Bella Brae tak długo symulowała chorobę, aż w końcu naprawdę się rozchorowała. Pani Pomfrey stwierdziła paskudne zapalenie gardła i posłała ją na tydzień do łóżka. Oczywiście odpowiednio dobrane eliksiry lecznicze zadziałały znacznie szybciej, jednak troskliwa pielęgniarka zauważyła, że jej pacjentka jest przemęczona i osłabiona, a zatem kilka dni odpoczynku dobrze jej zrobi. W tym czasie z uderzającą regularnością trafiały do pokoju panny Buchanan wszystkie trzy główne posiłki plus podwieczorek na dokładkę. Dostała również własnego skrzaciego asystenta, który dbał, aby zawsze miała pod ręką zapas herbaty i świeżych owoców.

Wszyscy współpracownicy okazywali Belli Brae wiele troski, sympatii i zrozumienia. Pani Pince dostarczyła jej kilka nowych książek, profesor McGonagall przysłała puszkę swoich ulubionych maślanych ciasteczek, a profesor Flitwick nuty – folkowe pieśni włączone do repertuary szkolnego chórku. Pojawiły się też czekoladki wypełnione nadzieniem o smaku kwiatów: róży, lawendy, akacji i bzu. Prezent bardzo elegancki, kosztowny i… anonimowy. Poppy nie pozwoliła choćby tknąć potencjalnie niebezpiecznych słodyczy, dopóki profesor Slughorn nie przeprowadził szczegółowych testów toksykologicznych. Ku powszechnej uldze dały wynik negatywny. Poppy, Horacy i Bella Brae ostatecznie zjedli czekoladki we trójkę, w saloniku panny Buchanan pod koniec tego osobliwego tygodnia rekonwalescencji.

– Mmm, wyborne – mruczał z rozkoszą profesor Slughorn. – Doprawdy przepyszne!

– Jakie to szczęście, że nie okazały się zatrute – zauważyła pacjentka, popijając kolejny eliksir na wzmocnienie, który mistrz eliksirów dostarczył wraz z przebadaną bombonierką.

– Zaiste, moja droga. Śmiem twierdzić, że byłaby to niepowetowana strata dla podniebienia.

– Mnie bardziej ciekawi, kto je przysłał – zastanawiała się głośno Poppy. Wyjadała głównie czekoladki o smaku bzu, licząc, że nikt tego nie zauważy.

– Odpowiedź zapewne jest bardzo prosta, nie mam aż tak wielu przyjaciół – odezwała się w zamyśleniu Bella Brae. – Prawdopodobnie bilecik po prostu zgubił się w transporcie.

Uśmiechała się, rumieniła i wyglądała o niebo lepiej, co fachowe oko pielęgniarki zarejestrowało z wyraźną ulgą. W wazoniku na stole stały papierowe kwiaty, które panna Buchanan wykonała własnoręcznie, a na jej kolanach leżała kolejna robótka. Cokolwiek się z nią działo, szczęśliwie minęło i Bella Brae powoli wracała do równowagi.

– A co się wydarzyło w tym czasie w szkole? – zapytała zaciekawiona.

– Niewiele – pospieszyła z odpowiedzią Poppy. – Jak to zwykle w zimie, brakuje atrakcji. Dzieci siedzą w ciepłych dormitoriach, uczą się do egzaminów. I to tyle.

– Profesor Carrow nadal nie domaga, więc zajęcia z mugoloznawstwa pozostają zawieszone do odwołania – wtrącił Horacy nie bez satysfakcji.

– I dzięki szacownej Morganie! – wyrwało się pani Pomfrey z serca, skoro w pobliżu nie było profesor McGonagall, żeby ją powstrzymać. – Biedne dzieciaki nasłuchały się już dość propagandy.

– Z kolei dyrektor został zmuszony przejąć lekcje obrony przed czarną magią. Drugi profesor Carrow miał kolejny wypadek. Co za nieszczęśliwe rodzeństwo, sacrébleu!

Bella Brae zachłysnęła się ostatnim łykiem prozdrowotnego eliksiru, wywołując chwilową przerwę w konwersacji. Odchrząknęła, po czym zaczęła gorąco zapewniać, że nic jej nie jest.

– Pan dyrektor naucza obrony? Sądziłam, że zajmował się eliksirami.

– Czego by nie uczył, na pewno jest przeszczęśliwy z powodu nadmiarowych obowiązków – prychnęła Poppy. – Zawsze wygląda jak chmura gradowa, co za człowiek!

– Może jeszcze czekoladkę? – Tym razem w zastępstwie nieobecnej wicedyrektorki zareagował Slughorn, subtelnie uciszając nadmiernie pobudzoną koleżankę.

Bella Brae udawała, że niczego nie zauważyła. Sama skierowała rozmowę na lekkie, niezobowiązujące tematy, dzięki czemu reszta popołudnia upłynęła w gościnnej, przyjaznej atmosferze.

Gdy panna Buchanan pożegnała gości, z idealnym wyczuciem czasu pojawił się skrzat z kolacją. Dodatkiem do posiłku okazały się – co za niespodzianka – kolejne eliksiry, na które nie mogła już patrzeć, skoro otrzymywała je obecnie aż z trzech różnych źródeł. Bardziej zainteresował ją pęczek suszonych ziół do aromaterapii. Bella Brae zanurzyła w nich nos szczęśliwa, że czuje już wszystkie zapachy – a w tym wypadku dominującą nutę bergamotki. Postanowiła użyć jej później… I z całą pewnością nie wrzucać bezpośrednio do kominka. Pamiętała, w jaki sposób skończyło się to ostatnim razem.

– Bardzo dziękuję. – Odesłała skrzata z uprzejmym uśmiechem.

Zjadła kolację, choć na pewno nie tyle, ile powinna. Z bólem serca wyrzuciła resztę, jednak nie mogła nic poradzić na brak apetytu. Później przeszła do sypialni i swoim zwyczajem schowała się pod pierzynę z kolejną książką. Przez moment wyobrażała sobie poważnego pana dyrektora stojącego na wysokiej katedrze i wygłaszającego wykład do uczniów. Wiedziała, że był nauczycielem, ale jakoś nie mieściło się jej to w głowie. Nie pasowało do niego, mrocznego Śmierciożercy na usługach…

Westchnęła.

Pokręciła głową.

Sięgnęła po książkę i przeczytała kilka wersów.

Jak moje myśli mnie zdradzają
Błądzą, przez ciemność umykają
Jakże się będę o nie trwożyć
Gdy Czas nadejdzie i Sąd Boży*


– Dzień dobry, panno Buchanan.

– Dzień dobry, panie dyrektorze. Jak panu mija poniedziałek?

– Jeśli można, wolałbym nie odpowiadać na to pytanie.

Severus zbliżył się do kontuaru i ustawił na nim miniwieżę z podręczników do obrony przed czarną magią – napisanych przez różnych autorów, na różnym poziomie zaawansowania, dla różnych roczników. Bella Brae przysunęła je do siebie, niezwłocznie przystępując do procedury zwrotu. Była w bibliotece sama, jak zwykle po obiedzie. Pani Pince po posiłku znikała na godzinkę lub dwie pod byle pretekstem. Młodsza bibliotekarka podejrzewała, że ucina sobie w tym czasie drzemkę. Jeśli ona o tym wiedziała, to dyrektor tym bardziej. Nic się przed nim nie ukryło.

Bella Brae sprawnie sprawdzała sygnatury, wsuwała karty biblioteczne między karty podręczników i odstawiała je na boczną półkę. Wszystko to robiła pod szacującym spojrzeniem Snape'a, które wędrowało od misternie splecionej korony z warkocza na jej głowie, przez skupioną na pracy twarz, aż do smukłych, sprytnych dłoni. Dyrektor zauważył ciemną szminkę i rumieńce, biały kołnierzyk i wyglądający zza niego łańcuszek – najpewniej ten zakończony zabutelkowanym wspomnieniem. Widział całą miłą i usłużną, absolutnie zrównoważoną Bellę Brae.

– Jak pani samopoczucie, panno Buchanan? – zapytał na zakończenie obserwacji.

– Bardzo dobrze, dziękuję. A pańskie?

– Nie narzekam.

– Cieszę się zatem, że pana spacer nie znalazł tak tragicznego finału jak mój, panie dyrektorze.

– Kwestia wprawy, a poza tym… dysponuję zaiste znakomitym szalikiem. Mogę pani polecić mojego krawca.

– Chyba szwaczkę – zaśmiała się. – Albo raczej prządkę.

Bibliotekarka śmiała się i żartowała, i niby wszystko było w jak najlepszym porządku, jednak Severus szybko spostrzegł, że jej uśmiech nie sięga oczu. Mimo wszystko widział wyraźny postęp, co dawało nadzieję na przyszłość.

– Potrzebuję jeszcze kilku specjalistycznych publikacji, jeśli to nie problem.

– Ależ oczywiście, że nie.

Przesunął w jej stronę pergamin z listą tytułów. Bella Brae sięgnęła po nią zbyt entuzjastycznie i ich palce się zetknęły, co naturalnie wprawiło ją w zakłopotanie. Spuściła wzrok, błyskawicznie umykając między regały.

– Proszę o chwilę cierpliwości, już przynoszę.

Severus oparł się o kontuar, zerkając przelotnie na książki, które panna Buchanan odłożyła na bok w momencie, gdy wszedł. Wypisy z literatury irlandzkiej, czyli nic ponad normę. Kolejne mugolskie publikacje, których Alecto na szczęście nigdy nie zobaczy.

Bella Brae kręciła się w tę i z powrotem po bibliotece. Nie widział jej, ale słyszał lekkie kroki, odgłos przesuwanych na półkach książek i melodię, którą zaczęła nucić. W końcu wróciła, lewitując przed sobą zamówione książki. Zrobiła to wyłącznie na jego użytek, w innych okolicznościach na pewno nie użyłaby zaklęcia.

– Proszę bardzo, panie dyrektorze.

– Dziękuję, panno Buchanan.

– Jedna pozycja pochodzi z czytelni, mogę ją panu wypożyczyć tylko na dwadzieścia cztery godziny.

– Odniosę ją z samego rana.

– Będę wdzięczna. Druga znajduje się w sekcji z restrykcjami. Musi pan tutaj podpisać.

Otworzyła przed nim opasły tom i pochyliła się, wskazując miejsce. Nerwowo zaczesała za ucho wyślizgujące się z warkocza pasmo rudych włosów. Zamiast lawendy, Severus poczuł od niej zapach werbeny i bergamotki. Spróbował się nie uśmiechnąć.

– Tutaj? – zapytał bez większego sensu.

– Tak, właśnie tam.

Złożył obok daty zamaszysty podpis. Bella Brae zerknęła na jego strzeliste pismo. Podobało jej się.

– Czy to już wszystko, panie dyrektorze?

– Jeszcze tylko pewien drobiazg, panno Buchanan.

– Tak? – zagadnęła gotowa na jego życzenie ponownie zanurkować między półki. Czuła się tam teraz znacznie lepiej niż w jego towarzystwie.

Severus odchrząknął znacząco.

– Być może słyszała pani o dziwnych wypadkach, które prześladują ostatnio niektórych nauczycieli tej szkoły.

– Ojej, naprawdę?

– Tak. Co ciekawe, jedynie bardzo starannie wybraną dwójkę.

– Cóż, nieszczęścia chodzą po ludziach – rzuciła filozoficznie Bella Brae. – Nawet tych dysponujących magią.

Nie patrzyła na niego. Stała odwrócona bokiem, udając, że sprawdza coś w grubym rejestrze wypożyczeń, w którym dopiero co kazała mu złożyć podpis. Z kolei to Severus pochylił się nad kontuarem, bezceremonialnie zasłaniając dłonią fragment, po którym błądził jej wzrok.

– Panno Buchanan, czy wie pani coś na ten temat?

– Przepraszam, byłam ostatnio niedysponowana i nie jestem na bieżąco. Może gdyby pan poczekał na panią Pince…

Snape przerwał jej zirytowanym sarknięciem.

– Chciałbym tylko wiedzieć, czy skorzystała pani z mojej dobrej rady i zakończyła konflikt z profesor Carrow.

– Nie ja go zaczęłam.

– Nie o to pytałem.

Spokojna do tej pory twarz Belli Brae drgnęła nerwowo, ale jej wyraz się nie zmienił. Uniosła wzrok i spojrzała na niego niewinnie.

– Przecież pan sam kazał mi puścić wszystko w niepamięć, czyż nie?

Severus odczuł to jako przytyk, być może niezamierzony. O wielu rzeczach kazał jej zapomnieć… Dla odmiany to on nie wytrzymał siły jej burzowego spojrzenia.

– Otwartą kwestią pozostaje, czy właśnie tak pani postąpiła – drążył nieustępliwie.

Nie odpowiedziała.

– Panno Buchanan – naciskał. – Czy tak było?

Milczała uparcie, zagryzając usta. Jeśli nadal chciała sprawiać niewinne wrażenie, robiła to źle.

– Panno Buchanan, zapytam wprost – użył o wiele bardziej surowego tonu. – Czy to pani jest odpowiedzialna za ostatnie obrażenia Alecto Carrow?

Prychnęła, po czym… zwyczajnie przed nim uciekła. Chwyciła kilka przypadkowych – jak przypuszczał – książek z kontuaru i ruszyła z powrotem między biblioteczne regały. Udawała niezwykle wręcz pochłoniętą swoją pracą. Severus niezwłocznie ruszył za nią.

– Jeżeli wydaje się pani, że tak szybko ustąpię…

– Nic mi się nie wydaje – ucięła. – Przecież nie znam pana zbyt dobrze, panie dyrektorze. W zasadzie wcale.

Kolejna szpilka, która trafiła prosto do celu. Niby zapomniała, ale wcale nie. Niby się uśmiechała, ale chciała go rozdrażnić. Niby grała chodząca niewinność, ale unikała jasnej odpowiedzi. Wędrował za nią wśród półek, jednak wciąż mu się wymykała. Wreszcie stracił cierpliwość, chwycił ją za łokieć i przytrzymał. Bella Brae spojrzała na niego w taki sposób, że wszystkie poprzednie złośliwości wydały mu się dziecinną igraszką.

– Uprzejmie proszę, aby nie naruszał pan mojej przestrzeni osobistej, panie dyrektorze – powiedziała lodowatym tonem, który wprost go zmroził.

Bo dobrze pamiętał, że już raz o wiele bardziej drastycznie naruszył jej osobistą przestrzeń i skończyło się to bardzo, bardzo źle. Natychmiast ją puścił i cofnął się, zachowując odpowiedni dystans.

– Dziękuję – mruknęła nieprzychylnie.

– Panno Buchanan, nie odpowiedziała pani na moje pytanie.

– Czy to oficjalne przesłuchanie? Nie muszę odpowiadać na pana pytania, jeśli nie mam ochoty. Nie posiadam żadnych informacji, które mogłyby pana zainteresować. Jeśli sprawa nie jest bezpośrednio związana z biblioteką albo szkolnym systemem wypożyczania książek, niestety nie mogę pomóc. Tylko w tym temacie czuję się kompetentna, o całej reszcie nie mam bladego pojęcia.

Z impetem odstawiła na miejsce ostatnią książkę, a następnie skierowała się z powrotem do swojego stanowiska. Severus zrozumiał, że nic więcej z niej nie wydobędzie, przynajmniej nie bez użycia siły. Bella Brae była urażona, zraniona, rozczarowana. Bella Brae nie chciała mieć z nim więcej do czynienia.

– Dziękuję za wszystko, panno Buchanan.

– Zawsze służę pomocą, panie dyrektorze – rzuciła automatycznie, kompletnie bez uczucia.

Severus wyszedł jak niepyszny, a Bella Brae westchnęła ciężko, opadając na krzesło i chowając twarz w dłoniach. Nadal czuła na sobie jego przelotny dotyk. Nie mogła oddychać, nagły ucisk w klatce piersiowej był nie do zniesienia – jakby jej serce miało lada moment pęknąć.

Ano tak, przecież już rozpadło się na milion kawałków.

Mimo to musiała być silna, trzymać fason. Nie miała innego wyjścia.


Panna Buchanan leczyła złamane serce za pomocą okładu z dodatkowych obowiązków. Nie tylko zgodziła się nadal pomagać profesorowi Flitwickowi w prowadzeniu szkolnego chórku, ale także sama wyszła z inicjatywą, żeby zwiększyć liczbę prób. Muzyczne spotkania stanowiły przecież idealny pretekst do wyjścia z dormitorium, za czym tak tęsknili udręczeni reżimem dyrektora uczniowie. Nic dziwnego, że stan liczebny chórku zaczął gwałtownie rosnąć. Na początku lutego sięgnął już trzydziestu osób. Zdaniem Belli Brae był to całkiem niezły wynik.

– To wszystko za sprawą świątecznego koncertu, jestem o tym przekonany – cieszył się niewysoki nauczyciel, niemal podskakując z emocji. – Wszyscy się przekonali, że występy w chórze też mogą być rozwijające.

Panna Buchanan – aktualnie o wiele bardziej zgorzkniała, a zatem i pozbawiona złudzeń – nie miała serca wyprowadzać go z błędu. Pokiwała zgodnie głową, po czym zajęła się porządkowaniem nut. Jak zwykle przed próbą, choć bez typowej dla siebie zaraźliwej energii.

– Czy wszystko w porządku, Bello? – zaniepokoił się profesor. – Ostatnio w ogóle się nie uśmiechasz. Jeśli nie masz ochoty, nie musisz się angażować w działalność kółka muzycznego. Nie chciałbym, żebyś czuła się do czegokolwiek zmuszona.

– Nic mi nie jest – zapewniła, siląc się na przypominający uśmiech grymas.

– Niedawno chorowałaś, może nie czujesz się na siłach, żeby…

– Jestem trochę słaba, ale to nic takiego. Lepiej czuję się w pracy niż zamknięta w swoim pokoju.

– Jeśli tak uważasz, moja droga.

Flitwick wydawał się sceptyczny i prawdopodobnie nadal by ją wypytywał, gdyby nie przerwało mu przybycie pierwszej grupki uczniów. Młodzi ludzie już od dawna nie poruszali się po zamku pojedynczo. Jak udowodnił przypadek Luny, nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Flitwick rozpoczął rozgrzewkę przy klawesynie, Bella Brae rozdawała nuty oraz odpowiadała na pytania organizacyjne.

– Czy właśnie to będziemy dzisiaj ćwiczyć? – spytała pewna niewysoka Puchonka.

– „Greensleeves" to bardzo piękna ballada – zapewniła ją panna Buchanan.

– Ale czy nie jest za trudna?

– Nie, tylko smutna. – Uśmiechnęła się słabo, po czym zanuciła:

I have been ready at your hand
To grant whatever thou would'st crave;
I have waged both life and land
Your love and goodwill for to have

Dziewczęta wpatrywały się w nią jak zauroczone, profesor Flitwick przestał grać. Bo gdy Bella Brae śpiewała piosenki o nieszczęśliwej miłości, wkładała w to całe serce i duszę. Po jednej zwrotce musiała jednak przerwać, ponieważ zawiódł ją głos. Zresztą, właśnie w tej samej chwili drzwi ponownie się otworzyły, choć w niewielkiej salce muzycznej był już obecny pełny skład chórku. Pod ostrzałem zaskoczonych spojrzeń do klasy wmaszerowały trzy dziewczyny z Gryffindoru: Ginny Weasley, Lavender Brown i Parvati Patil.

– Przepraszamy, czy możemy jeszcze dołączyć? – zapytała panna Patil, zwracając się do profesora, ale wzrokiem szukając siostry, która już wcześniej zapisała się do zespołu.

– Oczywiście, zapraszamy – ucieszył się prowadzący. – Dla każdego chętnego znajdzie się miejsce. Przekażcie kolegom i koleżankom, że jesteśmy otwarci dla wszystkich.

Skinął głową do Belli Brae, która cofnęła się do szafki przy oknie po więcej kopii tekstu „Greensleeves". Ku swojemu zdumieniu zauważyła, że Ginny podąża krok w krok za nią.

– Pomogę pani – zaoferowała.

– Nie trzeba.

– Pomocna dłoń zawsze się przyda.

Gryfonka była uparta. Zatrzymała się przy pannie Buchanan i udawała zainteresowanie imponującą kolekcją rozmaitych zbiorów pieśni oraz innych utworów muzycznych. Sięgnęła do półki, wzięła do ręki losową publikację i przejrzała ją bez większej uwagi. Grała na czas.

– Szukasz czegoś konkretnego? – zagadnęła uprzejmie Bella Brae.

– Odpowiedzi – rzuciła dziewczyna dziarsko, choć przyciszonym głosem. – Chciałabym porozmawiać o tym, co wydarzyło się na schodach.

Panna Buchanan posłała jej kolejny uśmiech, który nie obejmował oczu. Zerknęła czujnie na profesora Flitwicka. Był zbyt zajęty próbą, żeby cokolwiek podsłuchać, ale wolała się upewnić.

– Wybacz, nie wiem, co masz na myśli.

Chciała odejść, jednak Ginny jej nie pozwoliła. Jak to bywa u Gryfonów, nie rozumiała słowa „nie".

– Chybiłam – stwierdziła z przekonaniem. – Próbowałam ją przekląć, ale celowałam za wysoko, za bardzo pod kątem. Z ukrycia, żeby ta wiedźma mnie nie zobaczyła – szeptała szybko, nie spuszczając wzroku z twarzy panny Buchanan. – Carrow się potknęła, niestety zdążyła przytrzymać się poręczy. I wtedy trafiło ją drugie zaklęcie, które dosłownie zdmuchnęło ją ze schodów. Ktoś inny miał lepszego cela.

– Przykro mi, nikogo nie widziałam.

– Serio? – przerwała jej Ginny bardziej agresywnie. – Przecież pani wie, o co mi chodzi!

– Nie, nic nie wiem.

– Proszę mi tego nie robić – Panna Weasley była tak zdeterminowana, że omal nie chwyciła jej za spódnicę, byle tylko zatrzymać ją na miejscu. Powstrzymała się w ostatniej chwili. – Nikt nie występuje przeciwko Carrowom, przynajmniej nie wprost. Kim pani jest?

Bella Brae nadal się uśmiechała, z tą tylko różnicą, że bardziej szczerze. Nie zamierzała jednak nic powiedzieć.

– Próba się zaczęła – zauważyła. – Musimy dołączyć do pozostałych.

To jednak nie był koniec niespodzianek. Minęło może dziesięć minut, a młodzież nie zdążyła się nawet na dobre rozśpiewać, gdy drzwi otworzyły się z takim impetem, jakby ktoś po drugiej stronie użył bojowego tarana. Na progu zatrzymał się wściekły Amycus Carrow, tocząc dookoła obłąkanym wzrokiem.

– Halo, co to ma znaczyć? – oburzył się natychmiast wytrącony z rytmu profesor Flitwick.

Carrow ani trochę się nim nie przejął. Wyciągnął dłoń i wskazał palcem stojącą z tyłu Ginny Weasley.

– TY! – ryknął. – Chodź no tu!

Stojące wokół Gryfonki dziewczęta ścisnęły się, otaczając ją ochronnym kordonem. Ginny jednak wcale nie miała zamiaru się ukrywać. Zadarła dumnie głowę i spojrzała wyzywająco na Śmierciożercę.

– Panna Weasley jest obecnie zajęta – wtrącił ponownie opiekun chórku.

– Owszem, szlabanem – warknął Carrow. – Wyleciało ci z głowy, co?

– Co się odwlecze, to nie uciecze – prychnęła Ginny.

– Ty mała, ruda…

Amycus balansował na granicy wybuchu, a ona jeszcze go prowokowała. Ruszył w stronę dziewczyny, roztrącając na boki uczniów, którzy mieli pecha stanąć mu na drodze. Zrobiło się zamieszanie, wywiązała się szarpanina. Ginny próbowała umknąć przed prześladowcą, ale przeszkodziły jej rozpuszczone włosy. Amycus chwycił za płomienną kitę i szarpnął, wyrywając przy okazji sporą garść włosów.

– Puszczaj mnie! – wrzasnęła Gryfonka.

Lavender ruszyła jej na pomoc, ale została odepchnięta na tyle brutalnie, że poleciała do tyłu, potknęła się i ciężko upadła na podłogę. Siostry Patil szarpały Śmierciożercę za szatę, dopóki nie pozbył się ich z równą łatwością. Trafiona łokciem Padma złapała się za nos.

– Zostaw mnie! Puszczaj! – broniła się dalej ciągnięta za włosy Weasley. Gdyby mogła, przeklęłaby go na tysiąc sposobów, ale różdżka dawno temu wypadła jej z ręki. – Łapy przy sobie!

– O nie, ty mała dziwko. Idziesz ze mną!

Flitwick ze świstem wciągnął powietrze.

Profesorze, radzę uważać na słowa! – Jego ostry głos przebił się przez dziki rwetes. – Niech pan zostawi tę dziewczynę. W tej chwili!

– Zmuś mnie.

W dłoni nauczyciela zaklęć pojawiła się różdżka, przyjął pozycję bojową. Carrow wyszczerzył się kpiąco. Nie ukrywał, jak niskie mniemanie ma o swoim potencjalnym przeciwniku. Nie krępując się ani trochę, przyciągnął Ginny bliżej, po czym złośliwie przydusił ramieniem. Miotała się i szarpała, gryzła i drapała, ale nie zdołała się uwolnić.

– No co? – jątrzył Carrow. – Zabrakło jaj?

Niemal w tym samym momencie błyskawicznie rzucony urok przeciął mu policzek – ten drugi, symetrycznie w stosunku do blizny po postrzale. Z głębokiej rany polała się gęsta, ciemna krew. Carrow był tak zaskoczony, że bez ostrzeżenia wypuścił Ginny, która omal się nie przewróciła. Ona również nie mogła wyjść z szoku. Widziała, jak profesor Flitwick uniósł różdżkę, jednak to nie on strzelił. W ostatniej chwili się zawahał. Zapewne pomyślał o potencjalnych konsekwencjach, zemście Carrowa i Ginny, na której skupiłby się cały gniew. Kto zatem rzucił urok?

Bella Brae stała z boku i chociaż była blada, to również nieporuszona. Wcześniej trzymała dłonie przed sobą, teraz splatała jej skromnie za plecami. Równie dobrze mogła tam chować różdżkę.

Carrow zawył z wściekłości. Był gotowy zaatakować – jeśli nie magią, to pięściami. Co za różnica? Przegapił jednak moment, który wykorzystali zgromadzeni w salce muzycznej uczniowie. Każdy, kto tylko był w stanie, ściskał teraz różdżkę wycelowaną prosto w znienawidzonego nauczyciela. Nawet Amycus nie był na tyle butny, aby walczyć ze wszystkimi jednocześnie.

– Panno Weasley – odezwał się Flitwick w głębokiej ciszy, jaka nagle zapadła – uda się pani wraz ze mną do profesor McGonagall. Pan również może czuć się zaproszony, profesorze. W tym czasie pani, panno Buchanan, poprowadzi próbę do końca.

– Oczywiście, może pan na mnie liczyć.

– Bardzo dobrze, znakomicie.

Poczynając od tego dnia, szkolne notowania Filiusa Flitwicka znacznie wzrosły. Pozostali świadkowie starcia tytanów nie byli tak spostrzegawczy jak Ginny – nie zauważyli, co się dokładnie stało. Dzięki temu skromny nauczyciel zaklęć wyrósł na prawdziwego bohatera.

Pierwszego, który odpowiedział ogniem.

A przecież nikt nie przeciwstawia się Carrowom.


Severus po raz pierwszy od dawna zatęsknił za znajomym mrowieniem w okolicy Mrocznego Znaku. Wszystko, łącznie z Lordem Voldemortem, wydawało się bowiem sympatyczniejszą alternatywą od piekła, jakie rozpętali w jego gabinecie na spółkę McGonagall, Flitwick, Carrow oraz wiewiórka od Weasleyów. Awantura trwała dobre trzy godziny, oczywiście nie osiągając konkluzji. Bo co niby miał zrobić, skoro mógł zadowolić tylko jedną ze stron? No i którą miał wybrać?!

Ostatecznie, jak wiele razy wcześniej, zrzucił wszystko na barki Minerwy. Surowym tonem, nie żałując sarkazmu i groźnych spojrzeń, pouczył ją, żeby zaprowadziła spokój w Domu, którego podobno jest opiekunką, bo inaczej… Resztę pozostawił jej wyobraźni. O dziwo, Carrow nie oprotestował wyroku. Widać nawet tak niska forma życia jak on czuła pewien respekt przed majestatyczną wicedyrektorką. Cokolwiek niezadowolony był jedynie profesor Flitwick, ale z tym Severus musiał jakoś żyć. Nie da się uszczęśliwić wszystkich.

Po wszystkich wieczornych atrakcjach i tak nie zdołałby zasnąć, dlatego postanowił poszukać ukojenia w jedynym miejscu w zamku, w którym zawsze był mile widziany: we własnej pracowni. Miał kilka pomysłów i kilka specjalnych zleceń, które mogły na kilka godzin odwrócić bieg jego udręczonych myśli. Skądinąd wiedział też, że profesor Binns nie oszczędzał alkoplazmy, więc jeśli chciał, żeby ich wesołe popołudniowe dyskusje trwały nadal, musiał przygotować świeżą partię.

Severus dotarł do lochów nieniepokojony przez nikogo. Po drodze nie spotkał ani panny Buchanan, ani nawet Irytka. Upierdliwego poltergeista nie widział od tak dawna, że coraz częściej podejrzewał, że stał się kolejną ofiarą myśliwskich zapędów Amycusa. Jeśli jakimś cudem udało mu się zastrzelić zjawę, to wreszcie przysłużył się czymś ludzkości. Podczas spaceru do lochów humor dyrektora stopniowo się poprawiał, jednak kiedy się tam znalazł, nastąpił gwałtowny krach. W jego nozdrza uderzyła intensywna mieszanka zapachów, która omal nie zwaliła go z nóg. Kto śmiał w tak brutalny sposób zasmrodzić przyjazne podziemia? Tropiąc źródło skażenia, Snape trafił prosto do… swojej pracowni. Zdziwiony otworzył drzwi i zastał w środku profesora Slughorna. Opiekun Slytherinu niby się uśmiechnął, witając go z szacunkiem, ale mina mu nieco zrzedła.

– Dobry wieczór, dyrektorze.

– Witam, profesorze Slughorn. Czy mógłbym wiedzieć, co się tutaj wyprawia? Czy postanowił pan uwarzyć zapas syropu malinowego dla całej Szkocji? I o co chodzi z tą przeklętą lawendą?! Czy w zamku mamy aż tak wielki problem z molami?

Puściły mu nerwy, to jasne. Przeżył ciężki dzień, wieczór nie był lepszy, a dodatkowo nawet jego ciche sanktuarium zostało zbrukane. Miał prawo się złościć, miał prawo zadawać pytania. Wyrzuciłby z siebie znacznie więcej dosadnych słów, gdyby nie zdumiona mina Horacego. Coś w jego podejrzane wesołych oczach kazało Severusowi natychmiast zamknąć usta.

– Ależ drogi kolego – rzucił trochę ubawiony, trochę zakłopotany Slughorn. – Musi pan być doprawdy zmęczony, skoro nie rozpoznaje pan tego eliksiru. Toż to absolutny klasyk!

Wskazał wielki kocioł skromnie przyczajony w kącie, jakby zamierzał schować się przed ewentualną kontrolą z ministerstwa albo – co bardziej prawdopodobne – czujnym okiem dyrektora. Snape ruszył w tamtym kierunku, a gdy dobrze przyjrzał się eliksirowi, pożałował swojej wcześniejszej wylewności. Oczywiście, że rozpoznawał tę piekielną miksturę.

Amortencja, niech to szlag!

– No więc… – zaczął starszy mistrz eliksirów sfrustrowany ciszą, która nagle zapadła. Kołysał się na piętach w tył i w przód niczym barometr wyczulony na zmienne nastroje przełożonego. – Zbliżają się walentynki, a to w naszym biznesie złoty okres, czyż nie? Zleceniodawcy wręcz zabijają się o dobrego dostawcę, niech skonam! Pomyślałem zatem… Nauczycielskie pensje nie są znowu takie wysokie, nie żebym narzekał. Ha, ha, ha! Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu, dyrektorze?

– Nie – odpowiedział chłodno Severus. – W wolnym czasie może pan robić, co się panu żywnie podoba, profesorze Slughorn.

– Tak właśnie pomyślałem. I w normalnych okolicznościach do mojej działalności z powodzeniem wystarcza klasa eliksirów, ale w tym wypadku… Amortencja to jeden z najbardziej niebezpiecznych eliksirów na świecie, wolałem nie zostawiać jej bez opieki w pobliżu uczniów.

– Bardzo słusznie – pochwalił Severus nieuważnie.

Był wstrząśnięty, jego myśli od przeszło kwadransa krążyły w zupełnie innych rejonach niż półlegalny biznesik Slughorna, wykorzystującego szkolne zasoby do komercyjnej działalności. Nie, Severus miał poważniejsze zmartwienia.

Skąd, u diabła, wzięła się malina i lawenda? To powinien być zapach świeżego druku. Środków odkażających stosowanych standardowo w każdej pracowni eliksirów. Gumy balonowej, rozdeptanej, wilgotnej trawy nad brzegiem mulistego jeziora i… Lily.

Gdzie się podziała Lily, co się zmieniło i dlaczego? – zastanawiał się, wpatrując niczym zahipnotyzowany w połyskujący kusząco eliksir.

Slughorn na wszelki wypadek podszedł bliżej i wykonał przepisowy cykl mieszania. Potwierdził w ten sposób prawa własności do mikstury, w razie gdyby Snape miał jakieś wątpliwości.

– Lawenda, powiada pan? Moim zdaniem bardzo przyjemna wersja. Ale cóż, zapachy mogą się zmieniać – zauważył filozoficznie. – Ja, na ten przykład, przez kilka dobrych miesięcy wyczuwałem woń mokrego psa! Proszę sobie wyobrazić moje oszołomienie. Tymczasem chodziło o moją sąsiadkę, hodowała wyżły angielskie. Piękne stworzenia, przystojna kobieta… Niestety, zamężna – westchnął, ale zaraz zaśmiał się wesoło. – Pomogła przeprowadzka i dobry alkohol. Nie wszyscy w tym życiu możemy być szczęśliwi, dyrektorze. Nigdy nie wiadomo, co komu pisane.

Starszy mistrz eliksirów rozgadał się ponad miarę, widocznie nadal obawiał się, że dyrektor może zamknąć jego znakomicie prosperujący sklepik. Pogrążony we własnych myślach Severus nie miał takiego zamiaru. Stracił również ochotę na eksperymenty. Pożegnał się ze Slughornem i czym prędzej opuścił pracownię.

Zapach malin i lawendy – zapach Belli Brae – otaczał go przez całą drogę do kwatery niczym opiekuńczy kokon i nawet tam nie zostawił w spokoju. Istniała spora szansa, że już nigdy nie przestanie go czuć, jeśli szybko czegoś z tym nie zrobi.


„Modlitwa" w tłumaczeniu Ernesta Brylla i Małgorzaty Goraj. „Irlandia. Liryki najpiękniejsze", Algo, Toruń 2000.