Severus siedział w swoim wysokim krześle, za swoim imponującym biurkiem i obejmował rękami rozsadzane bólem skronie. Migrena dręczyła go od kilku dni – odporna zarówno na wymyślne eliksiry, jak i banalne, mugolskie środki przeciwbólowe. Miał wszystkiego tak bardzo dosyć… Dogłębnie i ostatecznie.
Dosyć Carrowów, którzy domagali się z jego strony jakiejś reakcji: najlepiej wskazania i ukarania sprawców ich wszelkich nieszczęść. Nie chcieli przyjąć do wiadomości, że winna jest ich niezgrabność (ewentualnie oszałamiająca nieostrożność), skoro w tak krótkim czasie zdołali się uszkodzić na tak wiele sposobów – poczynając od postrzału, przez zatrucie, aż po upadek ze schodów. Severus nie zamierzał szukać urojonych przestępców odpowiedzialnych za czyjąś daleko posuniętą ofermowatość. Nie zmieniało to jednak faktu, że najprawdopodobniej przy najbliższej okazji będzie musiał się z tego wytłumaczyć przed Czarnym Panem. Alecto i Amycus już o to zadbają.
A to nie był jedyny problem.
Całe ich wiadro przyniosła ze sobą McGonagall. Długo wytrzymała, okazując wstrząsającą cierpliwość, jednak w końcu wparowała do gabinetu dyrektora, zionąc ogniem.
– Myślałam, że to wszystko ma głębszy sens. Że to, co robisz, służy jakiemuś wyższemu celowi, że być może ty i Albus…
– Służymy Większemu Dobru? – podrzucił tonem wprost przepalonym sarkazmem.
Zdziwiona nauczycielka zamarła w pół słowa, to otwierając, to zamykając usta.
– Przeczytałeś tę kłamliwą książkę?
– Czy to aby nie przesadnie surowa ocena pisarskiego kunsztu Rity Skeeter? – drażnił się z nią dla zasady.
– Jak możesz tak mówić? Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w tej grafomanii nie ma ani słowa prawdy. A nawet jeśli, to została spłycona, przeinaczona i… i zwulgaryzowana! Albus nigdy by…
– A czy ktokolwiek z nas tak naprawdę go znał?
Severus przyglądał się Minerwie chłodnym wzrokiem zza bezpiecznej osłony papierowych wież, dokumentowej fosy oraz machin balistycznych złożonych z przyrządów biurowych. Czekał, aż zbierze się w sobie, dobrze wiedząc, że to tak szybko nie nastąpi. Bo zadał jej ostateczny cios. Skuteczny, bo poniżej pasa. Dumbledore dla wszystkich pozostawał zagadką. Miły, sympatyczny staruszek? Dobre sobie! Nigdy nic o sobie nie mówił, nie dzielił się sekretami ani prywatnymi informacjami. Wszystkie najlepsze karty trzymał dla siebie. Pomimo prostactwa autorki, jego biografia zawierała więcej faktów niż ich wspólne wspomnienia z wielu lat lojalnej pracy w Hogwarcie czy służby w Zakonie Feniksa.
McGonagall jeszcze przez chwilę stała przed nim, zadzierając dumnie głowę, ale szybko zabrakło jej argumentów. Przygasła, zwątpiła, zaczęła się zastanawiać. Tak bywa, gdy na wzorze wszelkich cnót pojawią się pierwsze rysy. Wiedziała, że Snape miał rację – przynajmniej częściowo – chociaż duma nie pozwalała jej tego przyznać.
– Jak śmiesz nadal obrażać jego pamięć? – przystąpiła do kolejnego ataku. – Nie masz wstydu?
– Nie – odpowiedział niewzruszony Severus i nawet powieka mu przy tym nie drgnęła… choć kąciki ust owszem. Lekko, subtelnie. – Kilka miesięcy temu sama mi to powiedziałaś, nie pamiętasz? To źle, bardzo źle – zacmokał z fałszywą troską. – Problemy z pamięcią uniemożliwiają dalsze wykonywanie pani zawodowych obowiązków, profesor McGonagall.
– Zwolnisz mnie?
– Jeszcze nie.
– Ale kiedyś tak?
Severus poprawił się na krześle, swoim zwyczajem od niechcenia przerzucił kilka papierów, jeden pergamin podarł na cztery części i posłał do ognia. Budował napięcie.
– Nie pozwoliłem wam zachować stanowisk z powodu osobistej sympatii. Nie osłaniam nikogo własną piersią na mocy jakiegoś donkiszotowskiego paktu zawartego z martwym staruszkiem. Nie – podkreślił najzimniejszym, najbardziej bezwzględnym i wrogim tonem, na jaki było go stać. – Po prostu zwolnienie naraz całej kadry paskudnie by wyglądało. Ale pomalutku, stopniowo… Emerytura, problemy zdrowotne, niezgodność oczekiwań. Wszyscy odejdziecie sami lub z drobną pomocą. A wtedy do Hogwartu napłynie świeża krew.
– Chciałeś powiedzieć: czysta krew, dyrektorze?
– To się rozumie samo przez się. Nowy światowy porządek nadejdzie wcześniej czy później, w ten czy inny sposób, a pani, profesor McGonagall, będzie na to spokojnie patrzeć, bo nic innego nie może pani zrobić.
Prawdopodobnie nie powinien aż tak jej prowokować, ale zależało mu na tym, żeby przestała węszyć. Gdyby pozwolił jej intelektowi pracować, na pewno by go rozszyfrowała. Dlatego przemawiał do jej szkockiego temperamentu, który tak dobrze poznał u innej barwnej postaci. Skutecznie powciskał wszystkie guziki i teraz obserwował, jak Minerwa płonie wewnętrznym ogniem urażonej Gryfonki, pełnej nienawiści do naturalnego, pełzającego wroga: uzurpatora ze Slytherinu.
Bardzo dobrze! Oby tak dalej.
– Szczerze liczyłam, że jest pan inny, dyrektorze – ponownie zwróciła się do niego, używając bezosobowej nazwy stanowisko, co wróżyło jeszcze lepiej. Chłód i dystans idealnie dopełniały wściekłość. – Że została w tobie jakakolwiek cząstka człowieka, o którym myślałam, że go znam.
– Cóż, błądzić jest rzeczą ludzką – stwierdził nonszalancko, ignorując ostatnie podrygi naiwnego sentymentu w jej głosie.
Pragnęła z całego serca, żeby pękł. Zapewnił ją, że to tylko gra pozorów, wyższa konieczność, niewyobrażalne osobiste poświęcenie… A później wszystko będzie przepięknie. Sam bardzo chciałby to zrobić, ale nie mógł. Każda wtajemniczona osoba zwiększała ryzyko – nieważne, jak bardzo potrzebował dodatkowego tragarza do dźwigania tego bagażu. Powodzenie Planu było najważniejsze, nic innego się nie liczyło.
– Czy to wszystko, profesor McGonagall?
Rzuciła mu spojrzenie tak pełne nienawiści, że powinien natychmiast zmienić się w oślizgłą ropuchę. Nie mógł sobie jednak pozwolić na ten luksus, miał zbyt wiele pracy.
– Niech pani nie pozwoli, żebym ją zatrzymywał, odrywając od niewątpliwie ważniejszych zadań. W końcu przy tych problemach z głową… Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.
Był pewien, że teraz na pewno czymś w niego rzuci. Sam właśnie tak by zrobił… Ale nie. Wystarczył jej pogardliwy grymas opakowany w wymowne milczenie. Dzięki Salazarowi! Gryfonami tak łatwo było sterować – gdyby miał czas, mógłby napisać o tym książkę.
Gdy profesor McGonagall wyszła, wyprostowany dotąd jak struna Severus wreszcie mógł się przygarbić i objąć dłońmi obolałą głowę.
Miał dosyć. Tak bardzo dosyć wszystkiego.
Nawet się specjalnie nie zdziwił, gdy kilka minut później poczuł pieczenie Mrocznego Znaku. Każdy paskudny dzień pod koniec stawał się jeszcze gorszy. Taka była pierwsza reguła wszechświata.
Bluebell czasami uczestniczył w zebraniach Śmierciożerców, jednak nigdy z własnej woli. Zwykle trafiał tam przypadkiem, kiedy wracał z własnej misji. Nie otrzymywał oficjalnego grafiku, nie znał terminów, w których wypadają powszechne zbory.
Zgromadzenia w Malfoy Manor potwornie nudziły Bluebella. Za dużo gadania po próżnicy, za dużo uniżonego pełzania u stóp Dziedzica i za dużo strachu, którym cały dwór wprost śmierdział. Bluebell nie bał się Dziedzica – jak zresztą niczego na świecie i poza nim. Nie uważał się też za sługę, a raczej... partnera. Korzyści ze współpracy były wszak obustronne, a gdyby przestały takie być…
Cóż, nic na tym świecie nie jest dane raz na zawsze.
Ukryty przed wzrokiem Śmierciożerców Bluebell z pogardą patrzył na dorosłe kobiety i mężczyzn, którzy pozwalają rzucać na siebie torturujące klątwy. Bluebell nigdy nie był karany. Po pierwsze, nie dawał Dziedzicowi powodu, bo wywiązywał się z każdego zadania. Po drugie, mało kto atakuje człowieka noszącego przy sobie kolekcję noży do filetowania, a czasami również siekierę lub piłę do kości. Zaklęcia są szybkie, ale nie tak szybkie, jak ciśnięty z wprawą nóż… A czarodziej ma przecież tylko jedną różdżkę, nie może nią równocześnie atakować i się bronić.
No, prawdopodobnie mógłby, gdyby wiedział coś więcej o starych zwyczajach i Wielkim Spisku, ale cóż… Czarodziejskie wykształciuchy z Hogwartu były tak śmiesznie ograniczone.
Bluebell czaił się gdzieś na granicy wzroku, odziany w mrok i czarne szaty. Niezauważony mógł obserwować całe towarzystwo. Zastanawiał się, kto z nich stanie się jego następnym celem. Miał kilka typów.
Yaxley przejawiał największy potencjał. Na za dużo sobie pozwalał. Ciągle zawodził oczekiwana, a później żałośnie skomlał o więcej czasu i kolejne szanse. Działał Bluebellowi na nerwy, dlatego to właśnie jego pozbyłby się w pierwszej kolejności.
Malfoyowie… Mieli pieniądze i wpływy. Obie te rzeczy zwykle się przydają, takich ludzi z zasady nikt nie tyka. Dlatego Bluebell tym bardziej miał ochotę. Lubił wyzwania.
Lestrange stanowił zaiste żałosny typ faceta, zwłaszcza odkąd jego żona stale była niedysponowana. Wszyscy wiedzieli, z jakiego powodu, ale nikt nie odważył się mówić o tym głośno. Warto byłoby go usunąć dla porządku. Szkoda, że Dziedzic się z tym nie zgadzał. Być może miał wobec niego odmienne plany, kto wie?
I na koniec… Dyrektor Hogwartu.
Różnił się od reszty. Było coś takiego w jego twarzy… jeśli akurat nie skrywał jej za maską. On nie pachniał strachem, a na tym Bluebell znał się jak nikt inny. W swojej pracy poznał wszystkie subtelne odmiany tego aromatu. Nie. Dyrektor Hogwartu pachniał palonym drewnem i… czyżby lawendą? Nie, to z pewnością tylko złudzenie, bo jeżeli tak…
Bluebell obserwował go czujnie i uśmiechał się w przyjaznym mroku.
Ponury wieczór Severusa zmienił się w noc, która trwała w nieskończoność. Kolejne spotkanie w Kręgu, kolejna pogadanka i mdlące nudy. Lord Voldemort miotał się wściekły, sycząc w kółko swoim wysokim, coraz bardziej piskliwym i cienkim głosikiem: „Potter, Potter, Potter". Do urzygu, ciągle to samo.
„I chuj z Potterem", myślał doprowadzony na skraj wytrzymałości Snape, który miał w równej części dosyć obu kapryśnych smarkaczy: zarówno Pottera, jak i Voldemorta.
Ból rozsadzał mu czaszkę, z każdym kolejnym wrzaskiem wznosząc się o kilka poziomów, atakując dodatkowo gałki oczne i powodując irytujące drganie powieki. Domyślał się, że to nie tylko problem ciała – to dusza nie wytrzymywała na tym przeklętym padole pełnym wariatów, morderców i hipokrytów. Niestety, sam również zaliczał się do każdej z wymienionych grup, co za pech!
Zmęczony i zniechęcony Severus wyszedł z Zakazanego Lasu na błonia. Nie po raz pierwszy zdziwił się, jak piękny jest Hogwart – zwłaszcza w kontrze do jego niepięknego życiorysu. Uśpiony, oświetlony punktowo zamek roztaczał wokół siebie kojącą atmosferę, wzmocnioną jeszcze pocztówkowym krajobrazem północnej Szkocji zasypanej śniegiem. Było zimno, ale nie nieprzyjemnie. W ciemności przed świtem wiatr wreszcie się uspokoił, a wilgoć nie przenikała przez porządny płaszcz, jaki Snape sprawił sobie na początku zimy, ciesząc się dyrektorskim uposażeniem. Dopełnienie całości stanowił wełniany szalik. Wychowana w twardych warunkach panna Buchanan potrafiła zadbać o gospodarkę grzewczą. Severusowi podczas żadnej z minionych zim nie było tak ciepło i przytulnie, gdy o najbardziej zwariowanych porach musiał biegać na wezwanie Czarnego Pana.
Nie zamierzał więcej myśleć o bibliotekarce, jednak podczas nocy takich jak ta myśli same wędrowały w niedozwolone rejony. W lesie odruchowo się za nią rozglądał, pewien, że prędzej czy później będzie zmuszony wyciągać ją z paszczy jakiegoś zwierza. Jednak tym razem Bella Brae nie snuła się samotnie po polach i lasach. Chodziły słuchy, że tuż po świętach złapała paskudne przeziębienie i nadal nie może dojść do formy: z polecania Poppy kuruje się w swojej kwaterze. Severus oczywiście nie miał jak tego sprawdzić. Nie mógł tak po prostu do niej zajrzeć, a gdyby o to zapytał, przyprawiłby o zawał kilka starszych nauczycielek, a tego przecież nie chciał… Przynajmniej nie jakoś bardzo i jednocześnie. Masowe wymieranie stworzyłoby zbyt wiele wakatów.
Specjalnie szedł wolno, radując się widokami. Było już wprawdzie skandalicznie późno, ale mu się nie spieszyło. Nigdzie – ani w zamku, ani poza nim – nikt na niego nie czekał.
Ale może się pomylił.
Doznał wrażenia déjà vu, gdy zerknął w kierunku zamarzniętego jeziora. Zupełnie jak kiedyś, kilka miesięcy temu, dostrzegł tam widok, którego najmniej się spodziewał. Ognista czerwień, przygaszona nieco nocną szarością, migotała pomiędzy ogołoconymi z liści gałęziami nadbrzeżnych drzew i krzewów. Oświetlona światłem ubywającego księżyca panna Buchanan siedziała na kamieniu i tak samo jak on podziwiała mroczny krajobraz, nie przejmując się późną porą ani mrozem. Nigdy nie pokładał wielkiej wiary w jej zdrowy rozsądek, ale na ten widok całkiem zwątpił. Skręcił w stronę jeziora, zanim zdążył to dobrze przemyśleć. Musiał być ostatnią osobą, którą miała ochotę oglądać… Nie mógł jednak pozostawić jej zachowania bez komentarza. Istnieją wszak lepsze sposoby na popełnienie samobójstwa niż zamarznięcie. Wiedział o tym. Nie raz i nie dwa rozważał rozmaite scenariusze.
Musiała usłyszeć jego kroki na skrzypiącym śniegu, chociaż nie dała tego po sobie poznać. Nie odwróciła się, nawet nie drgnęła. Czy liczyła, że dyrektor rezygnuje i sobie pójdzie? W takim razie nie znała go zbyt dobrze.
Odchrząknął znacząco.
Nic.
Spróbował ponownie, głośniej.
Ręka, którą opierała na zimnym ramieniu, zadrżała bez udziału świadomości. Później zacisnęła się w pięść.
– Panno Buchanan, czy przegapiłem moment globalnego ocieplenia? – zaczął marudnie. – Jest styczeń, aktualna temperatura sięga poniżej dziesięciu stopni na minusie. Czy planuje pani wyłudzić kolejne zwolnienie chorobowe?
Nadal nic. Nie odpowiedziała, nie poruszyła się.
Severus podszedł bliżej i wtedy zobaczył jej twarz. Była cała mokra, jednak tym razem nie z powodu kąpieli w jeziorze. Przekonał się o tym, gdy nerwowo przetarła oczy skrajem szaty.
Blada bibliotekarka pociągała nosem i wypłakiwała zaczerwienione oczy do księżyca, a on nagle poczuł się jak ostatni bydlak. Delikatna panna Buchanan. Wrażliwa panna Buchanan. Szczera i otwarta panna Buchanan, która sama opowiedziała mu o swoich problemach: o bezsenności, o depresji, o stracie. Była bezbronna, on to wykorzystał. Dumbledore miał rację, kurwa, jak zwykle. Od początku powinien trzymać się od niej z daleka.
– Kłamałam – odezwała się Bella Brae ciężkim, ochrypłym głosem. – Nic nie wiem o jednorazowych przygodach. Nie jestem taką kobietą.
– Panno Buchanan – chciał jej przerwać, zanim powie za dużo.
– Mów mi po imieniu! – krzyknęła, odwracając się do niego gwałtownie. – Chociaż wtedy, gdy jesteśmy sami.
Łzy wielki jak grochy spływały po jej policzkach. Nie próbowała z nimi walczyć, nie było sensu. Zsunęła się z kamienia i stanęła naprzeciwko Severusa, patrząc mu z wyrzutem prosto w oczy. Powinna rozczulić go jeszcze bardziej, ale odniosła przeciwny skutek – teraz poczuł gniew. On dał się ponieść chwili, ale ona… Ona powinna wiedzieć lepiej! Czy wszyscy wokół nie ostrzegali jej przed nim?
– Istnieją granice naiwności, panno Buchanan – zakomunikował zimno. – Byliśmy razem w łóżku, widziałaś mój Mroczny Znak. Wiesz, kim jestem.
Szare oczy Belli Brae rozszerzyły się ze strachu, jednak mimo wszystko zrobiło to na niej mniejsze wrażenie, niż się spodziewał. Pochylił się nad nią, chwytając za ramiona dla wzmocnienia efektu.
– Jestem Śmierciożercą – sprecyzował na wszelki wypadek, gdyby nie zrozumiała. – Zabiłem swojego poprzednika, żeby zająć jego miejsce, a także wielu ludzi przed nim i po nim. Oszukałem cię. Wykorzystałem fakt, że mi ufasz, i udawałem przed tobą kogoś innego, niż jestem.
– Nic mnie to nie obchodzi! – wykrzyknęła mu prosto w twarz. Nie uciekała przed nim wzrokiem ani nie próbowała się uwolnić.
– Czy Śmierciożercy nie zabili twojego narzeczonego? Kto wie, może to nawet byłem ja...
– Nie! – zaprzeczyła zapłakana, na granicy histerii. – Jego śmierć nie miała w sobie nic magicznego. Ktoś poderżnął mu gardło tak głęboko, że prawie odciął mu głowę. Zwyczajna, mugolska śmierć.
Choć Bella Brae usiłowała odgrywać przed nim silną kobietę, musiał ją przytrzymać, gdy nogi nieoczekiwanie odmówiły jej posłuszeństwa. Traumatyczne wspomnienia najprawdopodobniej zalały ją z mocą sztormu, z kolei Severus myślał tylko o Bluebellu. Słysząc to ostatnie wyznanie, pozbył się wszelkich wątpliwości. W tym czasie biedna, wychudzona, zrozpaczona kobieta zaniosła się szlochem, który poniósł się echem po błoniach, płosząc wrony z drzew.
– Panno Buchanan – ponownie spróbował ją uspokoić po tym, jak sam pogorszył sprawę.
– Mam imię!
– Bello – poszedł na kompromis – przestań. – Zawisła mu w ramionach zupełnie bezwładnie, ledwo mógł ją utrzymać. – Musisz się otrząsnąć.
– Nie mogę. Nie zniosę tego dłużej. Dla mnie to wszystko znaczyło więcej. Nie… n-nie jesteś mi obojętny – wyznała.
– Nawet teraz? – zdziwił się. – Kiedy wiesz?
– Zawsze wiedziałam. Odkąd tylko przyjechałam, wszyscy próbowali mi to przekazać na najróżniejsze sposoby. Nie jestem aż tak głupia.
– A mimo to, jak widać, specjalnie się nie przejęłaś.
– Nie kpij ze mnie, proszę.
– Przepraszam.
– Nikt nie jest doskonały, a ja wierzę w ludzi.
– To nie kwestia wiary, a wyboru. Ja dokonywałem złych.
Wreszcie udało mu się postawić ją na nogi, ale nadal się trzęsła. Wpatrywała się w niego szarymi oczami, nie pozwalając mu ani na moment odwrócić wzroku. Jej oczy płonęły osobliwym blaskiem, którego nie potrafił zinterpretować. Być może była to gorączka.
– Słyszałam, że kochałeś kobietę do tego stopnia, że kazałeś zabić jej męża i syna. Gdyby tylko komuś zależało na mnie tak bardzo, żeby zamordować całą moją rodzinę... Były takie chwile, że zrobiłabym wszystko, byle się od nich uwolnić.
To zdecydowanie była gorączka. Panna Buchanan majaczyła w malignie. Jej dłonie, zaciskające się na jego ramieniu, były zimne jak lód. Miała na sobie tylko cienką szatę, a pod spodem kolejną długą lejbę z jasnego materiału, zapewne koszulę nocną. Dobrze, że chodziaż założyła buty! Bella Brae cała była zmarznięta na kość. I najwyraźniej szalona. Severus z kolei czuł lodowaty dreszcz pełznący po kręgosłupie, gdy wpatrywała się w niego tymi wielkimi, ciemnymi oczami. Nie wiedział, co usłyszała ani od kogo, ale wyciągnęła z tego zupełnie obłąkane wnioski.
– Dość tego, panno… Bello. Dość histerii.
– Nie mów mi, że mam się uspokoić! To zbyt okrutne.
– Jesteś chora i mówisz od rzeczy, nie jesteś sobą.
Skoro słowa nie przyniosły pożądanego skutku, Severus przeszedł do czynów. Zdjął gruby szalik i starannie owinął nim Bellę Brae. Gdy tylko poczuła dotyk ciepłej wełny, zamrugała i spojrzała na niego przytomniej. Była oszołomiona, jakby obudziła się z długiego, koszmarnego snu. Zagryzła nerwowo sine usta, po czym wtuliła nos w szalik, który sama wydziergała.
– Och, chyba przesadziłam ze środkiem na mole – wychrypiała.
– Lawenda? – Wzruszył ramionami. – Można się przyzwyczaić. To nadal bardzo przydatna część garderoby.
– Cieszę się, że ci się podoba.
– A książka? – podjął uradowany ze zmiany tematu. – Pasuje do kolekcji?
– Tak, oczywiście. Niezwykle przemyślany prezent, dziękuję.
– Cała przyjemność po mojej stronie. A teraz wracajmy do zamku. Pogoda nie jest odpowiednia na takie spacery.
Bella Brae kiwnęła głową, nieśmiało próbując się uśmiechnąć. Efekt nie był do końca zadowalający, ale zawsze… jakiś. Przynajmniej wykazała się dobrą wolą, jednak nawet tak delikatny grymas rozjaśnił jej zapłakaną, siną z zimna i wymizerowaną twarz.
I nagle świat wrócił do równowagi. Znów było normalnie, a oni mogli swobodnie rozmawiać… No, prawie.
– Bello – zaczął Severus tyleż poważnie, co ostrożnie. – To, co wydarzyło się w święta…
– Wiem – szepnęła.
– Najlepiej będzie jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Dla naszego wspólnego dobra.
Przyjęła jego słowa spokojniej, chociaż unikała jego spojrzenia.
– Rozumiem. Nie potrzebujesz wokół siebie zauroczonych idiotek, masz dostatecznie dużo problemów.
– Nie myślę o tobie w ten sposób.
– Ale też nie możesz odwzajemnić moich uczuć, więc co to zmienia?
– Bello…
Uciszyła go ruchem ręki, odruchowo przypieszając kroku. Zamek rósł w oczach w miarę, jak się do niego zbliżali. Bella Brae ewidentnie chciała dotrzeć tam jak najszybciej i pozbyć się niechcianego towarzystwa. Bliskość Hogwartu podziałała również na Severusa.
– Panno Buchanan – zwrócił się do niej, wracając do oficjalnego tonu. Skrzywiła się gorzko. – Muszę mieć pewność, że możemy nadal współpracować na stopie zawodowej, że pewne… wydarzenia nie staną się przeszkodą nie do pokonania. Chciałbym, żeby została pani w zamku, to obecnie najbezpieczniejsze miejsce na świecie, i spokojnie przeczekała w nim ten rok. Czy to nie będzie stanowiło problemu?
Znowu na niego nie patrzyła, teraz już dosłownie przed nim uciekała. Pierwsza znalazła się na schodach do zamku, ale miała problem z otworzeniem ciężkich wrót. Nawet nie pomyślała, żeby wspomóc się zaklęciem. Severus musiał wpuścić ją do środka… I niemal natychmiast wysunął ramię, blokując jej przejście.
– Panno Buchanan – rzucił z naciskiem. – Czy mogę pani ufać?
– Proszę się nie martwić, panie dyrektorze, nie będę sprawiać kłopotów. Nikomu nic nie powiedziałam i nie powiem. I już nigdy więcej nie będę się panu narzucać z moimi głupimi wyznaniami. Przysięgam.
Severus za późno uświadomił sobie, co zrobił. Blokując jej drogę w ciasnym przejściu pomiędzy drzwiami a framugą, sprawił, że znaleźli się bardzo blisko siebie – nieprzyzwoicie blisko – po raz pierwszy od tamtej fatalnej nocy. Czuł nienaturalne ciepło promieniujące od policzków Belli Brae, zarumienionych od mrozu, marszu i gorączki.
Oddała mu szalik. Gdy zarzucała mu go z powrotem na szyję, jej zimne palce przypadkiem musnęły jego kark. Dla postronnego obserwatora musiało to wyglądać tak, jakby próbowała go objąć. Na samą myśl o tym Severus poczuł coś dziwnego… gdzieś głęboko w sobie. Dopiero teraz, z dużym opóźnieniem, docierały do niego jej wcześniejsze słowa, jak i ich konsekwencje. Panna Buchanan całkowicie się przed nim odsłoniła. Wysłała mu drukowane wersalikami zaproszenie. Uchyliła furtkę, otworzyła drzwi i czekała na progu na jakikolwiek ruch z jego strony.
Źle.
Bardzo, bardzo źle.
Z trudem powstrzymał się, żeby jakoś nie zareagować. Po wszystkim, co powiedział, po raz kolejny miał problem z utrzymaniem rąk przy sobie. Bo panna Buchanan była taka delikatna, taka urocza, a w tej chwili tak bardzo pokonana przez życie, że wzruszyłaby nawet kamień.
Ostatecznie uniósł tylko rękę i dotknął jej czoła. Bez niespodzianek, okazało się rozpalone niemal do białości.
– Nie jest pani w najlepszej formie i to widać, panno Buchanan – ocenił sucho. – Proszę odpocząć, zadbać o swoje zdrowie, a rano koniecznie udać się na konsultację do skrzydła szpitalnego. Nie chcę, żeby zarażała pani uczniów.
– Dobrze, tak właśnie zrobię.
– Dobranoc, panno Buchanan.
– Dobranoc, panie dyrektorze.
Przepuścił ją przodem. Bibliotekarka powędrowała schodami w górę, podczas gdy on skierował się w dół. Zatrzymał się i spoglądał w ślad za nią, dopóki nie zniknęła w mroku.
Jeszcze zanim Bella Brae na dobre weszła do swojej kwatery, pojawił się przed nią skrzat z tacą. Znajdował się na niej imbryk ze świeżo zaparzoną herbatą oraz zestaw standardowych eliksirów leczniczych. Podobny dostała już od Poppy. W tym czasie drugi skrzat dorzucał drew do kominka, podsycając ogień.
– Jeżeli pokój nie trzyma temperatury, możemy uszczelnić okna, proszę pani – zaproponował.
– Dziękuję, to nie będzie potrzebne.
Skrzaty ukłoniły się przed nią, po czym zniknęły z charakterystycznym pyknięciem. Bella Brae zabrała ze sobą tacę do sypialni i położyła na nocnym stoliku. Zrzuciła z siebie ubranie, z ulgą zakopała się pod pierzynę. Zauważyła w nogach łóżka dodatkowe koce i poduszki. Uśmiechnęła się do siebie, otwierając księgę ballad. „Pieśni Osjana" nadal trzymała pod poduszką niczym szczęśliwy amulet.
Odnalazła wcześniej zaznaczoną stronę i przeczytała kilka wersów:
She says, "I would rather had one kiss,
One kiss of your sweet mouth,
Than I'd have Cheshire or Lancashire
That lie to north and south"
„Child Waters", Child ballad 63
