Tego wieczoru Severus z własnej, nieprzymuszonej woli wybrał się na nocny patrol. Uczniowie wrócili po feriach najedzeni, wypoczęci i pełni energii, istniało zatem realne ryzyko, że postanowią ją zainwestować w dręczenie ulubionego dyrektora. Jeśli wziąć pod uwagę pewne dodatkowe, niemiłe okoliczności, jakie miały miejsce w Hogsmeade w ciągu pierwszego tygodnia stycznia, okazywało się to wręcz nieuniknione…

Dyrektor nie lubił rzucać się w oczy. Wędrował korytarzami, korzystając ze światła pojedynczych, przyćmionych latarni kontrolnych zainstalowanych na ścianach co kilka kroków lub po prostu z blasku księżyca wpadającego przez okna. Tylko z rzadka przyświecał sobie różdżką, gdy musiał sprawdzić jakiś ciemny, podejrzany zakamarek. Był zupełnie sam – teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek – i nie oczekiwał szybkiej zmiany tego stanu. Dlatego niepomiernie się zdziwił, gdy nagle usłyszał pośpieszne kroki nadciągające od strony północnego skrzydła. Stukot obcasów zapowiadał kobietę, ale Severus nawet nie zdążył pomyśleć, że być może… Zbyt szybko uświadomił sobie, że to niemożliwe. Bella Brae nosiła płaskie obuwie i poruszała się lekko, niemal bezszelestnie.

Wkrótce do Snape'a dołączyła, tupiąc głośno, zdyszana Alecto. Wyglądała dużo lepiej, rodzinny uzdrowiciel dokonał cudów w tak krótkim czasie, jednak po intensywnym wysiłku panna Carrow nadal odruchowo łapała się za lewy bok.

– Jak sytuacja? – zapytał Severus, nie uważając za stosowne zagaić konwersacji za pomocą tak banalnych formułek, jak choćby pozorne zainteresowanie się jej samopoczuciem, zdrowiem rodziny i ogólnymi wrażeniami z pobytu w domu. Bo, tak po prawdzie, ani trochę go to nie obchodziło.

– Wszędzie spokój. Jeszcze – zaraportowała, prostując się i nieświadomie wygładzając na sobie szaty.

Trzymała względny poziom: nosiła odprasowane ubrania, używała szminki i zaklęcia podkręcającego rzęsy. Starała się. Po co lub dla kogo? Odpowiedzi na te pytania również nie ciekawiły dyrektora.

– Może nic się dzisiaj nie wydarzy – stwierdził Snape z niespotykanym optymizmem. Niepomiernie nudził się na dyżurze. Najchętniej wróciłby już do kwatery i zamknął się w sypialni z książką.

Alecto spojrzała na niego sceptycznie.

– Nie widziałeś, co tam się działo, Severusie. Byli wściekli w chu… Bardzo źli. Myślałam, że rozniosą pociąg. Nie dali się nabrać, wiedzą, co naprawdę się wydarzyło. Jakimś cudem wszystko wiedzą, przeklęte smarkacze! Musiał być przeciek.

Snape szczerze w to wątpił. Przecież nie trzeba było być geniuszem, żeby odgadnąć, co zaszło podczas ostatniego przejazdu ekspresu Londyn-Hogwart. Kontrolowane przez Lorda Voldemorta media mogły głosić wszem wobec, że nieznani sprawcy wdarli się do pociągu, po czym uprowadzili z niego należącą do Ravenclawu uczennicę szóstego roku, jednak tylko jednostki absolutnie tępe i ślepe mogły nie domyślić się prawdy.

Czarny Pan zażyczył sobie Lovegood, Czarny Pan dostał Lovegood. Dyrektor Hogwartu odwracał w tym czasie oczy, udając kretyna. Nic nie mógł zrobić, przecież jego samego tam nie było. Voldemorta zresztą też nie.

– Liczę, że chociaż przekazanie towaru przebiegło pokojowo? – odezwał się z pozorną obojętnością.

– O, szarpała się jak kot z wścieklizną! – zawołała nadmiernie podniecona Carrow, więc Snape musiał ją uciszyć. – Jeden oszałamiacz nie wystarczył, ale mieliśmy przykazane: dostarczyć gówniarę w całości. Drapała i gryzła, suka!

– Alecto, język – zganił ją odruchowo.

– No… zabrakło mi synonimu. Ale wiesz, o co chodzi. Smarkacze uczą się same gdzieś po kątach, jakoś sobie radzą. Niewiarygodne, nie?

Severus kiwał głową, idąc obok niej. Carrow zerkała na niego co chwilę, ewidentnie niezadowolona z nagłej ciszy. Rozpaczliwie szukała tematu, żeby przedłużyć rozmowę. Durna bibliotekarka jakoś nigdy nie miała problemu z podtrzymaniem jego uwagi.

– A jak ty spędziłeś święta, Severusie? – rzuciła pierwsze (i najbardziej banalne), co przyszło jej do głowy.

– Bez fajerwerków, w pustej szkole niewiele się dzieje – rzucił na odczepnego, z kamienną twarzą, z nieznanych przyczyn nie chcąc ciągnąć tego wątku.

Konwersacja wygasła samoczynnie po raz kolejny. Pannę Carrow kusiło, żeby zapytać, czy miał w tym czasie okazję zajrzeć do biblioteki. Męczyła ją sama myśl o Belli Brae, jej obecności w zamku, ogólnie pojęta dostępność. Dlaczego nie wyjechała? Dlaczego została? Jaki miała w tym cel? Niestety, Alecto brakowało ogłady, aby tak pokierować rozmową, żeby wszystkiego się dowiedzieć i nie zirytować przy tym Snape'a. Musiała zaspokoić ciekawość innym razem, w inny sposób. A na razie próbowała dalej rozgrywać swoje słabe karty.

– I jeszcze ten pierdolony olbrzym, nie? – rzuciła z grubej rury.

O tak, dyrektor Snape nie mógł liczyć na choćby odrobinę spokoju. Gdy Hagrid jak zwykle wyszedł po uczniów na dworzec w Hogsmeade, a tam błyskawicznie dowiedział się, co zaszło po drodze… Po prostu wpadł w szał, przecież każdy ma jakiś limit wytrzymałości. Czarodziejskie miasteczko nie zostało zdmuchnięte z powierzchni ziemi tylko dlatego, że stacjonował tam specjalnie oddelegowany oddział Śmierciożerców – skierowanych rozmyślnie w celu oczekiwania na nieuniknioną wizytę Niepożądanego Numer Jeden. W międzyczasie spełniali zlecenia dyrektora Hogwartu i łatali lokalne kryzysy. Zanim jednak udało im się spacyfikować półolbrzyma, na dworcu rozpętała się regularna bitwa, do której z obu stron zaczęli przyłączać się uczniowie. Sytuacja błyskawicznie wymknęła się spod kontroli – o czym dyrektor wiedział, mimo że nie raczył pojawić się osobiście.

– Żałuj, że cię nie było – mówiła Alecto z rozmarzeniem. – Taki trening to nie w kij dmuchał. Cholerny dziwoląg nie miał szans!

Kłamała. Severus nie wierzył w jej napuszone przechwałki. Skądinąd wiedział, że cały oddział Śmierciożerców trzeba było po wszystkim solidnie połatać, w co zaangażował się ostatecznie nawet sam Czarny Pan. Carrow przetrwała starcie bez szwanku wyłącznie dlatego, że czaiła się bezpiecznie gdzieś na tyłach. Kontuzja dała jej nauczkę, zapewniając przy okazji potencjalną traumę, która nie pozwoliła jej więcej wychylać się bez potrzeby. Severus z kolei nie zamierzał interweniować bez wyraźnego rozkazu. Miał dostatecznie dużo innych problemów – i w zasadzie wszystko gdzieś. Czekał tylko na (nie)szczęśliwy koniec całej tej przeklętej wojennej kołomyi.

Gajowy Hagrid tymczasem wyrwał się z obławy, opuścił szkolne tereny, po czym skrył się gdzieś w górach, co z pewnością przypadłoby do gustu pannie Buchanan. Szkoda, że nie zabrał jej ze sobą. To z kolei rozwiązałoby kolejne problemy dyrektora. Wojny, porwania, olbrzymy i kobiety – worek z katastrofami nie miał dna!

Severus szedł przed siebie w zamyśleniu, od czasu do czasu oświetlając różdżką ciemne kąty. Tak naprawdę nie spodziewał się przyłapać nikogo na wywrotowej działalności. Uczniowie też uczyli się na błędach, byli coraz bardziej przezorni i przewidujący. Snape z typowym dla siebie wisielczym humorem zaczął dostrzegać pozytywy faszystowskiego przewrotu: odpowiednio zmotywowani, nawet Gryfoni potrafili wykształcić w sobie odrobinę umożliwiającego przetrwanie sprytu.

Alecto podążała za nim, choć wcale jej nie zapraszał. Jeżeli dobrze pamiętał rozpiskę na ten dzień, jej dyżur dobiegł końca i mogła udać się na spoczynek. Jednak z jakiegoś powodu tego nie zrobiła, wybierając spacer krok w krok za nim w ciszy zagłuszanej jedynie stukotem obcasów. Gdy mijali mniej szczelne okna, nozdrza Severusa atakował słodki aromat z dominującą nutą drażniącej paczuli. Najwyraźniej panna Carrow otrzymała w prezencie bożonarodzeniowym nowe perfumy.

Okropne, jeśli miałby to obiektywnie ocenić.

– Severusie – przerwała w końcu milczenie.

Coś w jej tonie kazało mu się natychmiast zatrzymać i odwrócić. Alecto stała przed nim niepewnie (co za nowość!), patrząc gdzieś w bok i nerwowo zaciskając palce na różdżce. Nie potrafił nic odczytać z wyrazu jej nieładnej twarzy, której mimika pozostawiała wiele do życzenia. Było jednak bardziej niż pewne, że Carrow właśnie próbuje powiedzieć mu coś ważnego.

– Severusie, ja… Nigdy ci nie podziękowałam za…

Ręka Alecto powędrowała do zranionego boku, a Snape ledwo powstrzymał się od przewrócenia oczami. Nie miał ochoty do tego wracać, tak samo jak wtedy – pomagać jej. Zrobił to tylko dlatego, że został postawiony pod ścianą: Alecto sama wpakowała mu się do gabinetu i nakapała krwią na podłogę. Ale nawet przymuszony, nie włożył w to zbyt wiele wysiłku czy intelektu. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej i na przykład nadziałby się na ranną koleżankę w opuszczonym korytarzu… Najprawdopodobniej pozwoliłby jej wykrwawić się na śmierć. Zawsze to jedna mniej duszyczka w szeregach Śmierciożerców.

Ale Alecto o tym nie wiedziała. Nagle, bez ostrzeżenia podeszła do niego bliżej. Stanęła na palcach, przytrzymała się jego ramienia i chyba zamierzała…

Jakie to szczęście, że była tak niskiego wzrostu!

Severus wykazał się refleksem. Chwycił ją za nadgarstki i odsunął od siebie, starając się nie robić tego zbyt gwałtownie. Nie chciał pokazać prawdziwej skali swojego obrzydzenia, musiał się zasłonić innym wykrętem.

– Dlaczego nie? – zdziwiła się.

– Choćby z szacunku dla twojego brata, Alecto.

Spudłował. Oczy panny Carrow rozszerzyły się z wściekłości, cywilizowana maska natychmiast z niej spadła.

– Nie pierdol, Snape! W dupie masz mojego brata, zresztą jak każdy. Myślisz, że Amycus sam nie wie, że nim gardzisz?

– Nie wyciągałbym tak daleko posuniętych wniosków, nawet jeśli nie zawsze jesteśmy jednomyślni. Nie znam również planów, jakie ma wobec ciebie twoja rodzina ani… Czarny Pan – spróbował z innej strony, bo to zawsze był dobry trop. – Nie śmiałbym wchodzić w drogę żadnej z tych szacownych instancji.

– Czarny Pan? – syknęła Alecto z wyraźnie słyszalnym zawodem w głosie. – Jakie plany może mieć wobec mnie Czarny Pan? Może te, które już realizuje przy pomocy Bellatrix?

– Nie wiem, nie jest w mojej mocy choćby domyślać się ścieżek, jakimi wędrują myśli Czarnego Pana. Jego mądrość i jego przenikliwość…

– Naprawdę w to wierzysz? – zapytała podejrzliwie. Przyglądała mu się czujnie, dręczona wątpliwościami.

– A ty nie? – oburzył się, jak przystało na hipokrytę, odwracając kota ogonem. – Rozczarowujesz mnie, Alecto. Ja zbudowałem całe życie na tym przekonaniu. Czy to mało?

– Nie, na pewno nie.

Zobaczył zakłopotanie na jej twarzy, przebijało nawet przez topornie ciosane rysy. Teraz Carrow czuła niepokój, bała się, że powiedziała zbyt wiele. Więcej nawet – słowa Severusa przejęły ją na tyle, że zupełnie wyleciały jej z głowy niemądre fantazje, które przed momentem zamierzała zrealizować. Tyle plotek krążyło o Snapie, o jego dyskusyjnej wierności… Widocznie były mocno przesadzone, podyktowane intrygami i zawiścią.

– Alecto, miałaś wielkie szczęście, urodziłaś się w szanowanej rodzinie czystej krwi – odezwał się po chwili poważnym, niemal napuszonym tonem. – Pod opieką krewnych, którzy wiedzą, co dla ciebie najlepsze. Jednak to oznacza również obowiązki, nie zapominaj o tym. Ktoś inny zadecyduje o twoim losie i na pewno dokona słusznego wyboru.

Severus w końcu puścił jej nadgarstki, które na wszelki wypadek cały czas ściskał, gdyby przyszło jej do głowy coś głupiego. Alecto patrzyła na niego z żalem i zawodem. Cokolwiek roiło się w jej głowie, miała nadzieję, że zdoła to osiągnąć. Nie spodziewała się kubła zimnej wody, w której ideologia czystej krwi została tak sprytnie wymieszana z praktykowanym w wyższych sferach kojarzeniem krewniaczym. Podczas gdy próbowała sobie to wszystko na nowo poukładać, Severus pozostawał zimny i niedostępny jak zawsze. Nie mógł bardziej dosadnie wyrazić, że nie jest nią zainteresowany.

– Dobrze, jak chcesz. Przecież to nic nie znaczy. Nic się nie wydarzyło – wyrzucała z siebie chaotycznie. – Nie to nie, trudno. Twoja strata.

Odwróciła się na pięcie i czym prędzej odeszła, tupiąc niczym hipogryf. Nie powinna nosić obcasów, nie bardzo sobie z nimi radziła. Severus obserwował ją obojętnie, chociaż pewnie powinien odczuwać chociaż minimalny lęk. Przecież nie ma na świecie bardziej niszczycielskiej siły niż wzgardzona kobieta.

Zwłaszcza taka, która zaliczyła trening dla Śmierciożerców.

Snape nie miał jednak okazji dobrze tego przemyśleć. Gdy jedna kobieta zniknęła w jednym końcu korytarza, w drugim niemal natychmiast pojawiła się druga – tym razem ta, której sobie życzył. Bella Brae stąpała cicho jak wróżka, ale zdradziły ją włosy: ich ognisty odcień widoczny był już z daleka. Dyrektor widział ją wyraźnie, mimo że ona z pewnością go jeszcze nie dostrzegła. Odziany na czarno i skryty w mroku stanowił tylko kolejny z licznych cieni Hogwartu.

Panna Buchanan szła przed siebie zamyślona, z nieodłącznymi książkami ściskanymi w chudych ramionach. Nadal nosiła je na mugolski sposób, niczego się nie nauczyła. Gdyby Snape myślał rozsądnie, wykorzystałby sprzyjające okoliczności i całkiem zniknął jej z oczu. W ten sposób i w tym czasie mógłby – na przykład – sprawdzić się, czy Alecto na pewno odeszła do swojej kwatery albo czy nigdzie w pobliżu nie czai się Amycus. Dzięki temu miałby pewność, że żadne potwory nie staną tej nocy na ścieżce Belli Brae, ale nie… Stał tam i czekał, aż ruda bibliotekarka podejdzie na tyle blisko, aby go usłyszeć.

– Witam, panno Buchanan.

– Dobry wieczór – odpowiedziała.

Widok dyrektora ani trochę jej nie zdziwił, w końcu oboje byli nocnymi stworzeniami. Severus jednak przeżył szok, wpatrując się w twarz Belli Brae. Zniknęła gdzieś jej radosna świeżość. Miała ciemne cienie pod oczami i bardzo blade policzki – niemal tak blade jak pozbawione choćby odrobiny szminki usta.

– Czy wszystko w porządku? – niedyskretne pytanie wyrwało mu się, zanim zdołał ugryźć się w język.

Panna Buchanan nie była zainteresowana zwyczajową pogawędką. Nie zwalniając kroku, wyminęła go, spuszczając wzrok w podłogę.

– Przepraszam, spieszę się.

Sam się zdziwił, jak bardzo uderzył go chłód w jej głosie. Nie potrafił nawet udawać, że tego nie wychwycił ani nie zrozumiał. Powinien za to przyjąć to do wiadomości i najzwyczajniej w świecie dać jej spokój. Tak postanowił i tego należało się trzymać. Co za szkoda, że z jakiegoś nieodgadnionego powodu nie potrafił odpuścić.

Odwrócił się za nią.

– Panno Buchanan.

Zatrzymała się, ale nie bez wewnętrznego oporu. Kiepsko tłumiona niechęć wprost promieniowała z każdego jej gestu. Severus pomyślał przelotnie, że ona również słyszała o skandalu z porwaną uczennicą, być może była świadkiem szału Hagrida (przecież nieustannie wymykała się ze szkoły, żeby wędrować tylko sobie znanymi ścieżkami) i w konsekwencji straciła resztki złudzeń… Jeśli po świątecznych feriach jeszcze jakiekolwiek jej pozostały. Zanim się odezwała, skrzywiła się, jakby ugryzła coś gorzkiego.

– Słucham, panie dyrektorze?

Zaschło mu w ustach. Nagle odkrył, że nie ma jej nic do powiedzenia. Na pewno nic takiego, co chciałaby usłyszeć. Słowa straciły sens, gdy patrzył na jej mizerną, obojętną, kompletnie przed nim zamkniętą twarz.

– Dobranoc, panno Buchanan.

Zamiótł korytarz obszerną peleryną, po czym odszedł w przeciwnym kierunku. Nieważne, że było to nie po drodze ani do jego gabinetu, ani do kwatery. Nie zamierzał się jej narzucać, pod tym względem zrobił już dość.

Bella Brae nie próbowała go zatrzymać, nie odezwała się więcej. Poprawiła uchwyt na ciężkich książkach i spokojnie ruszyła dalej. Przypomniała sobie fragment, na którym skończyła, po czym zaczęła nucić kolejną zwrotkę piosenki:

Strange news is coming to town
Strange news is carried
Strange news flies up and down
That my love is married.
I wish them both much joy
Though they can't hear me
And may God reward him well
For the slighting of me


Szczęście nie sprzyjało tej nocy pannie Buchanan. Ledwo uwolniła się od jednego mężczyzny, którego nie chciała nigdy więcej oglądać na oczy, zaraz wpadła w łapy drugiego, o wiele gorszego. Amycus przechadzał się wzdłuż galerii portretów dwa piętra niżej i straszył szacowne czarownice i czarodziejów wymalowanych na płótnach. Co jakiś czas zbliżał różdżkę do wybranego obrazu i rzucając jakieś nieskomplikowane zaklęcie, wymuszał paniczną ucieczkę na rezydencie. Jeśli mu się udało, rechotał z uciechy na całe gardło.

– Pan nie ma honoru, sir! – zarzucił mu malowany profesor, który za życia musiał się czymś dostatecznie wyróżnić, aby zasłużyć na własny, dość nudny portret na tle purpurowej zasłony i tacy z owocami. – Za grosz ogłady!

– A spierdalaj – rzucił elokwentnie Carrow i posłał w jego stronę kilka lśniących iskier.

Nauczyciel trzymał się dzielnie, dopóki od ognia z różdżki Amycusa nie zajęła się jego szata, a następnie cały obraz. Carrow nie przejął się potencjalnym pożarem, pozostawiając ten problem do rozwiązania komu innemu – skrzatom albo dyrektorowi, któremu pewnie bardziej zależało na zachowaniu szkoły w jednym kawałku. W nagłym blasku ognia Carrow dostrzegł jednak nieszczęsną Bellę Brae, która próbowała przemknąć niezauważenie w ciemności za jego plecami.

– O cześć, skarbie. – Wyszczerzył się na jej widok, przygładzając odruchowo włosy i prostując się na pełną wysokość.

– Dobry wieczór – odpowiedziała tym samym pozbawionym uczuć tonem, jakim chwilę wcześniej potraktowała dyrektora.

Skoro już profesor Carrow ją zobaczył, nie miała wyjścia. Ignorowanie czy postawa defensywna tylko by go sprowokowały, z kolei spokój czy pozorowana serdeczność dawały szansę na złagodzenie jego zapędów. Przynajmniej Bella Brae miała taką nadzieję. Nie zamierzała jednak spokojnie patrzeć na płonący portret. Odstawiła książki na parapet okna, które właśnie mijała, wyciągnęła różdżkę i jednym zaklęciem opanowała ogień. Niestety, płótno zostało doszczętnie zniszczone, a udręczony profesor z przerażoną miną kulił się teraz przy swojej sąsiadce, puszystej damie w tiulach, które nie pozostawiały mu wiele miejsca na oddech. Sama dama wydawała się jednak zadowolona.

– Nie zawracaj sobie tym ślicznej główki, kotku – zagaił Amycus cały, jak mu się wydawało, w uwodzicielskich uśmiechach. – To wszystko i tak trafi na śmietnik. Nadszedł czas, żeby w końcu przewietrzyć tę pipidówkę zwaną szkołą, wprowadzić tu nieco nowoczesnego stylu. Jak myślisz?

– A co na to dyrektor? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, chowając różdżkę do rękawa. Wprawdzie Severus wiele stracił w jej oczach na przestrzeni ostatnich kilku dni, jednak mimo to nie wierzyła, by podobny pomysł przypadł mu do gustu.

– Kogo to obchodzi? – prychnął Carrow.

– Cóż… zapewne jego samego.

– Aż tak cię interesuje zdanie dyrektora?

– Nie, bynajmniej – zapewniła, gdy nieprzyjazna odpowiedź napłynęła z samego centrum jej zranionej, wyczerpanej bezsennością i samotnością duszy. – Nic a nic.

– I bardzo dobrze.

Na moment straciła czujność, popełniając poważny błąd. Nie rozumiała dlaczego, ale nieprzychylne wobec dyrektora słowa bardzo spodobały się Amycusowi. Przyjrzał jej się uważnie – naprawdę uważnie – od stóp do głów, zatrzymując się na wysokości skromnego dekoltu szaty. Zdradzał niewiele, ale widać to mu wystarczyło.

– Gdzie się wybierasz tak całkiem sama, kotku? – zagaił ponownie.

– Muszę odnieść książki do biblioteki.

– O tej porze? Zaharowują nas tutaj na śmierć, co? Gdyby chociaż dobrze płacili… Nie na to się pisałem, a ty?

– Nie narzekam.

– No tak, kobietom niewiele do szczęścia potrzeba. Musisz się tylko trochę pomęczyć, a potem znajdziesz sobie dobrego męża i z głowy, nie?

Nie odpowiedziała. Nie patrzyła na niego. Nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, który często prowokuje drapieżnika. Ale może był to kolejny błąd w ocenie sytuacji? Bo Amycus wcale się nie poddawał. Podszedł bliżej, Bella Brae się cofnęła. Ponieważ wcześniej przemykała tuż przy ścianie, nie miała dokąd uciec. Poczuła za plecami parapet okna, Carrow oparł się ramieniem o jego obramowanie. Trzymając rękę na wysokości jej głowy całkowicie odciął jej drogę.

– Więc… – rzucił sugestywnie.

– Tak, profesorze?

Niech to, kolejna pomyłka. Używając z szacunkiem oficjalnego tytułu, połechtała jego próżność.

– Po co te formalności, kotku?

Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że wprost czuła to na skórze. Gdy nazwał ją „kotkiem", na pewno się oblizał, choć nie mogła tego widzieć. Był odrażający, a najgorsze, że w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy. Serce panny Buchanan przyspieszyło, tłukąc się niespokojnie w piersi. Nie, nie bała się. Czuła wyłącznie złość i zażenowanie.

– Niebezpiecznie łazić nocami po korytarzu – ciągnął. – Różne rzeczy mogą się zdarzyć…

– Już się nawet zdarzały – wytknęła mu.

Pamiętała wszystkie spotkania z przeklętym rodzeństwem, ich zamiłowanie do książek i godne pochwały pragnienie wiedzy, które zagnało ich do biblioteki w Noc Duchów.

Amycus, o dziwo, od razu zrozumiał aluzję.

– Alecto jest popieprzona – stwierdził z rozbrajającą szczerością. – Ja to co innego. Ja cię nawet lubię, skarbie.

Carrow wyciągnął rękę, Bella Brae chciała się uchylić, ale nie miała jak ani gdzie, dlatego musiała pozwolić, żeby dotknął jej włosów. Przy okazji musnął palcem jej szyję tuż poniżej ucha. Przeszedł ją dreszcz obrzydzenia, który mężczyzna oczywiście zinterpretował opacznie.

– Masz miękkie futerko, wiesz? – pochwalił. – Jak mały lisek. Widziałem takie w lesie. Nie biegają aż tak szybko, więc ich skóry wiszą teraz w mojej kwaterze. Chcesz zobaczyć?

– Nie, dziękuję.

– Na pewno? – Był na tyle blisko, że wyczuła alkohol w jego oddechu. Przekrwionymi oczami poszukał jej szarych źrenic, zanim dodał: – Podobno nie ma nic przyjemniejszego niż dotyk futra na nagiej skórze.

Bella Brae poczuła, że płoną jej policzki. Zawsze ją zdradzały. Była poruszona, oburzona, zniesmaczona. Miała zwyczajnie dosyć.

– Nie mam zdania na ten temat.

– Możemy to sprawdzić – kusił, śmiejąc się i nadal blokując jej przejście. – Trzymam w pokoju dobre wino. Masz ochotę?

– Niekoniecznie.

– Albo whisky, szybciej cię rozgrzeje. Co ty na to?

– Muszę już iść.

– Nie bądź taka sztywna, kotku. Co ci szkodzi? – naciskał, napierając na nią coraz bardziej. – W moim pokoju czeka kolega, który bardzo chce cię poznać. Jest naprawdę wielki i aż drży z niecierpliwości, żeby…

Panna Buchanan rzuciła mu spojrzenie spod zmarszczonych brwi, jej oczy pociemniały. Zmiana była niewielka, właściwie ledwie dostrzegalna – zwłaszcza przez alkoholowe opary – a jednak Amycus wyraźnie poczuł zimny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Bo z brwiami złączonymi tuż nad piegowatym nosem panna Buchanan, jakkolwiek wydawałoby się to nieprawdopodobne, wyglądała groźnie.

– Och, tutaj jesteś! – Na scenę zupełnie nagle i nieoczekiwanie wkroczyła Aurora Sinistra. W jednej chwili znalazła się obok Belli Brae, chwyciła ją za ramię i odciągnęła od Amycusa. – Wszędzie cię szukałam! – rzuciła ze sztuczną wesołością. – Czekamy na ciebie od pół godziny, no ile można? – zarzuciła ją jeszcze bardziej fałszywymi pretensjami.

Carrow był zbyt skołowany, żeby zareagować, choć sam nie potrafiłby powiedzieć, co bardziej wybiło go z rytmu: niespodziewana interwencja Aurory czy twarz Belli Brae. W każdym razie pozwolił kobietom spokojnie odejść, a zanim wyrwał się z marazmu, były już zbyt daleko, aby warto je było gonić. Trudno, stracił swoją szansę.

– Tylko spokojnie – pouczyła ją Aurora. – Nie biegnij, bo będzie miał satysfakcję.

Niejako zaprzeczając swoim słowom, szła tak szybko, że wytrącona z równowagi Bella Brae ledwo mogła za nią nadążyć. W zasadzie pozwalała się ciągnąć w bliżej niesprecyzowanym kierunku. O nic nie pytała, nie protestowała, nie zdołała nawet zebrać słów, żeby wyrazić wdzięczność. Pozostawała zupełnie bezwolna. O stanie jej ducha najlepiej świadczył fakt, że zapomniała o porzuconych na parapecie książkach.

– Co za świnia – mruczała pod nosem profesor Sinistra. – Dobrze, że byłam w pobliżu. Nic ci się nie stało?

Panna Buchanan pokręciła głową.

– Całe szczęście! Co za koszmar – westchnęła. – Nie mam już odwagi chodzić sama na wieżę, zawsze gdzieś się czai. Obleśny wieprz!

Wtem zatrzymała się i zastukała – jak wydawało się Belli Brae – do losowo wybranych drzwi. Otworzyła im owinięta grubym szlafrokiem Pomona: z papilotami na głowie i z ciężkim kijem w dłoni.

– Znowu? – zapytała tonem pozbawionym nadziei.

– Tak – rzuciła Aurora, przeciskając się przez drzwi i ciągnąc koleżankę za sobą. – Tym razem padło na Bellę.

– Biedne dziecko! – wzruszyła się pani Sprout. – Siadajcie w saloniku, poczekacie u mnie, dopóki nie odejdzie. Co za człowieki! – wykrzyknęła, zamykając z rozmachem drzwi i blokując je łańcuchem. – Ciągle łazi na polowania, że też sobie tego brudnego fiuta nie odstrzeli!

Roztrzęsiona, wymęczona i blada jak trup Bella Brae nieoczekiwanie wybuchła histerycznym śmiechem. Stała na środku dziennego pokoiku nauczycielki zielarstwa – który oczywiście tonął w bujnej zieleni niezliczonych roślin – i zaśmiewała się, dopóki łzy nie popłynęły jej z oczu. Ciągle przyciśnięta do jej ramienia Sinistra również najpierw zatrzęsła się z tłumionego chichotu, by zaraz potem dołączyć do koleżanki. Jako ostatni w chórze dał się słyszeć wysoki, zaskakująco dziewczęcy śmiech Pomony.

– Katharsis, moje drogie, ot co – skwitowała, gdy po jakimś kwadransie wreszcie zdołały nad sobą zapanować. – Długo ci się udawało, Bello, ale widać i na ciebie musiało trafić.

– Czyli to zdarzało się już wcześniej?

– Cały czas. – Pokiwała głową Pomona. – Biedna Aurora zupełnie nie ma życia, ten knur nagabuje ją od samego początku.

Wskazała koleżankom miejsca, a gdy siedziały wygodnie, wyciągnęła butelkę z nalewką. Była mocna, ziołowa, na miodzie, którego intensywny aromat wyraźnie dawało się odczuć. Stanowiła cudowne, złote remedium na wszelkie smutki, którego Bella Brae bardzo potrzebowała. Piła powoli, rozkoszując się smakiem, podczas gdy Pomona i Aurora strzeliły swoje porcje na raz.

– O tak – podjęła Sinistra. – Mówił mi, że szykują się redukcje, więc powinnam być dla niego miła. Ten, teges, szmeges – i nie będę się musiała martwić o posadę.

– Bydlak! – rzuciła poruszona panna Buchanan.

– Zwierzak – zgodziła się z nią Pomona.

– I nic się nie da z tym zrobić?

– Nie w tych okolicznościach – powiedziała smutno Aurora. – Carrowowie czują się bezkarni… I mają rację. Nadeszły ciężkie czasy i dopóki nic się nie zmieni…

– Musimy radzić sobie same – rzuciła wojowniczo Pomona.

Bella Brae przypomniała sobie gruby kij, z jakim je przywitała. Jeszcze niedawno pewnie powiedziałaby coś o dyrektorze, któremu należy zgłaszać podobne przypadki, ale… Rozczarował ją dostatecznie, żeby zasznurować usta. Obie kobiety wpatrywały się w nią z napięciem, jakby również spodziewały się z jej strony podobnego komentarza. Wyraźnie im ulżyło, gdy nie wspomniała o Snapie.

– Ja też miałam już wcześniej pewne problemy – wyznała Bella Brae, po czym opowiedziała im ze szczegółami o zajściu w bibliotece. Uznała, że pewnie i tak wiedzą o wszystkim od Irmy, nie czuła też dłużej potrzeby zachowywania dyskrecji. Wszelkie tamy puściły.

– Zwierzęta, no po prostu zwierzęta – wyklinała Pomona znad kolejnego kieliszka nalewki. – Gorzej niż zwierzęta! Toż to potwory w ludzkiej skórze! Nikogo ani niczego nie szanują. Ta Alecto to też niezła aparatka. Chodzą słuchy, że zagięła parol na Sn… na dyrektora. Wyobrażacie to sobie?

– Powodzenia – mruknęła Aurora.

– Nigdy nie miałam o niej dobrego zdania, ale mimo wszystko… Ta kobieta musi być ślepa!

– Albo szalona – szepnęła Bella Brae.

– No właśnie! – podchwyciła ochoczo Pomona, która z każdym kieliszkiem mówiła głośniej i gestykulowała żywiej. – Ale kto wie, pewnie ma szansę. Wiadomo, że oni mnożą się między sobą – ciągnęła rozochocona, skoro w pobliżu zabrakło profesor McGonagall, która z pewnością powstrzymałaby potok nieostrożnych słów.

Sinistra jednak zachowała czujność. Rzuciła pannie Buchanan szacujące spojrzenie.

– Zauważyłam, że spędzają dużo czasu razem – odezwała się bibliotekarka, ważąc każde słowo na języku. – Wieczorami piją herbatę w jego gabinecie, to na pewno ich zbliżyło.

Ta informacja wyraźnie wstrząsnęła pozostałymi kobietami, chociaż plotki rzeczywiście krążyły od dawna. Panna Buchanan spotkała się z nimi jeszcze przed świętami, ale wówczas nie poświęciła im wiele uwagi. W tamtym czasie regularnie otrzymywała niepodważalne dowody, że dyrektor interesuje się kimś innym. Znała jednak zwyczaje panujące wśród czystokrwistych rodzin. Wiedziała, że wiele mogło się zmienić, na przykład podczas uroczystego noworocznego obiadu w rodzinnym dworzyszczu narzeczonej… I teraz musiała chronić przede wszystkim siebie.

– Herbatę? – zdziwiła się Aurora. – Naprawdę?

– Chyba z prądem! – zachichotała piskliwie Pomona.

– Źle sypiam – wyznała zakłopotana Bella Brae. – Jeśli długo nie mogę zasnąć, spaceruję po zamku. Widzę wtedy różne rzeczy.

– No kto by pomyślał? – dziwiła się pani Sprout, która sama jako pierwsza powtórzyła plotkę.

– Moim zdaniem to idealna para. – Skrzywiła się profesor astronomii. – Dobrali się jak w korcu maku.

– To prawda – przyznała Bella Brae.

Wzruszona dobrocią nauczycielek zastanawiała się, dlaczego wcześniej nie dała im szansy. Gdyby od początku szukała ich towarzystwa, a nie… innego, wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdy o tym pomyślała, nagle poczuła, że kleją się jej oczy i zanim zdołała zapanować nad impulsem, ziewnęła szeroko – oczywiście grzecznie zasłaniając usta dłonią.

– O mój Merlinie! – wykrzyknęła na ten widok Pomona. – Dziecko, ty musisz być kompletnie wykończona! Dopiero co źle sie czułaś, a teraz jeszcze to! Od stresu też można się rozchorować. Nie będziecie już nigdzie dzisiaj wychodzić i ryzykować kolejnego spotkania z tym zboczeńcem – zdecydowała nagle. – Prześpicie się u mnie.

Decyzja zapadła i troskliwa profesor Sprout energicznie zajęła się swoimi nocnymi gościniami. Zorganizowała dla nich podomki do spania oraz najpotrzebniejsze kosmetyki. Wkrótce do saloniku wjechała również świeżutka dostawa tostów z serem, babeczek z czekoladą i innych drobnych przekąsek nadesłanych przez skrzaty z kuchni. Gdy Aurora rozciągnęła się na kanapie, a Bella Brae na magicznie powiększonym fotelu, Pomona wyciągnęła kolejną butelkę nalewki.

Koniec końców, był to bardzo udany wieczór.


Chłopcy i dziewczęta zgromadzeni w Pokoju Życzeń mieli od dawna tylko jedno, uwspólnione życzenie: gdyby ktokolwiek z nich znalazł się nagle w posiadaniu zmieniacza czasu, cofnęliby się na platformę 9 i ¾, żeby powstrzymać Lunę przed wejściem na pokład pociągu. Skąd mogli wiedzieć, że tak to się skończy? W najśmielszych snach nie podejrzewali zwolenników Lorda Voldemorta o tak daleko posuniętą bezczelność. Na co zdały się te godziny wspólnych treningów, ciągłe ćwiczenie zaawansowanych zaklęć obronnych? Kompletnie na nic! Zwiodło ich idiotyczne poczucie bezpieczeństwa w szkole oraz w drodze do niej – nic nie miało prawa im się przydarzyć, dopóki Hogwart trzymał się mocno, nawet pomimo Nietoperza na tronie dyrektora.

Niestety, Hogwart od dawna nie należał do nich. Chociaż niby byli tego świadomi, wykazali się nieprawdopodobną naiwnością. Wszystkie akcje dywersyjne Gwardii (prowokacyjne napisy, otwarte sprzeciwy wobec tyranii Śmierciożerców, liczne akcje dywersyjne) nagle wydały im się potworną dziecinadą wobec prawdziwej tragedii. Nauczyli się, że działalność wywrotowa pociąga za sobą brutalne konsekwencje.

Przedstawiciele Gwardii Pottera siedzieli przybici – każdy w swoim kącie. Tego wieczoru zabrakło wesołej muzyki czy dzielenia się kontrabandą. Blade i smutne dziewczęta czasami nadal pochlipywały albo nerwowo ocierały oczy. Tylko nie Ginny Weasley. Ona zaciskała dłonie w pięści, ledwo panując nad wściekłością. Obiecali sobie, że w czasie podróży nie będą się rozdzielać. Carrowowie nie stanowili jedynego problemu – zaczepki ze strony Ślizgonów również zdarzały się regularnie i coraz częściej przeradzały się w ostre pojedynki. Nad Luną jednak trudno było zapanować, miała swoje własne ścieżki i niezliczone dziwactwa. Nie wiadomo nawet jak, kiedy i dlaczego opuściła przedział… I już nie wróciła. Nigdy. Zapadła się jak kamień w wodę. Magia!

Oczywiście nikt nic nie widział i niczego nie podejrzewał. Natychmiast zorganizowano komiczną akcję poszukiwawczą, a Snape oficjalnie wylewał na forum krokodyle łzy, podczas gdy Luna… Mogła cierpieć, mogła być torturowana, mogła nawet nie żyć. Sama myśl o tym doprowadzała jej kolegów i koleżanki na skraj szaleństwa.

– Nie chcę tu być – rzuciła gniewnie Ginny.

– Jak my wszyscy – poparł ją Neville. – Ale nie mamy wyboru. Im właśnie o to chodzi. Chcą nas zastraszyć i uciszyć. Niedoczekanie! To nasza szkoła, nie oddamy jej!

Lavender Brown zaśmiała się nerwowo.

– Aha, dopiero co nam udowodnili, jak wspaniale potrafimy się obronić w chwili zagrożenia.

Żadne słowa nie były w stanie zniechęcić Longbottoma. Był właściwym chłopcem na właściwym miejscu i w końcu odnalazł w sobie poczucie misji.

– To tylko znaczy, że musimy ćwiczyć więcej i częściej. I starać się bardziej.

Odpowiedział mu chór niezbornych jęków, prychnięć i westchnień. Duch w uczniowskim narodzie chwilowo całkiem upadł, bez widoków na szybką regenerację.

– Snape już zapowiedział wydłużenie godziny policyjnej, nie słyszałeś? – przypomniała koledze Lavender. – Jeszcze trochę, a przesunie ją na dwunastą w południe. Niewiele brakuje.

– Do tego profesor Carrow powstała z martwych – zauważył Dean Thomas. – Na pewno będzie teraz w świetnym humorze…

– Już jest – zaśmiała się gorzko panna Brown. – Zebrała siły na zwolnieniu chorobowym. Widziałam ostatnio, jak flirtowała ze Snape'em na korytarzu, aż iskry leciały. Myślałam, że mnie złapią, ale na szczęście byli zbyt zajęci sobą.

– Z pewnością dorobią się pięknych dzieci – prychnął Seamus, a jego złośliwy tekst wreszcie nieco rozluźnił atmosferę. – No serio! – ciągnął, próbując przekrzyczeć nagłą i powszechną głupawkę. – Wyobraźcie to sobie!

– W życiu ani mi się śni – rzuciła roześmiana Ginny.

– Oj, bo wykraczesz! – chichotała Lavender.

– Pewnie już do końca życia nie mogłabym zasnąć!

– Tak czy owak… To dziwne – odezwała się ponownie zamyślona panna Brown. – A co z bibliotekarką? Pamiętacie, Luna zostawiła jej wiadomość z ostrzeżeniem, a zaraz potem… I właśnie dlatego pomyśleliśmy, że… Że to dlatego ona…

Wesoły moment nie trwał długo. Twarz Lavender wydłużyła się, usta wykrzywiły, przerywając jej wypowiedź. Parvati objęła przyjaciółkę ramieniem, gdy ta ponownie zaniosła się szlochem.

Neville zdecydowanie wstał, otrzepał spodnie i podwinął rękawy szkolnej szaty.

– Nie ma co tego dalej roztrząsać. W ten sposób i tak niczego nowego się nie dowiemy ani nikomu nie pomożemy. Teraz możemy tylko iść naprzód i liczyć na to, że… No, coś w końcu musi się zmienić. Jeżeli tylko wytrzymamy dostatecznie długo, Harry na pewno…

Panna Weasley uciszyła go ruchem ręki. Nie wiadomo, jakimi zaklęciami obciążono imię i nazwisko Niepożądanego Numer Jeden. Szkoła w tym roku niemal wibrowała od uroków zabezpieczających, blokujących i inwigilujących. Nawet w bezpiecznym Pokoju Życzeń nie było warto nadmiernie ryzykować.

Bez dalszych, zbędnych słów zgromadzeni brali przykład z Neville'a. Podnosili się z miejsc, wyciągali różdżki, przygotowywali się do sesji treningowej. Zaczął się kolejny partyzancki wieczór w Hogwarcie.


Styczeń roku 1998 był długi, zimny, a dla wielu czarodziejów zwyczajnie pechowy. Bo właśnie wtedy zamieszkujących Hogwart Śmierciożerców zaczęła prześladować osobliwa seria niefortunnych zdarzeń.

Pierwszy był wypadek na polowaniu. Pewnego dnia Amycus wrócił z Zakazanego Lasu na ostatnich nogach, zostawiając za sobą czerwone ślady na śniegu. Miał zalaną krwią twarz i mocno poranione ramię, w którym brakowało sporego kawałka mięsa. Strzelba, którą ze sobą przytaszczył, nadawała się już tylko na złom.

– Mówiłem, ostrzegałem – narzekał Severus tonem absolutnie wyzutym ze współczucia. – Powtarzałem do znudzenia, że tak to się skończy. Zabawy z bronią mają skutki uboczne.

Carrow, tak samo jak wcześniej jego siostra, wykrwawiał się w dyrektorskim gabinecie, odmawiając wizyty w skrzydle szpitalnym. Snape wyciągnął więc standardowy zestaw eliksirów i przystąpił do ratowania tego, co zostało z policzka Amycusa. Stuknięty Śmierciożerca powinien się cieszyć, że odrzut połączony z samozapłonem nie oderwał mu głupiego łba… A może szkoda, że tak się nie stało?

– To nie wina strzelby – zarzekał się Amycus, wypluwając krew, która zalewała mu usta. Severus skrzywił się na widok czerwonego aerozolu, brudzącego jego starannie poukładane papiery. Carrow wyrzucał z siebie posokę z rozrzutem typowym dla konającej butelki keczupu. – Broń była sprawna. Ktoś przy niej grzebał, wiem to na pewno!

– Kto? – prychnął kpiąco Snape. – Nauczycielka zielarstwa czy duch, który naucza w szkole historii magii?

– Nie wiem. Ktoś z nich musiał…

– Zapewniam, że w całym zamku nie znajdziesz ani jednego eksperta z dziedziny mugolskiej broni palnej, Amycusie. Oświadczam to z pełnym przekonaniem. Nigdy nie mieliśmy tu broni, dopóki sam jej nie przywiozłeś.

Rana postrzałowa wprawdzie znacznie lepiej zareagowała na eliksiry lecznicze, ale mimo to Carrow musiał wziąć kilka dni wolnego, żeby skorzystać z fachowej pomocy. Na pamiątkę została mu blizna na policzku (której można by uniknąć, gdyby Severus w nerwach nie pomylił jednego ze specyfików i w ten sposób nie oszpecił kolegi na wieczność) oraz uszkodzony nerw, który aktywował się od czasu do czasu, objawiając niekontrolowanym tikiem całej prawej ręki. Doprowadzało to Amycusa do szału, ale cóż… Sam był sobie winien.

Alecto miała mniej szczęścia.

Najpierw sponiewierała ją do tej pory ukryta alergia pokarmowa. Objawiła się niespodziewanie podczas jednego z posiłków w Wielkiej Sali. Profesor Carrow w ciągu sekundy spuchła jak balon i zaczęła się dusić. Wobec nieobecności Amycusa nikt specjalnie nie kwapił się z pomocą. Nauczyciele Hogwartu z obojętnymi minami obserwowali, jak koleżanka rozpaczliwie próbuje złapać kolejny oddech.

– Tak bywa, gdy się je zbyt łapczywie – ocenił nieporuszony profesor Flitwick. – Dietetycy radzą, żeby jeść powoli, małymi kęsami.

– I nie popijać wodą w trakcie, bo można się zachłysnąć – pospieszyła z następną bezużyteczną radą szkolna pielęgniarka.

– Właśnie, woda. Może odrobina wody pomoże? – odezwała się Bella Brae, po raz pierwszy odrywając wzrok od swojego pełnego talerza.

– Chcesz wody, Alecto? – zapytała niemal słodko profesor McGonagall.

Carrow nie była w stanie odpowiedzieć. Stawała się coraz bardziej sina, gdy jej oddech stopniowo się spłycał, aż całkowicie ustał. Gdy pojawiło się ryzyko omdlenia, Severus nie mógł dłużej udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – musiał ratować swoją podwładną. Wstał, a wtedy podduszona Alecto osunęła się prosto w jego ramiona. Wokół natychmiast rozległy się szepty i złośliwe śmiechy.

– Znajdźcie sobie pokój – burknął profesor Flitwick, który już absolutnie niczego się nie bał, a najmniej skołowanego Snape'a z niechcianym, żeńskim ciężarem w ramionach.

Pani Pomfrey i pani Pince niezwłocznie wdały się w dyskusję na temat obyczajowej przyzwoitości w ośrodkach koedukacyjnej edukacji: co wypada, a czego nie i na ile dotyczy to uczniów, a na ile członków kadry. Bella Brae ponownie wbiła wzrok w swój talerz, ale uśmiechała się lekko, słuchając plotek.

Severus wraz z Alecto umknęli z Wielkiej Sali jak niepyszni. Nikt nie zamierzał pomóc dyrektorowi, więc musiał sam rozwiązać swój problem.

Gdy tylko Alecto nieco się zregenerowała, spotkała ją kolejna katastrofa. Podczas powrotu ze strefy aportacyjnej na teren szkoły, na błoniach omal nie staranował jej hipogryf. Rozjuszone stworzenie ścigało ją niemal do samej bramy zamku i nie było absolutnie nikogo, kto mógłby je poskromić. Gdyby Carrow tak sprawnie nie posługiwała się różdżką, dodając sobie prędkości, prawdopodobnie nic by z niej nie zostało.

– Ktoś go na mnie poszczuł! Przysięgam! – zapewniała Severusa, który wydawał się ubawiony całą sytuacją. – Co zamierzasz z tym zrobić?

– Mogę ci służyć podręcznikiem do opieki nad magicznymi stworzeniami – zaoferował i nawet powieka mu przy tym nie drgnęła. – Hipogryfy są raczej nieskomplikowane w obsłudze i… Zwyczajnie durne. To wstyd, że nie potrafisz poradzić sobie z przeciwnikiem, który stanowi idiotyczną krzyżówkę konia z ptaszydłem.

– Dobrze ci mówić! – prychnęła oburzona. – Nie było cię tam, sam pewnie miałbyś pełne gacie!

– Ośmielam się wątpić. Ale jeśli tak bardzo boisz się szkolnej fauny i flory, to… Nie wiem, jak zamierzasz sobie poradzić w sytuacji realnego zagrożenia, podczas prawdziwej wojny, która coraz wyraźniej majaczy na horyzoncie. Czarny Pan na pewno będzie ciekawy twojego przygotowania bojowego.

Na te słowa Alecto zbladła, tracąc wszelką chęć do kłótni. Usunęła się z oczu Snape'a, żeby skupić się na leczeniu siniaków i zadrapań w zaciszu własnego pokoju. Przechowywała w nim teraz imponującą kolekcję specyfików, dzięki czemu nie musiała liczyć na jego łaskę. Musiała też regularnie przyjmować leki na wciąż w pełni niezdiagnozowaną alergię pokarmową. Sprawiały, że czuła się naprawdę paskudnie: była ciągle zmęczona i dręczyły ją mdłości.

Przygoda z hipogryfem nie była ostatnią. Nie minął nawet dobry tydzień, gdy Alecto Carrow spadła ze schodów prowadzących na wieżę. Upadek okazał się na tyle fatalny, że nie tylko złamała nogę w kilku miejscach, ale dodatkowo tak nieszczęśliwie uderzyła w barierkę, że jeden z odstających, dekoracyjnych elementów wbił się głęboko w jej już wcześniej pokiereszowany bok. Eksplozja szarpiącego wnętrzności bólu spowodowała natychmiastową utratę przytomności.

Leżące u podstawy schodów ciało Alecto odkryły dwa wielce interesujące, rude stworzenia. Ginny Weasley i Bella Brae wymieniły pełne satysfakcji spojrzenia nad powaloną Śmierciożerczynią. Gryfonka uśmiechnęła się szeroko, odkrywając niespodziewaną sojuszniczkę, ale panna Buchanan znacząco przyłożyła palec do bladych ust.

Ciii.

Milczenie jest złotem, postarała się przekazać dziewczynie bez słów.

Zwłaszcza gdy dźwiga się na swoich barkach tak wiele sekretów.


Blacksmith, Roud Folk Song Index, nr 816