Grudzień zakradł się do Hogwartu niespodziewanie. Severus sam się zdziwił, że od początku nowego roku szkolnego minęły już trzy miesiące. Dni stały się krótsze, a w powietrzu coraz wyraźniej było czuć zapowiedź pierwszego śniegu – skrywał się za ciężkimi, ołowianymi chmurami, które w każdej chwili były gotowe otworzyć swoje podwoje i pokryć cały świat białą pierzyną. Zima, jak wiele innych trywialnych rzeczy, budziła niezrozumiałą ekscytację u panny Buchanan. Właśnie tej panny Buchanan, która po południu zjawiła się w gabinecie dyrektora ze śpiewem na ustach… i zapasem łapaczy snów w koszyczku.
– Panno Buchanan, przypominam, że nie wyraziłem na to zgody – rzucił zmęczonym, pozbawionym nadziei na zrozumienie tonem.
– Zamierzam powołać się na zgodę domniemaną – odparła zadziornie.
Severus obserwował jej poczynania przechylony na krześle, z łokciem na oparciu i głową opartą na dłoni. Czekał na nieuniknioną katastrofę, gdy Bella Brae balansowała na parapecie, próbując umieścić nad oknem tradycyjną plecionkę z patyków i włóczki.
– To potężny amulet. Odgoni koszmary i pozwoli panu spokojnie zasnąć – zapewniała, ledwo łapiąc równowagę.
– Chyba nie sądzi pani, że robię to tutaj? Zwłaszcza w godzinach pracy…
– Staram się nie oceniać – odgryzła się wesoło, szczerze i beztrosko. – Jednak właśnie w tym celu przygotowałam drugi łapacz. Leży na pańskim biurku. Uznałam, że w swojej kwaterze zechce pan umieścić go osobiście.
O tak, tylko tam jej jeszcze brakowało, myślał Severus nieprzychylnie, przyciągając do siebie bliźniaczką plecionkę. Wśród zdobiących łapacz koralików i piórek (zapewne uzbieranych podczas spacerów w Zakazanym Lesie, których nie udało się Belli Brae wybić z głowy) dostrzegł również kilka niebieskich kwiatków. Nie były oczywiście świeże, nie o tej porze roku. Lokalna artystka wykonała je ze ścinków kolorowego materiału.
– Szkockie dzwoneczki? – zagadnął.
– To mój znak rozpoznawczy, czyż nie? – stwierdziła, odruchowo odwracając się ku niemu i omal nie spadając z parapetu.
Severus wprawdzie trzymał różdżkę w pogotowiu – w drugiej ręce, tej, której nie widziała – ale dał jej szansę. Bella Brae w ostatniej chwili przytrzymała się kamiennego obramowania okna, po czym zgrabnie zeskoczyła na podłogę. Łapacz zafalował nad jej głową pod wpływem nagłego ruchu powietrza.
Okazana przez bibliotekarkę zgrabność ani trochę nie zaimponowała surowemu dyrektorowi.
– Równie dobrze mogła pani powiesić to paskudztwo za pomocą czarów, panno Buchanan – odezwał się marudnie. – Czyż nie to mają na celu nasze lekcje?
– O nie! – zdecydowanie zaprzeczyła, podchodząc z powrotem do biurka. – Wykonałam łapacze własnoręcznie, z poszanowaniem zasad starej sztuki. Nie chciałabym zepsuć efektu końcowego, mieszając ze sobą dwa zupełnie sobie obce rodzaje magii. To byłoby nierozsądne, dlatego panu również tego nie zalecam.
– A więc teraz, dla odmiany, ja mam skakać po parapetach? – Uniósł zabawnie brew, przeszywając ją wzrokiem.
– Sądzę, że nie będzie pan miał z tym najmniejszego problemu.
– Na pani odpowiedzialność, panno Buchanan.
– Nie zgłaszam zastrzeżeń.
Bella Brae uśmiechnęła się do niego na do widzenia. Szybko pozbierała swoje rzeczy i odwróciła się do wyjścia. Nie wiadomo jak i kiedy zrobiło się bardzo późno, a nie chciała nadużywać gościnności dyrektora. Ich lekcje coraz częściej przeciągały się aż do nocy i wymagały hektolitrów świeżej herbaty, bo nowe tematy oraz kolejne dygresje jakoś nie chciały się skończyć. Tak bywa w wypadku spotkania dwóch lotnych umysłów.
– Dobranoc, dyrektorze.
– Dobranoc, panno Buchanan. Proszę zadbać również o swoje własne koszmary.
– Och, jestem z nimi zaprzyjaźniona od wielu lat – odpowiedziała lekko. – Niech pan nie zapomni drugiego łapacza.
– Rozważę to.
– I gdyby kiedykolwiek planował pan zmienić nieco wystrój gabinetu…
– Nawet nie pomyślałbym o tym, aby poprosić o pomoc kogokolwiek innego – uspokoił ją natychmiast.
– Dziękuję. Do zobaczenia.
Bella Brae w końcu wyszła, pozostawiając po sobie intensywny zapach lawendy. Severus przewrócił oczami, jak gdyby było mu z tym bardzo źle, choć tak naprawdę oszukiwanie samego siebie przychodziło mu z coraz bardziej odczuwalnym trudem. Sięgnął po papiery i zaczął je porządkować z nieobecnym wyrazem twarzy. Tak naprawdę rozważał, czego powinna dotyczyć ich następna lekcja. Panna Buchanan robiła błyskawiczne postępy, wkrótce można było zaryzykować przejście do bardziej zaawansowanych zaklęć… Zanotował kilka pomysłów za pamięci.
– Bardzo miła dziewczyna – ocenił portret Dumbledore'a, mimo że nikt nie pytał go o zdanie.
– Mhm, tak – odpowiedział Severus nieuważnie, nie przerywając pisania. Zastanawiał się, czy powinien przećwiczyć z nią zapobiegawczo zaklęcia obronne, czy byłaby to strata czasu?
– Jaka szkoda, że nie dla ciebie, mój drogi.
Pióro znieruchomiało w dłoni Snape'a. Przerwał pisanie notatki, ale nie podniósł głowy, a już na pewno nie zamierzał spoglądać za siebie, na zapewne bardzo z siebie zadowolonego Albusa. Wiedział, co tam zobaczy: miły staruszek zniknął zastąpiony przez dobrze mu znanego, zaklętego w magicznej farbie manipulatora.
– Nieszczęśliwi są ci, którym przyszło żyć w ciekawych czasach, Severusie – kontynuował Dumbledore bez zaproszenia. – Mamy swoje zobowiązania, których nikt inny nie weźmie na swoje barki.
Nie skomentował. Dobrze znał wyznaczone zadania, nie potrzebował tego śmiesznego przywołania do porządku… Podejrzewał jednak, czym była spowodowana nagła interwencja portretu. Czyżby Dumbledore – nawet w tej bardzo ograniczonej postaci – obawiał się, że jeżeli Snape wymieni jedną rudą kobietę na drugą, to nagle zerwie się ze smyczy, na której tak grzecznie chodził przez ostatnie siedemnaście lat?
– Nadszedł czas – powiedział Albus.
– Wiem.
– Przykro mi.
– Szczerze wątpię – mruknął Severus pod nosem.
Spojrzał na gablotę, w której powinien znajdować się miecz Godryka Gryffindora. Wiedział, co musi zrobić, czekał tylko na odpowiedni moment. Bo jak miał się do tego zabrać, jeśli nie znał miejsca pobytu przeklętego gówniarza?
Wraz z początkiem grudnia, a zatem i sezonu świątecznego, Bella Brae otrzymała szansę wykazania się w zupełnie nowej roli. Ponieważ jej artystyczne talenty zdobyły pewien rozgłos, poproszono ją o pomoc podczas prób szkolnego chórku. Prowadził go profesor Flitwick przy aktywnym wsparciu skłonnej do wzruszeń Poppy Pomfrey. Głos i entuzjazm panny Buchanan okazały się dla skromnego projektu solidnym wsparciem w obliczu wyjątkowo niskiej frekwencji – i tak niezbyt popularne kółko zainteresowań ucierpiało w wyniku bezlitosnych czystek w Hogwarcie. Jakoś tak się złożyło, że najbardziej rozśpiewana młodzież pochodziła z mugolskich lub mieszanych rodzin.
– Myślę, że to raczej zrozumiałe – tłumaczyła jej Poppy przyciszonym głosem podczas jednego ze wspólnych posiłków. – Młodzi czarodzieje nie mają wielu okazji do rozwijania artystycznych talentów, to naprawdę wielka luka w naszym systemie edukacji.
– Absolutnie się z tobą zgadzam. – Pokiwała głową Bella Brae. – Sztuka rozwija umysł oraz świetnie wpływa na proces ogólnorozwojowy.
– Oczywiście! Dlatego tak ważne jest, żeby nasz chórek nadal działał. Uczniowie wykazują duże chęci, jednak brakuje im regularnych ćwiczeń i wskazówek. Uważam, że ktoś z twoim podejściem, Bello, może wprowadzić ogromne zmiany.
Profesor Flitwick był odpowiednio mniej oczarowany panną Buchanan.
– Wiesz, co o niej mówią, Poppy – odpowiedział, gdy tylko koleżanka zasugerowała mu przyjęcie nowej asystentki. – Będzie mu o wszystkim donosić, to jakby wpuścić węża pod swój dach.
– Och, przestań z tymi uprzedzeniami! – ofuknęła go, lojalnie broniąc zdolnej bibliotekarki. – Bella nie jest szpiegiem dyrektora.
– Widywano ich razem w różnych okolicznościach. Czy to nie wydaje ci się podejrzane? Nikt inny z nim nie rozmawia, a ona…
– Nie ma o niczym pojęcia – stwierdziła z przekonaniem Poppy, cała aż zaróżowiona z emocji. – Jest nowa, więc próbuje dobrze żyć ze wszystkimi, nie ma w tym nic dziwnego. Co ty byś zrobił na jej miejscu?
Niewysoki profesor wprost zawibrował z oburzenia.
– Miałbym dość zdrowego rozsądku, żeby trzymać się z daleka od Śmierciożerców!
– Ciii! – przerwała mu spanikowana pielęgniarka. – Nie tak głośno, jeszcze ktoś usłyszy.
– I dobrze! – zawołał wojowniczo Flitwick.
– Nie możemy ich drażnić, Filiusie, chyba zdajesz sobie sprawę z ryzyka. Nie zemszczą się na nas, tylko odbiją sobie na dzieciach. Wiesz, jak to działa. Zawsze wyczują, gdzie najlepiej uderzyć.
– Niestety. A ta Bella…
– Nie ma z nimi nic wspólnego. To naprawdę urocza istota. Obiecuję, że nie pożałujesz – zapewniała gorąco Poppy.
Flitwick zastrzegł sobie prawo do zachowania sceptycznego nastawienia, jednak wszelkie jego opory prysły niczym bańka mydlana, gdy po raz pierwszy usłyszał śpiew Belli. Do tradycyjnych kolęd jej głos pasował równie dobrze, jak do ludowych ballad. Łagodny, ale z charakterem, a do tego tym melodyjnym akcentem, który sprawiał, że wszystko, co wychodziło z jej ust, brzmiało zupełnie nie z tego świata.
– Ona jest wyjątkowa – ocenił profesor kilka dni później. – Zjawiskowa. Musimy ją jak najszybciej odseparować od tego…
– Od dyrektora – podpowiedziała Pomfrey.
– Natychmiast! Zanim wpadnie na pomysł, żeby zrobić coś głupiego. W końcu, przynajmniej w teorii, jest mężczyzną, prawda?
– Podobno – wyraziła swoją profesjonalną opinię magomedyczka.
– Do tego zamkniętym w tej swojej wieży albo w ciemnych lochach. Zawsze w samotności. Różne rzeczy mogą wtedy przyjść do głowy.
– Czytasz w moich myślach, Filiusie.
– A zatem postanowione!
W ten sposób Bella Brae na stałe dołączyła do obsady szkolnego chórku i niemal codziennie uczestniczyła w intensywnych próbach do szkolnego koncertu bożonarodzeniowego. Młodzi śpiewacy w liczbie dziesięciu sztuk pochodzili głównie z Hufflepuffu i Ravenclawu, było też dwóch Gryfonów. Slytherin naturalnie nie wystawił swojego reprezentanta – uczniowie z Domu Węża mieli o wiele więcej interesujących zajęć pozalekcyjnych organizowanych przez duet Carrow&Carrow.
Szkolny chórek Hogwartu spotykał się w niewielkiej salce muzycznej w najdalszej części zachodniego skrzydła, żeby dochodzące stamtąd dźwięki nikomu nie przeszkadzały. W klasie zgromadzono przekrojową kolekcję instrumentów muzycznych pochodzących z różnych epok i kontynentów, wliczając w to egzemplarze eksperymentalne. Belli Brae bardzo się tam podobało – poświęciła mnóstwo czasu, aby wszystko obejrzeć i obmacać. Uporządkowała nuty, przyniosła również własny śpiewnik z tradycyjnymi szkockimi przyśpiewkami. Poppy ani trochę się nie myliła, młoda bibliotekarka została stworzona do udziału w próbach chórku. Zawzięcie ćwiczyła gamy, podczas gdy profesor Flitwick stroił klawesyn przed przybyciem uczniów.
– Czy ułożył pan już program świątecznego koncertu, profesorze? – zapytała, nie mogą długo wytrzymać w ciszy.
– Możesz mi mówić po imieniu, moja droga, przecież będziemy spędzać razem sporo czasu.
Bella Brae posłała mu w odpowiedzi piękny uśmiech.
– To urocza perspektywa.
– A co do koncertu, jestem otwarty na propozycje. Może chciałbyś coś dodać od siebie?
– Och, tak! Przygotowałam listę swoich ulubionych kolęd.
Miło było w końcu współpracować z kimś, kto wkładał w wykonywanie swoich obowiązków całe serce, kto kochał i rozumiał muzykę. Fakt, że ten ktoś był jednocześnie śliczną niewiastą o pięknych, bardzo wymownych oczach również w niczym nie przeszkadzał. Profesor Flitwick rychło zrozumiał, dlaczego dyrektor od samego początku próbował zmonopolizować pannę Buchanan. Od stóp po czubek rudej głowy była chodzącą, śpiewającą, zachwycającą niewinnością i najwyraźniej nigdy, w żadnych okolicznościach nie pomyślała źle o bliźnim. Pozostawała jedyną osobą, którą mógł nabrać.
Uczniowie zeszli się na próbę punktualnie jak w zegarku. Serce się krajało na myśl, że niekoniecznie robią to z powodu zamiłowania do muzyki – po prostu pośród panującego w Hogwarcie zamordyzmu zwyczajnie brakowało im alternatywy. Młodzież, pomijając oczywiście wychowanków Domu Węża, nie miała tam czego szukać. Zakazano absolutnie wszystkiego, co było nie po myśli konserwatywnej linii programowej, regularnie patrolowano korytarze i brutalnie karano niepokornych. Każdy, kto snuł się po zamku bez wyraźnego celu, z automatu stawał się podejrzany, po czym trafiał na celownik dyrektora i/lub Carrowów. A że kiepska pogoda odcięła uczniom ostatnią drogę ucieczki na swobodę (na błonia i do Zakazanego Lasu), wszyscy poza ślizgońskim ludem wybranym nie mieli co ze sobą zrobić poza dormitoriami oraz salami lekcyjnymi.
Good King Wences'las looked out,
on the Feast of Stephen,
When the snow lay round about,
deep and crisp and even;
Brightly shone the moon that night,
tho' the frost was cruel,
When a poor man came in sight,
gath'ring winter fuel.
Z idealnym wyczuciem sytuacji Bella Brae zaintonowała wesołą melodię, która lepiej niż cokolwiek innego podnosiła na duchu, wróżąc nadzieję na lepszą przyszłość. Na próbach chóru bawiła się znakomicie, cieszył ją również bliższy kontakt z uczniami, bo pomimo pracy w szkole nadal czuła się pod tym względem wyobcowana. Smutna prawda zarówno w świecie mugolskim, jak i czarodziejskim prezentowała się podobnie: statystycznemu młodemu człowiekowi rzadko udawało się zabłądzić do biblioteki, jeśli naprawdę nie musiał.
Wśród zgromadzonych w salce muzycznej młodych śpiewaków Bella Brae kojarzyła wyłącznie Krukonów, w tym szczególnie jedną z dziewczynek: długie, bardzo jasne włosy i wielkie rozmarzone oczy, które na co dzień zdawały się oglądać zupełnie inną rzeczywistość, były nie do pomylenia. Panna Buchanan czuła nawet pewną duchową wspólnotę z panną Lovegood, ale z początku nie potrafiła jej polubić. Pamiętała aż za dobrze, że dziewczyna znajdowała się w gronie uczniów przebranych dla żartu za tragicznie zmarłego dyrektora Dumbledore'a. Nie rozumiała, dlaczego ktokolwiek miałby brać udział w tym potwornym przedstawieniu i – stojąc po stronie dyrektora Snape'a – czuła jednak pewien żal. Zmiękła, gdy odkryła, ile duszy wkłada Luna w swoją edukację muzyczną. Śpiewała najgłośniej, z największym zaangażowaniem… Szkoda tylko, że nigdy nie trafiała w melodię albo (co było bardziej prawdopodobne) pod znane słowa podkładała własny akompaniament, który tylko ona słyszała w głowie.
Mimo wszystko Luna zdobyła sympatię Belli Brae.
– No, no, myślę, że w końcu robimy postępy – cieszył się Flitwick po zakończeniu próby.
– Dzisiaj poszło już całkiem znośnie, prawda? – zgodziła się z uśmiechem bibliotekarka.
– Zdecydowanie bardziej optymistycznie patrzę w przyszłość, koncert ma szansę stać się sukcesem. Dziękuję, Bello.
Panna Buchanan poskładała nuty i odłożyła je na miejsce, nie mogła tylko rozstać się z własnym śpiewnikiem, który po zajęciach zawsze zabierała z powrotem do kwatery. Przyzwyczajenie było silniejsze od niej, zbyt wiele pożyczonych książek nigdy do niej nie wróciło. Gdy podnosiła ze stolika swoją książkę, spomiędzy kartek wysunął się kawałek pergaminu. Bella Brae wyjęła go i ku swojemu zdumieniu zauważyła, że był to zaadresowany do niej liścik. Schowała go do kieszeni i przeczytała, dopiero gdy znalazła się całkiem sama w zaciszu prywatnej kwatery.
Szanowna Panno Buchanan,
nie jest bezpiecznie wędrować nocą po Zakazanym Lesie. Nietoperz miał rację, gdy Panią ostrzegał. Zapomniał tylko wspomnieć, że on sam jest najgroźniejszym stworzeniem. Korzysta z lasu, żeby odwiedzać swojego prawdziwego pana. Zapewne domyśla się Pani kogo…
Nasze obserwacje potwierdzają, że jest Pani dobrą osobą, którą ktoś próbuje wprowadzić w błąd. Nietoperz jest zły. Nietoperz kłamie. Nietoperz zabił człowieka, który był dla nas wszystkich bardzo ważny.
Nietoperz to potwór.
Prosimy, żeby zachowała Pani ostrożność,
Gwardia
Bella Brae starannie złożyła list i pogładziła go palcami, zanim wrzuciła do ognia. Pozostawianie śladów nigdy nie było wskazane.
„Cóż, sam przyznał, że wilkołak był w szkole profesorem", rozważała w myślach. „Ale chyba nie miał na myśli siebie... Spotykaliśmy się w czasie pełni", uśmiechnęła się do siebie.
Dobrze wiedziała, że nie o takim potworze pisał nadawca wiadomości.
Yaxley się nie mylił, lektura biografii Dumbledore'a sprawiła Severusowi mnóstwo radości – podszytej goryczą, ale zawsze. Nawet jeśli zaledwie połowa z tego była prawdą, pozwoliła mu wiele zrozumieć. Podejrzewał, że właśnie przywiązaniu Albusa do idei Większego Dobra zawdzięczał wiele swoich problemów oraz fakt, że nadal tkwił uwięziony w szkole, czyniąc więcej zła w ciągu jednego roku niż podczas całego dotychczasowego życia… A może zwyczajnie dramatyzował? Nie ulegało wątpliwości, że był już znudzony swoją sytuacją. Brakiem wyjścia, brakiem wyboru, brakiem alternatywy. Od pewnego czasu nawet w gabinecie nie znajdował spokoju. Gdy tylko się tam pojawiał, czuł na sobie palące spojrzenie portretu… Malowany Albus był równie nieznośny, jak jego żywa wersja, ale przynajmniej łatwiej go było unikać.
Z tego właśnie powodu Severus ukrywał się z książką w pracowni eliksirów, doglądając najnowszych produkcji, a skutkiem tego tonąc w aromacie metafizycznej whiskey. Niespodziewanie kreatywny projekt dawał coraz bardziej obiecujące rezultaty… Przy okazji zagłuszając nieznośny zapach lawendy, który – jak wydawało się Severusowi – podążał za nim krok w krok, nieważne gdzie by się udał.
Spokojne popołudnie przerwał mu w końcu schodzący z dyżuru Amycus. Jak zawsze w świetnym humorze.
– Ty też czytasz to gówno? – rzucił zamiast powitania. – Słyszałem, że Skeeter nieźle go sponiewierała.
– Zaiste, polecam.
– Może innym razem, nie mam czasu na przedzieranie się przez tysiąc stron drobnym druczkiem. – Carrow nie musiał przekonywać towarzysza, że nie jest zapalonym czytelnikiem. – Przejrzałem streszczenie w „Proroku", tyle mi na razie wystarczy. Poczekam, aż zrobią z tego film.
– Istnieją duże szanse. To czyste złoto.
– No… Skoro tak twierdzisz.
Amycus od niechcenia oparł się o jego biurko i odruchowo zaczął przestawiać różne drobiazgi, nieświadomy niszczących spojrzeń, jakimi przez cały czas obrzucał go Snape. Spomiędzy papierów wypadł drobny, błękitny kwiatek. Carrow zmiął go w palcach.
– Jakieś wieści w sprawie Alecto? – zagadnął, po czym niby przypadkiem strącił kilka pustych fiolek.
Severus nie wierzył w przypadki. Przechwycił naczynia ruchem różdżki, zanim zderzyły się z kamienną podłogą.
– Mówiłem ci, sztylet rozpadł się w pył, gdy tylko rzuciłem na niego pierwsze zaklęcie sondujące. Nie zostało z niego nic.
– Sztylet? Sądziłem, że…
– O tym również rozmawialiśmy – przerwał mu wyraźnie zirytowany Snape, rozmasowując nasadę nosa. – Nie wiem, co ci się wydawało, że wyciągnąłeś ze swojej siostry. Podobno stresowe sytuacje powodują rozmaite halucynacje, nie znam się na tym. W każdym razie wręczyłeś mi zupełnie zwyczajny, na pierwszy rzut oka, sztylet, który rozpadł się bezpowrotnie. Ktokolwiek go przeklął, dysponował mocą o wiele potężniejszą niż banda półmózgów z Gryffindoru. Jeżeli nawet był to któryś z nich, w co wątpię, mieli pomoc z zewnątrz.
– Jak to możliwe? – Amycus nie krył braku wiary w proste wyjaśnienia Snape'a. – MY kontrolujemy szkołę.
– Pozwól, że ci przypomnę, że to wy sami, pomagając w zeszłym roku Draconowi, udowodniliście, że istnieją drogi dostępu do Hogwartu, o których nie wiedzą nawet przedstawiciele kadry. Z dyrektorem na czele, na jego nieszczęście. Obejrzałem i zabezpieczyłem wszystkie wejścia, o których wiem. Co jeszcze mam ci powiedzieć?
– Nie wiem. Cokolwiek. Mija miesiąc, a rana nadal się jątrzy. Alecto ledwo łazi, jest szaro-zielona i zesrana ze strachu. Coś chyba możesz na to poradzić, mistrzu eliksirów?
Nie mógł, a nawet gdyby – nie miał na to najmniejszej ochoty. Nie zamierzał jednak wyznać tego wprost. Zamiast tego od kilku tygodni kłamał, zmyślał i improwizował. Tak naprawdę nie przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić, czy nożyczki zostały obłożone jakąkolwiek dodatkową klątwą. Panna Buchanan żywiołowo zaprzeczyła, gdy o to zapytał, Severus nie podejrzewał jej zresztą o tak wysublimowane umiejętności magiczne. Nożyczki znajdowały się jednak w szkole magii od wieków i kto wie, czym w tym czasie nasiąkły… Albo kto i do czego ich wcześniej używał. Teraz już nie dało się tego sprawdzić – ku wielkiej szkodzie Alecto.
– Zrobiłem, co w mojej mocy – odezwał się chłodno Severus. – Nie jestem uzdrowicielem, musicie się zgłosić do Munga.
– Zobaczą jej Znak. Szpital nie należy do nas.
– Mamy własnych magomedyków.
– Wtedy o wszystkim dowie się Czarny Pan!
– To źle? – Snape udawał, że niczego nie rozumie. – Może właśnie u niego należy wyprosić łaskę uzdrowienia?
– Alecto nigdy nie przyzna, że dała się podejść jak ostatnia dupa wołowa. To samobójstwo.
Severus demonstracyjnie rozłożył ręce.
– Nie wiem, jaką radę chcesz ode mnie usłyszeć, Amycusie. Moim zadaniem wyczerpaliśmy wszystkie możliwości, więc najwyższy czas zwrócić się ku magomedycynie albo… dobić.
Carrow w jednej chwili zapłonął słusznym gniewem.
– Jak śmiesz, ty…
– A widzisz inne wyjście?
Niechętnie się poddawał. Było wyraźnie widać, że ma ochotę kontynuować kłótnie, ale zwyczajnie zabrakło mu argumentów. Severus za każdym razem okazywał się zbyt silnym zawodnikiem dla byle amatorów.
– Zabiorę ją do Malfoyów – zdecydował Amycus. – Tam rezyduje teraz cały batalion uzdrowicieli… Wiesz, Bellatrix.
– Słuszna decyzja – ocenił Snape, zamykając książkę i opornie podnosząc się z miejsca. – Idziemy?
– Spotkanie zaczyna się za pół godziny. Najwyższa pora, skoro musimy się jeszcze pierdolić na piechotę do tego zasranego lasu.
– A wolałbyś, żeby pewnego pięknego dnia Zakon aportował ci się na środku pokoju? Blokada działa w dwie strony.
– Wiem, wiem. Chodźmy już, Snape. Przynajmniej śnieg jeszcze nie spadł, później będzie przewalone. Zresztą… – Zamyślił się na moment. – Dobrze się przewietrzyć od czasu do czasu. Łeb mnie już napierdala od całego tego śpiewania.
Severus zatrzymał się, starannie rozważając kolejne słowa. Przez dwa krótkie, bardzo niespokojne uderzania serce był pewien, że Carrow zwariował.
– Jakiego znowu śpiewania? – zdecydował się na proste pytanie.
– Tego jebanego chórku.
– Jakiego chórku? – Snape czuł się coraz bardziej skołowany. Być może w ostatnim czasie był za bardzo zajęty własnymi sprawami.
Amycus posłał mu wyjątkowo wredne spojrzenie.
– Nie wiesz, że twoja dupa prowadzi chórek?
– Moje… co?
– Twoja słodka bibliotekareczka faluje teraz cycem w rytm kolęd, ku uciesze tego małego chujka od zaklęć. Widać rozmiar naprawdę nie ma znaczenia. Kto by pomyślał, co? – zarechotał na koniec Amycus, bardzo z siebie zadowolony.
Severus nie dał się złapać na haczyk. Tradycyjnie nieporuszony, otworzył przed towarzyszem drzwi pracowni eliksirów i razem wybrali się na długi spacer w mrok – dosłownie i w przenośni.
– A zatem… Szkolny chórek, panno Buchanan? – Siedzący za wielkim biurkiem Severus powitał ją na kolejnej lekcji ironicznym uniesieniem brwi. – Czy nie potrafi pani spędzić bezczynnie choćby jednego popołudnia w tygodniu?
Zaśmiała się, zajmując swoje stałe miejsce naprzeciwko niego.
– Niestety, tak zostałam wychowana. Gdy ręce pozostają bierne, do głowy przychodzą niemądre myśli.
– Z tym akurat zgadzam się w całej rozciągłości. Zaczynam się jednak obawiać, że szkoła nie wynagradza dostatecznie pani wysiłków. Ile etatów już pani zajmuje?
– To nic takiego – broniła się ze śmiechem.
– Właściwa odpowiedź, budżet wygrodzeń na bieżący i przyszły rok wyklucza jakiekolwiek podwyżki.
Nadal się uśmiechała, jakby wcale a wcale jej to nie martwiło. Pewnie rzeczywiście tak było, biorąc pod uwagę jej niespotykane oderwanie od świata. Spokojnie rozkładała na biurku swoje rzeczy: różdżkę, pióro, pergamin. Odkąd zaczęli poruszać bardziej skomplikowane zagadnienia, robiła sporo notatek. Severus szybko się zorientował, że zauroczona Starą Magią Bella Brae ma spore braki w bardziej naukowo zorientowanych dziedzinach jak transmutacja czy eliksiry. Szkoda, że nie mieli już czasu na ciekawsze korepetycje…
– Panno Buchanan – zaczął poważnym tonem. – Mam na dzisiaj jedno ważne ogłoszenie…
Niestety, stracił jej uwagę. Gdy Bella Brae przypadkiem zerknęła w stronę okna, podskoczyła na siedzeniu, wykrzykując w zachwycie:
– Śnieg! Nareszcie pada śnieg!
Ignorując go kompletnie, wstała i w radosnych podskokach podbiegła do okna. Oparła się o parapet, a jej oczy błyszczały, gdy wpatrywała się w pierwsze płatki leniwie wirujące na wietrze. Ciężkie chmury nie pozostawiały wątpliwości: tej nocy Hogwart czekała prawdziwa śnieżyca. Severus podążył za swoją uczennicą i również wyjrzał na szare, ponure błonia.
– Lubi pan śnieg, panie dyrektorze? – zapytała uradowana jak dziecko Bella Brae.
– Mogę szczerze powiedzieć, że nie żywię wobec niego żadnych sprecyzowanych uczuć.
– Dlaczego? Czy nie jest pan zimowym znakiem?
– Znakiem… czego? – zdziwił się.
– Zodiaku, oczywiście.
– A… Tak, istotnie. – Kąciki jego ust lekko drgnęły. – Rzeczywiście jestem. Jednak nie wierzę w astrologię.
– Skoro tak, nie może pan być Wodnikiem. I nie wygląda pan również na przedstawiciela Ryb.
– Uznam to za komplement.
Odwróciła się, opierając z kolei plecami o parapet i rzucając w jego stronę szacujące spojrzenie.
– W takim razie zostaje Koziorożec – wydedukowała niezwykle z siebie zadowolona.
Skinął głową, przyznając się do winy.
– Brawo, panno Buchanan – pochwalił tylko dlatego, że sprawiała wrażenie, jakby dokonała jakiegoś epokowego odkrycia. – I co w związku z tym?
– W zasadzie nic… Zwykła ciekawość. Urodziłam się w znaku Bliźniąt, podobno to nasza najbardziej charakterystyczna cecha.
Bella Brae patrzyła na niego wesoła i zarumieniona, jej oczy połyskiwały, podobnie jak malinowe usta. Trochę za ciemne, ale bardzo kuszące. Trudno było oderwać od niej wzrok, jeszcze trudniej nie zbliżyć się, gdy wyglądała tak zachwycająco. Severus ostrożnie postąpił krok do przodu, potem kolejny, aż znalazł się tuż obok niej. Panna Buchanan obserwowała jego poczynania z wrodzonym (najwyraźniej) zaciekawieniem. Jedną ręką odrzucił do tyłu ten niesforny lok, który zawsze wpadał jej do oka. Kiedy to zrobił, nie cofnął dłoni, tylko wplótł ją w jej włosy, lekko przyciągając do siebie. Drugim ramieniem objął ją w talii – na wypadek, gdyby próbowała się odsunąć. Niepotrzebnie, Bella Brae nie miała takiego zamiaru.
Severus pochylił się i pocałował ją delikatnie.
Śnieg padał coraz mocniej i robiło się coraz ciemniej, ale w oświetlonym ciepłym światłem świec i kominka gabinecie nadal było przyjemnie, nastrojowo i swojsko.
Nie zaprotestowała, ale nie zdążyła też odpowiedzieć. Dyrektor odsunął się o wiele za szybko, wracając na swoje miejsce na drugim końcu parapetu, w bezpiecznej odległości. Oparł się o niego, krzyżując ramiona na piersi i ponownie patrząc za okno, nie na nią.
– To nasza ostatnia lekcja, panno Buchanan – poinformował ją beznamiętnie.
– Czy mogę zapytać dlaczego? – powiedziała bardzo cicho.
Wydawała się oszołomiona. Całkiem słusznie, biorąc pod uwagę to, co przed chwilą zrobił.
– Z przykrością stwierdzam, że nie mogę pani już niczego więcej nauczyć, mam za to inne zobowiązania, które domagają się mojej uwagi.
– Ja… Ja naturalnie rozumiem.
– Oto moja finalna wskazówka. Musi pani regularnie ćwiczyć i rozwijać swoje umiejętności. Bez wykrętów czy udawania, że pani nie może lub nie potrafi. Bo potrafi pani. Rozumiemy się?
– Tak. Bardzo panu dziękuję.
– To wszystko na dzisiaj. Dobranoc, panno Buchanan.
– Tak… Dobranoc, panie dyrektorze.
Nie musiał powtarzać, Bella Brae zrozumiała go doskonale. Posłała mu ostatni smutny uśmiech, po czym posłusznie skierowała się do drzwi. Zanim przekroczyła próg, obejrzała się.
Severus wciąż stał przy oknie, marszcząc w zamyśleniu brwi. Ponura twarz, postawa zamknięta. Wyglądał tak jak zawsze, od pierwszego dnia, w którym go poznała. Mroczny mężczyzna pachnący palonym drewnem i tajemnicą. Pamiątkę po chwilowym szaleństwie stanowiły jedynie nienaturalnie zaróżowione usta, ślad po malinowej szmince.
