uważnie, jakby miała wkrótce zostać odpytana z tego materiału na egzaminie. – Ja myślę, że raczej się rozkokoszą i zaczną sobie pozwalać na coraz więcej.
– To tylko dzieci, dzieci są głupie i niegroźne.
Severus również wyciągnął różdżkę, żeby pomóc jej w usuwaniu pamiątki po chuligańskich wybrykach minionej nocy. Przez dłuższą chwilę pracowali w milczeniu, a Snape czuł, jak Alecto co jakiś czas zerka ciekawie w jego stronę. Nic dziwnego, on radził sobie znacznie lepiej i zniszczona ściana błyskawicznie odzyskała pierwotny wygląd.
– To jakieś specjalne zaklęcie? – zapytała w końcu, przełamując wewnętrzny opór. Nie lubiła przyznawać się do niewiedzy.
– Chodzi raczej o ruch nadgarstka – wyjaśnił.
Mimo że wcale jej do tego nie zachęcał, Alecto zbliżyła się, jakby oczekiwała, że udzieli jej dalszych wskazówek. To powoli stawało się kłopotliwe. Severus absolutnie nie miał ochoty na skracanie dystansu w stosunkach z Carrowowami – ani nie cieszyli się wysoką pozycją w Kręgu, ani nie byli mu do niczego potrzebni. Nie chciał też, żeby Alecto czy Amycus za bardzo interesowali się wszystkim, co robi poza godzinami wypracowywanymi na etacie dyrektora i Śmierciojada.
– Pokażesz mi? – Stanęła tuż obok niego.
Snape zrobił to pod jej czujnym spojrzeniem. Powtórzyła ruch zbyt nerwowo, ale była na dobrym tropie.
– Gdzie jest twój brat? – zapytał konwersacyjnym tonem, odsuwając się nieco. – Znowu zwiedza Zakazany Las?
– Został wezwany – wyjaśniła. – Wypadła mu jakaś specjalna misja na zlecenie Czarnego Pana. Nie jestem pewna, czy wróci do rana.
– Jeśli nie, to go zastąpisz – polecił, powracając do bezpiecznych, służbowych tematów. – OPCM jest ważniejsze niż mugoloznawstwo.
– Oczywiście.
– I nie musisz mnie powiadamiać za każdym razem, gdy nasz mały ruch oporu z czymś wyskoczy. Filch może się tym zająć.
– Zapamiętam. Uznałam po prostu, że będziesz chciał wiedzieć.
– Wasze raporty wystarczają aż nadto.
Zadanie zostało wykonane, rozmowa wygasła samoczynnie. Mimo to nowa, lepsza profesor Carrow wcale go nie opuszczała, kierując się do swoich zadań. Nadal tam stała, jakby nie wiedziała, co z sobą zrobić.
– Tak, Alecto? – rzucił odruchowo.
– Zastanawiałam się… Tak niezobowiązująco, oczywiście – powiedziała powoli. – Czy wybierasz się może w następny weekend do Hogsmeade, Severusie? Uczniów trzeba będzie dobrze pilnować, przyda się dodatkowa para oczu.
Ach, jeszcze to… Podobnie jak w wypadku quidditcha, pomysł odwołania weekendowych wypadów do czarodziejskiego miasteczka również nie spotkał się z łaskawym przyklaśnięciem. To jednak byłoby zbyt podejrzane… Nie wspominając, że banda nastolatków musiała mieć jakieś miejsce, żeby wyszumieć się w trakcie semestru i wydać otrzymywane od rodziców kieszonkowe na głupoty.
– Nie sądzę – rzucił chłodno. – Nie mam ochoty zginąć w ciemnej uliczce od zabłąkanego zaklęcia.
– Aha, no tak… Szkoda. Planowaliśmy później z Amycusem skoczyć na drinka do Świńskiego Łba. Mógłbyś do nas dołączyć. Siedzimy w tej szkole jak deb… Tkwimy w tym zamku jak w Azkabanie, trzeba czasem odpocząć, prawda?
Ciągle im odmawiał. Wiedział, że to nie jest dobra strategia. W końcu nawet oni musieli się zorientować, że coś jest nie tak. Severus był skazany na uparte balansowanie, dopóki się nie potknie. Tym bardziej że Alecto nadal uparcie się w niego wpatrywała, a nie podobało mu się to, co dostrzegał w tym namolnym spojrzeniu. Czy to był jakiś rodzaj testu?
Powoli skinął głową.
– Pomyślę o tym.
Gdy to mówił, tym razem naprawdę zamierzał dotrzymać słowa.
Profesor Binns wprost zacierał dłonie z uciechy. Jak na kogoś, kto unosił się parę centymetrów nad krzesłem, sprawiał całkiem dostojne wrażenie. Severus musiał pozasłaniać okna w gabinecie, żeby wyraźniej go widzieć, jednak dobrze wiedział, że ta zaskakująca znajomość jest warta każdej chwili poświęconego na nią czasu. Okazała się rozwijająca intelektualnie, jak również korzystna materialnie. Doskonale wychowany duch starej daty nie zjawił się bowiem z pustymi rękami… Gdy Snape odkorkował kolejną butelkę ekskluzywnego alkoholu, wzruszenie ścisnęło oba serca: jedno martwe i jedno czarne jak noc listopadowa.
– Stara Magia? – mruczał zaintrygowany nauczyciel historii. – Drogi kolego, wybrał pan niezwykle interesujący temat. Szczerze podziwiam szeroki wachlarz pańskich zainteresowań, doprawdy!
– Byłem zwyczajnie ciekawy, co może mi pan na ten temat powiedzieć – stwierdził kurtuazyjnie Severus, zajmując swoje stałe miejsce za biurkiem. Tym razem on był głównym inspiratorem oraz organizatorem naukowego panelu.
– Dawne Zwyczaje, magia naturalna, pierwotna moc… Przez lata pojawiały się różne nazwy – podjął ochoczo profesor Binns. – Za moich czasów powszechnie określano owo zjawisko „babskimi rytami", ale od tamtej pory wiele się zmieniło i obecnie to określenie tragicznie źle się kojarzy. Postęp wiąże języki równie skutecznie, jak je uwalnia – jest to ewenement, którego na dzień dzisiejszy nie potrafię jeszcze ocenić, ale z przyjemnością popatrzę, jak się rozwinie w przyszłości. Stara Magia rzeczywiście była często praktykowana przez kobiety, zanim dopuszczono je do systemowej edukacji w Hogwarcie… Ale o tym pan z pewnością wie. – Snape potwierdził, żeby nie było wątpliwości. – Dziewczęta przyjmowano do szkoły w czasach Założycieli, później jednak wprowadzono drastyczne reformy, które uniemożliwiły ich szkolenie aż do około XV wieku. W kolejnych okresach obostrzenia cyklicznie uchylano, po czym ponownie się na nie powoływano, w zależności od tego, co komu było aktualnie na rękę. Dyskryminacja oraz walka z nią stanowią dwie strony tej samej karty w politycznych rozgrywkach. Niestety.
Binns zrobił krótką przerwę na oddech, wpatrując się tęsknie w kolejnego drinka, którego właśnie nalewał sobie profesor Snape. W końcu westchnął ciężko, godząc się z losem, jak wiele razy wcześniej.
– W każdym razie – kontynuował – magia naturalna jest dość popularna, ponieważ jest również łatwo dostępna i elastyczna. I nieprzewidywalna, lecz tym konkretnym aspektem zajmiemy się później, jeśli pan pozwoli. Była stosowana zarówno przez wiedźmy, jak i zielarki czy wiejskie znachorki, w których gronie znajdowały się oczywiście kobiety mugolskiego pochodzenia.
– To możliwe? – zdziwił się Severus.
– Dlaczego nie? Nie jest to bowiem, że tak to ujmę, magia rozumowa. Nie wymaga wielkiej wiedzy, lat studiów, wymyślnych inkantacji w kilku martwych narzeczach, niech szanowny pan wybaczy mój swobodny język. Liczy się intencja, wola i wykonanie kilku symbolicznych czynności i/lub wyrecytowanie odpowiednich słów, które uruchamiają przepływ. Nie muszą być skomplikowane… W zasadzie im bardziej są umowne, tym lepiej. W wielu przypadkach wystarczą dziecięce rymowanki, nonsensowne wierszyki albo przypadkowe sylaby łączone w specyficzne ciągi. Jak wspominałem, nie jest to aż takie istotne, jeśli stosujący je adept wie, czego chce. Mocne przekonanie w zupełności wystarczy.
Severus w zamyśleniu kołysał szklanką z whiskey.
– Jak rozumiem, właśnie ta prostota okazała się pośrednią przyczyną, z powodu której tradycyjne praktyki nie cieszą się wielką estymą?
– Oczywiście dla nas, oświeconych umysłów, jest to sprawa wprost niepojęta. – Profesor Binns bezradnie rozłożył ręce. – W Starej Magii istnieje wiele dróg i ścieżek. Urocze młode niewiasty tańczące nago w lesie, pijące doprawione czym popadnie wino halucynogenne i zakąszające jagodami podejrzanej proweniencji. Kapłanki nieznanych kultów. Dziewice, matki i staruchy. Służebnice Wielkiej Pani. Bachantki tracące zmysły w orszaku Dionizosa. Dzikie orgie i szał wizyjny, pierwotne szaleństwo życia. Szamańskie praktyki. To wszystko tam znajduje swoje źródła, ponieważ gdy brak legalnych kanałów, obdarzony mocą i widzeniem człowiek (najwyraźniej szczególnie człowiek płci żeńskiej) zaczyna czerpać z tego, co akurat znajduje się pod jego ręką. Podobne zwyczaje przewijają się nieustannie w różnych czasach i na rozmaitych szerokościach geograficznych. To doprawdy wspaniałe pole do badań… Dla kogoś innego, ponieważ ja osobiście, co wyznaję ze smutkiem, miałem się zawsze za typowego uczonego gabinetowego.
Severus uważnie słuchał wykładu, bo niczego nie cenił wyżej niż wiedzy, nieważne, w jakiej formie się pojawiała. Jednocześnie myślał intensywnie, próbując połączyć znane sobie fakty w spójną całość. Stara magia, mugole i Bella Brae – to wszystko jakoś się łączyło, był tego pewien. Nic, co robił Dumbledore, nie było przypadkowe, jego intrygi nie miały końca.
– Oczywiście to nie są tematy, o których naucza się tutaj, w Hogwarcie – dodał profesor Binns z cieniem smutku w głosie. – Istnieje nieskończenie wiele rodzajów magii: prostych i złożonych, racjonalnych i nieracjonalnych, dzikich i poskromionych. Czwórka Założycieli wybrała po prostu typ najbardziej uporządkowany, który bez problemu daje się opanować przy pomocy prostego katalizatora – różdżki – a następnie pozwala się rozmienić na umowne formuły zaklęć, przepisy eliksirów, sprawdzone rezolucje wiążące magię z materią. To tak zwana Magia Nowa, której reguły ustalano przez wieki podczas niezliczonych konferencji. Tego właśnie naucza się powszechnie w czarodziejskich jednostkach edukacyjnych, choć to nie jedyna możliwość.
– Bo słowa nie są potrzebne – ożywił się nagle Severus.
Uczony duch zachichotał, jakby usłyszał znakomity żart.
– Nawet różdżki nie są niezbędne, drogi kolego! Przecież dzieci podczas pierwszych wyładowań mocy swobodnie posługują się magią bez ich użycia, co sprawia oczywiście całe mnóstwo problemów. Głównie po mugolskiej stronie, ale nawet w czarodziejskich rodzinach ministerialne komisje mają mnóstwo roboty. Później jednak wiążemy tę moc, nakładamy jej kaganiec… Wlewamy w młode umysły konkretną metodologię, gotowe rozwiązania, jedyną słuszną ścieżkę. Czy jest to właściwy proces, nie mnie to osądzać – powiedział szczerze. – Wiemy, że w przeszłości dochodziło na tym tle do mnóstwa sporów teoretycznych, jak również całkiem praktycznych, gdy szły w ruch różdżki i strumienie mocy. Jak ustaliliśmy poprzednio, pan sam jest adeptem wyjątkowej sztuki, której pierwotne źródła nie leżą wcale tak daleko od Starej Magii. Czarnoksięstwo czerpie z dawnych tradycji pełnymi garściami, nie obawiając się nawet sięgania do magii krwi, a ta, jak obaj znakomicie wiemy, jest głównie domeną kobiet… Choć zwykle w innym znaczeniu.
Snape poczuł, że musi się więcej napić, żeby przetrawić kolejne rewelacje. W głębi duszy musiał jednak przyznać, że Binns ma wiele racji. Wiele aspektów mrocznych sztuk w żaden sposób nie dawało się podporządkować zdroworozsądkowej magii. Życie i śmierć, i krew. Potęga żywiołów, szczególnie ognia. Zastosowanie części zamiennych pobieranych z recyklingowanych zwłok... Eksperymenty na nie tak znowu metafizycznie pojmowanej duszy, którym Czarny Pan zawdzięczał swoją mroczną sławę.
Moc kroczyła nieodgadnionymi ścieżkami.
Musiał odchrząknąć, zanim zadał kolejne pytanie, ponieważ nie był już pewny własnego głosu.
– Czyli gdyby Założyciele podjęli inną decyzję…
– Wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Sposób, w jaki definiujemy magię, bezpośrednio determinuje również grupę docelową, której moc uznajemy i postanawiamy rozwijać, oraz grupę, którą z automatu odrzucamy. Kryteria są płynne oraz narzucone z góry, a zatem trudno uważać je za nieomylne czy choćby ostateczne, nie wspominając nawet o jakimkolwiek naukowym obiektywizmie! Kto potrafi ocenić pomyłki popełnione w tym zakresie, jeśli wszyscy wywodzimy się z tej samej tradycji, w związku z czym posługujemy się jednym szablonem? Pojawiały się już wcześniej poważne zastrzeżenia dotyczące procesu rekrutacji. Jeżeli filtr jest zbyt gruby, trzeba zadać trudne pytanie o wszystkich potencjalnie potężnych magów, których przez minione stulecia nie przepuścił.
O tak, ten akurat problem był Severusowi dobrze znany. Wiedział o przynajmniej jednej oburzonej małej dziewczynce, która przysłała Dumbledore'owi list z oficjalnie złożoną reklamacją…
– Jednak kolejni przedstawiciele ministerstwa nigdy nie zainteresowali się bliżej wspomnianymi zagadnieniami. – Profesor Binns rozłożył ręce z beztroską typową dla akademickich teoretyków… oraz bytów metafizycznych, których nie dotykają już tak mocno ziemskie rozterki. – Dopóki system działa i jest wydolny, nikomu nie spieszy się z wprowadzaniem reform. Zresztą, jeśli się nad tym zastanowić… Drogi kolego, czy potrafi pan sobie choćby wyobrazić, ile potencjalnych problemów stworzyłaby taka reforma? Zmiana podstawowej definicji magii zatrząsłaby sami fundamentami naszego świata! Toż to byłaby prawdziwa rewolucja, na jaką żadne z dotychczasowych pokoleń czarodziejów nie było gotowe. Śmiem wręcz twierdzić, że nawet obecne… zamieszanie – niech pan mi wybaczy ten skrót myślowy – jest niczym przy wyżej wspomnianych tarapatach.
Mugole, stare zwyczaje i systemowa dyskryminacja mocy, rozważał Severus w duchu, czując się wciąż zbyt mało pijany, żeby objąć to wszystko rozumem. Nie wiedział, czy istnieje ilość alkoholu, która by na to pozwalała, nie zabijając nosiciela. Na pewno nie bez przegryzki w formie halucynogennych jagód.
W jaki sposób i dlaczego panna Buchanan straciła magię? Co przydarzyło się jej tajemniczemu narzeczonemu? A teraz najważniejsze pytanie: czym konkretnie zajmowali się jej rodzice i na czym polegały ich badania? Co rodzina czarodziejów przez tyle długich lat robiła w świecie mugoli? Czego tam szukali i co ostatecznie znaleźli? I jak bardzo to było niebezpieczne... Severus miał niedające się odeprzeć wrażenie, że bardzo, jednak równocześnie był przekonany, że właśnie w tej mugolskiej aferze tkwił klucz. Jakiś klucz. Klucz do zamka, którego jeszcze nie odkrył. Chociaż był już pewien, że gdzieś za kluczem, zamkiem i drzwiami siedziała na malutkim krzesełku Belle Brae i nuciła te swoje idiotyczne piosenki.
Czy istniał sposób, żeby dotrzeć do wyników/wniosków płynących z tamtych badań? Zostały gdzieś utrwalone i są nadal przechowywane, a może przepadły w pomroce dziejów. Czy miałby szansę sam dotrzeć do zapisków? Wątpliwe. Jak miałby to zrobić, podczas gdy był uziemiony w Hogwarcie?
Jednak bezsprzecznie musiał wiedzieć.
Kiwał głową, nadal słuchając uważnie profesora Binnsa, jednak jego myśli od dawna wędrowały swobodnie w zupełnie innym kierunku...
Oczywiście informacje o tajnym projekcie Buchananów najprościej byłoby wyciągnąć od ich córki. Była gadatliwa, na pewno chętnie by mu o wszystkim opowiedziała, gdyby tylko miała okazję. A zatem należało jej tę okazję stworzyć – znaleźć wygodny pretekst, żeby widywać Bellę Brae regularnie, powoli zdobywając jej zaufanie i ciągnąc za język.
W zasadzie Severus nie musiał długo się nad tym zastanawiać, sama poddała mu pomysł. Dlatego od razu przyciągnął do siebie pergamin, nakreślił kilka słów i wezwał skrzata. Czekał dobre dwadzieścia minut, zanim rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Oczywiście niezachęcona nie użyła sieci Fiuu, przeszła taki kawał zamku na piechotę.
– Proszę wejść, panno Buchanan – polecił.
Dwa grube warkocze spływały z jej ramion aż do pasa, na szatę narzuciła ten sam kraciasty szal spięty broszką, a do broszki przypięła pęczek dzwoneczków. Sielski obrazek grzecznej dziewczynki. Zajęła miejsce na krześle naprzeciwko niego, wydawała się zdziwiona i lekko wystraszona. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać.
On w sumie też. Ponownie zadziałał impulsywnie, co mogło się potoczyć w bardzo różny sposób. Przerzucił kilka losowych papierów na biurku, bo tak wypadało. Udawał, że coś jeszcze dokańcza, żeby sobie nie pomyślała. Nie była przecież główną atrakcją jego wypełnionego rozlicznymi obowiązkami dnia.
– Czy życzył pan sobie mnie widzieć, panie dyrektorze? – przypomniała o sobie delikatnie.
– Owszem. – Zdecydowanym ruchem odsunął dokumenty, po czym splótł szczupłe dłonie przed sobą na biurku. – Podjąłem decyzję w pani sprawie.
– Mojej sprawie?
Pomyślała, że zamierza ją zwolnić. Zobaczył to wyraźnie w wymownych szarych oczach. Twarz panny Buchanan była bardzo mimiczna.
– Zachowa pani posadę – uspokoił ją. – Jednak pod pewnymi warunkami.
– Jakimi, jeśli można wiedzieć?
Snape powtórzył w myślach przemowę, którą sobie przygotował.
– Znajduje się pani obecnie w szkole magii, panno Buchanan. Nie wypada, aby bała się pani własnej różdżki, czyż nie?
– Ja nie… Ja po prostu nie mogę…
– O tym właśnie mówię. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę jesteśmy zamknięci w zamku z niestabilną magicznie młodzieżą, która dopiero uczy się panować nad mocą. W wielu przypadkach z kiepskim skutkiem. Czy miała pani być może przyjemność poznać Neville'a Longbottoma?
– Ja…
– Dokładnie – znowu jej przerwał, nie pozostawiając czasu na zebranie myśli. – Zaklęcia fruwają w powietrzu i różne rzeczy mogą się zdarzyć. To nie jest komfortowa sytuacja, proszę zapytać o zdanie woźnego Filcha.
– Czy on również jest…?
– Od urodzenia pozbawiony magii – wyjaśnił Severus zbywającym tonem. – Nie w tym rzecz. Bo jeśli dobrze zrozumiałem, panno Buchanan, nie tak było w pani przypadku. Dlatego – zrobił dramatyczną pauzę – zamierzam panią uczyć.
Gwałtownie zaczerpnęła oddech.
– Pan?
– Osobiście. Wszak znajdujemy się w ośrodku edukacyjnym, a ja jestem dyplomowanym nauczycielem.
Pomyślał o korepetycjach od razu, gdy tylko dowiedział się o jej problemie, ale naturalnie nie zamierzał zajmować się tym sam. Planował zrzucić na kogoś ten przykry obowiązek… Zanim dotarło do niego, że nie ma na kogo. Czy któryś z profesorów posłuchałby obecnie jego polecenia? A jeśli nawet tak, to na ile gorliwie wywiązałby się ze swojego zadania? A może Snape tylko zaszkodziłby pannie Buchanan w oczach reszty grona pedagogicznego, gdyby uczynił z niej pupilkę dyrektora? Zresztą, czy miał prawo zdradzać jej sekrety? Czy te wścibskie wiedźmy, które tak ją przed nim chroniły, w ogóle znały jej sytuację? Za dużo było w tym wszystkim niewiadomych.
A potem uznał, że wtórna charłowatość Belli Brae stanowi idealny pretekst, którego szukał, by móc ją uważnie obserwować.
– Czy akceptuje pani moją propozycję, panno Buchanan?
Milczała odrobinę zbyt długo.
– Ja… Ja zwyczajnie nie chcę, aby tracił pan na mnie cenny czas – powiedziała wreszcie. – Wiem, że mam problemy. Niestety, nie da się ich rozwiązać ot tak. To zbyt skomplikowane.
– Pozwoli pani, że sam zdecyduję, na co powinienem trwonić swoje prywatne godziny. Zaznaczam też z góry, że jeśli nie zobaczę zadowalających efektów, zawsze mogę zrezygnować. Ale jeśli ich nie będzie, jeśli ze swej strony nie wykaże pani dobrej woli... Wówczas panią zwolnię, panno Buchanan. Czy to jasne?
Nie patrzyła na niego. Zastanawiała się, nieświadomie przygryzając wargę. Nie spodobała jej się jego oferta, nie musiała nawet mówić o tym wprost – wszystko wyczytał z jej twarzy. Wiedział jednak, że się zgodzi, dlatego sam nie rozumiał, dlaczego czeka na jej decyzję z takim napięciem.
– Dobrze. – Bella Brae poważnie skinęła głową.
– Znakomicie – rzucił, jakby niczego innego się nie spodziewał. – Nie będę pani dłużej zatrzymywać. Proszę czekać na kolejną wiadomość, w której wskażę termin pierwszej lekcji. Ponieważ nie toleruję spóźnień, sugeruję zaprzyjaźnić się z siecią Fiuu. Nie chcę, aby nadmiernie panią zmęczyły te piesze wędrówki.
– Oczywiście… Dziękuję panu – odezwała się miękko, z autentyczną wdzięcznością, po czym w końcu na niego spojrzała.
Uśmiechała się. Szczerze, naturalnie – uśmiechem, który nie tylko muskał usta, ale sięgał aż do oczu. Od końca minionego roku szkolnego nikt nie patrzył na niego w taki sposób.
Severus całkiem zapomniał, że powinien znajdować się aktualnie w gospodzie Pod Świńskim Łbem na obiecanym drinku z Carrowami. Zwyczajnie wyleciało mu to z głowy. Nie zdawał sobie też sprawy z faktu, jakie przykre konsekwencje pociągnie za sobą kolejne odrzucone zaproszenie.
