Następnego ranka Bella Brae obudziła się sama, co wcale jej nie zaskoczyło. Severus mógł zostać na noc, jednak w blasku dnia mimo wszystko wolał zachowywać pozory. Panna Buchanan przeciągnęła się, czując przyjemne zmęczenie. Była wypoczęta i wyspana, od bardzo dawna nie czuła się tak dobrze. Wstała z łóżka i owinęła się wełnianym kocem, który rozkosznie podrażnił jej nagą skórę.

Boso przeszła do salonu. Zobaczyła resztki proszku Fiuu rozsypane wokół kominka oraz do połowy opróżniony kubek kawy na jego obramowaniu. Na stoliku z kolei znalazła solidne brytyjskie śniadanie utrzymywane pod silnym zaklęciem stabilizującym temperaturę i drugi kubek, dla odmiany z mocną herbatą. Czy Severus czekał na nią, a ona straciła swoją szansę, śpiąc zbyt dobrze i zbyt długo? A może tylko raczył się kawą, doglądając skrzatów, gdy przygotowały dla niej posiłek?

Nie wiedziała, ale była wdzięczna.

Od razu sięgnęła po tosta, była głodna jak wilk. Wprawdzie powinna najpierw wziąć prysznic i nieco się ogarnąć, jednak… Nadal czuła na sobie jego zapach i nie chciała się z nim zbyt szybko rozstawać. Cedr, palone drewno i… eukaliptus? Nie miała pewności, czy to pamiątka po jakimś eliksirze, czy ulotne ślady po ciekawym życiu, jakie prowadził poza szkolnymi murami. W każdym razie wszystkie te aromaty pasowały do niego idealnie, a i jej bardzo przypadły do gustu.

Bella Brae zjadła śniadanie i ogrzewała palce od kubka z gorącą herbatą, wpatrując się w rozpalony na kominku ogień. Rozpamiętywała wydarzenia minionej nocy, nie mając śmiałości myśleć o tym, co przyniesie przyszłość. Wolała cieszyć się chwilą.

W ciągu dnia Severus nie szukał z nią kontaktu, a ona również nie zamierzała go nagabywać. Nie chciała okazać się namolna – to najgorsze, co mogłaby zrobić. Rozumiała, że miał wiele spraw do przemyślenia (tak samo zresztą jak ona), więc postanowiła zostawić go w spokoju. Pomimo że teoretycznie nadal trwały urzędowe święta, wybrała się do biblioteki i przystąpiła do wykonywania swoich obowiązków. Miała tyle do zrobienia, nawet nie zauważyła, kiedy upłynął jej na tym cały dzień (i tak rozpoczęty dość późno). Pod wieczór milczenie Severusa zapewne zaczęłoby ją martwić, gdyby przez okno biblioteki nie zobaczyła, że opuścił zamek. Kolację zjadła samotnie w swoim pokoju, a później czytała „Pieśni Osjana", dopóki nie zmorzył jej sen. Kilka razy zerknęła w stronę kominka, ale płomienie jakoś nie chciały zmienić koloru na zielony.

Następnego dnia w godzinach popołudniowych do zamku powróciły panie Pince i Pomfrey. Starsza bibliotekarka była pod wielkim wrażeniem ogromu pracy włożonego przez Bellę Brae w uporządkowanie katalogów. Wprost nie mogła się jej nachwalić.

– Dziewczyno, czy ty w ogóle wychodziłaś stąd w ciągu ostatnich kilku dni? – zapytała zdumiona Irma.

– Niespecjalnie – przyznała panna Buchanan, zachowując dla siebie szczegóły. Pani Pince na pewno nie chciałaby wiedzieć, że jej ukochana biblioteka na jeden wieczór zamieniła się w restaurację… ani jak to się skończyło. – Uznałam, że wszystko musi być gotowe przed powrotem uczniów.

– Postawa godna pochwały – wtrąciła Poppy, która z ciekawości również najpierw zajrzała do wypożyczalni książek. – Moja droga, zasłużyłaś na nagrodę.

Starsze czarownice zaprosiły ją na wspólny podwieczorek, który jakoś tak naturalnie przemienił się w kolację i deserową lampkę wina na dobry sen. Nawet jeśli Severus szukał jej tego wieczoru w kwaterze, nie miał szansy jej tam zastać. Może to i dobrze, bo napojona winem oraz domową nalewką Bella Brae nie tylko rozczarowałaby go swoją postawą (znała jego stosunek do alkoholu), ale w dodatku padła do łóżka, z miejsca zasypiając kamiennym snem. Nadal była szczęśliwa, niczego nie podejrzewała ani nie miała żadnych złych przeczuć. Domyślała się, że sprawy staną się bardziej skomplikowane, gdy zamek ponownie zapełni się uczniami, ale na razie…

Na razie było dobrze.

Minęły jeszcze dwa dni, zanim panna Buchanan usłyszała upragnione słowa.

– Dyrektor chce cię widzieć – poinformowała pracownicę pani Pince, gdy tylko ta znalazła się rano w bibliotece.

– Och, tak? – zdziwiła się uprzejmie Bella Brae, nie patrząc na przełożoną.

– To chyba pilne – dodała sucho bibliotekarka.

– Oczywiście, już idę.

Pani Pince nie rozumiała, dlaczego zwariowaną Szkotkę tak bardzo cieszy ta wiadomość, ale wolała nie wnikać. Od takich rzeczy była Poppy.


Bella Brae wbiegła do gabinetu dyrektora tanecznym krokiem, na czubkach palców. Jak zawsze wybrała drogę pieszą zamiast kominka, więc po długim marszu schodami była zarumieniona i przyjemnie ożywiona.

– Dzień dobry! – zawołała od progu.

Wesołe powitanie zderzyło się ze ścianą lodu.

– Proszę usiąść, panno Buchanan.

Gdy ponownie zwrócił się do niej po nazwisku, mimo że byli całkiem sami, Bella Brae poczuła gwałtowny skurcz żołądka – zupełnie jakby ten ważny organ miał z niej w każdej chwili wypaść prosto na podłogę.

– O nie – wyrwało jej się szczerze prosto z serca.

Severus udał, że tego nie słyszał. Spojrzał na nią chłodno, unosząc jedną brew. Widocznie dziwił się, dlaczego ma problem z wykonaniem tak prostego polecenia. Tym razem na biurku nie było żadnych papierów ani innych rozpraszaczy. Dyrektor siedział na krześle sztywny, jakby kij połknął, i wyraźnie zirytowany. Wrażliwa Bella Brae zauważyła, że także wśród portretów panuje nietypowe poruszenie. Albus Dumbledore nie symulował drzemki, tylko patrzył prosto na nią bystrymi, błękitnymi oczami. Nieco dalej inny były dyrektor z emocji niemal podskakiwał w ramach. Obraz znajdował się daleko, ale bibliotekarce wydawało się, że dostrzega jedno z imion: „Fineas". Nazwisko chyba brzmiało „Black".

– Panno Buchanan? – ponaglił ją Snape, gdy zbyt długo marudziła przy drzwiach gabinetu.

Dotarła do biurka na miękkich nogach, po czym ciężko opadła na krzesło. Miała wrażenie, że jej obecność przerwała inną, o wiele ważniejszą naradę.

– Pragnął mnie pan widzieć, dyrektorze? – zagadnęła zgodnie z konwenansami.

– Owszem. Jak sądzę, należy się pani wyjaśnienie.

Starała się kontrolować, jednak przychodziło jej to z oporami. Ta mina, ten ton… Te splecione na blacie biurka palce, które niedawno widziała w zupełnie odmiennych okolicznościach… Palce, które jej dotykały. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, więc uparcie wbijała wzrok w podłogę.

– To zbędne – szepnęła.

– Ośmielam się mieć odmienne zdanie.

– A ja uważam, że nie warto do tego wracać.

Zrozumiała, co się stało. Miał czas, żeby wszystko dokładnie przemyśleć, i oczywiście zmienił zdanie. Uległ jej pod osłoną nocy, ale o poranku wszystko wyglądało inaczej. I teraz bardzo chciałby cofnąć czas. Ponieważ jednak nie mógł tego zrobić, odprawiał ją publicznie, na oczach tych wszystkich, niezdrowo podekscytowanych, malowanych starców. Czuła się tak upokorzona, jak jeszcze nigdy w życiu.

– Bello – użył jej imienia rozmyślnie, żeby złagodzić wcześniejsze złe wrażenie. – To, co się wydarzyło…

– Było błędem – dokończyła za niego. – Wiem.

Chociaż jeszcze niedawno zapewniała go, że nie ma nic przeciwko przygodom, szybko stało się jasne, że wcale tak nie jest. Delikatna Bella Brae poczuła się odrzucona i zraniona. Miała to wyraźnie wypisane na smutnej, tak wyrazistej twarzy.

– Pragnę panią przeprosić za swoje niestosowne zachowanie, panno Buchanan. Wykorzystałem sprzyjające okoliczności, nadużyłem swojej pozycji i pani zaufania. Nie mam nic na swoją obronę. Mogę jedynie wyrazić swój głęboki żal oraz zapewnić, że jestem gotów ponieść konsekwencje.

Bella Brae przewróciła oczami. Nie wiadomo, czy z powodu irytacji, czy żeby powstrzymać nadciągające łzy.

– Rozumiem pana stanowisko, ale proszę mnie nie traktować jak bezrozumne dziecko. Byliśmy tam razem, to była wspólna decyzja.

– Mimo wszystko to na mnie ciąży większa odpowiedzialność…

– To absurd!

– Jeśli pani tak uważa – zgodził się natychmiast dla świętego spokoju. – A tymczasem mogę jedynie jeszcze raz przeprosić za swoje zachowanie i pokornie prosić o wybaczenie. Słowa nie wyrażą dostatecznie, jak bardzo jestem zażenowany swoim postępowaniem – wyrzucał z siebie puste formułki, które nic dla niego nie znaczyły, a jej nie były w ogóle potrzebne.

Bella Brae wzruszyła ramionami, nie miała pewności, czy głos nie zawiedzie jej podczas udzielania odpowiedzi.

– Naprawdę bardzo mi przykro – zapewnił po raz ostatni Severus. – To się nigdy więcej nie powtórzy. Opuszczam zamek na kilka dni, zatem na pocieszenie mogę dodać, że przez pewien czas nie będzie pani musiała znosić mojego, zapewne przykrego dla pani oczu, widoku.

Zrozumiała, że to koniec dyskusji, a on w ten sposób daje jej do zrozumienia, że powinna już iść. Wstała, przytrzymując się biurka.

– Dziękuję, dyrektorze. Myślę, że wszystko jasne. Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia.

Severus patrzył, jak odchodzi. Ostatnia osoba w całym zamku, która traktowała go z sympatią i szacunkiem. Cóż, to się właśnie skończyło. Od tej pory pewnie nawet na niego nie spojrzy. Nie chciał jej skrzywdzić, ale to zrobił. Widocznie nie potrafił inaczej.

– Na co jeszcze czekamy? – niecierpliwił się Fineas Nigellus Black. – Wiemy, gdzie są. Słyszałem, jak mówiła o tym ta szlama.

– Nie używaj tego słowa! – rzucił ostrzegawczo Snape.

– Chyba nie będziemy się w takim momencie spierać o terminologię – szemrał oburzony dyrektor Black. – Ta Granger wymieniła nazwę, gdy otwierała torebkę. Forest of Dean!

Powtórnie przekazana informacja nie zrobiła na Severusie takiego wrażenia. Był zbyt rozkojarzony.

– Słyszałem za pierwszym razem. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebuję chwili, żeby pomyśleć.

– Nie mamy czasu – irytował się Fineas Nigellus. – Zmarnowaliśmy dość, a oni mogą znowu zmienić miejsce pobytu.

– Musiałem najpierw załatwić osobiste sprawy.

– Dziewczyna mogła poczekać.

– Och, dziewczyna – wmieszał się do dyskusji Dumbledore. – Osobiste nie jest tym samym, co ważne, drogi chłopcze.

– A gdyby ktoś wykonywał swoje obowiązki, zamiast uganiać się za spódnicami, nie tracilibyśmy cennych minut na to żałosne przedstawienie, którego wszyscy dopiero co byliśmy świadkami. Za moich czasów…

– Uczniowie podnieśli strajk, ponieważ uważali, że zamordował pan skrytobójczo swojego poprzednika – przerwał mu zimno Severus, który odrobił lekcję z historii Hogwartu. – Jak rozumiem, mieli ku temu solidne przesłanki.

– Poszlaki! Plotki! Wyssane z palca bzdury! – pieklił się dyrektor Black, aż poróżowiały mu policzki z olejnej farby.

– To w tym momencie nieistotne. – Dumbledore przerwał ślizgońskie starcie charakterów. – Nie wiem też, co zaszło między naszym obecnym tutaj kolegą a uroczą panną Buchanan.

– O, ja mam na ten temat pewną teorię. – Fineas wyczuł okazję do odwetu. – Mój dobry znajomy zamieszkuje portret w bibliotece. Co tam się działo, to głowa mała, Albusie! Jeśli niektórzy tak łatwo o tym zapominają, to łaskawie przypominam, że znajdujemy się w szkole.

– Cisza! – uniósł głos jedyny oficjalnie panujący dyrektor. – Żadnego z was nie pytałem o zdanie, a tym bardziej o zbędne porady w moich prywatnych sprawach, które rozwiązuję w sposób, jaki sam uznam za stosowny. Czy mamy jasność w tej materii?

Miał serdecznie dość uwag Dumbledore'a, głównie dlatego, że ten jak zwykle miał rację – zbliżając się do Belli Brae, narobił sobie dodatkowych kłopotów, na które nie miał czasu ani ochoty. Wcisnął ukryty guzik i otworzył skrytkę za portretem, żeby chociaż przez moment nie musieć patrzeć na swojego poprzednika. Wydobył stamtąd miecz Godryka Gryffindora, rubiny zalśniły w zimowym słońcu. Co za ironia, że właśnie on – Ślizgon z krwi i kości – musiał dostarczyć to cacko Potterowi.

– I oczywiście nie dowiem się, dlaczego to takie ważne? – sarknął pod nosem.

– Niestety, drogi chłopcze.

Słowa Albusa nawet go nie rozczarowały, przyzwyczaił się do tego, że jest tylko pożytecznym idiotą na posyłki, zatem nie ma prawa za wiele wiedzieć ani rozumieć. Narzucił na siebie obszerną pelerynę podróżną, po czym bez dalszej zwłoki opuścił zamek.


Bella Brae zgłosiła u przełożonej, że nie czuje się najlepiej i wolałaby zostać w łóżku. Pani Pince nie widziała przeciwwskazań. Zapewniła, że Bella śpiewająco wykonała swoją część pracy, więc nie musi się niczym więcej przejmować. Do końca ferii może wypoczywać. Poppy wykazała ze swojej strony o wiele więcej męczącej troski.

– To pewnie te długie spacery na śniegu, kochanie – pouczała ją bez sensu. – Mamy tutaj ostry klimat, trzeba bardzo uważać.

– Zapewne masz rację, Poppy – zgodziła się z nią panna Buchanan.

Pielęgniarka odwiedziła ją w kwaterze, oferując, że chętnie przeprowadzi wstępne badanie. To było ostatnie, na co Bella Brae miała chęć. Wolała zostać sama, żeby w ciszy i spokoju przeżywać swój wstyd.

– Albo jesteś zwyczajnie przemęczona – zgadywała dalej pani Pomfrey – Zostawiłyśmy cię z całym tym bałaganem na głowie, w dodatku w święta, jak najgorsze macochy! Mam nadzieję, że przynajmniej dyrektor nie sprawiał ci kłopotów? – Spojrzała na młodszą koleżankę przenikliwie, a przynajmniej tak jej się wydawało.

– Dyrektor – powiedziała Bella Brae słabym głosem. – Dyrektor jest dżentelmenem.

– Hm. Tak. Być może – mruknęła cokolwiek skołowana Poppy, zastanawiając się, co to ma do rzeczy… I jak można się aż tak pomylić w ocenie charakteru.

Po namyśle uznała, że panna Buchanan majaczy w gorączce.

– Zmierzę ci chociaż temperaturę, dobrze? – zaproponowała zmartwiona.

– Nie trzeba, nic mi nie jest – broniła się bibliotekarka, która nagle bardzo pożałowała, że w ogóle pomyślała o tym, żeby udawać chorobę. Sądziła, że wzbudzi tym dość litości, żeby kupić sobie trochę świętego spokoju. Tragicznie się pomyliła. – To tylko lekkie przeziębienie, na pewno szybko minie.

– No… Skoro tak uważasz. – Pani Pomfrey nie kryła sceptycyzmu. – Jednak gdyby ci się pogorszyło, natychmiast mnie powiadomisz, tak?

– Oczywiście.

– Zamówię dla ciebie u skrzatów zapas ciepłej herbaty i lekki obiad. Podeślę ci również eliksir wzmacniający i może jakieś witaminy. Nie piłaś więcej żadnych preparatów z niepewnych źródeł, prawda?

– Nie, Poppy, nie takiego nie przyjmowałam.

– I słusznie! To bardzo nierozsądne. Nigdy nie wiadomo, co znajduje się w fiolce obcej produkcji. Na świecie nie brakuje rozmaitych zagrożeń, nie można być zbyt ostrożnym, Bello.

– Tak, rozumiem.

Pokonana przez ten okrutny świat, delikatna panna Buchanan ledwo panowała nad głosem. Tak bardzo pragnęła zostać sama, że powoli rozważała podjęcie bardziej zdecydowanych kroków. Na szczęście w tym momencie Poppy rzuciła jej ostatnie zatroskane spojrzenie i w końcu skierowała się do drzwi.

Bella Brae z ulgą zrzuciła szatę i sukienkę, zmieniając je na długą do ziemi, bawełnianą koszulę nocną. Na ramiona narzuciła gruby szal, tak na wszelki wypadek, gdyby musiała później wstać. Z niewyobrażalną ulgą położyła się do łóżka i nakryła kołdrą po samą szyję, jakby chciała się pod nią schować na zawsze. Sięgnęła do nocnego stolika, gdzie poprzedniej nocy odłożyła „Pieśni Osjana". Z książką przyciśniętą do piersi zwinęła się do pozycji embrionalnej. Nie musiała dłużej powstrzymywać łez, w końcu – w komfortowych warunkach lokalowych – mogła się całkowicie pogrążyć w otchłani rozpaczy.


Poczynając od soboty trzeciego stycznia, zamek powoli zaczął się zapełniać. Nauczyciele zjeżdżali się nieco wcześniej – zostali do tego zobligowani – przed powrotem uczniów zaplanowanym na poniedziałek. Musieli należycie przygotować się do finału semestru: zaplanować ostatnie sprawdziany, egzaminy podsumowujące i ewentualnie kampanię poprawkową dla mniej zdolnych nieszczęśników.

Dyrektor pozostawał nieobecny, a Bella Brae niedysponowana. O ile ten pierwszy przypadek budził wśród członków kadry nauczycielskiej powszechną radość, o tyle drugi – martwił zatroskane losem nowej koleżanki czarownice. Bibliotekarka wykazała się jednak dobrą wolą i przyjęła zaproszenie na niedzielną, noworoczną herbatkę.

– Rzeczywiście nie wyglądasz najlepiej, moja droga. – Minerwa przywitała ją w progu swojego gabinetu, stałej miejscówki dla babskich sabatów. – Może nie powinnaś jeszcze wstawać z łóżka?

– Już mi lepiej – zapewniła blada i wymizerowana panna Buchanan. – Tylko głowa mnie boli.

– To na pewno z powodu braku świeżego powietrza – zawyrokowała Pomona. – Dla kogoś, kto tak bardzo lubi spacery, zamknięcie w czterech ścianach pokoju musi być straszną karą.

– Tak, bardzo chętnie przeszłabym się do lasu.

– Ale nie dzisiaj – zareagowała błyskawicznie Poppy. – Nie pozwalam. Śnieg nadal sypie, mróz trzyma… Jednym słowem, zima ani trochę nam w tym sezonie nie popuszcza. Chodź, kochanie, usiądź sobie przy kominku.

Pani Pomfrey objęła ją ramieniem, po czym zaprowadziła do najlepszego – jej zdaniem – siedziska w całym pokoju. Bella Brae przycupnęła grzecznie, składając dłonie na kolanach. McGonagall zaczęła nalewać herbatę, Sprout częstowała wszystkich keksem własnej roboty, który być może upiekła jeszcze podczas świąt, wokół krążyła również kolejna domowa nalewka, której Bella Brae nie przyjęła. Pani Pince wygłosiła długi wykład na temat tego, jak delikatne są współczesne dziewczęta, i że nie ma takiej choroby, której nie wyleczyłyby okłady z czosnku i syrop z kamfory… Albo na odwrót, panna Buchanan nie słuchała zbyt uważnie. Siedząc tuż przy kominku, miała idealny widok na znajdujące się naprzeciwko okno. Ponieważ wychodziło prosto na Zakazany Las, spoglądała tęsknie w kierunku błogiej wolności.

– Nie masz dzisiaj ze sobą robótki, Bello? – zagadnęła przyjaźnie Poppy, wyraźnie zdziwiona bezczynnością wiecznie zajętej rzemieślniczki.

– Skończyłam już obszywać wszystkie chusteczki, wysłałam je do domu przed świętami. I szalik… też jest gotowy – powiedziała cicho panna Buchanan. – Na razie nie mam pomysłu na nic nowego.

– Och, coś na pewno się znajdzie – pocieszyła ją Pomona. – Jak tylko trochę odsapniesz, zaraz nabierzesz ochoty do pracy.

– O tak – zgodziła się z nią Poppy. – Może wydziergasz kolejny szal? Tamten był naprawdę piękny – przypomniała sobie z rozmarzeniem, dolewając więcej mleka do swojej porcji herbaty. – Wełna najwyższej jakości.

– Zgadza się – potwierdziła Irma, która w ciągu kilku ostatnich dni przed Bożym Narodzeniem z lekkim niezadowoleniem obserwowała, jak Bella Brae kończyła szalik w pośpiechu, w trakcie swojej zmiany w bibliotece. Wygłosiła nawet kilka nieprzychylnych uwag na temat służbowych obowiązków i odgórnie wyznaczonych przerw pracowniczych. – Piękna robota, przyznaję.

– Bardzo się starałam – szepnęła panna Buchanan, coraz bardziej i bardziej zapadając się w głąb fotela.

– Mam nadzieję, że obdarowany nim szczęśliwiec docenił starania? – dorzuciła konwersacyjnie pani Pomfrey, nieświadoma, że właśnie rozdrapuje niezagojone rany zardzewiałym widelcem.

Bella Brae niemrawo skinęła głową.

– Tak, chyba tak.

– Ja bym się bardzo ucieszyła z takiego prezentu – zapewniła pani Pince niezwykle sugestywnym tonem.

– Ja również. Miło być docenionym, prawda? – cieszyła się nie wiadomo z czego Poppy. – To aż niesamowite, ile talentów może skrywać w sobie jedna osoba. – Spojrzała ciepło na młodą bibliotekarkę, która w tej chwili najchętniej zniknęłaby z powierzchni świata. – Koncert również udał się wspaniale, nasz szkolny chór nigdy dotąd nie brzmiał tak dobrze. Co o tym myślicie?

Odpowiedziały jej pełne aprobaty pomruki, gdy zgromadzone wokół nauczycielki zgodnie siorbały herbatę i przeżuwały niezliczone słodycze zgromadzone podczas minionych świąt.

– Owszem! – potwierdziła gorliwie Pomona. – Urocze przedstawienie.

– Dobrze dobrany repertuar i zgrabnie zgrane ze sobą głosy – oceniła z zaskakującym znawstwem Minerwa.

– Wiem z pewnego źródła, że Filius byłby zachwycony, gdybyś zgodziła się dalej mu pomagać, kochanie – szczebiotała w dalszym ciągu Poppy. – To żaden problem, prawda?

Bella Brae nieświadomie zacisnęła dłonie na długiej, ciemnej spódnicy. Żałowała, że zgodziła się przyjść na podwieczorek. Bardziej przypominał wyrafinowane tortury niż zwyczajne posiedzenie przy herbacie.

– Oczywiście, bardzo chętnie.

– Cudownie, przekażę mu jutro z samego rana. Na pewno już planuje kolejne wystąpienie.

– Które zapewne będzie jeszcze lepsze – rzuciła rozochocona nalewką Pomona. – Skoro pierwsze zdołało wzruszyć nawet dyrektora, to kto wie, co będzie dalej?

Niektóre czarownice zachichotały – na poły rozbawione, na poły zwyczajnie złośliwe. Zauważyły i zapamiętały, co się wydarzyło w trakcie uroczystej kolacji przed wyjazdem uczniów, oraz gdzie wtedy siedziała panna Buchanan. Na pewno tylko czekały, żeby jej to wytknąć – po prostu nie wiedziały, jak się do tego zabrać. Profesor McGonagall jednym surowym spojrzeniem wygasiła nagłą wesołość, była wyraźnie oburzona. Z kolei Bella Brae potwornie zbladła.

– Ojej kochanie, coś się stało? – Pani Pomfrey, profesjonalna magomedyczka, zareagowała ze zwykłą czujnością. – Słabo ci?

– Nie, wszystko w porządku – wypierała się rozpaczliwie.

Uśmiechnęła się, przyjęła dolewkę herbaty i ciasteczko, chociaż nie była w stanie nic przełknąć. Obawiała się, że z nerwów zwymiotuje do kominka. Chociaż jeśli spojrzeć na to z innej strony – to byłby dobry pretekst, żeby wreszcie wyjść…

– Musisz więcej jeść – rzuciła autorytarnym tonem pani Pince. – Wtedy od razu nabierzesz sił.

– Tak. Dobrze. Dziękuję.

Przyjmowała uprzejme rady, wskazówki, próśb i polecenia. Była miła, grzeczna, sympatyczna. Nie potrafiła się tylko zmusić do wesołości, co z pewnością rzuciło im się w oczy. Zgromadzone wokół niej czarownice były bystre, nic się przed nimi nie ukryło. Miała ich tak bardzo dosyć, że najchętniej zaczęłaby krzyczeć, ile sił w płucach.

Bo miały rację, od początku miały rację. Dlaczego ich nie posłuchała? Gdyby tak zrobiła, nie narobiłaby sobie kłopotów. Nie zrobiłaby z siebie pośmiewiska. Bała się powrotu dyrektora i tego momentu, kiedy będzie musiała spojrzeć mu w oczy. Kompletnie nie wiedziała, jak powinna się zachować, a nie mogła wiecznie siedzieć w pokoju.

– Bello – zagadnęła ją znowu Poppy. – Może nam coś zaśpiewasz? Ta ostatnia pioseneczka była bardzo przyjemna.

Panna Buchanan poczuła, że nie byłaby w stanie wydobyć z siebie czystej nuty, nawet gdyby zależało od tego jej życie.

– Przepraszam, ale… Gardło nadal mnie drapie, obawiam się, że nici ze śpiewania – odmówiła jak najuprzejmiej.

– Oczywiście, oczywiście. Zdrowie jest najważniejsze, kochanie – zapewniła ją Pomona. – Zawsze możemy uruchomić gramofon. Masz tutaj gdzieś płyty, prawda, Minerwo?

Powszechna uwaga nareszcie odwróciła się od zgnębionej Belli Brae, która mogła spokojnie wpatrywać się w okno, udając zasłuchanie w płynące od strony gramofony, kojące dźwięki tradycyjnych kolęd. Nauczycielki przeszły do nużącej dyskusji o szkolnych sprawach, która wkrótce całkowicie je pochłonęła. Bibliotekarka odczekała jeszcze pół godziny, po czym uznała, że wzorowo wypełniła towarzyskie obowiązki. Po raz ostatni wymieniła ze wszystkimi czarownicami noworoczne życzenia, pożegnała się uprzejmie i wróciła do swojej kwatery. Zdjęła szatę i sukienkę, założyła długą do ziemi koszulę nocną, a następnie zakopała się pod kołdrą wraz z „Pieśniami Osjana".

Płakała aż do rana, zanim w końcu usnęła.


Bluebell nie miał podobnych zmartwień.

Ani świątecznych ferii.

Gdy Śmierciożercy spędzali czas z rodzinami, udając przyzwoitych obywateli, ktoś musiał odwalać za nich brudną robotę. Zlecenia nigdy się nie kończyły, zwłaszcza w tak gorącym okresie. Dziedzic stawał się szczególnie drażliwy w okolicach zimowego przesilenia – jak wszystkie mroczne siły natury aktywował się w najbardziej ponurym okresie roku, nim zwycięstwo nad nieskończoną nocą odniosło Sol Invictus.

Bluebell brnął w wysokim śniegu, nieporuszony zimnem, wiatrem ani ciemnością. Nikt słaby nie miałby sił w tym biznesie. Ani nikt o słabym żołądku… Ale ludzie w górach rośli silni, potężni, niczego się nie bali.

Jednak siła i sprawność to nie wszystko.

Prawdziwy profesjonalista powinien być również hobbystą.

Bluebell był.

Próbowali go wrobić w jakąś szaloną pogoń za wiatrakami, ale Bluebell nie brał długoterminowych zleceń. Ani takich, które wymagały dostarczenia obiektu żywcem. Lubił tropić i śledzić – byle krótko. I skutecznie. Po co tropić kogoś, kogo nie można później ubić? Dlatego odmówił, a Dziedzic nie miał żalu. Zawsze znalazła się inna misja, inny cel, inny zdrajca.

Ten miał być w domu sam. Taką informację otrzymał Bluebell. Niestety, okazała się nieprawdziwa. Nieposłuszny młody Śmierciożerca na tę chłodną noc przygruchał sobie towarzyszkę: uroczą czarnulkę, która wtulała się w niego jak zadowolona kocica. Nic w tym dziwnego, należał do atrakcyjnych mężczyzn. Brązowe włosy miękkimi falami opadały mu na czoło, był zadbany, na pewno pochodził z dobrej rodziny. Zapewne właśnie dlatego czuł się nietykalny. Wydawało mu się, że pieniądze zapewnią mu immunitet… Tragicznie się pomylił. A jeśli od spotkań u Dziedzica wolał towarzystwo pięknych kobiet, to cóż… Wydawało się naturalne, aby wybranka towarzyszyła mu również po drugiej stronie Tęczowego Mostu. Bluebellowi ilość nie robiła różnicy, o ile był w stanie zachować satysfakcjonującą jakość.

Ach, młodzi kochankowie...

Nie wzruszali Bluebella. Przypominali mu rzeczy, o których nie chciał myśleć, nie miał ochoty pamiętać.

Cały świat schodził na psy, wszędzie panowało obyczajowe rozpasanie. Nikt już nie szanował składanych przysiąg, uświęconych związków, dawnych sakramentów. Kompletny upadek. Sodoma i Gomora.

Nawet w tak szacownej szkole jak Hogwart szalała rozpusta.

No kto by pomyślał?

Bluebell nie zwlekał dłużej. Nawet zimowa noc była nieznośnie która, gdy człowiek miał dobry plan, jak ją spędzić. A jemu zawsze brakowało czasu, szczególnie na rzeczy, które sprawiały mu najwięcej przyjemności.