Od pewnego czasu Kingsley Shacklebolt doświadczał w swoim życiu niewytłumaczalnych zdarzeń. Gdy dwa lata wcześniej przydzielono go do ochrony premiera mugoli, otrzymał naturalnie nową tożsamość, a wraz z nią wszystkie stosowne dokumenty, służbowy samochód i własne mieszkanie – wszystko dla zachowania pozorów. Z lokum nie korzystał często, bo było kiepsko zabezpieczone przed magicznymi atakami. Zaglądał tam jednak od czasu do czasu, żeby się przebrać albo teleportować z powrotem do świata czarodziejów. Przy jednej z takich okazji, jak każdy szanujący się mugol, sprawdził również skrzynkę pocztową…
I tak dokonał zaskakującego odkrycia.
Ktoś wysyłał mu wiadomości, korzystając z mugolskiego adresu. Zaczęło się od drobiazgów, subtelnych wskazówek, które z pewnością przydałyby mu się znacznie bardziej, gdyby potrafił je rozszyfrować. Były jednak zbyt dziwne, zbyt enigmatyczne, a czasami zwyczajnie zbyt przewrotne, żeby mógł zawczasu dostrzec w nich głębszy sens.
Pierwszą wiadomość stanowiła urodzinowa kartka wysłała mniej więcej w połowie lipca. Zawierała tylko jedno słowo, a właściwie liczbę: 7. Kingsley nigdy nie domyślił się, co krył w sobie ten przekaz. Zresztą, nie miał czasu nad tym główkować. Zakon Feniksa opracowywał właśnie plan przeszmuglowania Harry'ego Pottera z domu wujostwa do starannie chronionej Nory. Nikt nie miał wówczas czasu na głupie zgadywanki, zwłaszcza że dosłownie chwilę później zjawił się Mundungus z idealnym rozwiązaniem problemu. Przecież siedmiu Potterów to zawsze lepiej niż jeden, automatycznie wystawiony na celownik.
Następnie Shacklebolt otrzymał zaproszenie na ślub. Tę wskazówkę zupełnie zignorował, w tym samym terminie miał już inne towarzyskie zobowiązanie: wesele Billa i Fleur. Dopiero dużo, dużo później skojarzył, że data zaślubin Weasleyów idealnie pokrywała się z zamachem na oficjalnie panującą władzę oraz rychłym upadkiem Ministerstwa Magii. Kolejna bezużyteczna wiadomość!
Trzeci list pozornie zawierał wyłącznie ciągi przypadkowych liczb. Kingsley już miał go wyrzucić, gdy nagle się zawahał. Do trzech razy sztuka, prawda? Skorzystał z zawodowych kontaktów i pokazał zapisane dane koledze z mugolskich służb. Ten błyskawicznie rozpoznał, że liczby to bardzo konkretne współrzędne geograficzne. W ten sposób Kingsley całkiem niespodziewanie wszedł w posiadanie prawdziwego skarbu – namiarów pozwalających zlokalizować najpilniej strzeżony budynek w magicznej Wielkiej Brytanii: należący do rodu Malfoyów dwór, w którym (według sprawdzonych doniesień) urządził swoją siedzibę Lord Voldemort.
Oczywiście zaklęcia pozwalające tworzyć świstokliki należały do jednych z najbardziej skomplikowanych i wymagających dobrej znajomości docelowego terenu, mentalnych wizualizacji, a najlepiej po prostu wcześniejszej obecności w danym miejscu, jednak znajomość współrzędnych – szczęśliwym zbiegiem okoliczności – stanowiła jedną z niewielu metod umożliwiających usprawnienie tego procesu. I tajemniczy korespondent aurora o tym wiedział, świadomie wręczając mu złotą kartę wstępu. Gdyby Shacklebolt tylko chciał (i znalazł dostatecznie duży oddział ochotników), mógłby lada moment podjąć się szalonego ataku na kryjówkę Czarnego Pana. Niestety, nie miał ani ludzi, ani środków. W świecie czarodziejów panował coraz większy chaos, a partyzantka jasnej strony ponosiła wyłącznie straty, coraz bardziej idąc w rozsypkę. To nie był dobry moment na atak z zaskoczenia.
Ostatni list był inny, konkretny. Widocznie nadawca zmęczył się zagadkami albo – wobec braku jakiejkolwiek reakcji ze strony Kingsleya – zwątpił w jego możliwości intelektualne. Koperta była gruba, wypchana wieloma wycinkami z artykułów prasowych pisanych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, najstarszy zahaczał o pierwszą wojnę z Voldemortem. Wycięte fragmenty dokumentowały bogatą kronikę zbrodni: krwawych, brutalnych morderstw dokonywanych na mugolach. Barwne opisy tortur ciągnęły się przez wiele stron i nie pozwoliły Shackleboltowi zmrużyć oka przez wiele kolejnych nocy. Oprócz wycinków prasowych list od tajemniczego nadawcy zawierał, jak zwykle, tylko jedno słowo wyjaśnienia.
Bluebell.
Kingsley nie zdziwił się nawet, że niewiele mu to mówiło. Niespodziewany informator już wcześniej udowodnił, że zna się na wielu zaskakujących sprawach, a zatem nie należy traktować go lekceważąco. Kingsley nie wiedział wprawdzie, z kim ma do czynienia, ale w końcu zrozumiał, że nie może dłużej ignorować otrzymywanych wiadomości. Ktoś po drugiej stronie muru ewidentnie wyciągał do niego dłoń, a każda pomoc była na wagę złota.
Szkoda tylko, że trafił im się akurat człowiek-zagadka...
Lord Voldemort był niezadowolony, ale to ostatecznie nic nowego. Minęło niemal pół roku od pamiętnej próby przechwycenia Pottera w drodze do nowej kryjówki, a szukający go w dzień i w nocy Śmierciożercy nadal nie mieli się czym pochwalić. Nikt nawet nie podejrzewał, że smarkacz tak długo wytrzyma, a jednak jakoś wymykał się pogoni całego czarnomagicznego świata. A co gorsza, jego brak w życiu publicznym ani trochę nie osłabiał ruchu oporu. Wręcz przeciwnie – co z jakichś niewyjaśnionych powodów zdawało się dziwić Czarnego Pana, ale nie jego mistrza eliksirów. Zdaniem Severusa to akurat było do przewidzenia. Nawet najbardziej obłąkany zamordyzm nie przynosi spodziewanych rezultatów, dopóki istnieje i oddycha symbol złotej wolności.
A Symbol miał się całkiem dobrze.
Kolejne spotkanie Wewnętrznego Kręgu przebiegało w ponurej atmosferze. Nie pomagał bajkowy krajobraz zasypanego bielutkim śniegiem grudnia – Śmierciożercy nie mogli liczyć na spokojne święta. Lord Voldemort miotał się wściekły jak demony, podsumowując pierwsze półrocze po dokonaniu zamachu stanu. W jego oczach nie istniały żadne godne odnotowania sukcesy, tylko żenujący festiwal porażek.
– Mieliśmy razem wprowadzić nowy światowy porządek – syczał do swoich wyznawców – a tymczasem moi najlepsi ludzie nie potrafią wytropić jednego, durnego nastolatka, który, jak łaskaw był nam wielokrotnie podkreślać dyrektor Snape, nigdy nie był specjalnie bystrym uczniem. Chcę wiedzieć, DLACZEGO tak się dzieje. Co poszło nie tak? Czy ktokolwiek z was raczy mi to wytłumaczyć?
Wraz z pytaniami posypały się pointujące dramatyczny zwrot monologu Cruciatusy. Tym razem zgromadzenie okazało się o wiele liczniejsze i pomimo masek Severus rozpoznawał wielu towarzyszy. Widział, jak naprzeciwko niego Alecto kuli się za swoim bratem, żeby przypadkiem nie oberwać. Jej stan nadal był poważny, dodatkowe obrażenia na pewno wysłałyby ją na oddział intensywnej opieki magomedycznej – już bez wykrętów. Snape'owi nie było jej ani trochę żal. Odkąd oberwała, stała się ostrożniejsza i wycofana, dzięki czemu cały Hogwart odetchnął z ulgą. Należało utrzymać tę sprzyjającą sytuację, jak długo się dało, bo uzdrowiona i silna Carrow na pewno zamierzała się krwawo pomścić.
Obok Alecto stał Amycus, który wcale nie miał ochoty zasłaniać siostry i zbierać za nią ciągów, w związku z czym wykonywał podejrzane, niezborne ruchy, które skuteczniej niż cokolwiek innego ściągnęły na niego uwagę Czarnego Pana.
– W szkole zostali przyjaciele naszego drogiego Złotego Chłopca – przypomniał sobie, celując różdżką w Carrowa. – Dlaczego nie wydobyto z nich żadnych interesujących informacji?
– Jak już wspominałem, panie, odeszli wraz z nim. – Severus odważnie wystąpił naprzód, wyręczając w odpowiedzi Amycusa, aktualnie wrzeszczącego pod wpływem klątwy torturującej. – Szlama i najmłodszy chłopak z miotu Weasleyów ukrywają się razem z Potterem.
– A inni? – Voldemort zwrócił się ku niemu szybko jak atakująca kobra, z różdżką wciąż w pozycji bojowej. – Są inni, czyż nie? Ktoś chyba kieruje tym buntem, dyrektorze?
– I tak, i nie – odpowiedział bez lęku. – Potter to jedynie wygodny pretekst do niesubordynacji dla nastoletnich chuliganów. Nie utrzymuje z nimi bezpośredniego kontaktu. Jeśli mogę dodać coś od siebie to… Nigdy nie był specjalnie popularny w grupie rówieśniczej.
– Jak rozumiem, wyciągasz te wnioski na podstawie własnego bogatego doświadczenia w tym temacie, co, Snape? – prychnął złośliwie Voldemort, zanim zadał kolejne pytanie: – Ufam, że przeprowadziłeś wnikliwe dochodzenie wśród uczniów?
– Inaczej nie ośmieliłbym się o tym wspomnieć, panie – rzucił Severus, licząc, że zajęci sobą i zesrani ze stracu Carrowowie nie spróbują zaprzeczyć. – Tak zwaną Gwardię obserwujemy od piątego roku nauki Pottera w Hogwarcie. Już wówczas przebadaliśmy wszystkich przy zastosowaniu standardowych metod: przesłuchania, zastraszenie, szantaż emocjonalny, legilimancja, veritaserum… Wszyscy bez wyjątku okazali się bezmyślnymi pionkami. Zgodzisz się ze mną, Draco? – zwrócił się nagle do wysokiego, chudego Śmierciożercy stojącego pomiędzy dwojgiem towarzyszy. Spośród tłumu wyróżniały ich charakterystyczne włosy w kolorze platynowego blondu. W zasadzie Snape nie chciał mieszać w to wszystko Malfoyów, ale potrzebował dodatkowego potwierdzenia swoich słów.
– Tak, profesorze – odezwał się cicho i niechętnie Draco. – Ponadto Gwardia Pottera została znacząco przetrzebiona. Nie wszyscy wrócili w tym roku do szkoły. Szlamy zostały za drzwiami – dodał w przypływie inicjatywy.
– Sprawdźcie jeszcze raz, niczego nie można zostawić przypadkowi.
Severus i Draco jednocześnie skinęli głowami, ciesząc się, że uwaga Czarnego Pana tak szybko i bezboleśnie skierowała się w inną stronę.
Cruciatus nie stanowił jedynej kary, jaka mogła spotkać nieposłusznego czy nieprzydatnego Śmierciożercę. Od pewnego czasu Lord Voldemort tworzył w głównym salonie Malfoy Manor coś, co nazywano powszechnie Ścianą Wstydu. Znajdowały się na niej starannie wycięte i fachowo sprawione fragmenty ludzkiej skóry z wytatuowanym Mrocznym Znakiem. Oczywiście już po śmierci usunięte z przedramion tych sług i służebnic, którzy zawiedli oczekiwania swojego pana. Lord Voldemort z dumą obserwował rosnącą kolekcję trofeów.
Chory sukinsyn.
– Yaxley! – ryknął Czarny Pan, po czym kolejny niezbyt zadowolony Śmierciożerca wystąpił z szeregu. – Czy ostatnim razem nie wyraziłem się jasno? Sprawa aurorów otrzymała najwyższy priorytet!
Yaxley wił się niczym robak, rozpaczliwie szukając usprawiedliwień. Przejęcie ministerstwa okazało się przedwcześnie ogłoszonym sukcesem – po pięciu miesiącach nadal sprawiało sporo problemów. Podczas pamiętnej nocy Yaxleyowi i Severusowi udało się unieszkodliwić jednego z wyznaczonych do anihilacji aurorów, jednak drugi był zbyt sprytny. Nie odsłaniał się ani na moment, nie dając im szansy. Otrzymywał też niespodziewaną pomoc ze strony, której nawet nie był świadomy…
I lepiej, żeby Lord Voldemort również się o tym nie dowiedział.
Yaxley odebrał swoją dawkę czułych pieszczot, skutkiem czego potrzebował pomocy osób trzecich, aby wrócić na swoje miejsce w Kręgu. Ten popis siły w końcu usatysfakcjonował Czarnego Pana, który następnie przeszedł płynnie do kolejnego punktu wieczoru: konwencjonalnej przemowy o trudach zdobywania władzy nad światem. W końcu poprosił o pozstanie kilku wybranych Śmierciożerców, więc reszta mogła się szczęśliwie rozejść do domów. Severus w drodze wyjątku zaczekał na Carrowów i pozwolił, aby Alecto wsparła się na nim, zamiast na pokiereszowanym bracie. Amycus sam miał problemy z chodzeniem, jęczał i klął, ile wlezie. Severus znosił wszystko cierpliwie. Szedł na ustępstwa, badał grunt i nawiązywał przyjazne relacje w gronie współpracowników. Na wszelki wypadek.
– Tę ranę musi ktoś obejrzeć – powtórzył po raz setny, gdy kierowali się do punktu teleportacyjnego za dworem Malfoyów.
– Wiem – syczała Alecto przez zęby. – Twoje eliksiry są jak woda, wcale nie pomagają.
– Ostrzegałem, że środki lecznicze nie należą do mojej specjalności. Czarny Pan ceni w moich produktach zupełnie inne walory.
Przy kolejnym kroku Carrow zawyła z bólu, po czym chwyciła się za bok. Regularnie teleportacje na wezwanie Voldemorta bynajmniej jej nie służyły. Po każdym skoku paskudna rana na nowo się otwierała i zaczynała sączyć krwawą breję.
– Wkrótce nadejdzie przerwa świąteczna – wyręczył siostrę w rozmowie Amycus. – Zamierzamy wykorzystać wtedy urlopy i rozwiązać problem.
– Mamy w rodzinie magomedyka – dodała Alecto, lekko dysząc z wysiłku. – Można mu ufać, jest bardzo dyskretny.
– I piekielnie dobry – zapewnił Amycus. – Postawi ją na nogi.
– Oby – rzucił chłodno Severus. – Wszyscy jesteśmy potrzebni Czarnemu Panu w pełni sił oraz władz umysłowych. Nie wspominając o nocnych dyżurach, które same się nie wypełnią.
– Cholerny służbista – warknął pod nosem Carrow, chwytając w pasie Alecto, która znowu się potknęła.
O tak. Severus grał swoją rolę – idealnie i od lat. Rasowy hipokryta prawiący o śmierciożerczej misji. Dozgonnie oddany swemu panu – dosłownie. Wierny i posłuszny.
Buahahaha!
Co innego mu pozostało?
Hogwart szykował się powoli na zupełnie inne święta Bożego Narodzenia. Smutne, puste i ponure. W tym roku na ferie mieli wyjechać absolutnie wszyscy. Zawczasu usunięto ze szkoły sieroty, mugolaków oraz inne wykolejone jednostki, które nie miały gdzie się podziać. Na edukację mogli liczyć wyłącznie uczniowie z pełnym, dobrych i porządnych rodzin – czarodziejska arystokracja była zdolna zapewnić milusińskim odpowiednią opiekę w święta. Gdyby jednak jakaś część rodziców nie miała ochoty tego robić, na wszelki wypadek wydano oficjalny dekret: w bieżącym roku dyrekcja wraz z zarządem szkoły nie przewiduje możliwości zapewnienia uczniom opieki w czasie przerwy świąteczny, zatem pozostanie w szkole w tym czasie będzie niemożliwe. Naturalnie ze względów bezpieczeństwa.
Nawet gdyby jakiś uczeń naprawdę nie miał żadnego krewnego, który mógłby go na ten czas przygarnąć, na pewno nie chciałby z własnej woli zostać w zamku. Hogwart w ciągu ostatnich kilku miesięcy stał się miejscem niegościnnym i zimnym, a wręcz wrogim. Nikt nie miał ochoty spędzać tam więcej czasu niż to absolutnie konieczne (włącznie z przedstawicielami Domu Salazara). Członkowie kadry również zgodnie złożyli u dyrektora wnioski urlopowe – przynajmniej na pierwsze kilka dni świąt.
Wszyscy z wyjątkiem panny Buchanan.
W każdym razie, wobec świątecznego eksodusu postanowiono, że w wieczór poprzedzający początek ferii odbędzie się w Hogwarcie oficjalna uczta bożonarodzeniowa z tradycyjnymi potrawami i artystycznymi popisami na deser. Dlatego właśnie próby chórku były tak intensywne, a profesor Flitwick i Bella Brae mieli pełne ręce roboty. Bibliotekarka aktywnie zaangażowała się również w przygotowanie dekoracji – zgodnie ze swoimi predyspozycjami. Dzieliła swój czas pomiędzy bibliotekę i salkę muzyczną, w wolnych chwilach przygotowując ręcznie kolejne ozdoby, które znosiła następnie do Wielkiej Sali.
Podczas jednego z takich szalonych spacerów obładowana pakunkami – ponownie dźwiganymi w ramionach, na mugolski sposób – Bella Brae wpadła na korytarzu na dyrektora Snape'a. Zatrzymał się, obrzucając ją uważnym spojrzeniem, Bella Brae spuściła wzrok.
Od ostatniej lekcji minęły pełne trzy tygodnie. Severus w żaden sposób nie skomentował swojego ówczesnego zachowania ani nie szukał z nią kontaktu. Belli Brae zajęło nieco czasu zrozumienie, że w ten oryginalny sposób się z nią pożegnał… Zauważyła też, że od początku grudnia dyrektor często bywał nieobecny – tak jak zapowiedziała jej kiedyś Alecto. Nie pojawiał się na posiłkach, nie spacerował nocami po korytarzach Hogwartu, niemal całkowicie wycofał się z życia szkoły. Ewidentnie zajmowały go zupełnie inne sprawy. Bella Brae starała się nie myśleć o tym zbyt wiele na co dzień, zajęła się pracą i wolontariatami. Cieszyła się jednak, że Carrow nie spełniła swojej groźby i mimo wielu okazji (oraz nieobecności przełożonego) zostawiła ją w spokoju.
– Różdżka, panno Buchanan – odezwał się z naganą Severus, wpatrzony w jej dłonie zaciśnięte na ciężkim pudle.
Zakłopotana Bella Brae poczuła się słusznie upomniana. Wyciągnęła różdżkę i rzuciła stosowne zaklęcie. Zgrabnie zapakowane, kolorowe ozdoby lewitowały teraz wokół niej. Utrzymywała ciężar w powietrzu pewnie, bez widocznego wysiłku. Severus uśmiechnął się krzywo na ten widok.
– Nie można pani na moment spuścić z oka, zaraz zapomina pani o wszystkich naukach – zauważył nie bez złośliwości. – Proszę udowodnić, że nie zmarnowałem czasu.
– Dobrze, panie dyrektorze – powiedział swoim śpiewnym głosem.
Wyminęła go szybko, ale odważyła się spojrzeć mu w oczy i posłać nieśmiały uśmiech.
– Miłego dnia.
– Nawzajem, panno Buchanan. Z niecierpliwością oczekuję koncertu.
– Nie zawiedzie się pan.
Patrzył, jak spokojnie oddala się korytarzem. Długi warkocz kołysał się na jej plecach na tle kolejnego szalika w szkocką kratę – czerwonego, być może pod kolor zbliżających się świąt. Nie odwróciła się ani razu, choć być może na to liczył. Gdy zniknęła za zakrętem, Severus ruszył w dalszą drogę do swojego gabinetu.
Jakkolwiek to brzmiało – miał do omówienia parę spraw z portretem Albusa i bynajmniej nie przynosił dobrych wieści. Niestety, ta odrobina pożądanej prywatności nie została mu dana. Przed chimerą spacerował nerwowo Amycus, który znowu zapomniał hasła. Nie było w tym nic dziwnego, Severus specjalnie często je zmieniał, wiedząc, że Carrowowie za nim nie nadążą. Skoro nie gościł już Belli Brae, nie czuł potrzeby utrzymywania stałego, powszechnie znanego hasła.
– Tak, słucham? – zaczął ozięble, ściągając na siebie uwagę Amycusa.
– Musimy pogadać, Snape.
– Najwyraźniej. Zapraszam na górę.
Carrow nie należał do cierpliwych typów, zaczął mówić już na kręconych schodach.
– Z Alecto jest gorzej, nie wstała dzisiaj z łóżka. Będziemy musieli wyjechać wcześniej. Lekcje i tak się już nie odbywają, została tylko ta głupia uczta.
– Jak chcesz – zgodził się chętnie Snape. Dodatkowe dni wolne od Carrowów stanowiły mile widzianą okoliczność. – Nie mam z tym problemu.
– Dzięki. To serio konieczne.
– Rozumiem.
– Ale jest coś jeszcze.
Znaleźli się w gabinecie. Severus z kurtuazją wskazał gościowi krzesło, ale ten kręcił się nerwowo w tę i z powrotem.
– Tak, Amycusie?
– Czarny Pan chce dziewczynę.
Nie wiadomo dlaczego Snape na te słowa zobaczył oczami wyobraźni rude włosy i tęczówki szare jak burzowe niebo. Opuścił zeszłonocne zebranie w dworze Malfoyów, bo wraz z Yaxleyem, po raz Salazar wie który, szukał wiatru w polu. Nie wiedział, co wydarzyło się na spotkaniu oraz na jaki obłąkany plan wpadł tym razem Lord Voldemort. Jednak szaleństwem było przypuszczać, że chodziło akurat o Bellę Brae. Przecież Czarny Pan nie wiedział o niej prawie nic – a już na pewno nie to, co było najbardziej niebezpieczne.
No i Carrow na pewno nie nazwałby bibliotekarki „dziewczyną".
– Dziewczynę? – powtórzył spokojnie Severus. – Musisz wyrażać się konkretniej, Amycusie.
– Tę świruskę z Ravenclawu. Od ojca wariata. Wiesz, o co chodzi, nie?
Zrozumienie nagle rozbłysło w głowie Snape'a… I wcale mu się nie spodobało. Na nieszczęście dla siebie i Lovegood niewiele mógł zrobić.
– Po świętach – stwierdził. – Przed byłoby podejrzane, a trzeba do tego podejść inteligentnie. Wrócicie wraz z uczniami pociągiem z Londynu i wtedy… zadbacie o odpowiednią okazję.
– Dobra, da się zrobić.
– Przekażę plan dalej i wszystko zorganizuję – zapewnił Severus. – Możecie się pakować. Na razie najważniejsze jest zdrowie Alecto. Musi stanąć na nogi, to za długo trwa.
– Jasne, jasne. – Amycus pozdrowił go niedbałym ruchem ręki, kierując się do wyjścia. – Wesołych świąt, Snape.
Severus usłyszał, jak Dumbledore wzdycha za jego plecami, on sam miał ochotę wyć.
Jeszcze więcej dzieci, niech to szlag!
Ale tak musiało być. Nic więcej nie mógł zrobić, dopóki Potter się nie ogarnie i nie wypełni swojej części zadania… O której mało wiedział, specjalnie się nie kwapił i nawet nie znał wszystkich konsekwencji. Jak zawsze. A co jeśli wcale mu to nie przypadnie do gustu? Co jeśli… Odmówi? Ucieknie i nigdy więcej nie wróci? Udowodnił, że potrafi skutecznie zapaść się pod ziemię, przeklęty gówniarz. Severus był niemal pewien, że to wszystko dzięki Wiem-To-Wszystko-Granger. Gdyby Potter był sam, wojna skończyłaby się w ciągu pierwszego tygodnia.
I skończyłaby się bardzo źle.
Wielka Sala powoli wypełniała się uczniami, wokół panowało przyjemne poruszenie i znajomy rwetes: wesołe rozmowy i podniecone szepty mieszały się ze sobą, tworząc miły dla ucha poszum. Przekraczając próg, niemal każdy kolejny gość przystawał na moment przytłoczony niespodzianką przygotowaną przez Bellę Brae, artystkę, która przybyła do Hogwartu prosto ze świata baśni. Świąteczne dekoracje były zupełnie inne niż zazwyczaj. Szkolna jadalnia niespodziewanie zmieniła się w zaczarowany las – podłogę pokrywała ściółka, a ściany porastał mech, spośród którego wyrastały gałęzie świerków, ostrokrzewu i jarzębiny łącząc się ponad stołami w jeden gigantyczny wieniec. Wśród zieleni znajdowały się lśniące światełka, fantazyjne lampiony i świece umieszczone w słoikach wymalowanych na wzór miniaturowych witraży. Całości dopełniały jedwabne wstążki, zabawki z papier mâché oraz strategicznie rozmieszczone pęki jemioły. Bella Brae z właściwym sobie wdziękiem sprawiła, że Wielka Sala wyglądała niczym skrzyżowanie wiktoriańskiej pocztówki z domkiem celtyckiej czarownicy. Wszystkie elementy zostały wykonane z naturalnych materiałów dostępnych w Zakazanym Lesie, które dekoratorka osobiście zebrała. Ponad tym wszystkim wznosiło się rozgwieżdżone niebo dobrze widoczne przez zaczarowany sufit i obficie sypiący z niego śnieg.
Idealny bożonarodzeniowy wieczór.
Odziana w długą, odświętną suknię z zielonego aksamitu panna Buchanan stała skromnie z boku, tuż przy drzwiach wejściowych, podziwiając swoje dzieło, jakby sama nie wierzyła w to, czego dokonała. Kolorowe światełka odbijały się w jej roziskrzonych oczach i wyszywanej perłami opasce, za pomocą której przytrzymywała nad czołem niesforne loki. Swobodnie rozpuszczone włosy spływały poniżej jej talii, falując z każdym ruchem.
– Moja droga, przeszłaś samą siebie! – Poppy uściskała ją serdecznie, gdy tylko weszła do Wielkiej Sali. – O mój Merlinie, co za wspaniałe dzieło! Absolutnie niezwykłe.
– Dziękuję. – Bella Brae skromnie spuściła oczy.
– Zgadzam się, nigdy nie widziałam czegoś podobnego. – Profesor McGonagall stanęła tuż za pielęgniarką. – Jestem pod wielkim wrażeniem.
– To naprawdę nic takiego – broniła się skromna bibliotekarka.
– Moja droga, wszyscy wiedzą, że Minerwa nie rzuca słów na wiatr – zaśmiała się pani Pomfrey. – Taki dar nie może się marnować, jesteś prawdziwym odkryciem tego naprawdę paskudnego dla wszystkich roku.
– Hm. – Wicedyrektorka powstrzymała zbyt szczery potok słów wymownym chrząknięciem. – Nie mówmy dzisiaj o nieprzyjemnych rzeczach, dobrze, Poppy? W końcu zbliżają się święta.
– Tak, naturalnie – speszyła się Pomfrey. – Idziesz z nami, Bello?
– Za momencik – wykręciła się uprzejmie. – Chcę jeszcze przez moment nacieszyć oczy.
– Rozumiem, rozumiem. Zatrzymamy dla ciebie miejsce.
Starsze czarownice ruszyły w dalszą drogę, podczas gdy Bella Brae nadal zadzierała głowę wysoko do góry, patrząc na gwiazdy, płatki śniegu i sznury sprytnie zamocowanych lampek. Jakoś nie mogła się zmusić, żeby opuścić swój bezpieczny przyczółek. Nie lubiła dużych zgromadzeń, a do tego denerwowała się występem chórku. Pamiętała, jak skończyła się ostatnia uroczystość w Hogwarcie i ostatni uczniowski występ… Nie chciała, aby podobna sytuacja się powtórzyła.
– Dobry wieczór, panno Buchanan.
Drgnęła na dźwięk znajomego głosu. Severus zatrzymał się obok niej, również podziwiając wystrój Wielkiej Sali. Bella Brae zerknęła na niego nieśmiało. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Nie konsultowała z nikim swojego projektu, zwyczajnie nie przyszło jej to do głowy. A jeśli dyrektor nie był zadowolony? Jeśli uznał jej pomysł za dziecinny, idiotyczny, kompletnie pozbawiony smaku? Na szczęście nie dostrzegła na jego twarzy złowróżbnego grymasu. Wręcz przeciwnie – wydawał się spokojniejszy i bardziej swobodny niż w ciągu kilku ostatnich tygodni. Taki jak kiedyś, zanim postanowił trzymać ją na dystans.
– Jaki werdykt, panie dyrektorze? – odważyła się zapytać.
– Szczerze podziwiam zapał – powiedział powoli. – Pani pensja zaplanowana w szkolnym budżecie zdecydowanie nie była wydatkiem zmarnowanym. Może nawet powinna zostać podwyższona.
– Jak rozumiem, mam to uznać za komplement?
– Jak najbardziej zasłużony, panno Buchanan. Musiała ich pani zresztą wysłuchać dzisiaj sporo. Nie ma pani dosyć?
– Nigdy! – zaśmiała się niewymuszenie, czując, jakby nagle przedostała się na drugą stronę wysokiego muru, za którym nie wiadomo kiedy i dlaczego się znalazła.
Kąciki ust Severusa lekko drgnęły, gdy przyglądał się jej z namysłem. Śliczna i świeża Bella Brae miała w sobie dostatecznie dużo uroku, aby zwalczyć nawet najbardziej szlachetne porywy zdrowego rozsądku.
– Dlaczego nie dołączyła pani do reszty kadry?
– Sama nie wiem – westchnęła. – Chyba po prostu chciałam dłużej napawać się uroczystą atmosferą. Czas przygotowań przed świętami jest najcudowniejszy. Później to już tylko kolejne zwykłe dni.
– Zapewne ma pani rację.
– Albo zbyt wiele o tym myślę.
– Na pewno jedno z dwóch.
Szum w Wielkiej Sali powoli się wyciszał. Wszyscy zajmowali swoje miejsca i czekali, co będzie dalej. Stół Gryffindoru był niemal pusty, znaczące braki dawało się także zauważyć wśród dwóch innych Domów. Wyjątek stanowił oczywiście Slytherin: uczniowie w zielonych krawatach stawili się tłumnie i w doskonałych humorach. Stół nauczycielski okazał się podobnie wybrakowany. Do domu wyjechali wcześniej Carrowowie i pani Pince. Gajowy Hagrid w ogóle nie pojawiał się w zamku, na co uwagę zwrócił Severus, ale już niekoniecznie Bella Brae – ona go właściwie nie znała. Profesor Flitwick również trzymał się z dala od głównej części. Stroił klawesyn umieszczony na podwyższeniu, gdzie miał się później znaleźć szkolny chórek. Pomysłowa dekoratorka zaaranżowała prowizoryczną scenę na coś w rodzaju magicznej altany porośniętej bluszczem i obsypanej błyszczącym elfim pyłkiem.
– Idziemy, panno Buchanan? – zagadnął Severus, wyrywając ją z zamyślenia, a zaraz potem zrobił coś jeszcze dziwniejszego. Tak po prostu i zwyczajnie podał jej ramię.
Bella Brae zerknęła na niego niepewnie, ale nie odmówiła. Nie potrafiła. Pozwoliła pociągnąć się samym środkiem Wielkiej Sali, pod baldachimem z jemioły i ostrokrzewu. Nie tylko ona była zdumiona zachowaniem dyrektora. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia coraz liczniejszej widowni. Uczniowie odwracali głowy, tak samo żeńska część kadry. Severus zdawał się nic sobie z tego nie robić.
– Mam propozycję – odezwał się ponownie, nachylając nieco w jej stronę. Poczuła jego oddech na odsłoniętej szyi. – Skoro już została pani gwiazdą wieczoru, to może rozważy pani zajęcie o wiele bardziej wyeksponowanego miejsca?
– Przepraszam, ale nie rozumiem.
– Chciałbym, aby usiadła pani obok mnie. Jak pewnie pani zauważyła, panno Buchanan, będę tego wieczoru wyjątkowo osamotniony.
Rzeczywiście, środek stołu nauczycielskiego, niczym strefa skażenia, pozostawał całkowicie pusty. Nikt, kto tylko miał wybór, nie zamierzał siedzieć w pobliżu dyrektora Hogwartu.
Belli Brae nagle zrobiło się bardzo przykro.
– Ależ oczywiście – zgodziła się bez zastanowienia.
Nie wiedziała, co się właściwie wydarzyło, ale nie zamierzała narzekać. Nie po raz pierwszy zignorowała wszystkie ostrzeżenia, jakie kiedykolwiek otrzymała w sprawie dyrektora. Wolała ufać swojej intuicji.
I tak śledzące ich od samych drzwi spojrzenia znacznie się zintensyfikowały, gdy Severus odsuwał krzesło dla Belli Brae, a następnie zaoferował jej herbatę (alkohol na zawsze zniknął ze szkolnego menu) i pierwsze przekąski, które zaczęły się pojawiać na stole. Panna Buchanan uśmiechała się do niego serdecznie i zachowywała naturalnie. Nie przeszkadzało im własne towarzystwo, przecież w międzyczasie zdążyli się dobrze poznać. Pod ostrzałem zszokowanych spojrzeń dyrektor wygłosił krótkie, konwencjonalne życzenia świąteczne, po czym uroczysta kolacja rozpoczęła się na dobre.
– Nie wybiera się pani na święta do domu? – zapytał Severus, gdy już wypełnił ten nieprzyjemny obowiązek i mógł z powrotem usiąść.
– Chciałabym – rzuciła refleksyjnie. – Niestety, nie tym razem. Moi rodzice znajdują się obecnie w rozjazdach, na kolejnej misji badawczej. Nie wrócą przed nowym rokiem, zatem w domu nikt i nic na mnie nie czeka.
Skinął głową, ale nie dał się nabrać. Wprawdzie nie dyskutowali więcej o rodzinnych problemach Buchananów, jednak Snape nauczył się już, że za pozornie niewinnymi uwagami na ich temat zawsze tkwi coś więcej. Jeżeli Bella Brae tak rozpaczliwie ukrywała się w Hogwarcie, jej rodzice zapewne również przeczekiwali wojenną zawieruchę w jakiejś bezpiecznej kryjówce. Dlaczego nie mogli przebywać tam razem? To zapewne wiedziała wyłącznie pełna sekretów bibliotekarka.
– A pan, dyrektorze? – odwdzięczyła się równie osobistym pytaniem. – Zamierza pan odwiedzić rodzinę?
– Nie jestem takim szczęściarzem jak pani, panno Buchanan. Nie mam żadnej.
– Och… – wyrwało jej się ze współczuciem. – A przyjaciele? Bliscy znajomi?
– Myślę, że możemy bezpiecznie założyć, że nie ma takiego domu, w którym byłbym mile widziany – rzucił z cieniem gorzkiego uśmiechu.
Nie dodał wprawdzie: „Łącznie z Hogwartem", ale mógłby to zrobić. Bella Brae szybko zauważyła, że od najbliższych towarzyszy dzielą ją i Severusa co najmniej trzy wolne krzesła. Pozostali nauczyciele tylko na nich patrzyli, a poza tym oddzielili się ścianą milczenia. Nikt nie zamierzał ich zagadywać ani wymieniać świątecznych życzeń. Panna Buchanan nagle poczuła się niczym trędowata. Nie było to przyjemne.
– Rozumiem – stwierdziła poważnie. – Rozumiem pana nawet lepiej, niżbym chciała.
Nie mogła pojąć, skąd bierze się ten ostracyzm. Ona sama lubiła przebywać w towarzystwie dyrektora i zawsze się dziwiła, jak łatwo się z nim rozmawia. Ani trochę nie dorastał do swojej mrocznej legendy.
– Proszę się częstować, panno Buchanan – ponownie wyrwał ją z zamyślenia ten sam głos, pół na pół rozbawiony i ironiczny. – Czy nie po to właśnie organizuje się takie spędy?
– Niech pan mi powie, ja jestem w tym zupełnie nowa.
– Na pewno? Dotarły do mnie plotki, że lubi pani gotować.
Bella Brae zerknęła na niego kontrolnie. Rzucił tę aluzję z tak kamienną twarzą, że nie zdołała powstrzymać kolejnego wybuchu śmiechu – ryzykując, że znowu ściągnie na siebie uwagę nieprzychylnej publiczności.
– Jeśli jeszcze kiedyś pan zgłodnieje, zawsze może pan zwrócić się do mnie – zaproponowała z wesołym błyskiem w oku. – Proszę tylko zabrać ze sobą kociołek, pod tym względem nie jestem zbyt dobrze wyposażona.
– O nie, dzisiaj ja zapraszam – skontrował, szerokim gestem wskazując bogato zastawiony stół. – Może nie mamy w ofercie haggisa, ale zapewniam, że znajdzie pani w dzisiejszym menu kilka niespodzianek.
Dręczona rozmaitymi dysfunkcjami natury psychofizycznej młoda bibliotekarka do tej pory najmniej interesowała się oferowanym w zamku jedzeniem. Nigdy nie miała apetytu. Posiłki albo omijała, albo przeczekiwała. Pod czujnym spojrzeniem dyrektora wreszcie zainteresowała się tym, co ma przed sobą. Kierowała się bardziej nosem niż okiem, gdy pośród znanych już potraw odkrywała domowe smaki. Wypatrzyła zupę z porów i scotch broth, a także większą niż zwykle różnorodność szkockich pie'ów. Posłała dyrektorowie spojrzenie spod wysoko uniesionych w zdumieniu brwi.
– Teraz już musi pani coś zjeść – stwierdził. – Nikt inny się nie odważy. Tylko koniecznie proszę zostawić sobie miejsce na deser.
Bella Brae posłuchała dobrej rady i nie pożałowała, gdy na świeżych talerzach pojawiły się ciasta z bakaliami, puddingi, shortbread i…
– Cranachan! – rzuciła uradowana Bella Brae z jeszcze cięższym akcentem niż kiedykolwiek. – Uwielbiam! Zawsze przygotowuję cranachan na święto zbiorów. To znaczy… Przygotowywałam.
– Więc proszę się nie krępować.
– Pan też musi spróbować, koniecznie!
– Być może się skuszę.
Podczas gdy panna Buchanan po raz pierwszy odkrywała uroki przepysznej zamkowej kuchni, w głowie siedzącej bardzo daleko od niej Minerwy McGonagall, również szczyczącej się szkockim pochodzeniem, rodziło się coraz więcej pytań. Ze zdumieniem rozpoznawała regionalne niespodzianki, bo o ile za rządów Dumbledore'a kuchnia fusion była czymś zupełnie zwyczajnym, tak nieznoszący udziwnień, konserwatywny Snape wprowadził w szkole najnudniejsze menu w historii, skupiając się na wartościach odżywczych i analizach dietetycznych. Kolejny raz tego wieczoru spojrzała w stronę dyrektorskiego tronu i zszokowana zobaczyła rozgadaną, roześmianą, umazaną malinami Bellę Brae oraz Severusa, który wcale nie patrzył na nią chłodno ani z przyganą. O nie, profesor McGonagall bardzo nie spodobało się to, co zobaczyła w jego oczach. To nie tylko mu nie pasowało, ale dodatkowo wprowadzało jeszcze większy zamęt.
– Myślisz, że ją otruł? – szepnęła nieoczekiwanie pani Pomfrey prosto do ucha wicedyrektorki.
– Kto? Kogo? – Wyrwana z zamyślenia nie potrafiła połączyć faktów.
– Bellę. Mówiła, że podawał jej jakieś eliksiry, nie pamiętasz? Kto wie, czym ją wtedy napoił. Chyba wywarem z blekotu albo esencją szaleństwa.
– Nie opowiadaj głupot, Poppy.
– A jak to inaczej wytłumaczysz? Ta biedna dziewczyna całkiem zwariowała, co ona robi?
Minerwa była bardziej ciekawa uczuć drugiej strony – co miał z tego Snape? Dlaczego od samego początku kręcił się wokół bibliotekarki? Co nim kierowało? Wyłącznie czysta złośliwość? Jeśli tak, wyrażał to w dziwny sposób… Tradycyjnym szkockim deserem.
Bo taki sam, rozgrzebany cranachan stał również tuż przy łokciu Snape'a, który – jak Minerwa długo go znała – chyba nigdy nie skalał się publicznym spożywaniem słodyczy.
– Idę tam – zdecydowała nagle Poppy. – Ktoś musi to przerwać.
Nie zwlekając ani chwili, ruszyła w stronę Belli Brae. Rozbawiona i zarumieniona bibliotekarka wydawała się zdumiona, że oto nadszedł czas na koncert. Zastanawiała się, jakim cudem odświętny wieczór minął tak szybko… A później spojrzała na dyrektora i wszystko zrozumiała.
– Już idę, Poppy – powiedziała, pośpiesznie wstając. Czerwone policzki na jej twarzy płonęły niczym maliny wśród bitej śmietany w napoczętym cranachanie. – Przepraszam, zagapiłam się.
Profesor Flitwick również na nią czekał, podobnie zniecierpliwiony. Pani Pomfrey podała jej nuty, które Bella Brae natychmiast upuściła. Stojąca w pierwszym rzędzie chóru Luna Lovegood schyliła się, żeby je podnieść. Bibliotekarka posłała jej uśmiech, który został ochoczo odwzajemniony.
– Dziękuję.
– To pewnie dreszczółki – stwierdziła rozmarzonym głosem Krukonka. – Ich jad powoduje drżenie rąk. Żerują w gałęziach jemioły, a pani ostatnio sporo jej zbierała, prawda? Lepiej niech pani posmaruje na noc ręce śluzem ognistego ślimaka – doradziła fachowo.
– Ja… Dobrze, tak właśnie zrobię – wyjąkała oszołomiona panna Buchanan.
W końcu zdołała nad sobą zapanować i reszta koncertu przebiegła bez kolejnych potknięć. Profesor Flitwick akompaniował, Bella Brae przewracała dla niego nuty oraz wspierała śpiewające dzieciaki w trudniejszych muzycznie momentach. Cała wprost jaśniała wśród światełek i elfiego pyłku – doskonale świadoma, że wykonała dobrą robotę… Tak samo jak tego, że dyrektor ani na moment nie zdejmuje z niej uważnego spojrzenia. Uśmiechała się do siebie, do niego i do całego świata, śpiewając wraz z uczniami ostatnią kolędę:
God rest ye, merry Gentlemen,
Let nothing you dismay,
For Jesus Christ our Saviour
Was born upon this Day.
To save poor souls from Satan's power,
Which long time had gone astray.
Oh, tidings of comfort and joy
Comfort and joy.
Oh tidings of comfort and joy
Występ był udany.
Cały wieczór był wspaniały.
Bella Brae zasnęła tej nocy bez najmniejszego problemu, nie musiała nawet leczyć bezsenności, snując się po korytarzach. Dostała od losu wszystko, czego tylko mogła oczekiwać – a nawet więcej.
Kolejny poranek w Szkocji wstał piękny, rześki i słoneczny, jednak ciemne chmury na horyzoncie nie pozostawiały wątpliwości, że wkrótce zamkowe błonia pokryją się świeżą warstwą śniegu. W szkole od samego rana trwał wzmożony ruch. Uczniowie pakowali kufry, a następnie z hałasem targali je na dziedziniec, gdzie czekały zaprzęgnięte powozy. Bella Brae nie miała tego dnia żadnych obowiązków, ale mimo to wstała wcześnie, żeby popatrzeć na testrale. Niezmiernie rzadko miała okazję podziwiać te majestatyczne stworzenia, z którymi czuła osobliwą wspólnotę dusz. Podeszła do jednego z nich i czule pogładziła długą, obciągniętą workowata skórą szyję. Błoniaste skrzydła zafalowały nerwowo, ale się nie wystraszyła. Wyszeptała kilka śpiewanych słów, które podziałały na testrala uspokajająco.
Profesor McGonagall przyglądała się bibliotekarce spod zmarszczonych brwi, gdy skreślała kolejne nazwiska na długiej liście uczniów wyjeżdżających na ferie do domu. Równie dobrze mogła sobie to podarować, skoro zamek opuszczali wszyscy, ale zwyciężyło stare przyzwyczajenie połączone z wrodzonym perfekcjonizmem. Jakiś wyjątkowo nieogarnięty Gryfon zawsze mógł się zgubić – i co wtedy? Na pewno byłby zachwycony świętami z dyrektorem…
Minerwa nadal nie wiedziała, co ma myśleć o ostatnim popisie Snape'a, ale wcale jej się to wszystko nie podobało. Tak samo zachowanie Belli Brae, która powinna mieć dość instynktu samozachowawczego, żeby trzymać się z dala od kogoś, kogo towarzystwa nie jest w stanie znieść żaden przyzwoity czarodziej. To było kompletnie niepojęte.
Severus również był obecny na odprawie. Stał u szczytu schodów prowadzących do zamku – ciemna plama na nieskazitelnie białym, zimowym krajobrazie. Czarna skaza na honorze szkoły. Co za wymowna metafora. Obszerna peleryna wznosiła się wokół niego na wietrze niczym mroczne skrzydła. W zasadzie z pewnej odległości całkiem przypominał wychudzonego testrala. Może właśnie dlatego panna Buchanan miała do niego taką słabość?
– Wesołych świąt, Bello. – Poppy zatrzymała się przy bibliotekarce i uściskała ją, całując w oba zarumienione od mrozu policzki. – Dbaj o siebie, kochanie, i… Uważaj, dobrze?
– Dziękuję i nawzajem – odpowiedziała z uśmiechem. – Będę niecierpliwie czekać na wasz powrót.
– No to… raczej zrozumiałe – stwierdziła pani Pomfrey enigmatycznie. Nie zdołała powstrzymać czujnego spojrzenia, które posłała w stronę drzwi wejściowych do Hogwartu. – Ja na pewno wrócę jeszcze przed sylwestrem, możemy się wtedy umówić na herbatę.
– Bardzo chętnie.
Minerwa McGonagall również skinęła im głową, ale nie miała czasu na pogawędkę. Zdyscyplinowani uczniowie Gryffindoru najszybciej uwinęli się z pakowaniem, więc opiekunka Domu wsiadała właśnie do powozu i udawała się na dworzec wraz z ostatnimi podopiecznymi. Profesor Sprout też zgarniała do pojazdu resztki swojego przychówku. Mijając pannę Buchanan, poklepała ją serdecznie po ramieniu, wymieniając z Poppy zatroskane spojrzenie.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła nie wiadomo kogo. – To tylko kilka dni.
– Do tego bardzo krótkich – zgodziła się z nią wesoło Bella Brae. – Jak to w zimie.
– Tak, tak. – Pokiwała głową pielęgniarka, nagle jakby bardziej blada. – Króciutkie dni i bardzo długie noce.
– Na szczęście mam swobodny dostęp do najciekawszego księgozbioru w całej magicznej Wielkiej Brytanii. Nie mam mam nawet szansy się nudzić. Zresztą, pani Pince wyznaczyła mi specjalne zadanie na czas ferii.
– Owszem, słyszałam – przypomniała sobie Poppy. – Podobno coś niedobrego stało się z katalogiem w dziale numerologii współczesnej.
Bella Brae pokiwała głową, wzdychając ciężko.
– Niestety, z niewiadomego powodu zakradł się do niego kompletny chaos. Wszystkie zasoby trzeba skatalogować na nowo.
– Pewnie uczniowie – zgadywała Pomona, nie patrząc w oczy młodszej koleżance. – Młodzieży zawsze żarty w głowach.
– Spędzę w bibliotece długie godziny, zanim uda mi się to uporządkować – wyznała z żalem panna Buchanan.
– Ale to… Dobrze, dobrze – stwierdziła Poppy. – Przecież kochasz swoją pracę. Pewnie wolałabyś wcale nie wychodzić z biblioteki.
– To prawda!
– I może tak właśnie zrób – rzuciła prosto z serca Sprout, ale pani Pomfrey błyskawicznie ją zagłuszyła.
– Na nas już czas, kochanie. Trzymaj się ciepło i nie przemęczaj za bardzo. A gdybyś czegoś pilnie potrzebowała, zawsze możesz wysłać do mnie sowę, nie krępuj się.
Bella Brae z ulgą pożegnała starsze koleżanki. Sama nie wiedziała dlaczego, ale ich wypowiedzi (pełne ukrytych aluzji, których nie rozumiała) powoli zaczynały ją męczyć. Pomachała ręką do profesor Sinistry i Luny, które opuszczały zamek jako ostatnie, roztaczając wokół siebie aurę lekkiego nieuporządkowania, po czym sama również cofnęła się do wejścia.
– Panno Buchanan – przywitał ją po swojemu dyrektor.
Ostatnie powozy znikały za bramą ciągnięte powoli przez zaspy przez mroczne konie. Niebo ciemniało coraz bardziej, a w powietrzu zaczęły wirować płatki śniegu. Bella Brae zatrzymała się na schodach obok Severusa, przyglądając się refleksyjnie spokojnym, opustoszałym błoniom.
– Tylko pani i ja zasypani w zamku na końcu świata – zwrócił się do niej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Co za interesujący zwrot akcji, nie uważa pani, panno Buchanan?
Śnieg sypał mocniej, jakby specjalnie na jego życzenie. Porywisty wiatr igrał z czarną peleryną i rudymi włosami. Cokolwiek by nie powiedzieć, te święta w Hogwarcie miały być inne niż wszystkie poprzednie.
