Zmrożony śnieg wesoło chrzęścił pod stopami Belli Brae, gdy zmierzała w stronę Zakazanego Lasu. Dyrektor wielokrotnie wygłaszał nieprzychylne uwagi na temat tych wycieczek, ale tym razem nie wybierała się nigdzie w nocy. Dzień był piękny, jasny, a słońce miało górować nad Hogwartem jeszcze przez dobre kilka godzin. Panna Buchanan się nie bała. Miała przy sobie różdżkę, którą znowu mogła się swobodnie posługiwać, oraz rytualny sierp wykonany z czystego srebra… O tym narzędziu dyrektor nie wiedział – na swoje własne szczęście. Na pewno by mu się to nie spodobało, biorąc pod uwagę niedawny wypadek z nożyczkami. Dyrektor nie znał się na Starej Magii, zapewne czuł przed nią nieuzasadnione obawy – jak każdy mężczyzna – a w związku z tym uznałby sierp za niebezpieczną broń i spróbowałby go jej odebrać. Niedoczekanie! Czego wówczas używałaby do ścinania roślin?

Bella Brae minęła domek gajowego zdziwiona widokiem dymu unoszącego się z komina. Wbrew słowom dyrektora ktoś jeszcze został w zamku… Ale być może w jego oczach klucznik nie uchodził za ważną personę. Tak samo pan Filch, który nawet w święta trwał na posterunku, nie został zaliczony w poczet istotnych mieszkańców.

Szkocka wędrowniczka oddychała głęboko, z rozkoszą wciągając do płuc mroźne powietrze. Policzki szczypały, nos zabarwił się na piękny malinowy kolor, ale mimo to zima nie była jej straszna. Schowane pod wełnianą czapką włosy zapewniały dodatkową izolację, a jej płaszcz został podbity ciepłym, baranim futerkiem. Bella Brae pochodziła z wysokich gór, gdzie zdążyła zaprzyjaźnić się z chłodem. Lubiła zimę na równi z każdą inną porą roku i radośnie korzystała z jej uroków. Nazbierała w tym sezonie sporo jemioły, jednak nadal nie miała dość. Odmiana porastająca drzewa w imponującym lesie wokół Hogwartu była inna: dorodna i wręcz naelektryzowana pierwotną magią. Złote gałęzie mogły służyć do tylu wspaniałych rzeczy… Szkoda, że mugolskie i czarodziejskie przesądy zupełnie je zbanalizowały.

Panna Buchanan wędrowała zimowymi ścieżkami z coraz cięższym koszykiem przewieszonym przez ramię, dopóki wokół nie zaczęło się robić szarawo. Po spacerze, ku swojemu zdumieniu, poczuła głód, więc skierowała się prosto do swojej kwatery. Wielka jadalnia została zamknięta na czas przerwy świątecznej, posiłki ponownie można było zamawiać bezpośrednio do pokojów. Bella Brae właśnie tak zrobiła, w czasie oczekiwania na posiłek rozpalając w kominku. Gdy ogień wesoło buzował, dorzuciła do niego pęczek suszonych ziół i w kwaterze rozniósł się przyjemny, ziołowy zapach.

Skrzat pojawił się kwadrans później. Postawił przed nią gorącą zupę i podgrzewane naczynie z grzybowym risotto. Panna Buchanan nalała do filiżanki herbatę z eleganckiego imbryczka,po czym zabrała się za jedzenie.


Severus siedział w swoim gabinecie nad kubkiem popołudniowej kawy. Czytał książkę, usilnie ignorując pomrukiwania portretu Dumbledore'a, który od pewnego czasu usiłował zwrócić na siebie jego uwagę. Dopiero gdy uświadomił sobie, że po raz piąty bez zrozumienia czyta ten sam akapit, skapitulował.

– Wiem, co mam zrobić – rzucił oschle, nie odwracając się. – Nie wiem tylko jak.

– Och, drogi chłopcze, jestem przekonany, że człowiek obdarzony tak wielkim potencjałem intelektualnym…

– Nikt nie ma pojęcia, gdzie ukrywa się smarkacz. Czy mam się teleportować w losowo wybrane na mapie punkty, licząc, że dopisze mi szczęście? To absurd!

– Rokujący jednak lepiej niż bezczynność.

– Ciągłe opady śniegu nie ułatwiają sprawy – usprawiedliwiał się w dalszym ciągu Snape. – Jeżeli gówniarz ma choć trochę oleju w głowie, siedzi pod dachem i nie wyściubia stamtąd nosa. Jak mam go znaleźć w tych okolicznościach?

– Być może Tom…

– Nie. – Severus ponownie nie dopuścił do głosu namalowanego poprzednika. – Gdyby Czarny Pan o czymkolwiek wiedział, nie zachowałby tej informacji dla siebie. Niekoniecznie słynie z dyskrecji czy subtelności. Organizowałby teraz desant wszystkich podręcznych Śmierciożerców, włącznie ze mną, naturalnie, przecież akurat mam ferie.

– Severusie, nadal myślę, że…

– Dość – warknął, tracąc resztki cierpliwości. – Nie zamierzam tolerować podobnego traktowania. Jeśli to się powtórzy, sprawię sobie pod choinkę nowe zasłony i dobrze wiem, gdzie trafią.

Po raz pierwszy obejrzał się na portret. Dumbledore, martwy generał ruchu oporu, nie patrzył na niego z wyrzutem, tylko malującą się na twarzy, irytującą troską. To było jeszcze gorsze. Najpierw naciskał, doprowadzając go do szału, a później udawał szlachetne niewiniątko – identycznie jak za życia.

– Albusie, misja zostanie doprowadzona do końca – odezwał się spokojniejszym tonem. – Ale nawet ja potrzebuję czasem chwili oddechu.

– W porządku. – Malowany dyrektor również spokorniał. – Zostawię cię w takim razie. – Podniósł się z fotela, zamierzając najwyraźniej opuścić ramy obrazu. Po raz pierwszy, odkąd znalazł się na płótnie. – Słyszałem, że książka Rity otrzymała status potrójnego bestsellera i z tej okazji w księgarni na Pokątnej zawiesili mój honorowy portret. Chyba warto go odwiedzić, rozprostować nieco stare kości.

– Baw się dobrze, Albusie.

– Wzajemnie, mój drogi. Wesołych świąt!

„Yhm", mruknął ponuro Severus w myślach. „Wesołe jak zawsze, od tylu już lat… Pieprzone szczęście".

Wrócił do lektury, ale nie na długo. Wkrótce kominek w jego gabinecie zaczął potwornie kopcić, wyrzucając z siebie kłęby cuchnącego spalonym zielskiem dymu. Severus rozkaszlał się, zanim zdołał sięgnąć po różdżkę.

– Co do…

Nie dokończył, bo w jego umyśle natychmiast pojawiło się jedyne racjonalne wyjaśnienie obłąkanej sytuacji. Oczyścił pomieszczenie z dymu, po czym sięgnął po proszek Fiuu i wrzucił garść do kominka.

Panna Buchanan nawet nie zauważyła, kiedy pojawił się w jej kwaterze. Stała w otwartym na oścież oknie, wymachując nad głową kraciastym szalem w bezskutecznej próbie pozbycia się śmierdzących oparów.

– Mogłem się domyślić – powiedział jedwabistym tonem, anonsując swoje przybycie.

Osmolona i rozczochrana Bella Brae spojrzała na niego z wyraźną ulgą. Kto jak kto, ale dyrektor sprawdzał się w kryzysowych sytuacjach.

– I najwyraźniej pan to zrobił, skoro tak szybko pan się tutaj znalazł – odpowiedziała bystro. – Skąd pan wiedział, że to ja?

– Jak wspomniałem, panno Buchanan, jedynie pani poza mną znajduje się w zamku.

– Oraz pan Filch – zauważyła.

– Jednak pan Filch nie wykazuje tak charakterystycznej dla pani skłonność do wywoływania katastrof. Co się stało tym razem?

– Próbowałam aromaterapii… I przesadziłam z dawką.

– Jak widać.

Severus już rzucał niewerbalnie podstawowe zaklęcia, z którymi dobrze się zaprzyjaźnił przez lata kariery mistrza eliksirów: likwidacja zadymienia, oczyszczenie powietrza, pomiar skażenia, ogólna dezynfekcja pomieszczenia. Dodatkowo wygasił ogień na kominku i z zainteresowaniem pochylił się nad paleniskiem. Po chwili wydobył z popiołów pęczek na wpół spalonych ziół.

– Biała szałwia, lawenda, wrzos – rozpoznał bez trudu, imponując towarzyszce swoim znawstwem. – Jakiego demona usiłowała się pani pozbyć, panno Buchanan? Czyżby mnie? – Ton brzmiał złośliwie, jednak sam dyrektor wyglądał na raczej rozbawionego. – A to ciekawe… Werbena?

Bella Brae spłonęła ceglastym rumieńcem.

– Tylko dlatego, że zabrakło mi słodkiej trawy. Nie miałam na myśli… nic niemądrego – zapewniła szybko.

– Pokładam ufność, że naprawdę tak było – nie podarował sobie kolejnego komentarza, posyłając w niebyt nieszczęsne rośliny. – Poza tym zioła nie zostały właściwie zasuszone, stąd wziął się cały ten dym. Następnym razem proszę zwrócić się do mnie, mam magazyn składników do wyłącznej dyspozycji.

– Dobrze, dziękuję.

Udręczona panna Buchanan odwróciła się, żeby zamknąć okno i jednocześnie uniknąć jego szacującego wzroku. Zarzuciła szal na ramiona, odetchnęła głęboko kilka razy, a gdy odzyskała równowagę, zwróciła się ku niemu ze swoim zwykłym, swobodnym uśmiechem.

– Bardzo przepraszam, panie dyrektorze. To wszystko tak nagle wymknęło się spod kontroli…

Severus stał przy kominku, od niechcenia bawiąc się różdżką i rozglądając się po kobiecej kwaterze, w której pojawiła się nowa dawka magiczno-baśniowych bibelotów. Nad parapetem kołysała się kolekcja łapaczy snów podobnych do tego, który panna Buchanan osobiście zawiesiła w jego gabinecie, nad stołem – wielki stroik z ozdobionych wstążkami i suszonymi owocami gałązek jemioły. Bella Brae musiała mieć mnóstwo wolnego czasu, skoro poświęcała się tylu różnym robótkom.

– Cóż, mogę powiedzieć? – westchnął niemal teatralnie Snape. – Widocznie źle oceniłem sytuację, a pani przydałoby się jeszcze kilka lekcji.

– Zapewne tak.

– Tymczasem proszę uważać z tą swoją Starą Magią, bo jak tak dalej pójdzie, pani sama może nie doczekać starości.

– Wezmę to pod uwagę.

– Zalecam tak zrobić, a ja w tym czasie roześlę skrzaty z kontrolą do aktualnie nieużywanych pomieszczeń, które mogła pani skazić. To stary zamek, w dodatku wielokrotnie magicznie przemodelowywany. Przewody kominowe płatają figle.

Odwrócił się na pięcie z zamiarem opuszczenia jej prywatnej kwatery, jednak wtedy Bella Brae znalazła w sobie dość odwagi, żeby zadać długo powstrzymywane pytanie.

– Tak sobie pomyślałam… – zaczęła i niemal natychmiast urwała.

Severus zatrzymał się w drodze do drzwi. Nie zachęcał jej ani przesadnie nie zniechęcał. Po prostu czekał na rozwój sytuacji.

– Pomyślałam… Oczywiście to nie jest nic takiego i jeśli nie ma pan ochoty, to naturalnie zrozumiem, ale gdyby jednak…

– Panno Buchanan, proszę jaśniej.

Odetchnęła głośno, splatając dłonie za plecami i uciekając przed nim wzrokiem.

– Są święta, a w takim czasie nikt nie powinien być sam, prawda? Dlatego zastanawiałam się, czy… Skoro już znajdujemy się tutaj razem…

Przewrócił oczami, więc Bella Brae w końcu, w przyspieszonym tempie, znalazła odpowiednie słowa:

– Chciałam zapytać, czy zechciałby pan zjeść ze mną świąteczny obiad dwudziestego piątego grudnia?

– Panno Buchanan, nie jestem człowiekiem, który specjalnie wysoko ceni sobie celebrację.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko… tak jakby… – zaplątała się znowu. – Zimowe przesilenie to ważne wydarzenie, które uroczyście świętowano w wielu kulturach.

– I które już miało miejsce dwa dni temu – wytknął jej Snape.

– Nie według tutejszej tradycji, prawda?

Zastanowił się przez moment. Nie bardzo miał chęć… Ale ku swojemu zdumieniu odkrył, że nie jest również nastawiony całkiem nieprzychylnie. Spędził już jedną ucztę u boku Belli Brae (a nawet dwie, jeśli się nad tym zastanowić), co mu szkodziło zrobić to ponownie? Była sympatyczną, wesołą towarzyszką, a on i tak nie miał innych planów… Bo jak, gdzie i z kim?

– Nie jestem pewien, czy warto otwierać jadalnię tylko dla nas dwojga – poszukał wygodnego wykrętu.

– W tym zamku znajduje się mnóstwo sal i salek. – Zdeterminowana Szkotka wykazywała tendencję przeciwną. – Gotowaliśmy już razem w pracowni eliksirów… I nawet biblioteka się nada.

– W takim razie zgoda, panno Buchanan. Jeśli tak pani na tym zależy, spędzę z panią świąteczny wieczór.

– Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy.

– A zatem do zobaczenia. Proszę postarać się do tego czasu nie puścić zamku z dymem. Byłoby szkoda.

Bella Brae z uśmiechem odprowadziła go do drzwi i pożegnała. Później oparła się o nie, przykładając dłonie do rozpalonych policzków, które zawsze ją zdradzały. Sama nie wiedziała, co jej przyszło do głowy, ale najwyraźniej podziałało. Naprawdę nie chciała spędzać świąt w samotności.


Severus wprawdzie się tego spodziewał – przecież sam zaprosił swojego gościa – jednak nadal czuł się niekomfortowo, gdy profesor Binns nagle przenikał przez drzwi do jego gabinetu.

– O tak, znakomicie rozumiem pańskie poruszenie, drogi kolego – zaczął duch pojednawczym tonem, gdy bez większego trudu rozszyfrował jego minę. – Sam długo nie potrafiłem się przyzwyczaić, ale cóż… Nie bardzo mam wybór. Pragnę również na samym wstępie się usprawiedliwić: w ten uroczysty czas nie przybywam bez stosownego, kulturowo usankcjonowanego i podyktowanego moim głębokim szacunkiem podarku. Niestety, tak jak poprzednim razem, musi pan udać się po niego osobiście do mojego gabinetu. Jak to się mówi, zupełnie nie mam rąk, żeby samodzielnie go panu dostarczyć.

– Ależ nie trzeba było, profesorze.

– Naturalnie, że trzeba! Tego wszak wymaga dobre wychowanie, jak i uświęcona tradycja – podkreślił Binns, z metafizycznym wdziękiem i lekkością zajmując miejsce naprzeciwko dyrektora.

– Ja z kolei nalegam, aby profesor dłużej się tym nie kłopotał – rzucił Severus kurtuazyjnie. – Dzisiaj ja zapraszam.

Wstał zza biurka i podszedł do barku. Profesor Binns śledził kolegę głodnym wzrokiem, za którym podążało też ciche westchnienie rozmarzenia.

– Dyrektorze, mimo że doceniam gest, obawiam się, że zachodzą tutaj znane nam obu trudności natury technicznej, a owe całkowicie uniemożliwiają spożycie…

– Owszem, wziąłem to pod uwagę. Muszę jednak wyznać, że jestem człowiekiem ambitnym oraz niepoprawnym optymistą. W związku z powyższym lubię wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Snape wydobył ze swojego prywatnego zbioru butelkę, która nie mogła pochodzić z żadnej znanej destylarni. Wyróżniało ją brązowe szkło laboratoryjne oraz etykieta opisana jego odręcznym, cienkim i strzelistym charakterem pisma. Ustawił na biurku dwie szklanki, odkorkował flaszkę. W gabinecie w jednej chwili rozszedł się intensywny aromat whisky, który wręcz drażnił nos. Severus przechylił butelkę i wydobył z niej… Nie płyn, ale i nie gaz. Z szyjki ni to wyciekła, ni to uniosła się delikatna substancja stanowiąca jakiś nowy, pośredni byt. Zaintrygowany profesor Binns pochylił się tak nisko, że nieświadomie przeniknął przez blat, choć zwykle bardzo się pilnował, uparcie zachowując pozory materialności w swoim życiu-nie-życiu.

– A cóż to, drogi kolego?

– Mój własny wynalazek. – Severus starał się panować nad głosem, ale wbrew jego intencjom przebijała w nim duma. – Oczywiście nie jest to gotowy produkt, zaledwie prototyp. Nie mogę jednak ruszyć dalej bez niezbędnych testów konsumenckich.

Przesunął jedną ze szklaneczek w bezpośredni zasięg nauczyciela historii. Plastyczna substancja falowała, dopasowując się do naczynia, ale pozostając w nim z pewnymi oporami. Natura badacza nakazała Binnsowi najpierw przeprowadzić podstawowe testy empiryczne. Obejrzał szklaneczkę z każdej strony (wliczając spód, o dziwo o wiele bardziej przystępny dla ducha), nasłuchiwał, czy być może wydaje jakieś interesujące dźwięki, w końcu powąchał… Gdy zaczerpnął oddech, lotna substancja wyfrunęła ze szklanki, przeniknęła przez jego widmowy nos, po czym w niewytłumaczalny sposób połączyła się z nadprzyrodzonym materiałem, z jakiego zbudowane było widmowe ciało ducha.

Oczy starego, od dawna martwego nauczyciela rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy poczuł pierwszy od niemal wieku, zupełnie realny strzał alkoholu w organizmie, którego przecież nie posiadał.

– O! – wykrzyknął. – O, drogi kolego! – Snape mógłby przysiąc, że w oczach Binnsa pojawiły się łzy wyciśnięte przez źle wymierzoną moc whiskey albo… wzruszenie. – O, drogi dyrektorze!

– Czy pan coś czuje, profesorze? – zapytał z naukową ciekawością oraz piórem uniesionym nad świeżą kartą pergaminu, gotowy do zanotowania wszelkich przydatnych uwag.

– Czy czuję? – rozchichotał się Binns, gubiąc gdzieś swoją zwykłą, cokolwiek napuszoną powagę. – O, czuję dużo… Znacznie więcej niż za życia!

Mocne świństwo, ale dobre jak zaraza… Jeśli wybaczy pan mój angielski. Ale… Jak?! Jakim cudem zdołał pan tego dokonać?

Severus zanotował coś, uśmiechając się samym kącikiem ust.

– Powiedzmy, że posiadam pewien zestaw talentów, które sprawdzają się w szczególnych wypadkach.

- Toż to najprawdziwszy geniusz! Nie dziwię się, że wybrał pan specjalizację w miksturach. Pomysły takie jak ten nie zdarzają się codziennie, wymagają prawdziwego daru i drygu. Szczerze podziwiam, doprawdy! Niech to dunder świśnie, ja wręcz panu zazdroszczę! Czy ten cudowny płyn ma jakąś nazwę?

– Wciąż żadnej prawnie zastrzeżonej, ale… Myślę o nim jako o alkoplazmie.

– Piękna, iście poetycka nazwa! – pochwalił coraz bardziej rozochocony Binns. Uszczęśliwiony zamachał dłońmi nad szklanką, wprawiając alkoplazmę w ruch wirowy, a następnie kierując ją w stronę swoich ust i nosa. – Och, cudownie! Wprost wybornie!

Severus poruszył swoją własną szklanką, obejrzał ją pod światło i również powąchał. Na niego zapach nie podziałał aż tak szokująco. Już podczas poprzednich testów, które przeprowadzał na sobie, odkrył, że część preparatu działająca na duchu, przez niego po prostu przenikała na wylot bez jakichkolwiek interesujących efektów ubocznych.

– Czy dawka nie jest zbyt mocna? – zadał kolejne pytanie z przygotowanego wcześniej kwestionariusza.

– To raczej sprawa preferencji – stwierdził profesor. – Co kto lubi, drogi... najdroższy z drogich... przenajdroższy kolego!

Jednak coś w tonie jego głosu, w swoistej potoczystości przemowy oraz w swobodnym zachowaniu podpowiedziało Snape'owi, że dawka alkoholu jest zdecydowanie zbyt wielka. Podana w podobnych proporcjach śmiertelnikowi prawdopodobnie posłałaby na tamten świat statystycznego użytkownika… zwiększając tym samym potencjalny rynek zbytu na alkoplazmę. We wspaniałym wszechświecie Ślizgonów nic się nie marnowało.

A może nie?

Severus zaklął w duchu, gdy uświadomił sobie błąd, jaki popełnił. Upijając rozmówcę zbyt szybko, stracił szansę na przeprowadzenie dyskusji, do której poczęstunek miał stanowić zaledwie wstęp. Tymczasem profesor Binns wchłonął już całą zawartość szklanki i tęsknie spoglądał w stronę butelki. Gospodarz spełnił niewypowiedziane życzenie, hojnie napełniając naczynie. Prawa gościnności zobowiązują. Zakończył spisywanie pobieżnego raportu z pierwszego tekstu, zanotował na marginesie kilka dodatkowych uwag i postanowił czym prędzej przejść do meritum, zanim będzie za późno.

– Czy pamięta pan, profesorze, dlaczego zaprosiłem pana na dzisiejsze spotkanie? – zapytał uprzejmie.

– Tak, oczywiście. – Binns z rozkoszą wachlował się oparami metafizycznego alkoholu. – Magia bezróżdżkowa, temat rzeka!

– W zasadzie interesował mnie jeden, bardzo konkretny aspekt szerszego zagadnienia. Wyjaśniłem wszystko w notatce.

– Hm… Hm, tak. Już sobie przypominam.

Profesor Binns z pewnym trudem przywołał się do porządku. Uznał jednak rozsądnie, że nie ma nic za darmo i oto nadszedł ten moment, gdy powinien się odwdzięczyć, płacąc wiedzą za szczodry poczęstunek. Odchrząknął po raz ostatni, szykując się do wykładu.

– Na wstępie muszę zaznaczyć, że różdżkarstwo nie stanowi dziedziny, którą zgłębiałem ze szczególnym zainteresowaniem. Kojarzyła mi się zawsze z nieznośnie technicznymi szczegółami rzemiosła, a ja, drogi kolego, jestem urodzonym i wykształconym teoretykiem, nie praktykiem. Wolnym myślicielem, hi, hi, hi. Hm, no tak. Niewiele też mogę zrobić, będąc trwale uwięzionym w zamku, tak samo zresztą jak pan. Odbyłem jednak kwerendę biblioteczną, wnikliwie zbadałem źródła, a także uruchomiłem te kontakty w świecie uniwersyteckim, jakie mi jeszcze pozostały. Nie było to łatwe, musiałem korzystać z asysty niekoniecznie skorych do współpracy uczniów. Listę wybranych publikacji, które polecam pańskiej uwadze, znajdzie pan na moim biurku. Podobnie jak skromny, świąteczny podarek. Zapraszam w dogodnym dla pana terminie. Jestem zawsze obecny, nie mam innych towarzyskich powinności.

– Czuję się wielce zobowiązany. – Severus skłonił lekko głowę. – A jak w skrócie prezentują się wnioski?

– Jeżeli chodzi o założenia a priori, oczywiście miał pan rację. Magia bezróżdżkowa jest ową pierwotną, podstawową zasadą, o której zapomnieliśmy. Pierwszym źródłem mocy, wspólnym dla nas wszystkich.

– Ale? – wtrącił Snape, dobrze przeczuwając wystąpienie drobnego spójnika, który zmieniał cały sens.

– Nikt nie potrafi korzystać z owego dobrodziejstwa w pełnym zakresie. Oduczyliśmy się tego. Drobne sztuczki, proste zaklęcia, spontaniczne wyładowania w młodszym wieku. To wszystko, co nam zostało. Po mugolskiej stronie sprawa będzie dotyczyć oczywiście zielarek i znachorek, którym poświęciliśmy taki wiele uwagi podczas minionych dyskusji. My, czarodzieje, kompletnie uzależniliśmy się od różdżek. Jeżeli mam być szczery, naprawdę mnie to uderzyło. Nie spodziewałem się, że jest aż tak źle… Oddaliśmy się nowemu systemowi praktycznie bez walki.

– A jak to działa w drugą stronę? Czy miał pan szczęście cokolwiek na ten temat odkryć? – naciskał Severus.

– Wszystko znajdzie pan w moich zapiskach, jednak już sam zdrowy rozsądek bezsprzecznie podsuwa panu odpowiedź, drogi kolego.

– To znaczy?

Binns spojrzał na niego poważnie spoza alkoholowych oparów.

– Skoro różdżki mogą wspierać magię, to mogą ją z równą skutecznością zablokować. Wszystko zależy od ustawionych odgórnie parametrów. Jesteśmy sterowani na każdym kroku. To potworne odkrycie.

Sekrety, różdżki, pierwotna magia.

Severus pomyślał o niepozornej pannie Buchanan: śpiewającej swoje ballady, haftującej serwetki i splatającej wieńce z ostrokrzewu. Jak bardzo Bella Brae różniła się od tego, jakie sprawiała wrażenie? Ile przeżyła i ile wiedziała? Czy powiedziała mu wszystko? Z pewnością nie. Ale gdyby nie ona, nigdy nie trafiłby na ślad… Czego właściwie? Czy można to nazwać powszechnym spiskiem? A może tylko ignorancją powiązaną z przywiązaniem do ustalonego od wieków porządku?

I jak bardzo osobliwy był fakt, że największa tajemnica panny Buchanan przypadkiem wiązała się z dziedziną, która tak bardzo interesowała Lorda Voldemorta, chociaż z zupełnie różnych powodów? Gdyby kiedykolwiek się dowiedział, jakie to wszystko jest tak naprawdę proste… Och, Severus już z daleka wyczuwał wszechogarniającą ironię. Czarny Pan poświęcił życie poszukiwaniu Najstarszej Różdżki, która – jeśli się nad tym zastanowić – nie miała żadnego znaczenia… ani tym bardziej legendarnej mocy. Lord Voldemort w swoim drugim życiu miał zostać pokonany przez tę samą magię.

Starą Magię.


Severus Snape od zawsze czuł pewien sentyment do biblioteki – uczucie zupełnie zrozumiałe w przypadku samotnego chłopca z problemami, który wyrósł na niewiele zdrowszego dorosłego mężczyznę. Ciche sanktuarium kojarzyło mu się ze spokojnymi godzinami spędzonymi na czytaniu lub odrabianiu lekcji – z dala od nieprzyjaznych kolegów czekających za drzwiami – oraz ze zdobywaniem wiedzy umożliwiającej skok w sztywnej społecznej hierarchii. Dzięki książkom wyrwał się z błędnego koło biedy i patologii… Nawet jeśli z własnej woli trafił później o wiele gorzej.

Mimo wszystko nigdy nie poczuł w bibliotece tak intymnej, domowej atmosfery jak w chwili, gdy stawił się tam na spotkanie z Bellą Brae.

Pod nieobecność pani Pince w bibliotece panował artystyczny rozgardiasz podążający krok w krok za jej nową protegowaną. Wyciągnięte z podręcznego katalogu szuflady zajmowały cały kontuar, na stoliczku obok wyrastały wieże zbudowane z książek oddanych przez uczniów tuż przed wyjazdem do domów, ale nadal nieuporządkowanych. Przy drzwiach znajdowała się najświeższa porcja czarodziejskiej prasy, którą najprawdopodobniej dostarczono poprzedniego dnia wieczorem. Zgrabnie zapakowane gazety czekały na swoją kolej – jak i wszystko inne.

Tymczasem Bella Brae zapalała kolorowe lampiony przypominające miniaturowe szopki bożonarodzeniowe, które wcześniej umieściła na środku zaaranżowanego przez siebie stolika. Znajdował się idealnie w centrum głównego pomieszczenia rozległej biblioteki, w bezpiecznej odległości od książek i innych wrażliwych sprzętów. Stolik został nakryty zielonym obrusem i udekorowany świerkowymi gałęziami, z kolei znajdujące się przy talerzach serwetki panna Buchanan poskładała w choinki i gwiazdy betlejemskie. Prawdziwa artystka w swoim fachu.

– Wesołych świąt! – Uśmiechnęła się na jego widok. – Mam nadzieję, że nie przesadziłam? – zaniepokoiła się niemal w tym samym momencie. – Nie chciałam, żeby w ten wyjątkowy dzień wszystko wyglądało tak zwyczajnie…

– Nie spodziewałbym się po pani niczego innego, panno Buchanan.

Zaśmiała się, poprawiając opadające na oczy włosy. Jakby w kontrze do wymyślnie udekorowanej sali, sama Bella Brae nie zaszalała ze stylizacją. Miała na sobie prostą szatę i nieodłączny kraciasty szal spięty broszką z błękitnymi dzwoneczkami. Jej wzrok prześlizgnął się z Severusa wprost na sajgon rozpanoszony w bibliotece.

– Przepraszam za to. – Zakłopotana wskazała na rozgrzebane katalogi. Ostatecznie był dyrektorem szkoły i jej przełożonym, miał prawo wiedzieć, skąd wziął się ten potworny bałagan. – W wyniku jakiegoś uczniowskiego żartu rejestr biblioteczny znajduje się obecnie w tragicznym stanie. Pomieszanie z poplątaniem! Próbowałam przywrócić wpisy do oryginalnego stanu, ale żeby to zrobić, musiałbym nie opuszczać biblioteki aż do nowego roku.

– Rozumiem – rzucił krótko Snape.

Łatwo mógł sobie wyobrazić, komu zależało na tym, aby zatrzymać Bellę Brae bezpiecznie ukrytą w zaciszu biblioteki i jak najdalej od demonicznego dyrektora. Ten sam ktoś widocznie zapomniał, że drzwi otwierają się z obu stron: Snape sam mógł tam w każdej chwili zajrzeć.

Co też właśnie uczynił.

Samotna panna Buchanan szczerze ucieszyła się ze spotkania. Z przyjemnością i bez zachęty streściła mu postęp prac w zakresie ogarniania chaosu, opowiedziała o tym, czym się zajmowała od początku ferii, a także tuż przed jego przyjściem. Opisała mu nowości wśród bibliotecznych zasobów na wypadek, gdyby chciał je obejrzeć, coś wypożyczyć albo zgłosić uwagi. Nie musiała dodawać, jak bardzo lubi swoją pracę – cała aż promieniowała poczuciem misji. Z uprzejmości obejrzał wszystko, co zechciała mu pokazać, zanim w końcu zaprowadziła go do stolika.

– A pan, panie dyrektorze? – zapytała zaciekawiona, kiedy z kurtuazją odsunął dla niej krzesło, żeby mogła spocząć jako pierwsza. – Jak spędza pan przerwę od zajęć?

– Leniwie – odpowiedział, unosząc w oszczędnym uśmiechu tylko jeden kącik ust. – Planowałem spędzić ten czas w pracowni, ale zamówione składniki eliksirów nie dotarły w zapowiadanym terminie. Dopóki ich nie dostanę, jestem uziemiony.

– Może dobrze się złożyło? Tak dużo pan pracuje, powinien pan czasem odpoczywać.

– Tak jak pani ma to w zwyczaju? – zagadnął niespodziewanie, pochylając się ku niej nad stolikiem.

Bella Brae uciekła wzrokiem w bok, pozornie skupiona na poprawianiu artystycznie poskładanych serwetek. Severus dopiero wtedy zauważył, że obrus jest ręcznie wyszywany i na pewno nie należy do szkolnego wyposażenia.

– Co ma pan na myśli? – Udała, że nie rozumie.

– Dotarły do mnie słuchy, że ktoś od samego rana regularnie zaglądał do zamkowej kuchni, korygując przygotowane przeze mnie menu. Czy otrzymałem prawdziwe informacje?

Rumiane policzki potwierdziły jego przypuszczenia prędzej niż słowa.

– Lubię gotować, uprzedzałam pana. Uznałam jednak, że zajmowanie po raz kolejny pana pracowni nie jest dobrym pomysłem. A skoro szkoła jest pusta, a moja obecność nie sprawiała skrzatom wielkiego problemu… Zapragnęłam wnieść osobisty wkład do dzisiejszej kolacji. Przygotowałam swoją wersję cranachana, ponieważ zauważyłam, że ostatnio przypadł panu do smaku. Ja robię znacznie lepszy.

– Cóż, przekonamy się.

Nie kłamała. Panna Buchanan wkładała serce we wszystko, co robiła – i to było widać… Nie tylko w krwawym sosie malinowym. Koniec końców Severus spędził z nią kolejny miły, niezobowiązujący wieczór, na którym cieniem położył się tylko jeden moment.

Ten, w którym postanowił zapytać o różdżki.

Bella Brae od razu posmutniała, gdy przypomniał jej o rodzicach.

– Powiedziałam panu wszystko, co wiem, dyrektorze. Nawet więcej, niż dyktował instynkt samozachowawczy – odezwała się dopiero po dłuższej chwili, grzebiąc widelcem w smętnych resztkach deseru. – Przedstawiciele ministerstwa zjawili się w naszym domu ponownie tuż po ataku. Podobno z uwagi na bezpieczeństwo, ale wykorzystali to jako pretekst, by ponownie przetrząsnąć nasze rzeczy. Zabrali nawet luźne notatki i szkice artykułów… A co dopiero różdżki! Prototypy od początku były własnością rządu. Nic nie mogliśmy zrobić.

– Czy to znaczy, że pani rodzice nie uczestniczyli w procesie ich powstawania?

– Ależ tak, ktoś musiał określić konkretne wymogi. Niestety, ich ciężka praca przepadła. Jeśli przyszło panu do głowy, że ja byłabym w stanie odtworzyć choćby ułamek tej wiedzy… Byłam wtedy zaledwie dzieckiem – przypomniała smutno Bella Brae. – Przerosło mnie to wszystko.

– To zrozumiałe.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego tak to pana interesuje…

Severus odchylił się na krześle. Teraz on unikał i jej spojrzenia, i odpowiedzi. Nie zamierzał ujawniać, że ma własne, bardzo konkretne powody.

– Czysta naukowa ciekawość, panno Buchanan – wykonał zgrabny unik. – Muszę przyznać, że odkąd opowiedziała mi pani swoją historię, nie mogę przestać o tym myśleć. To fascynujące.

– I niebezpieczne – podkreśliła.

Minęło wiele lat, a mimo to w jej oczach nadal czaił się lęk. Snape nie chciał naciskać i tym samym psuć atmosfery. Bella Brae za bardzo ceniła magię świąt. Jednak pomimo zmiany tematu nadal wydawała się zakłopotana. Uciekała przed nim spojrzeniem i wierciła się coraz bardziej, jakby nie mogła się na coś zdecydować. Świąteczna kolacja powoli dobiegała końca, więc jeśli naprawdę zamierzała to zrobić, musiała działać szybko.

– Nie chciałem pani zdenerwować – zareagował Severus, wykazując się zaskakującym wyczuciem sytuacji. – Zapomnijmy o całej sprawie.

– Nie o to chodzi. Po prostu ja… Och, pomyśli pan, że jestem głupia. A może nawet gorzej. Ja… Och, ja…

Bella Brae wstała i pospiesznie wyszła za kontuar. Po chwili wyjęła spod lady owinięty ozdobnym papierem pakunek. Już wcześniej zarumienione policzki stały się równie ciemne jak jej szminka.

– Pewnie uzna pan, że jestem niemądra, ale święta mają swoje święte prawa – powiedziała, nieśmiało wręczając mu prezent.

Severus sprawiał wrażenie irytująco niezdziwionego jej zachowaniem. Nie mógł jednak wprost przyznać, że na widok kolorowego papieru poczuł ulgę. On też miał w zanadrzu drobną niespodziankę.

– Jeśli wymiana podarunków stanowi wyznacznik głupoty, jestem równie winien.

On naturalnie nie włożył w to aż tyle wysiłku. Wyciągnął spod szaty prosty upominek zapakowany w szary papier, jakiego powszechnie używa się w czarodziejskich księgarniach. Panna Buchanan była jednak absolutnie oczarowana.

– „Pieśni Osjana" – westchnęła.

– Uznałem, że będą pasować do pani kolekcji.

– O tak, jak najbardziej!

Wydanie było piękne – ilustrowane, bogato zdobione, w skórzanej, tłoczonej oprawie. Pachniało świeżym drukiem, który to zapach panna Buchanan inhalowała niczym najlepsze perfumy.

– Teraz czuję się jeszcze bardziej głupio – wyznała.

– Z jakiego powodu?

Zerknęła na prezent, którego jeszcze nie rozpakował. Severus naprawił swój błąd i wydobył na światło dzienne... czarny szalik.

– To niewiele, ale wydziergałam go sama. Napisałam do domu z prośbą o wełnę z naszych własnych owiec. Zafarbowałam ją i obłożyłam standardowymi zaklęciami przeciw drapaniu i alergii. Nie każdy dobrze toleruje naturalną wełnę.

– Jestem wzruszony – zapewnił Severus. – Nawet bardziej faktem, że postanowiła pani popisać się umiejętnościami magicznymi. Talentu do rękodzieła nie musi pani udowadniać.

Owce, dobry Salazarze! Prawdziwa owcza wełna z wysokich, szkockich gór. Trudno było o bardziej symboliczny prezent, który lepiej wyraziłby Bellę Brae w jej owczym całokształcie. Snape zamierzał nosić swój szalik z dumą i godnością.

Czas mijał szybko w sympatycznym towarzystwie i niepostrzeżenie zrobiło się późno. Świece w lampionach Belli Brae pogasły, co Severus uznał za znak do zakończenia kolacji, której wcale sobie nie życzył, ale też niczego nie żałował.

– Myślę, że nawet z dala od rodzinnego domu były to całkiem udane święta – powiedziała wesoło Bella Brae.

Zgodził się z nią w milczeniu. Obawiał się, że jeżeli otworzy usta, wyleje się z nich cynizm sparowany z goryczą. Bo w jego odczuciu były to święta znacznie lepsze niż wiele obchodzonych w jego domu. W akcie dobrej woli zawiązał nowy szalik wokół szyi. Intensywnie pachniał lawendą, ale tym razem rzeczywiście mogło to mieć coś wspólnego z ochroną przed molami. Bella Brae cała aż pokraśniała, zerkając na niego w trakcie przymiarek do sprzątania po posiłku.

– Nie, proszę to zostawić – zaprotestował, wyciągając różdżkę i wysyłając wszystko hurtem z powrotem do kuchni. – Dość rękodzieła na dzisiaj, skrzaty mogą się tym zająć.

– Jak pan uważa, dyrektorze.

– Chodźmy, odprowadzę panią do kwatery.

Puścił ją przodem, a przed zamknięciem drzwi jeszcze raz skontrolował stan biblioteki i pogasił światła. Na szkolnym korytarzu było chłodno, więc szalik idealnie spełnił swoje zadanie. Panna Buchanan dla towarzystwa szczelniej owinęła się swoim.

– Czy ten również wydziergała pani samodzielnie? – zainteresował się Severus.

– Oczywiście.

– Musi to pani naprawdę lubić.

– Każdy potrzebuje jakiegoś hobby.

– Książki nie wystarczą?

Bella Brae mocniej przycisnęła do piersi „Pieśni Osjana", których nie wypuściła z rąk od momentu, gdy tylko w nie wpadły.

– Nie zawsze. Książki nie zastąpią obecności drugiego człowieka.

– Mnie osobiście nigdy nie zawiodły.

Ścieżka do pokojów panny Buchanan okazała się rozczarowująco krótka, co oboje odczuli z podobną intensywnością. Panna Buchanan zatrzymała się przy drzwiach, z ręką na klamce, której nie nacisnęła. Spojrzała na dyrektora. On także nie sprawiał wrażenia, jakby miał jakieś niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia gdzieś indziej. Stał przed nią z rękami w kieszeniach szaty, szalikiem krzywo zarzuconym wokół szyi i niezdecydowaną miną.

Bella Brae przejęła inicjatywę.

– Kolacja była przepyszna, jednak przed snem napiłabym się jeszcze herbaty. Może pan do mnie dołączy?

Severus sam się zdziwił, gdy się zgodził. Poszedł już na tak wielkie ustępstwa – co znaczył jeszcze ten jeden, drobny krok? Byli w Hogwarcie całkiem sami, nie groziły im złośliwe plotki ani ciekawskie spojrzenia. Pewnie właśnie to sprawiło, że jego wyczulony wskaźnik niestosowności nie uderzył na alarm na samą sugestię późnej wizyty w kobiecej kwaterze.

– Dlaczego nie? Może przeczyta mi pani fragmenty z nowej książki.

W jego intencji miało to zabrzmieć sarkastycznie, ale nie wyszło. W rzeczywistości bardzo chętnie by jej posłuchał. Lubił jej śpiewny głos i akcent, który świetnie sprawdzał się w ekscentrycznym repertuarze.

– Bardzo chętnie. Co chciałby pan usłyszeć?

– Hm, pomyślmy…

Skrzaty podały herbatę i ciasteczka. Nikogo nie oceniały, słynęły z dyskrecji. Z perspektywy czasu Severus żałował, że w menu nie znalazło się miejsce na alkohol. Grzane wino w jakiś sposób usprawiedliwiłoby to, co się później stało.

W saloniki panny Buchanan nie było miejsca na wiele sprzętów: wąska kanapa, fotel, stolik kawowy. Dyrektor zajął miejsce w jednym kącie, bibliotekarka skromnie przycupnęła w drugim. W pokoju znowu było nieznośnie gorąco, roznosiły się tam też wszystkie ulubione zapachy właścicielki. Bella Brae wyraźnie zaznaczała swoją przestrzeń, nie dało się o niej zapomnieć. Tak samo jak o tym, że jest kobietą. Jej oczy błyszczały, pomalowane szminką usta również. Rude włosy coraz odważniej wymykały się z warkocza, opadając na policzki i łaskocząc piegowaty nos. Severus rejestrował to wszystko, zamiast jej słuchać, gdy zgodnie z życzeniem zaczęła czytać swoje ulubione wiersze. Nie sięgnęła jednak po Osjana, ale jakiś zupełnie inny, niewielki tomik, który mieścił się w jej dłoni.

– Ten powinien się panu podobać – stwierdziła, tłumiąc uśmiech. – Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z panem.

I and Pangur Ban my cat,
'Tis a like task we are at:
Hunting mice is his delight,
Hunting words I sit all night.

Better far than praise of men
'Tis to sit with book and pen;
Pangur bears me no ill-will,
He too plies his simple skill.

'Tis a merry task to see
At our tasks how glad are we,
When at home we sit and find
Entertainment to our mind.

Oftentimes a mouse will stray
In the hero Pangur's way;
Oftentimes my keen thought set
Takes a meaning in its net.

Ja, mnich, z kotem mym Pangurem
Każdy mistrzem w swojej sztuce
Pangur z myszy łupi skórę
A ja ryję się w nauce

Spokój, co się w księgach mości
Wolę niźli sławę dźwięczną
Pangur ciszy nie zazdrości
Bo ma swą niewinną zręczność

I nie męczy nas szperanie
Gdy siedzimy mrucząc w domu
Boć to nasze polowanie
Niedostępne byle komu

Taki to los biednej myszy
By w pazury kotu wpadła
Jak litera, którą piszę
Wpada w sieci abecadła*

Głos Belli Brae wznosił się i opadał zgodnie ze swoją własną melodią. Pobrzmiewało w nim rozbawienie, nad którym starała się panować. Severus obserwował ją z głową wspartą na dłoni, nie rozumiejąc analogii. Albo przynajmniej bardzo silnie ją wypierając. Bo teraz już nawet nie widział całej panny Buchanan, tylko jej ciemne usta układające się w kształt kolejnych słów.

Nie powinien był jej odwiedzać. To był zły pomysł. Nie o tej porze, nie w jej salonie, nie sam na sam. Przecież dobrze o tym wiedział, przecież miesiąc temu sam ją odprawił. Bardzo się starał. Niestety, krótkie dni, długie noce i puste zamki mieszały w głowie skuteczniej niż whiskey.

– A pani, panno Buchanan? – przerwał jej w połowie wersu. – Jest pani kotem czy myszą?

Zamrugała wytrącona z rytmu.

– Słucham?

Severus gwałtownie podniósł się z miejsca.

– Zrobiło się późno, czas na mnie.

– Ale dlaczego? Czy coś się stało?

Bella Brae również poderwała się na równe nogi i ruszyła w jego stronę. Wpatrywała się w niego, zamiast patrzeć pod nogi, skutkiem czego potrąciła stolik. Schylili się do niego jednocześnie, chcąc ratować filiżanki, i oczywiście natychmiast się zderzyli. Panna Buchanan się zachwiała, on odruchowo ją przytrzymał. Chciał jedynie uratować od upadku szkolną zastawę, a tymczasem miał teraz w ramionach oszołomioną Bellę Brae.

– Muszę iść – powtórzył.

– Wcale nie – sprzeciwiła się.

Oparła dłonie na jego klatce piersiowej. Powinna od razu się odsunąć, ale zwlekała zbyt długo i przegapiła stosowny moment. Zaskoczona swoją śmiałością pogładziła przód jego szaty, dotykając guzików, po czym powędrowała coraz wyżej, aż w końcu zatrzymała się na jego ramionach. Dopiero wtedy na niego spojrzała. Stalowe oczy były ciemne i tajemnicze, przyciągały go z magnetyczną siłą. Nie po raz pierwszy. Nie zastanawiając się długo, ujął ją pod brodę i pocałował.

Nie opierała się, dlaczego miałaby to robić? Rozchyliła wargi i pozwoliła mu na wszystko. O tej porze zdrowy rozsądek dawno spał, budziły się za to instynkty. Nawet się nie zorientowała, kiedy ponownie znaleźli się na kanapie, tym razem już w zupełnie odmiennej konfiguracji. Miała wrażenie, że jej stopy oderwały się o podłogi i zwyczajnie przefrunęła tę niewielką odległość.

Dyrektor całował dobrze, ale odrobinę za mocno, jakby bardzo się gdzieś śpieszył. Może obawiał się, że dogoni go sumienie? Gdy Belli Brae zaczęło brakować tchu, ponownie ułożyła dłonie na jego piersi, delikatnie go powstrzymując. Chyba opacznie zrozumiał ten gest, który obudził w nim resztki czujności.

– Jestem pani pracodawcą, panno Buchanan – powiedział poważnie. – Być może wykorzystuję okoliczności, więc jeżeli z czymkolwiek się pani nie zgadza, proszę kazać mi przestać.

– Przestań… – szepnęła ciężkim głosem.

Zamarł na moment, z trudem ukrywając rozczarowanie. Nie spodziewał się tego, w związku z czym już zaczął rozważać w duchu, jakim cudem tak źle zinterpretował sygnały. Wówczas Bella Brae złapała go za kołnierz i ponownie do siebie przyciągnęła. Zarumieniona i rozgrzana uśmiechnęła się, patrząc na niego zalotnie.

– Przestań nazywać mnie panną Buchanan – dokończyła. – Przynajmniej nie w łóżku.

– Nie jesteśmy w łóżku, Bello – zauważył przytomnie, mimochodem spełniając jej prośbę.

– Łatwo to zmienić.

– Czy zaprosisz mnie do swojej sypialni?

O wszystko pytał, niczego z góry nie zakładał. Łączył ich niewygodny stosunek zawodowej zależności, zatem nie chciał żadnych niejasności, żadnych niedomówień i potencjalnych kłopotów.

Bella Brae zgadzała się na wszystko, wtulając w niego z ufnością. Nieśmiałe dłonie dotykały go delikatnie, powoli nabierając pewności, gdy zaczęły gmerać przy guzikach. Severus napotkał poważniejsze problemy. Pod szalem i szatą Bella Brae nosiła zabudowaną po szyję sukienkę wykończoną pensjonarskim kołnierzykiem, a pod spodem jeszcze halkę i grube wełniane rajstopy. Prawdziwa góralka doświadczona w walce z zimnem.

– Severusie – wypowiedziała jego imię po raz pierwszy i wtedy całkiem stracił głowę.

Wszyscy ją ostrzegali, jego zresztą też. Pokusa była jednak zbyt silna, żeby jej się oprzeć. Zamknięci w zamku na końcu świata mogli pozwolić sobie na wszystko.


Severus wpatrywał się w sufit sypialni, na którym panna Buchanan (nie składając oficjalnego podania o zgodę na zmianę dekoracji) wymalowała jakieś fantazyjne wzory, i zastanawiał się, jak znalazł się w swoim obecnym położeniu. Nie powinien, ale go kusiło. Powinien nad sobą zapanować, ale ile można? Mógł dać sobie spokój, ale sam za nią łaził. W normalnych okolicznościach pomyślałby, że rzuciła na niego urok… Ciekawe życie i paranoja sprawiły jednak, że wykazywał ponadprzeciętną odporność na tak subtelne czary, rozpoznawał też większość niebezpiecznych eliksirów i zapobiegawczo przyjmował tyle różnych antidotów, że wytrącał potencjalnym wrogom broń z rąk.

Nie, Bella Brae działała naturalnymi metodami. Jego los został przesądzony w momencie, gdy wyciągnął ją półnagą z jeziora. W końcu – wbrew wrednym plotkom – był całkiem jeszcze młodym mężczyzną i miał oczy. A roznegliżowana Bella Brae poruszyłaby kamień.

Intymną ciemność sypialni rozświetlało jedynie światło księżyca wpadające przez niedokładnie zasłonięte okno. Bella Brae leżała obok zaledwie prowizorycznie okryta pościelą i długimi włosami, blada skóra połyskiwała matowo w niesamowitym oświetleniu. Zamierzał się powoli zbierać do wyjścia, ale nie chciał jej obudzić. To wiązałoby się z koniecznością przeprowadzenia przynajmniej szczątkowej rozmowy na temat ostatnich wydarzeń, czego absolutnie nie miał w planach. Sam nie wiedział, co o tym myśleć.

– Rozważasz, jak niepostrzeżenie się wymknąć?

Bella Brae otworzyła jedno oko, po czym obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Przeciągnęła się i poprawiła na poduszkach. Zachowywała się swobodnie, biorąc pod uwagę okoliczności.

– W porządku – zapewniła go. – Jestem dorosłą kobietą, rozumiem ideę jednorazowej przygody. Ty czułeś się samotny i ja również. Żaden problem, Severusie.

– Racja, powinienem już iść.

– Jak uważasz.

Problem w tym, że nie chciał, a ona prawdopodobnie świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Pozostawiła mu wybór. Dopiero gdy się nie poruszył, przysunęła się bliżej.

– Z drugiej strony, korytarze są ciemne, zimne i nieprzyjemne – szepnęła prosto do jego ucha. Poczuł zrozumiały dreszcz. – Bardzo niezachęcające.

Dał się sprowokować. Przyciągnął ją do siebie, wślizgnął się z powrotem między jej uda i przycisnął do pogniecionej pościeli.

Bo jeden raz z Bellą Brae to było zdecydowanie za mało.


„Mnich i jego kot" w tłumaczeniu Ernesta Brylla i Małgorzaty Goraj. „Irlandia. Liryki najpiękniejsze", Algo, Toruń 2000.